A JEDNAK ŻAL...
Wstaję rano, czasami coś zjem, czasami nie zjem i czekam żeby doczekać tak gdzieś do dziewiątej. Potem biorę „katarynę” i idę na Różyca grać. Idę tam, bo wiem, że tam chociaż na ten chleb i papierosy będę miał.
Uwagi Marka Millera dotyczą podkreślonych fragmentów tekstu.
Stara Praga przechodzi do historii. Bronią się jeszcze ostatnie jej relikty, lecz w nierównej walce z „nowym” muszą przegrać.
Jednym z takich ostatnich takich reliktów jest Bazar Różyckiego. I on też skazany jest na zagładę.
Nie będzie już tam miejsca dla „Irka” – oswojonego gołębia, przygarniętego przez handlarzy, nie będzie miejsca dla „Rysia”, „Małysza” i „Talibów” – bazarowych kotów, nie będzie też miejsca dla wielu ludzi, których los związał z „Różycem”. Często był to los trudny, pełen niespełnionych nadziei, odsiedzianych wyroków i wypitych na mrozie flaszek. I choć miejscowy dzielnicowy nie ma pewnie o nich dobrego zdania, to przecież im właśnie bazar zawdzięcza swój
banał (M.M.)
. Można tam spotkać handlarzy oferujących „spod marynarki” pełny wybór złotych łańcuszków, stare „baby” niezmiennie od lat wołające swoje „Pyzy! Gorące pyzy!”, Tadka - harmonistę ze złamanym nosem i wielu, wielu innych. A każdy z nich nosi w sobie kawałek odchodzącej historii starej Pragi.
Tadek gra na „Różycu” od lat. Urodził się 24 grudnia 1955 r. z tym, że w dokumentach ma wpisane 15 kwietnia. Ojciec był Sołtysem i jak Tadek mówi „gdy popił to różnie meldował”. Ojciec Tadka też grał na harmonii. Może by i został muzykiem gdyby nie tak typowy dla młodego człowieka zbieg okoliczności. Zakochał się i dostał wezwanie do wojska. Z miłości do narzeczonej i odrazy do wojska uciął sobie jeden palec. Do wojska i tak poszedł. Z narzeczoną i tak się ożenił. Ale na harmonii już nie szło grać.
Brat Tadka też był akordeonistą. Miał akordeon. Zamykał go na kłódkę - czerwoną. Tadek miał wtedy siedem lat. Zwędził babce jajek, sprzedał a za pieniądze kupił drugą kłódkę, też czerwoną. I tak zaczął grać. W tajemnicy przed wszystkimi. Sam. Grał też z wujkiem na perkusji. Grał też na trąbce. Na trąbce musiał przestać grać jak mu wybili zęby. Na akordeonie gra do dziś. Siostra Tadka grała na gitarze, brat cioteczny był kapelmistrzem w orkiestrze wojskowej a matka
Co to znaczy? (M.M.)
Picu, picu mój dziedzicu! (M.M.)
, im więcej mały Tadzio grał tym mniej się uczył. Wagary. Winko.
Jako najszczęśliwsze chwile w swoim życiu wspomina właśnie tamte dni, kiedy wracał do szkoły z kolejnego wygranego konkursu muzycznego i wszyscy go podziwiali. Założył zespół. Grał i na trzyrzędówkach i na pedałówkach. Pieniądze miał swoje bo grał po weselach. Wesołe to było życie. „Kobiety-wino-śpiew”.
Tadek urodził się na wsi, a wychował w Warszawie. Był też i taki czas, że jak ojciec poszedł siedzieć to Tadek pojechał do dziadków na wieś, ale jak tylko ojciec wyszedł to wrócił do Warszawy. Miał mieszkanie od ojca na Ząbkowskiej. I znowu grał gdzie się dało.
Jak pracował w FSO, trochę kradł i grał w orkiestrze dętej ale rzucił pracę w fabryce żeby więcej grać. Zaczął grać w knajpach. Z „Kosmosu” go wyrzucili bo zabalował na kilka dni, z „Balatonu” bo „strzelił klienta w banię”. Zaczął grać z orkiestrą z Chmielnej. Nie było źle. Dużo się grało, dużo piło, trochę rozrabiało.. I może wszystko byłoby dobrze gdyby nie przyszedł ten „Wielki Piątek”.
Zbyt skręca na bok od głównej linii fabuły. (M.M.)
Nie było to tadkowe małżeństwo szczęśliwe.
Dobre! Szkoda, że za mało pogłębione. (M.M.)
. I bieda była. Żeby Boże Narodzenie urządzić sprzedał Tadek swój akordeon. Nie było teraz grania. Nos mu połamali. Aż wreszcie zlitowały się nad nim kelnerki ze „Strzechy”, gdzie kiedyś grał. Złożyły się i kupiły mu akordeon. I tak Tadek zaczął grać po bazarach.
„Wstaję rano, czasami coś zjem, czasami nie zjem i czekam żeby doczekać tak gdzieś do dziewiątej. Potem biorę „katarynę” i idę na Różyca grać. Idę tam, bo wiem, że tam chociaż na ten chleb i papierosy będę miał. Gram sobie i zawsze ktoś coś mi da, nawet jeżeli sam ma mało. Ci handlarze mają miękkie serce. Zawsze jak poproszę, że nie mam co jeść, to dadzą mi a to ogórków a to parę kartofli czy cebulę. A ja im gram. Nie muszą mi nic mówić, ja już na pamięć wiem komu co grać. Jak są jakieś imieniny to zaraz mnie ciągną. I jakąś lufę sobie walnę.”
Z rodziną Tadek kontaktu nie ma. Brat w Stanach. Do siostry zgubił adres. Rodzice nie żyją a wszyscy trzej synowie siedzą. Przyjaciół też już dużo mu nie zostało.
„Znałem wielu ludzi na Różyckim. Znałem
Fantastyczne nazwiska, konkrety ale kim oni byli? (M.M.)
co alpagami handlowała, prawie wszyscy już nie żyją. Skończyło się. Wtedy było inaczej. Czasem kogoś obrobili. Czasem ktoś dostał w nos. Tak Praga to jest Praga. A Różycki to jest dobry bazar. Tam każdy zarobi Nawet taki co po śmietnikach chodzi, coś zbiera, znajdzie, tam przyniesie i też sprzeda. Ktoś kupi taniej i jemu też będzie to potrzebne. Tu jak ktoś chce kupić stalówkę to kupi stalówkę a jak chce kupić długopis to kupi długopis. To jest bazar nad bazary. Nie daj boże jak by tego bazaru nie było. Gdzie ja pójdę te parę groszy zarobić. Stary jestem, kto mnie do roboty przyjmie? Z czego ja będę żyć. Gram już ponad 40 lat, ale zawsze jakoś się zarabiało. A dzisiaj nie można zarobić. To jest coś źle. Coś z tą Polską jest nie tak.
Szumy przepisane z magnetofonu. Przy czyszczeniu tekstu wyrzucić! (M.M.)
Co mam robić? Jak żyć? Jak zabiorą te bazary to ja z głodu umrę. Ja to wiem. Ja się śmierci nie boję. Tylko chciałbym umrzeć we właściwy sposób....”
Znowu picu, picu... Wyrzucić! (M.M.)







