Ten który jest wiecznie szczęśliwy
Premavesanitaydasa, czyli Ten, Który Jest Wiecznie Szczęśliwy - tak nazywam się naprawdę, po wedyjsku.” – powiedział. Podobno nie lubił mięsa, od dziecka, a potem wymagała tego religia. Był kształcony na bramina – duchownego indyjskiego, 8 lat żył w świątyni 2 lata temu ją opuścił.
Ten, który jest wiecznie szczęśliwy.
Monika poznała Przemka w autobusie. Była na pierwszym roku studiów, zarządzanie, tylko prywatne, bo na SGH się nie dostała. Był koniec maja i początek sesji.
"...Ty jesteś celem pierwotnym i najwyższym.."
- Dobrze pamiętam, to był 29 maja, dzień moich urodzin. Wyszłam właśnie z egzaminu, który zaliczyłam na piątkę i szłam na przystanek. Skręciłam z Okopowej w Anielewicza i zobaczyłam na pętli autobus 111, rzuciłam się biegiem. Kierowca załączył silnik, „Nie zdążę” - pomyślałam, ale ktoś wyskoczył ze środka i przetrzymał go dla mnie. Zdyszana wbiegłam do środka, rzuciłam „Dziękuję”, podniosłam wzrok i spojrzałam prosto w spokojne niebieskie oczy. „Nie ma za co” – usłyszałam i przeniosłam wzrok na usta. Uśmiechały się, ja też się uśmiechnęłam, ale szybko spuściłam oczy.
„...Ty jesteś ostatecznym miejscem spoczynku całego wszechświata...”
Matka zawsze powtarzała, żebym się szanowała. „Facet musi walczyć, żeby
docenić.” – powtarzała.
Obserwowałam go przez rzęsy. Był bardzo wysoki, stał przygarbiony pod
drążkiem, krótko obcięty, opalony, w niebieskiej koszuli i płóciennych spodniach.
Nie odrywał ode mnie oczu a ja patrzyłam w szybę na jego odbicie, miał mocny
nos i indiańskie rysy.
Matka była nauczycielką, ale nie pracowała w zawodzie, poświęciła karierę i
zajmowała się nami. Mam dwie młodsze siostry, dużo miała z nimi roboty, a mnie
wychowywały Musierowicz, Montgomerry i Kowalewska.
Książki to było moje dzieciństwo. „Pestkę” czytałam osiem razy, za każdym razem płakałam za taką miłością. A potem „Idę sierpniową” na poprawę nastroju i marzyłam o prawdziwej rodzinie, pełnej.
Ojciec mieszkał z nami od czasu do czasu. Budował domy w Kuwejcie i
przyjeżdżał raz na pół roku. Miał tapczan w dużym pokoju. Na jego łóżku
najbardziej lubiłam czytać.
„..jesteś bez początku, środka i końca...”
Chłopak cały czas się patrzył, w końcu przeprosił i zapytał, czy nie wiem, jak
dojechać na Warszawiankę. Wiedziałam, musiał się przesiąść na Bankowym.
Powiedziałam, że pokażę ale w końcu wysiadłam razem z nim. Przedstawił
się. Przemek.
Zaczęliśmy rozmawiać – o książkach, filmach, muzyce. Okazało się, że mamy wspólny ulubiony film – „Wielki błękit” i oboje kochamy delfiny. On miał jednego na szyi, ja na palcu. Oboje też lubiliśmy góry i wspinaczkę. Wsiedliśmy do pierwszego autobusu i rozmawiając dojechaliśmy nim na pętlę i z powrotem.
„...Ty jesteś ostają wiecznej religii...”
W domu nie było religii, matka była przeciwniczką kościoła, a ojciec nie wtrącał się. Ja nie jest nawet ochrzczona. Kilka razy byłam w kościele po kryjomu, to było ogromne przeżycie. W siódmej klasie zapisałam się na religię, ale matka to odkryła i musiałam wybierać: kościół albo rodzina. Przestałam chodzić. Często rozmawiałam z Bogiem, nie umiałam się modlić, ale wierzyła, że mnie rozumie.
Zapytałam Przemka o Boga i religię, odpowiedział, że to na dłuższą rozmowę, wziął mój numer telefonu i wysiadł.
„...Chwałom Twoim nie ma końca...”
Zadzwonił, po 2 dniach, przeprosił, że tak późno. Brat do niego przyjechał. „Młodszy czy starszy – zapytałam. „To inny brat, ale to później – poprosił – chciałbym Cię zobaczyć. Mogę przyjechać?” Podałam mu adres, zadzwonił, zeszłam i poszliśmy na kawę. Był cudowny – ciepły, opiekuńczy, podsuwał mi krzesło, podawał kartę, pytał się, czy nie marznę, obejmował. Mówił, że mam piękne oczy, nos, usta, że jestem ideałem. Zapytałam o brata. „To mój brat duchowy – odpowiedział – byłem kształcony na duchownego.”
„...Twymi oczyma – słońce i księżyc...”
Następnego dnia zadzwonił i poszliśmy na lody. Było lato, szliśmy Nowym Światem objęci i roześmiani i czułam, że wszyscy się za nami oglądają. Byłam tak szczęśliwa.
Dzwonił codziennie i od razu przyjeżdżał, a potem szliśmy na starówkę albo do Łazienek. Raz zabrał mnie do swojej ulubionej Pizzerii ”Pod wieżą”, podał kartę i zaproponował dużą wegetariańską na dwoje, zgodziłam się. Zapytałam, czy nie je mięsa. „Tak” – odpowiedział.
„...Posiadasz wszelką wiedzę...”
„Premavesanitaydasa, czyli Ten, Który Jest Wiecznie Szczęśliwy - tak nazywam się naprawdę, po wedyjsku.” – powiedział. Podobno nie lubił mięsa, od dziecka, a potem wymagała tego religia. Był kształcony na bramina – duchownego indyjskiego, 8 lat żył w świątyni 2 lata temu ją opuścił.
„Masz piękną biała aurę – powiedział - widziałem to już w autobusie i czakrę korony, wyglądasz jakbyś nosiła biały kwiatek na głowie. I odtąd mówił do mnie „Kwiatku”.”
Poznałam brata Przemka, duchowego brata. Krzysztof miał taki sam spokój w oczach. Spędzili w świątyni 8 lat i razem zrezygnowali z drogi duchowej. Też krótko obcięty, podobnie ubrany. Wyglądali na braci. Byli nierozłączni, więc dużo czasu spędzaliśmy wszyscy razem, we czwórkę. Krzysztof miał drugiego brata – Marcina.
„...albowiem Ty sam jesteś wszystkim, co jest do poznania...”
Przemek po tygodniu powiedział, że mnie kocha. „Kocham Cię, kwiatku”, „kocham Twoje ciało subtelne”, „kocham Twoją białą aurę, twoje trzecie oko” – powtarzał mi to na okrągło. Byłam idealna, miałam oczy Pana Sivy i lotosowe stopy, niczego więcej już nie chciał. Byłam pierwsza i jedyna i ostatnia.
Przemek nigdy nie miał kobiety. Dlatego zrezygnował z drogi duchowej – brakowało mu miłości, ale nie boskiej tylko zwykłej, ludzkiej. Chciał kochać i być kochany przez kobietę, tak mówił, że szukał właśnie mnie.
„Spędzić życie z jedną kobietą, to poznać wszystkie, a być z wieloma, to nie poznać żadnej.” – powtarzał. Nie chciał już innej.
Nikt mnie nie dotykał tak jak on – palcami, wargami, rzęsami, czasem samym spojrzeniem. Mówił, że to kamasutra, nauczył się tego z książek. A ja nigdy tak się sobie nie podobałam, jak przy nim.
Miesiąc się spotykaliśmy – chodziliśmy na spacery, do kina, w końcu Przemek zaczął przychodzić do mnie do domu.
„...Chociaż jeden jesteś, przenikasz całe niebo...”
Dyskutował z moją mamą o wegetarianizmie, potem zaczął trochę u nas gotować - różne sabdżi, ryż z dahlem, czapati i słodycze indyjskie. Mówił, że to nie szkodzi, że jem mięso, bo i tak jestem święta. Poza tym, skoro jest ze mną, to bierze na siebie moją karmę.
Przemek przez 10 lat nie jadł nawet jajek. Wyobrażałam sobie, jakie to musi być dla niego wstrętne, gdy całuje się ze mną i czuje smak szynki. Odstawiłam mięso.
Przez pierwszy miesiąc skręcał mnie zapach kurczaka z rożna, ale po dwóch nie wyobrażałam sobie, jak mogłam je jeść. Przemek był szczęśliwy – kupił książki kucharskie i uczył mnie gotować. Trudniejsze potrawy przyrządzał sam w domu i przywoził - pasztet z soji, ciasto marchewkowe czy pasty warzywne.
„...Ty jesteś powietrzem, ogniem, wodą i księżycem...”
W połowie wakacji wyjechaliśmy na działkę, we dwoje. Tam kochaliśmy się po raz pierwszy. Trwało to godzinę albo dwie, nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Całował moje płatki, a ja śmiałam się i płakałam. „Teraz jesteśmy na siebie skazani – powiedział - kobieta i mężczyzna uzależniają się od swojego smaku.” Od tej chwili moje życie należało do niego.
„...Ty jesteś Najwyższym Panem, którego wielbić powinna każda żywa istota...”
Przez 2 tygodnie mieszkaliśmy, jak mąż z żoną, a potem wyjechaliśmy w góry. Łaziliśmy z plecakami od schroniska do schroniska. Opowiadał mi o miłości – do Krisny i o Nim samym, a ja czułam, że w końcu jestem bliżej Boga, że po coś tu jestem.
Po powrocie Przemek ofiarował mi koraliki – specjalnie uświęcone. Powiedział, że będą mnie chronić, że będzie o mnie spokojniejszy. Nie zdjęłam ich przez rok, a gdy je zgubiła czułam się naga i słaba. Okrywały mnie bardziej niż ubranie.
„...Podporządkuj się mnie, a ja uwolnię Cię od wszelkich następstw Twoich grzechów...”
Poprosił mnie, żebym wybrała się z nim do świątyni. Zgodziłam się. Pojechaliśmy do Mysiadła.
Była niedziela, dzień otwarty, kiedy Krisznowcy zapraszają na wykłady, modlitwy i poczęstunek. Na prośbę Przemka założyłam długą spódnicę. Przyjechaliśmy w południe, świeciło piękne słońce, kilka kobiet kręciło się po podwórku - zamiatały, trzepały pościel, wylewały kubły z brudną wodą, plewiły ogródek. Wszystkie w długich spódnicach, owinięte szalami, pochowane i podobne.
Wyglądało to na zwykłe gospodarstwo wiejskie – po lewej kilka drewnianych pomieszczeń teraz mieszkalnych, wcześniej zapewne stodół, po prawej domek murowany z kuchnią, salą modlitewną i pokojami gościnnymi, 50 m dalej cofnięty stał duży niski dom o kształcie dworku – świątynia. To było miejsce na modlitwy, tańce, wykład i poczęstunek.
Przemek był szczęśliwy, wrócił do domu. Witał się ze wszystkimi i opowiadał o mnie. Ja stałam krok za nim i słuchałam, wiedziałam, że celibat zabrania im witać się z kobietą, a nawet na nią patrzeć.
Kobiety za to były bardzo serdeczne, same do mnie podchodziły, ściskały, oprowadzały po całym terenie, nawet po swoich pokojach. Wszystkie były podobne - skromne, drewniane, z klepiskiem, na ziemi materace i derki, w każdym była szafa i zlew, nie miały drzwi tylko koraliki. Niektóre w środku prały, inne wynosiły myły głowy, pomagały przy tym sobie spłukiwać głowy i zaplatać włosy. Śmiały się, śpiewały i opowiadały, jak tu żyją.
Szyją, haftują, robią koraliki, biżuterie, co która potrafi, a potem idą handlować – na targ i po domach, A mężczyźni gotują, bo jedzenie musi być czyste, gotują, dyskutują i organizują – spotkania, wykłady. Modlą się oddzielnie.
Zabrały mnie na modlitwę, my mantrowałyśmy w jednym pomieszczeniu, oni w drugim. Potem były tańce i śpiewy w świątyni i znów kobiety w jednym końcu sali, mężczyźni w drugi. „Hare krisna...” łapałyśmy się za ręce, przytulałyśmy się i całowały.
Potem był wykład o wegetarianizmie i poczęstunek. Siedzieliśmy na ziemi wzdłuż długich, niskich stołów, a bramini w różowych sukienkach wnosili kolejne potrawy w wielkich stalowych kotłach – różne sabdżi, czapati, ryż w kilku smakach, różne dahle, sosy, a na deser słodycze indyjskie. Przy posiłku nikt nie rozmawiał.
Potem długo siedzieliśmy w ogrodzie, słuchaliśmy ptaków i dziękowaliśmy za piękny dzień. Słońce zaszło i wyjechaliśmy. Nigdzie bardziej nie czułam się w domu.
Po powrocie dostałam od Przemka Bhagavat Gita – hinduską Biblię. Pokazał mi Pana Krisnę, Pana Sive, Maję i innych.
„...Kto widzi mnie wszędzie i wszystko widzi we mnie, nigdy mnie nie traci...”
Zaczęłam drugi rok studiów. To były płatne studia, wiec musiałam znaleźć pracę. Przemek mi pomógł, dowiedział się, że facet, który zajmuje się PR w dużej firmie, chce założyć własną i poszukuje do współpracy zaufanej osoby. To był znajomy koleżanki Przemka, poleciła mnie.
Dostałam pracę, na pół etatu. Do 15.00 siedziałam w szkole, od 16.00 pracowałam. Przemek odbierał mnie z pracy i odprowadzał do domu, nie miałam siły na kino czy zabawę.
Po miesiącu kupił mi pierścionek Srebrny z dużą cyrkonią na środku. Zaprowadził mi do jubilera, przymierzył, spytał, czy mi się podoba i poprosił, żebym go zawsze nosiła. Nosiłam. Kochaliśmy się później na schodach. Chciałam być żoną.
Przemek chciał mieć dom i dziecko. Zaproponował, żebyśmy razem zamieszkali. Chciał się mną opiekować. Zgodziłam się. A on zaczął szukać mieszkania. Po 2 tygodniach znalazł – mała kawalerkę na Chmielnej.
„...Zawsze myśl o mnie...”
Porozmawiałam z rodzicami, zrobiła się straszna awantura. Matka krzyczała, że nie zgadza się bez ślubu, że ja się nie szanuję, ojciec powiedział, że nigdy nie będzie tolerował tego człowieka, że nie ma już córki, wyszedł i trzasnął drzwiami. Nie wyprowadziłam się.
„...zostań moim wielbicielem...”
Przemek tego nie zrozumiał. Uważał, że powinnam się postawić, ale nie potrafiłam i nie chciałam. Było mu przykro, rzadziej odbierał mnie z pracy, więcej czasu spędzał z kolegami. Całe dnie spędzali razem, a potem też wieczory. Przesiadywali w knajpach, chodzili do kina, teatru, od czasu do czasu pracowali, handlowali obrazami, wystarczało, że w tygodniu sprzedali jeden.
„...składaj mi pokłony i oddawaj cześć...”
Krzysztof z Marcinem pojechali do Włoch na 2 tygodnie, Przemek został. Gdy wrócili, przeplatali polski włoskim i zachowywali się jak chłopcy z Wołomina. Zapuścili włosy, zaczęli czesać się na żel, zamienili lniane spodnie na czarne z kantem i lśniące „pantofle”. Wstydziłam się, bo zrobili się hałaśliwi i zaczepni.
Przemek nie chciał być inny, też zaczął się zmieniać. Coś musieli robić cały dzień, bawili się w mafię, udawali, nic złego nie robili, tylko dużo szumu.
Rozmawiałam z nim ale on nie widział w tym nic złego. „Wszyscy faceci są tacy – mówił – spójrz naokoło. Taki jest świat.”
Zaczęli nosić skórzane kurtki, łańcuchy, pakowali na siłowni i sprycowali się sterydami. Zrobiły się z nich prawdziwe „karki”.
Matka tłumaczyła mi, że musi się wyszumieć, że nadrabia. „To minie” – powtarzała. Ja czekałam ale nic się zmieniało. Weszli w nowe role. Porzucili wszystko, w co wierzyli, zaprzeczali wartościom, które też stały się moje. Nie potrafiłam się na to zgodzić. Byłam zła i czułam się oszukana.
„...Ja jestem smakiem wody...”
Kiedyś przyszłam do pracy spłakana i opowiedziałam wszystko szefowi. Miał 35 lat, był samotny, zaczął mnie podrywać. Dawał mi kwiaty, przysyłał mi do domu wiersze faxem i jeden przyszedł przy Przemku. Przeczytał i nic nie powiedział, tylko wyszedł. Ja nie czułam się winna, postanowiłam się nie tłumaczyć.
„...Światłem słońca i księżyca...”
Przez kilka dni nie mieliśmy żadnego kontaktu, w końcu Przemek zadzwonił.
Powiedział, że chce mnie zobaczyć. Byłam sama w domu, więc zaprosiłam go na
kolację. Przygotowałam jego ulubione danie – sabdżi w sosie jogurtowym i budyń
z kaszy mannej. Przyjechał z bukietem róż i pudełkiem Rafaello. Tulił mnie długo
i całował, to był mój Przemek. Zjedliśmy przy świecach, opowiadał mi, jak się
przez ten tydzień bawili. Poznali dwie siostry stewardesy.
Żegnaliśmy się całą noc. Oczy, nos, usta, szyję, obojczyki, piersi, pępek, palce u stóp, Przemek całował całe moje ciało i mówił, jak bardzo mnie kocha. A potem ja całowałam jego. Nie spaliśmy, żeby zapamiętać, jak najwięcej. Rano odprowadziłam go do drzwi, pocałował mnie w usta i wyszedł.
„...Ja jestem dźwiękiem w eterze...”
To był koniec. Nie padło słowo, ale oboje o tym wiedzieliśmy. Ja nie chciałam, żeby on się zmienił, a on chciał, żebym ja się zmieniła. Kochaliśmy nie siebie ale nasze wyobrażenia. Jak odszedł dopiero poczułam jak bardzo.
Brakowało mi Jego ciepła, wiecznej obecności i pewności, co jest dobre a co złe. Nie chciałam żyć bez niego, czułam, że nie potrafię. Tak jakbym razem nim traciła wszystko – Boga, religię, w końcu to był jego Bóg, należał do niego
Nie wierzyłam, że to się stało, miał być zawsze i raptem go nie ma. Zadzwoniłam, odebrał, rozłączyłam się. I tak kilkakrotnie. Nie spałam przez dwa tygodnie, byłam w trakcie sesji pewnie tylko dzięki temu ją zdałam.
Po ostatnim egzaminie pojechałam pod jego dom, zadzwoniłam z budki, odebrała jego matka. Opowiedziałam jej krótko, co się stało i jaki mam plan. Chciałam spakować Przemka i zabrać go w góry. Zapytałam, czy mogę wejść, przeprosiła mnie i nie wpuściła. Ojciec Przemka był chory na raka, przywieźli go ze szpitala do domu. „Spokojnie – poradziła mi- to też minie, przejdzie mu, tylko daj mu trochę czasu.” Ale ja czułam, że nie mam czasu, że zrobię to teraz albo nigdy. Nie znalazłam już drugi raz tyle sił, żeby tam pojechać.
„...możliwością w człowieku...”
Ogoliłam głowę. Chodziłam po Warszawie naszymi ścieżkami – do Pizzy Hat za domami Centrum, „Pod wieżę” na starówce, Nowym Światem, do Tam-tamów. Marzyłam, że się spotkamy i znów będziemy razem. W końcu spotkaliśmy się.
On szedł z hostessą, za rękę. Miała długie blond włosy, wyzywający makijaż, krótką białą spódniczkę i szpilki. Wracali z pikniku.
Pojechałam do Mysiadła, sama. Ale nie miałam odwagi wejść do środka. Przyjechałam rowerem i posiedziałam godzinę w ogrodzie, bardzo mi było tego trzeba. Tam był spokój i pewność. Pomogło.
„...Ja jestem rytuałem, poświęceniem i ofiarą...”
Postanowiłam wyjechać do Indii, do klasztoru. Życie bez niego wydawało mi się bez sensu. Studia praca, pieniądze nie miały znaczenia. Przecież nie to było ważne. Chciałam iść jedyną słuszną drogą, którą mi wskazał. Chciałam być dobra, najlepsza, zasłużyć na niego, odzyskać go. Jeśli nie teraz to kiedyś, może nawet w innym życiu, musiałam do niego „dorosnąć” duchowo. Chciałam siebie poświęcić. Wierzyłam, że on to doceni i wróci.
Ojciec był w Polsce, na działce, pojechałam się z nim pożegnać. Przyjechałam łysa i w indyjskim sahri. Jak mnie zobaczył rozpłakał się, przytulił i powiedział, że mnie kocha. Po raz pierwszy w życiu.
„...Ja jestem celem, żywicielem, panem, świadkiem, siedzibą, schronieniem i najdroższym przyjacielem...”
Zostałam. Ojciec też został, w kraju. Nie mogłam jeść, schudłam 10 kg. Tata cierpliwie przyrządzał wszystkie moje potrawy z dzieciństwa – bitki, sznycle, a ja nie mogłam przełknąć ani kawałka. Na swoje urodziny przyszykował pulpety z indyka. Siedziałam nad nimi pół godziny, w końcu zjadłam.
„...Jeśli staniesz się świadom mnie, dzięki mojej łasce pokonasz wszelkie przeszkody.”
Po roku wróciłam do równowagi. W dwa lata skończyłam studia i poszłam do
pracy, do działu PR w dużym koncernie. Tam poznałam swojego męża.
Przemka spotkałam po pięciu latach, w wakacje na półwyspie Helskim. Miał
długie tlenione włosy i modne ciuchy, uczył się pływać na kajcie i wyglądał
na prawdziwego surfera. Przyglądałam mu się chwilę z daleka. Podeszła do niego
opalona młoda kobieta. Spojrzał ponad jej głowa i zobaczył mnie. Podszedł. Czas
cofał się z każdym jego krokiem. Gdy stanął przy mnie to był mój Przemek.
„Cześć, Kwiatku” – powiedział i pocałował mnie, kobieta czekała dwa kroki za
nim. „To moja żona” – dodał. Zabolało i minęło, jak wszystko, jak Krisna i
wegetarianizm. Pożegnałam się szybko. Musiałam wracać do dzieciaków.
Magda Rybak







