Kobiety w Solidarności
Syrenki, amazonki i wojownicze żółwice Ninja
Podczas stanu wojennego krążyła we Wrocławiu anegdota. Kobiety przebierały się za mężczyzn, żeby było widać, że ktoś jeszcze pozostał na wolności. Była zima, szybko zapadał mrok, więc łatwo można było pomylić kobietę z mężczyzną. A dziś?
Niby polityka toczy się w Polsce przy drzwiach otwartych, dlaczego jednak brakuje kobiet na salach obrad, mimo że nie tak dawno walczyły, a potem budowały polską demokrację. Jak bohaterki tamtych wydarzeń mają obchodzić okrągłą rocznicę podpisania układu w Stoczni Gdańskiej. Pochylając się nad nią jak nad epitafium dla przegranych?
Kobieta z żelaza
Jadwiga Szymonik, działaczka podziemia, organizatorka Związku na Dolnym Śląsku, założycielka i koordynatorka sklepiku z literaturą drugiego obiegu, wspomina - Ludzie stali od 6.00, bo miało przyjść 5 egzemplarzy "Archipelagu Gułag", a w kolejce 300 osób.
Nie o wartość literatury czy liczbę egzemplarzy chodzi, ale o wielość funkcji i zadań, które wykonywała. Postawa dolnośląskiej działaczki nie należy do wyjątków. Wśród kobiet podziemnego Związku, bo mężczyźni mimo wszystko wiedli znacznie spokojniejszy żywot.
Barbara Labuda wspomina, że odkąd weszła w skład regionalnych władz Solidarności spała zaledwie 3 godziny na dobę. Większość czasu zajmowało jej kierowanie wszechnicą związkową, która organizowała spotkania dla robotników, wykłady na Uniwersytecie, pisanie doktoratu i wychowywanie syna.
- Ktoś musiał czuwać nad dziećmi i gotować - wspomina inicjatorka i członkini wrocławskiego Komitetu Założycielskiego, Janina Białowąs. - Mężczyźni mieli po prostu więcej możliwości, ale to my kobiety, organizowałyśmy komitety, pisałyśmy teksty do ulotek i podtrzymywałyśmy naród na duchu.
Postawa mężczyzn w ruchu podziemnym może się kojarzyć z dwoma jaskrawymi przykładami. Peregrynacją woja Pomarańczowej Alternatywy, który pokazuje swoją historię w perspektywie niekończącego się korowodu numerów i towarzyskich jaj. A także z pustym garniturem, czyli facetem, którego powołały do życia działaczki Solidarności. Po co? Żeby móc godnie wykonywać swoją pracę i zdobyć autorytet w grupie.
Na pomysł powołania do życia politycznego zoombie, który miał legalnie sprawować władzę w podziemiu i sygnować swoim nazwiskiem pewne działania, wpadły kobiety, bo zmusiła ich do tego sytuacja. A konkretnie dyskryminacja i niska pozycja społeczna. Działaczki uznały, że nie mają żadnego autorytetu wśród opozycjonistów, dopóki nie stoi za nimi mężczyzna. Postanowiły działać według ustalonego stereotypu.
Przemianę buntowniczki w przykładną żonę zilustrował Andrzej Wajda w swoim "Człowieku z żelaza". Bohaterka filmu, Agnieszka, dawna działaczka i artystka poszukująca Prawdy, popada w konflikt moralny. Jedynym rozwiązaniem dla niej stanie się życie zgodnie z utartym schematem. Wybierze więc dom, rodzinę i opiekę nad mężem, rezygnując z własnej politycznej kariery. Jej postawa nie należała do wyjątków. Co dziwne, zaczęły naśladować ją kobiety dopiero w kilka dobrych lat po rozpoczęciu transformacji politycznej.
A wcześniej? Podziemie Solidarnościowe w połowie należało do kobiet. Już jednak w przeprowadzonych wiosną 1981 roku I wyborach podczas Ogólnopolskiego Zjazdu Solidarności kobiety stanowiły zaledwie 7 proc. ogółu. We władzach Prezydium Komisji Krajowej znalazła się jedna kobieta na 18 mężczyzn, a w samej Komisji jedna kobieta na 82 mężczyzn. Gdzie się podziały dawne działaczki?
Barbara Labuda mówi wprost - Wszyscy w Polsce wiedzą, że w grudniu 1981 roku również kobiety budowały podziemie, ale nikt o tym głośno nie mówi.
- Redagowałam w podziemiu gazetkę i przepisywałam ją na maszynie - wspomina Małgorzata Calińska z Polaru. - Wszystkie teksty były anonimowe, ale wiadomo było, że piszą je również kobiety. Nikt o nich jednak nie mówił. Kiedy wpadłam, zastąpiła mnie koleżanka. Dopiero dzisiaj mówi się głośno o jej pracy i robi jubileusz.
W ocenie tamtego czasu łatwo o pomyłki i zapomnienie. Okazuje się, że kobiety nie tylko dzielnie gotowały zupy, prasowały mężowskie koszule i nosiły chleb pod bramy zakładów pracy. Nie tylko zacieśniały szyki i broniły swoim ciałem obszar zagrożony przez zomowców, ale przede wszystkim zajmowały się strategią i obmyślaniem planu działania. Dlaczego zatem podczas rozmów przy legendarnym Okrągłym Stole znalazła się tylko jedna kobieta?
- To my, kobiety, wymyśliłyśmy siatkę i strukturę podziemia. My wydawałyśmy i kolportowałyśmy nielegalną literaturę, odbudowywałyśmy sieć kontaktów, organizowałyśmy spotkania, szmuglowałyśmy pieniądze i materiały poligraficzne, przenosiłyśmy listy, broniłyśmy więźniów politycznych i ich rodzin - wymienia jednym tchem Labuda. I dodaje - Nie wszyscy mężczyźni mieli kwalifikacje potrzebne do kierowania podziemiem.
Zdaniem Małgorzaty Calińskiej mężczyźni boją się rządzących kobiet. To wykracza poza przyjęty układ. Bardzo szybko orientują się jednak, że potrzebują udziału kobiet do walki z biurokracją i podczas codziennych obowiązków. - Nie parzyłam kolegom kawy, co nie znaczy, że inne koleżanki tego nie robiły. Mimo że ich kompetencje znacznie przewyższały tę umiejętność.
- To wynika z myślenia - tłumaczy Białowąs. - Mężczyzna jest do działania, a kobieta od siedzenia w domu. Tymczasem kobiety robią znacznie więcej, brakuje im jednak odwagi i parcia do przodu. Wciąż jeszcze pokutuje w społeczeństwie mit męskiego wodzostwa.
Za wolność waszą i naszą?
Maria Janion we wstępie do książki Shany Penn, autorki "Podziemia kobiet", pisze - Książkę Shany Penn przeczytałam, można powiedzieć, zachłannie. Już na ogół nie umiem w taki sposób czytać o narodzinach opozycji i Solidarności - tak się kiedyś czytało i mogło czytać bez końca - jak baśń o początku, jak mit założycielski.
Historia o początku sczerniała, a mit okazał się drogocenny przede wszystkim dla mężczyzn. Nowa demokracja w Polsce pozbawiła bowiem głosu wojowniczek podziemnych i co gorsza, również ich córek i młodszych sióstr.
- Wymagało się od nas znacznie więcej i musiałyśmy wciąż udowadniać, że jesteśmy dobre. Dziś nie ma nas w Sejmie. Gdybyśmy stanowiły tam większość jak w podziemiu, byłoby mniej gadulstwa, a więcej konstruktywnego działania - przyznaje Białowąs.
Anita Tyszkowska, założycielka podziemnego radia pamięta, co powiedział jej Jacek Kuroń. Mówił, że Solidarność w podziemiu stworzyły kobiety. - Myślę, że miał bardzo wiele racji.
Kto dziś zna jednak poszczególne tryby mózgu operacyjnego polskiego podziemia?
Shana Penn w książce "Podziemia kobiet" udowadnia, że najwięcej jego elementów napędzały kobiety. To o nich Barbara Labuda powiedziała - Polska bardzo wiele zawdzięcza kobietom. Masę zrobiły, ale jakoś nie znalazło się dla nich miejsce w tej pięknej historii, opowieści o walce o niepodległość.
Schemat kultury i historii, według którego rozgrywały się także solidarnościowe epizody, znane są od wieków. Podczas powstań i zrywów narodowych, kiedy mężczyźni, a więc wojownicy, rycerze i herosi trafiali do więzień, kobiety przejmowały opiekę nad systemem łączności oraz zawiadamiania. Nierzadko po prostu brały władzę w swoje ręce. Jak pokazuje doświadczenie z polskich powstań, kobiety działające w podziemiu okazywały się znakomitymi organizatorkami, łączniczkami, redaktorkami i specjalistkami od ukrywania. Zdolności do mimikry i maskowania obróciły się w którymś momencie jednak przeciwko im. Anna Bikont, współtwórczyni Tygodnika Mazowsze, a potem Gazety Wyborczej, przyznaje - owszem, to (wykluczenie - przyp. red.) miało miejsce w Solidarności w latach 80-81, to jasno wynika z naszych badań: kobiety wykonywały bardzo dużą robotę, a potem, gdy wybierano kogoś na przewodniczącego, zostawał nim mężczyzna.
Dziś uczestniczki walki o demokrację niechętnie wspominają tamte czasy. Oczywiście, na swój sposób uczczą okrągłą rocznicę wielkiego przewrotu. W jego zakończeniu dla niektórych pobrzmiewa jednak nutka złowrogiego patriarchatu i hierarchiczności. Czy tak wyobrażały sobie ucieleśnienie narodowego mitu?
Calińska wspomina - Zostałam Przewodniczącą Solidarności w Polarze w 1989 roku. To był dla wszystkich szok. Jak to, pytali mężczyźni, to w podziemiu nie było nas, żeby jakiś facet przejął władzę? Nazajutrz po wyborach w zakładzie pytano, kto został szefem. Baba. Który facet nazywa się Baba?
- To się powoli zmieni. Wiadomo, że polityka rządzi się podobnymi schematami jak rodzina. Mężczyzna jest jej głową i potrzeba czasu, żeby społeczeństwo pomyślało poważnie o kobietach - prorokuje Białowąs.
Kobiety Solidarności żyją w opozycji. Rozbite poglądami politycznymi, po sierpniowymi doświadczeniami, niewiarą, przestały uczestniczyć w życiu publicznym. Te, które pozostały na świeczniku, można zliczyć na palcach jednej ręki. Społeczeństwo widzi w nich dumne, osamotnione, nieco udziwnione syrenki. Pozostałe kobiety to okaleczone amazonki i zaskorupiałe żółwice, które z wojowniczkami Ninja kojarzą się tylko najmłodszym miłośnikom kreskówek. Czy warto zatem mówić prawdę?
Jak pokazuje doświadczenie dla każdej kobiety prawda o tamtym czasie może wyglądać zupełnie inaczej. Anita Tyszkowska i Anna Morawiecka zaprzeczają jakiejkolwiek dyskryminacji. Dla nich Solidarność była i kobieca, i męska. - Pracowałam w redakcji pisma "Z dnia na dzień" - wspomina Anna Morawiecka. - Skład redakcyjny poza naczelnym był babski. Nie miałam z tego powodu żadnych kompleksów. Moje wybory były wtedy proste, bo byłam młodą, wolną dziewczyną. Gorzej miały matki i żony.
Czy tak było również w okresie walki podziemnej? Zdaniem Fidut agresywna dyskryminacja kobiet to narzędzie naszych czasów. W okresie walki podziemnej szowinizm zanikał i następował czas równości płci. - To były dni wyjątkowe, również ze względu na płeć, bo wtedy panowała solidarność także między kobietami i mężczyznami.
Barbara Labuda chce sprawiedliwości w ocenie historii. Wie jednak, że każda epoka rządzi się swoimi prawami. - Ludzie powiedzą, że zmyślamy. Wzruszą ramionami: "I co z tego? Dziś to już nie ma znaczenia". Czy nie za późno zmieniać historię, którą świat już raz usłyszał?
W artykule wykorzystałam wypowiedzi Barbary Labudy z książki Shany Penn, pt. "Podziemie kobiet" (Warszawa 2003)







