Bliscy obcy
Przed kilkoma miesiącami obejrzałam inspirujący film dokumentalny pt. „Warszawa – spojrzenie ze Wschodu” w reżyserii Dmitrija Kabakowa (Eureka Film, TVP). Dokument śledzi losy młodych Rosjan udających się do Polski w pierwszą w życiu podróż zagraniczną. Warszawa i Polska widziana ich oczyma wydała mi się interesująca – inna, trochę nawet obca, chociaż zarazem bliska. Ten prosty, a jakże wzbogacający zabieg sprawił, że spróbowałam spojrzeć na miejsce, w którym żyję, z innej perspektywy. Wydało mi się również konieczne, aby podobny eksperyment przeprowadzić z udziałem naszych zachodnich sąsiadów. Nie trzeba było długo czekać – specjalny, sierpniowo-wrześniowy numer poczytnego niemieckiego magazynu GEO poświęcono w całości Polsce.
GEO to jeden z czołowych niemieckich magazynów reporterskich. Został założony w 1976 r. w Hamburgu, stolicy niemieckiej prasy, i stanowił wówczas największą inwestycję w powojennych dziejach prasy niemieckiej. Pismo charakteryzuje się wysokim poziomem edytorskim, świetną fotografią a przede wszystkim niezwykle gruntownie przygotowanymi reportażami. GEO śledzi aktualne odkrycia naukowe, tendencje polityczne i religijne, postęp cywilizacyjny i technologiczny na całym świecie, i stawia nurtujące pytania z zakresu ekologii.
Specjalny numer GEO poświęcony naszemu krajowi przygotowano z dużą pieczołowitością. Wolfang Michal, autor koncepcji tego wydania, zna i lubi nasz kraj. Wielokrotnie przemierzał Polskę jako redaktor GEO, np. w 1989 r. wraz z polskim fotografem Tadeuszem Rolke podróżował po Górnym Śląsku w poszukiwaniu materiału do specjalnego numeru poświęconego Śląskowi i mniejszości niemieckiej w Polsce. To niewątpliwie zasługa Michala, że ton artykułów i dobór ilustracji jest daleki od cukierkowatości, całość zaś świadczy o wnikliwej i długoletniej obserwacji polskich realiów.
Redaktor naczelny GEO, Florian Hanig podkreśla we wstępniaku, że z żadnym innym krajem Niemcy nie są związane historycznie tak ściśle jak z Polską. A jednocześnie o żadnych innych sąsiadach Niemcy nie wiedzą tak mało, jak o Polakach. Z wyników ankiety przeprowadzonej przez GEO wynika, że zaledwie 14,3 proc. Niemców potrafi wymienić nazwiska polskich pisarzy. Dlatego warto zadbać o wprowadzenie do niemieckiej świadomości nie tylko informacji dotyczącej polskiej bogatej oferty turystycznej, ale także uświadomienie obywatelom Republiki Federalnej, co dla Polaków oznaczają daty takie jak 1920, 1939, 1944 i 1989, z jakimi problemami boryka się nasz kraj obecnie i jakie odniósł już sukcesy.
Specjalny numer GEO ukazuje się w dosyć szczególnym momencie, jeśli chodzi o stosunki polsko-niemieckie. Aby zrozumieć znaczenie tej publikacji, należy przyjrzeć mu się nieco bliżej.
Polska polityka zagraniczna jest zorientowana proamerykańsko. Decyzja o wsparciu inwazji w Iraku zaowocowała gwałtownym ochłodzeniem stosunków z naszym zachodnim sąsiadem. Trudno było zrozumieć Niemcom tę postawę, moi niemieccy znajomi długo nie mogli uwierzyć, że decyzja rządu polskiego nie ma większego poparcia społecznego, że jest zaledwie wynikiem kalkulacji polityczno-ekonomicznej. Jednak Niemcy poczuli się zdradzeni.
Dyskusja wokół budowy Centrum przeciwko Wypędzeniom kryzys ten pogłębiła. Polskie media wypromowały w Polsce (i w Niemczech!) Erikę Steinbach, posłankę z Hesji (CDU), przewodniczącą Związku Wypędzonych, która jeszcze przed trzema laty warunkowała nasze przystąpienie do Unii Europejskiej uchyleniem przez Polskę ustaw, które sankcjonowały powojenne wywłaszczenie i wysiedlenie Niemców z Ziem Zachodnich, wyłączeniem wypędzonych z okresu przejściowego na nabywanie ziemi w Polsce przez cudzoziemców oraz wypłaceniem rekompensat za mienie utracone. Wypowiedzi te były w Polsce bardzo szeroko komentowane; wzbudziły wiele lęków, mówi się wręcz o powrocie niemieckiego rewanżyzmu. Dziś Erika Steinbach rekompensat dla wypędzonych za utracone mienie domaga się od rządu niemieckiego. I uważa, że Związek Wypędzonych powinien zrezygnować z żądania zwrotu majątków lub wypłaty odszkodowań od Polski. Jej postawa napotyka jednak na opór ze strony samego Związku Wypędzonych a także władz CDU. I chociaż kanclerz Niemiec Gerhard Schröder podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego zdecydowanie odciął się zarówno od postulatów ZW jak i Pruskiego Powiernictwa (organizacja prywatna, wspierająca Niemców wysuwających roszczenia prawne przeciw Polsce), a także od planów tworzenia Centrum przeciwko Wypędzeniom w Berlinie, to nie wiadomo, jak będzie się przedstawiała sytuacja, gdy rządy w Niemczech obejmie chadecja. Zdaniem Klausa Bachmanna, korespondenta „Stuttgarter Zeitung”, „Schröder powziął zobowiązania polityczne wobec Polski, a w polityce zagranicznej Niemiec pacta sunt servanta”.
Właściwie każdy nowy dzień przynosi kolejne zmiany w stosunkach polsko-niemieckich. Ledwie ucichła na chwilę wrzawa wokół Steinbach, a już w sejmie polskim podnoszona jest sprawa reparacji wojennych, które w 50 lat po wojnie miałyby być zapłacone przez rząd niemiecki. Jedno jest pewne – to okres wyjątkowo intensywnych kontaktów z naszym zachodnim sąsiadem. I jest to, zdaniem Thomasa Urbana, korespondenta „Süddeutscher Zeitung”, najgorszy moment w historii naszego sąsiedztwa od 1989 r. „Wszystko wskazuje na to, że ta scysja oznacza więcej niż tylko powierzchowną wymianę ciosów” („Cztery znamienne daty”).
Dlatego numer GEO poświęcony Polsce jest interesujący nie tylko jako wizyta ciekawych sąsiadów u nowo przyjętego członka Unii Europejskiej, ale jako próba zrozumienia i zbliżenia się do naszego sposobu widzenia świata. Bo od wiedzy i empatii będzie zależała przyszłość naszych kontaktów.
Obok ilustrowanych świetnymi fotografiami tekstów o profilu turystyczno-krajoznawczym pojawiły się w GEO artykuły, w których zasygnalizowane są m.in. skomplikowane po dziś dzień stosunki polsko-ukraińskie („Nowa strażniczka Europy”), kontrowersje wokół planowanego Centrum Wypędzonych, polski antysemityzm („Rebeliantka wbrew woli” – tekst o Andzie Rottenberg), problemy ze stocznią gdańską („Mit na sprzedaż”), sytuacja generacji dwudziesto- i trzydziestolatków, opisywanej w polskiej prasie jako „generacja nic” („Dzikie noce”), nieufność polskich rolników w stosunku do UE i ich opornie budząca się aktywność, wciąż krępowana przyzwyczajeniami i pasywnością wyniesioną z epoki PGR-ów („Nowa epoka lodowcowa na Mazurach”).
Niemcy nie byliby sobą, gdyby obok tekstów o historii stosunków polsko-niemieckich i reportaży nie zamieścili statystyk i wyników badania opinii publicznej przeprowadzonych w Niemczech i w Polsce. Z tych ostatnich wynika jednoznacznie, że zainteresowanie historią i kulturą kraju sąsiedniego nie jest obustronne. Niemcy wykazali mniejszą znajomość polskich pisarzy, nie potrafili wymienić najważniejszych dat z historii Polski, nie wspominając nawet o znajomości języka polskiego (1,9% ankietowanych). W punkcie dotyczącym sympatyczności mieszkańców krajów ościennych (na skali od 5 do –5) dostaliśmy najmniej ze wszystkich krajów sąsiadujących z Niemcami: średnia –0,1 punktu.
Przyznam, że mną to wstrząsnęło. Oczywiście nie oczekiwałam zbyt wygórowanej oceny – nadto często dane mi było odczuć na własnej skórze, jak żywe i powszechne są stereotypy, ale nigdy nie prognozowałabym, że znajdziemy się na drugiej, ujemnej części skali. Co ciekawe, Niemcy są przekonani, że mamy ich za naród niezbyt sympatyczny (również –0,1 punktu). Zadziałała więc zasada wzajemności: nie lubimy tych, o których myślimy, że nas nie lubią.
Komu jest trudniej zrozumieć drugą stronę? Niemcom Polaków? Czy Polakom Niemców? A przede wszystkim – czy to, co wiemy o naszych sąsiadach, jest wystarczające, aby mówić o zrozumieniu?
Cytowany powyżej Thomas Urban, historyk, slawista i dziennikarz, uświadamia niemieckim (ale i polskim!) czytelnikom, że spośród czterech najważniejszych dla Polaków dat tylko co do roku 1939 zarówno po stronie niemieckiej jak i polskiej panuje zgodność interpretacji historycznej. Rok 1920, rok „cudu nad Wisłą”, w ogóle w świadomości niemieckiej nie istnieje, chociaż my w naszym zwycięstwie nad sowietami dopatrujemy się zatrzymania bolszewickiej fali, która gdyby nie my, zalałaby Europę.
Nie istnieje w świadomości niemieckiej także Powstanie Warszawskie. Tak jak wszędzie na świecie, mylone jest z powstaniem w warszawskim getcie. Większość Niemców nie wie, że inteligencja i kultura narodu polskiego zostały poddane przez nazistów podobnej akcji wyniszczającej jak narodu żydowskiego.
Różni nas także podejście do zmian terytorialnych, jakie pociągnęła za sobą II Wojna Światowa. Niemcy stratę Śląska, Pomorza i Prus Wschodnich na rzecz Polski interpretują jako zadośćuczynienie za krzywdę wyrządzoną polskim ofiarom wojennym i robotnikom przymusowym. W polskim rozumieniu tzw. „ziemie odzyskane” były rekompensatą za utracone na rzecz ZSRR kresy wschodnie. Zdaniem Polaków reperacja wojenna jeszcze nie nastąpiła. Za zniszczoną w 1944 stolicę Polska do dziś nie otrzymała ani grosza.
Również na załamanie się komunizmu i rozpad bloku wschodniego spoglądamy ze skrajnie różnych perspektyw. Zachód, w tym Niemcy, zwykli przypisywać całą zasługę Michaiłowi Gorbaczowowi. O roli Polski, polskiego papieża Jana Pawła II i przywódcy pierwszych wolnych związków zawodowych Lecha Wałęsy w procesie wyzwalania spod wpływów Związku Radzieckiego kolejnych państw za Odrą się nie mówi. Rok 1989 stanowi dla nas odkupienie roku 1944. Jest symbolem wolności wywalczonej. Jesteśmy narodem, który był zmuszony do ciągłej walki o własne niepodległe państwo i o zachowanie własnej tożsamości. Stąd wolność kojarzy nam się z koniecznością walki. Dlatego zdaniem Urbana decyzja o wsparciu ingerencji wojskowej w Iraku wydała się Polakom oczywista, bo związana była z etosem walki ciemiężonego narodu z tyranem.
Dwojaką, polską i niemiecką interpretację czterech znamiennych lat Urban kończy słowami: „Na każdy argument natychmiast znajduje się kontrargument. Polscy eksperci zajmujący się Niemcami skarżą się, że Niemcy zbyt mało wiedzą o naszej wspólnej historii. Niemieccy eksperci badający Polskę ostrzegają, aby nie dopatrywać się w każdej nowej debacie historycznej w Niemczech ukrytego ataku na Polskę. Cóż najlepszego stało się ze stosunkami polsko-niemieckimi?”
Fakt, że tak wiele miejsca poświęcam tekstom traktującym o historii polsko-niemieckiej w GEO, niezbicie świadczy, że to historia wciąż wzbudza emocje i kontrowersje. Że historia wciąż będzie ciążyła nie tylko nad oficjalnymi stosunkami między naszymi państwami, ale także nad normalnymi, codziennymi kontaktami Polaków z Niemcami. Czy możliwe jest polskie spojrzenie na Niemcy bez filtra II Wojny Światowej? Raczej nie. Być może jednak uda się wypracować nową perspektywę, w której uwzględnimy także niemiecki punkt widzenia. Tak jak o nową perspektywę spojrzenia w kierunku Polski starają się redaktorzy, którzy przygotowali specjalne wydanie magazynu GEO.
Z tekstów niemieckich reporterów wyłania się bardzo złożony i daleki od utartych stereotypów obraz Polski i Polaków. Dynamicznej Warszawie przeciwstawiony jest pozornie nostalgiczny Kraków – w istocie miasto kontrastów: 2,5 miliona dzieł sztuki, 5.500 zabytkowych budowli a jednocześnie intensywne, czasami nawet ekscesywne życie towarzyskie ludzi młodych, studentów, którzy nie zgadzają się z wrzuceniem ich do szuflady z napisem „generacja nic”. Mówią o sobie raczej, że reprezentują „generację wszystko” – chcą intensywnie studiować, znać kilka języków, podróżować po całym świecie i imprezować co dnia. Ambicja nie pozwala położyć się spać. Urodzili się na Wschodzie, żyją na Zachodzie. Są świadomi tego, że trudno będzie im wywalczyć sobie miejsce na rynku pracy. Że są generacją spóźnioną, skoro nie mieli szans „załapać się” na najbardziej intensywny rozwój gospodarczy kraju. Ta świadomość jest z jednej strony źródłem postawy pełnej rezygnacji, z drugiej zaś wywołuje zapał i wolę wybicia się. Młodzi Polacy są ambitniejsi niż ich rówieśnicy z Zachodu.
Nowa Huta – świat blokowisk, świat „dresiarzy”. Brzydota, bezrobocie, break-dance i bezgraniczna wiara w to, że bez pieniędzy jest się nikim. Młodzi ludzie, którzy już teraz czują się skreśleni, których nie wpuszcza się do lepszych klubów, którym nie ufają pracodawcy, i nawet jeśli ich zatrudniają, to patrzą na nich „jak na chodzące ryzyko”. Ich świat, ich język odnajdujemy w powieści Doroty Masłowskiej „Woja polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”. „Literackie odkrycie ostatnich lat” niewiele sobie robi z nagród i rozgłosu. GEO artykuł poświęcony jej twórczości umieszcza w cyklu – „Silne kobiety”, obok portretu Jolanty Kwaśniewskiej i Andy Rottenberg. W 2001 r. historia tej ostatniej pojawiła się na pierwszych stronach gazet w Polsce i za granicą. Niepokorna szefowa Galerii Zachęta za cel miała uświadomienie Polakom, że historia sztuki nie kończy się na ładniutkich, kolorowych obrazkach impresjonistów. To dzięki niej Polska zaistniała na współczesnej artystycznej mapie Europy. W sztuce zawsze chodzi o wolność – podkreśla Rottenberg. Sztuka ma prowokować do myślenia. Niestety niektórych sprowokowała do nienawiści. Wystawienie rzeźby Maurizio Cattelana, przedstawiającej papieża Jana Pawła II, przygniecionego do ziemi ciężarem meteorytu, wywołało burzę. Na otwarcie mówiącą o swoich żydowsko-rosyjskich korzeniach Andę Rottenberg wylała się prawdziwa rzeka agresji, antysemityzmu, nienawiści i głupoty. Teraz pewnie nie uda się jej już stworzyć w Warszawie Muzeum Sztuki Współczesnej, prawdziwej szkoły patrzenia dla Polaków, która byłaby otwarta na wszystkich, nie tylko na elitarne kręgi uznanych twórców. Anda Rottenberg nie chce rozmawiać o Muzeum. Sięga po kolejnego papierosa.
Wizyta na „ścianie wschodniej”. Obserwacja pracy polskich celników, strzegących teraz nie tylko granic terytorium polskiego, ale także wschodniej granicy obszaru Unii Europejskiej, stanowi dla autora pretekst do opowieści o historii Galicji i skomplikowanych po dziś dzień stosunkach polsko-ukraińskich. Uciskanie ukraińskich chłopów przez polskich właścicieli ziemskich, wzajemne krwawe mordy, wojna w przeciwnych okopach, powojenne wypędzenia i przesiedlenia, akcja „Wisła”, a w niedalekiej przeszłości spór o kościół karmelitów w Przemyślu – po obu stronach granicy jest wiele otwartych ran. Strach Polaków przed Ukrainą irytuje celniczkę Beatę. „Z jednej strony rozumie, że jej praca służy bezpieczeństwu Polski, z drugiej wie przecież, że za granicą nie leżą dzikie azjatyckie stepy, tylko Lwów, miasto, z którego pochodzi jej rodzina. Trudno bronić się przed czymś, co najchętniej przycisnęło by się do serca”.
Mieszkańców kraju, który rozciąga się między tą strzeżoną przez Beatę i jej kolegów granicą a granicą z Niemcami, można na podstawie artykułów w GEO scharakteryzować jako nację o silnej potrzebie związku z własną przeszłością. Polacy ciągle zmagają się z historią swojej ojczyzny, którą na przestrzeni dziejów wielokrotnie pisano od nowa, a wokół której wciąż powstają kontrowersje. Z przywiązaniem do przeszłości silnie kontrastuje dynamika rozwoju kraju i ambicje ludzi młodych, nierzadko widzących w historii raczej balast niż powód do dumy. Słodko-gorzka kraina, zamieszkana przez ludzi o ogromnym temperamencie, któremu wiele zawdzięczają, ale który był niejednokrotnie przyczyną wielu nieszczęść. Polacy mają czarne poczucie humoru. Ale broń Boże nie wolno próbować ich przekonywać, że tak naprawdę żyją w normalnym kraju. „Jak nic się obrażą – z takich rzeczy się nie żartuje” – twierdzi Steffen Möller.
Nie wiem jak odczytają tę publikację Niemcy. Być może niektórym z nich będzie się czytało równie ciężko jak mnie. Być może ci, którzy będą szukali na łamach GEO argumentów, aby umocnić się w swoich uprzedzeniach – znajdą je. Równie dobrze, jak negatywnie nastawieni Polacy, którzy całe specjalne wydanie mogą potraktować jako jedną wielką prowokację. Taka właśnie negatywna reakcja jest najłatwiejsza, bo nie wymaga wysiłku. Wymaga tylko sporego ładunku negatywnych emocji, które wciąż w sobie nosimy. A tutaj potrzeba pracy. Pracy nad sobą.
Początkowa irytacja wywołana inną perspektywą niż nasza, polska, ustępuje w miarę czytania i przeradza się w trudny do opisania stan „poliwizji” – w niemieckim tekście oglądamy się równocześnie od środka i z zewnątrz. To doświadczenie budujące i wzbogacające, jeśli tylko zdoła się odrzucić buńczuczną niezgodę na to, że o naszych problemach i błędach mówią obcy. I to nie byle jacy obcy – ale właśnie Niemcy. Świetna lekcja nie tyle pokory, co pluralizmu i tolerancji.
Podczas lektury tych tekstów nieuchronnie nasuwa się pytanie: a jak opisalibyśmy się sami? Na pewno nie tak! Na pewno lepiej! Ale czy opis Polski z polskiej perspektywy aby na pewno byłby lepszy, pełniejszy, bardziej obiektywny? Czy lepiej przysłużyłby się zrozumieniu naszego kraju przez cudzoziemców? Wystarczy spojrzeć na materiały, za pomocą których Polska promuje się za granicą. Ociekające od cukierkowatej sielskości prospekty mogą skusić turystów, może inwestorów. Ale w żaden sposób nie przyczyniają się do zbliżenia w najgłębszym, ludzkim wymiarze. Takiego zbliżenia z Niemcami nie osiągnęliśmy i nieprędko je zapewne osiągniemy, jeśli przyjrzeć się obecnemu rozwojowi sytuacji. Oficjalna polityka zagraniczna jest dyplomatyczną grą, w której chodzi bardziej o zachowanie chłodnej równowagi niż o konfrontację z ludzkimi emocjami.
Portretując kogoś, portretujemy zarazem siebie. Ten portret Polski mówi dużo o Niemcach: o ich zmyśle organizacyjnym, tendencji do porządkowania rzeczywistości w jasno określone zbiory i podzbiory, o ich podziwie dla niezależności i kreatywności. A także o tym, że wciąż zmagają się ze swoją historią. Znamienna jest tutaj opowieść niemieckiej dziennikarki Petry Reski. Jej rodzice zostali wypędzeni po wojnie z Polski. W młodości Petra ich sentymentalne powroty, ich melancholię i tęsknotę za krajem lat dziecięcych odrzucała jako przejaw rewanżyzmu. Była dumna z tego, że jest „nową Niemką”, nieskażoną resentymentami. Dopiero podróż do stron rodzinnych uświadomiła jej, że jej losy są częścią historii, jakakolwiek by była. „Podczas podróży do Prus Wschodnich i na Śląsk znalazłam ten brakujący element, którego brak uniemożliwiał mi dotąd kontakt z przeszłością. Jako dziecko myślałam, że przed nami nie było nic. (...) Teraz wiem, gdzie jest grób mojego pradziadka. Jestem spokrewniona z Polską”.
Nam również zabrano część naszej przeszłości. Wojna zniszczyła nie tylko nasz kraj, naszą elitę intelektualną, wpędziła nas na 50 lat w szpony komunizmu, ale także pozbawiła pokolenia powojenne możliwości wzrastania w społeczeństwie wielokulturowym. Być może w przyszłości Polska znów stanie się domem dla ludzi o różnym pochodzeniu. Tymczasem wciąż wisi nad nami socjalistyczne widmo monoetniczności, skutecznie zamykające umysły na wszelką inność.
Jestem Ślązaczką. Mam w sobie naturalną tęsknotę i potrzebę przebywania wśród ludzi reprezentujących inne kultury. I chociaż nie dane mi było zaznać tygla kultur i narodowości, który panował niegdyś na Śląsku, to brak mi go. Mam pretensję do historii o to, że nie mogłam dorastać wśród Niemców, Czechów i Żydów. Wiem, że sprawcami załamania się tamtego świata byli Niemcy. Ale czuję się z Niemcami spokrewniona, bo byli równocześnie tego starego świata częścią.







