Laboratorium Re... > Absynt - klub a... > Trzecia córka  

Trzecia córka

Agnieszka Juskowiak

Pamięta, że kiedyś, gdy odrabiała lekcje, a on krzyczał, przytknęła ołówek do ust i gryzła. Gryzła tak mocno, że prawie wyleciały jej mleczaki. Było źle. Bardzo źle. Zastanawiała się dlaczego tak jest. W swojej dziecięcej główce nie potrafiła odnaleźć odpowiedzi.

TRZECIA CÓRKA

Siedzimy naprzeciwko siebie. Ona i ja. Patrzymy, ale jednocześnie wzrok nam gdzieś ucieka. Staramy się nie dostrzegać splecionych w nerwowym bólu dłoni. Trzeba zacząć. Obie tego przecież chcemy. Obie od dawna na to czekamy.

KASIA

Była niechcianym dzieckiem. Trzecim. Znowu córka. Cholera. Wszystkie chłopięce ubranka trzeba było wyrzucić. Dzieciństwo? Wzrok gdzieś się chowa. Za szafę, pod stół. Ucieka daleko i wędruje gdzieś po ścianach. Byle jak najdalej.
Nie, nie było szczęśliwe. Tzn. było szczęśliwe, dopóki się nie zorientowała, że nie wszędzie tak jest; że nie wszystkie dzieci nie są przytulane przez rodziców. Że nie wszędzie rozwiązuje się problemy i nieuleczone frustracje - awanturą. Suto zakrapianą alkoholem. I biciem.

Tak, było trudno. Pamięta, że kiedyś, gdy odrabiała lekcje, a on krzyczał, przytknęła ołówek do ust i gryzła. Gryzła tak mocno, że prawie wyleciały jej mleczaki. Było źle. Bardzo źle. Zastanawiała się dlaczego tak jest. W swojej dziecięcej główce nie potrafiła odnaleźć odpowiedzi. Może to przez nią? Może dlatego, że dostała tróję, a nie piątkę? Czasem chowała się do szafy, żeby nie widzieć. Bo słyszeć musiała. Te wszystkie wysokie tonu bólu, wzajemnej pretensji i oskarżeń.

Był taki dzień w szkole. Robili kanapki. Nie było zbyt wiele w lodówce, bo przez awanturę poprzedniego dnia, mama zapomniała zrobić zakupy. Zresztą i tak nie miała za co. Wszystko przepił. Wyciągnęła jakiś stary kawałek sera, zeschnięty szczypiorek i kromkę chleba. Masło pożyczy od koleżanki z ławki. Zapakowała wszystko w pudełko po lodach. Poszła. Przyszła lekcja techniki. Wszyscy wyciągali kolorowe warzywa, śmieszne dodatki do kanapek. Przygotowywali z zaangażowaniem. Potem pani próbowała od każdego. Ale nie od niej. Było jej bardzo przykro. Wtedy zrozumiała po raz pierwszy, że jest gorsza. Po prostu.

Pamięta, że kiedyś szła ulicą. Miała na sobie nową czapkę. Różowo- czarną z zielonym misiem pośrodku. Bardzo się jej podobała. Dostała ją od ojca chrzestnego na gwiazdkę. Padał śnieg, a ona wracała do domu. Miała może z dziewięć lat. Szła i zobaczyła go. Ojca. Był oczywiście pijany, szedł prosto w jej stronę. Nie wiedziała dokąd uciec. Próbowała szybko się zorientować, co ma zrobić. W końcu…jest! Uśmiechnęła się do niego. Uśmiech przecież zawsze zjednuje sobie ludzi. Nie tym razem. Dostała w twarz. A potem awantura za wyśmiewanie się z własnego ojca.

Ale on był czasem dobry. Naprawdę. Przynosił zabawki. Siusiającą lalkę, ubranka. A przecież inne dzieci nie miały lalek barbie. Robiła furorę na miejscowym podwórku. Kiedyś nawet koleżanka powiedziała jej, że jej zazdrości, bo ma taką fajną rodzinę. Tak, ona dokładnie wiedziała, że najlepiej zamieniłaby się. Wymieniłaby ojca w komisie, gdyby taki istniał.

Miała silne poczucie niesprawiedliwości. Inne dzieci, inne rodziny, inne wymagania inne oczekiwania. Złościła się i zaciskała pieści, że to nie sprawiedliwe, że inni mają inaczej. Że inni rodzice się szanują, że inne dzieci mogą spać po nocach, i mogą zapraszać do domu koleżanki. Tak. Jej kontakty z rówieśnikami kulały. Mocno. Nie przyprowadzała do domu koleżanek, bo mogłaby się wydać. Rodzinna tajemnica. Sekret, o którym nie można było wspomnieć nawet szeptem.

MATKA.

Alkohol? Awantury? Nie, on po prostu ma stresującą pracę. A ona się za mało stara. Może, kiedy następnym razem nie położy pietruszki na kanapki, nie uderzy. Tylko zje ze smakiem. Nie, nie mogła się zbuntować. To przecież głowa rodziny. Rozwód? Nie. Ksiądz w konfesjonale powiedział, że skoro sobie wybrała takiego męża, musi teraz nieść krzyż. Swój krzyż. Dzieci też muszą nieść krzyż. Bo tak. Bo przecież będzie na nich czekała nagroda po śmierci. Będzie? Nie można grzeszyć. Stanowczo nie można grzeszyć. I nie mogą się dowiedzieć. Kto? Ludzie. Bo co by powiedzieli? Wytykaliby ją palcami. Nie. Lepiej niech zostanie tak, jak jest. A może on się zmieni? Tak, z pewnością się zmieni. Ona musi się tylko bardziej starać. I pomalować paznokcie na krwisty czerwony. Bo on tak lubi. Zapleść warkocz i uśmiechnąć się. I robić, co tydzień tę samą wstrętną śląską potrawę.

AGATA

Miała być lekiem. Miała sprawić, że się zmieni. Czwarte dziecko. Kiedy chodziła z brzuchem, też bił. Bo czuła się źle. A przecież nie miała do tego prawa. Zawsze miała być uśmiechnięta. Tymczasem okazywało się, że boli ją głowa, że na coś nie ma ochoty. Pracowała aż do samego rozwiązania. Aż ciąża była zagrożona. Całe szczęście, najmłodsze dziecko urodziło się zdrowe. Czwarta córka. No i miała jego oczy. Ona jedna. Była podobna tylko do niego. Nie miała tak jak trzy pozostałe tych wstrętnych jak je określał żydowskich oczu. Nie lubił ich. Bo były takie jak jej. Z początku zupełnie czarne. A potem nieco blakły, by przyjąć kolor orzecha.

Okazało się, że lekiem nie była. Po roku musiały uciekać, bo było bardzo źle. Właściwie to bił ją codziennie. Bo nie założyła spódnicy, bo rozmawiała z sąsiadem. Bo zbyt długo była w sklepie. Bo na obiad były gorące kotlety mielone, a przecież doskonale wie, ze on lubi tylko zimne. Uciekły daleko. Ale i tam je dostrzegł. Już był pozew rozwodowy. Przekonał ją ze się zmieni. Uwierzyła. Znowu. Cierpiała tak kilka następnych lat, bo było jej głupio. Bo doszła do wniosku, że skoro się zgodziła, musi nieść krzyż. Zresztą, czym są dzieci bez ojca? Nie. To nie możliwe. Swojego straciła bardzo wcześnie, wiec chciała, żeby one go miały. Ojca, którego nigdy nie było, choć siedział tuz obok przy telewizorze.

KATARZYNA
Gdy z małej Kasi zrobiła się Katarzyna, było ciężko. Najgorzej było tuż przed maturą. Nie mogła jej zdać. Przecież była za głupia. Cały czas jej to powtarzał. Rozgłaszał telewizor, by nie mogła się uczyć. Więc wychodziła. Gdy było słońce, do parku, by pouczyć się w promieniach słońca. Gdy padał deszcz na strych lub do piwnicy. Siedziała na misce do prania i wklepywała kolejny temat z historii. Ubóstwiała ją. Mogła w niej odnaleźć tyle fascynujących opowieści. Historia magista vitae – to była jej dewiza. Nauczycielka zauważyła jej ogromny talent. Idź na politologię. Z pewnością się dostaniesz. Nie, ja nie dam rady. Przecież jestem za głupia.
Zdała maturę. Trzy piątki, dwie czwórki. On powiedział, że i tak mogła zdać lepiej. Matka była z niej dumna. Mądre dziecko wydała na świat. Potem przyszły studia. Zdała. Powiedział, że w dzisiejszych czasach każdy idiota dostaje się na studia. Skutecznie, z premedytacją stawał się jej umniejszaczem. Umniejszał życie osobiste, związki międzyludzkie. Nawet pęd do wiedzy.

Dziś już nie mieszka z rodziną. Spełniła odwieczne marzenie o wyprowadzeniu się z mieszkania. Walczy. Sama ze sobą. Z niepewnością. Ze spojrzeniami ludzi. Z tymi spojrzeniami, które ciążą jej na duszy. Nie może ich czasem znieść. Cały czas jej się wydaje, że wiedzą, że jest nikim. że znają jej sekret. Ten sekret. Że nic nie dokona w życiu. I on wygra. I będzie miał rację. Nie. Nie chce mu dać tej satysfakcji. Chce być najlepsza. Znowu.

Szuka. Cały czas szuka właściwej drogi. Nie wie jak odnaleźć sens w życiu. Próbuje cały czas. Siłuje się z życiem. Szuka sensu. Sprawdza swoje możliwości. Chce doścignąć to zadowolenie, które wiecznie wymyka się jej z rąk. Chce kochać, ale nie wie, jak. Boi się. Boi się pokochać, zaufać. Bo przecież ona na to nie zasługuje. Na sukces, na miłość, na życie. Codziennie musi wbijać sobie do głowy, że zasługuje. Wbrew sobie, tylko ze względu na rozsadek, przysypuje grubą warstwą pewności emocje i rusza do przodu. Z ciężkim bagażem na plecach. Rusza. Codziennie. Bo nie może inaczej.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl