Cyganiątka
Zdarzyło się to bez mała pół wieku temu. Czasy były wtedy bardziej romantyczne niż dziś. Tabory cygańskie jeździły jeszcze po całej Polsce. To były wielkie wozy zaprzęgnięte w parę lub w czwórkę koni. Mieszkające w nich cygańskie rodziny wiodły żywot podobny temu, jaki był udziałem ich przodków w XIX wieku.
Nie pracowali. Przemieszczali się od wiosny do późnej jesieni, a na zimę zatrzymywali się w jednym miejscu i - w czasach, o których mówię - posyłali na zimę dzieci do szkoły, by nauczyły się pisać i liczyć. Dopiero Gomułka zabronił im się przemieszczać i musieli przestawić się na osiadły tryb życia.
Historia, którą chcę Wam opowiedzieć zdarzyła się w lipcu 1959 roku. Jako student warszawskiej ASP brałem wtedy udział w zorganizowanym przez uczelnię letnim plenerze. Plener odbywał się w Świeciu nad Wisłą. To było bardzo malownicze miejsce. W okolicy znajdowały się dwa duże jeziora. Codziennie rano brałem teczkę rysunkową i wyruszałem na samotną wędrówkę za miasto. Podczas jednej z tych artystycznych wypraw natknąłem się na cygańskie obozowisko. Byłem głęboko poruszony malarskością i romantyzmem tego co tam zobaczyłem.
Cygańskie wozy stały półkolem nieopodal ruin krzyżackiego zamku. (Komtur ze Świecia, który tam ongiś mieszkał, po bitwie pod Grunwaldem i śmierci Wielkiego Mistrza dowodził obroną Malborka). Przez moment stałem niczym zahipnotyzowany i z pewnego oddalenia obserwowałem rozlokowany w ruinach obóz. W tamtych studenckich czasach byłem bardzo nieśmiałym młodzieńcem, ale drzemiący we mnie artysta nie pozwoliłby mi, ot tak, po prostu, opuścić tej baśniowej scenerii. Zebrałem się więc na odwagę i z teczką rysunkową pod pachą wkroczyłem do obozu. Od razu wyjaśniłem jednemu ze starych Cyganów, że jestem studentem malarstwa, i że chciałbym sportretować cygańskie dzieci. Musiałem wyglądać bardzo wiarygodnie z tą moją wielką teczką. Cygan zabronił mi wprawdzie zapuszczania się w głąb obozu, ale nie miał nic przeciwko temu, bym obok, w ruinach zamku urządził sobie prowizoryczne atelier. Usiadłem więc na jednym z kamieni i natychmiast zostałem otoczony przez chmarę Cyganiątek.
Byli wśród nich dwuletni malcy, byli i starsi, kilkunastoletni. Mniejsze dzieci biegały w luźnych koszulinach, które sięgały im do kostek. Wszyscy, niezależnie od wieku byli bardzo brudni, umorusani od stóp do głów. Dzieci były bardzo zdyscyplinowane - gdy robiłem im rysunki, nie rozrabiały tylko uważnie patrzyły, jak mi to wychodzi. Przychodziłem tam przez kilka dni i zrobiłem w sumie kilkadziesiąt dziecięcych portretów. Niestety żadnego nie udało mi się zachować. Wszystkie zostały "zarekwirowane": za każdym razem, gdy rysunek był już gotowy, Cyganiątka wyrywały mi go z ręki i wykrzykując imię tego, które było na rysunku, biegły co sił do namiotu, w którym mężczyźni grali w karty. (Za dnia, w czasie gdy ich odwiedzałem, w obozie byli tylko mężczyźni i dzieci. Kobiety zawsze o świcie wyruszały "w teren". Ich mężczyźni całymi godzinami siedzieli w wielkim namiocie i grali w karty. A jak się przy tym kłócili! Pewnie co rusz któryś próbował oszukiwać. Sprzeczali się właściwie bez przerwy. Gwar i strzępy tych karcianych awantur dobiegały do mnie, gdy rysowałem. Wszystko to, dla takiego przybysza z zewnątrz, było szalenie ciekawe).
Był wśród tych moich Cyganiątek dwunastoletni chłopiec, który zwierzył mi się, że on też rysuje. Zapytał nieśmiało, czy może mi swoje prace pokazać. Po chwili zniknął między wozami i wrócił z grubym blokiem rysunkowym. Jego rysunki przedstawiały polskich bohaterów narodowych, generałów, słynnych wodzów. Ich podobizny musiał podpatrzeć w szkole. Byli wśród nich i Kościuszko, i Sobieski, i książę Józef Poniatowski... Chłopak miał talent i gdyby poszedł do szkoły plastycznej... Co ciekawe, ten Cyganek wyróżniał się na tle innych dzieci. Był bardzo kulturalny i miał w sobie jakąś szlachetność. Któregoś dnia, składając teczkę powiedziałem, że muszę wracać do miasta, bo zbliża się już pora obiadowa."I ty chyba też zaraz pójdziesz na obiad" zagadnąłem chłopca. A on na to: ja jeszcze śniadania nie jadłem. "To jak to u was jest z tymi posiłkami?" "Ano, jak mama złapie gdzieś kurę, to mamy obiad. A jak nic nie przyniesie, to chodzimy głodni" odpowiedział wesoło.
W ciągu pięćdziesięciu lat, które upłynęły od tamtego czasu, sportretowałem kilka tysięcy dzieci z różnych stron Polski i świata. Wszystkie były wdzięcznymi modelami, ale żadne nie były tak umorusane i tak pod tym swoim umorusaniem roześmiane i beztroskie, jak te dzieci cygańskie, które rysowałem siedząc w ruinach krzyżackiego zamku.








Komentarze
Autor: gochaaaaaaaaaaaaa (Piątek 20-05-2005 14:20)
spoko
Autor: St De (Niedziela 10-02-2008 18:02)
Bardzo piekny tekst, odwierciedla nasze tesknoty do przeszlosci