GINĄCA PRAGA
Czego - oprócz natchnienia - potrzebuje malarz udający się w plener? To jasne - potrzebne są sprzęty. Szkicownik i wygodne krzesełko. Świetnie sprawdza się krzesełko myśliwskie. Dokładnie takie jak trójnóg pana Sergiusza - solidna robota rymarska, chociaż kurz i liczne łatki sugerują, że krzesełko jest już na emeryturze.
"Mam to krzesełko od 1952. Przyjechał do Polski z Budapesztu malarz Tibor Csorba. Akwarelista, jak ja. Łaziliśmy razem po całej Warszawie. Ofiarował mi to krzesełko. Miałem je w Północnej Afryce, w Indiach. Na nim siadałem między straganami. Robiłem to dyskretnie, bo nie byłem z handlarzami znowu taki zaprzyjaźniony."
Był jeszcze jeden warunek. Pan Sergiusz wchodził na bazar z krzesełkiem malarskim i szkicownikiem tylko wtedy, gdy miał obstawę. Czuwał nad nim Rudy Leon. "Tu ma być spokój jak w kościele!", wołał Leon, a wszyscy go słuchali. "Bażant" bez zawodu - no, przynajmniej bez zawodu w pojęciu klasycznym. Bo bezczynny nie był nigdy - "czasem zagrał w lusterko, czasem na ustnej harmonijce. Bywało, że gdy podpił, zatańczył miedzy straganami".
"Nosił kraciastą, długą marynarkę. Wtedy była modna marynarka aż prawie do kolan. No i buty miał takie na gumie amerykańskiej. Z szeroką, grubą podeszwą. I krawat z namalowaną nagą kobietą. Chodził po bazarze, a wszyscy mu się kłaniali. Był cały pokiereszowany, bo w każdej bójce brał udział. Jeżeli trzeba było, to się zemścił".
Malarz rozstawiał krzesełko od wejścia przy Brzeskiej i chłonął powojenną rzeczywistość.
"Chodził po bazarze pewien facecik ubrany w pół smokinga. Okazało się, że przed wojną był kamerdynerem na jakimś dworze. Przechowywał swój garnitur gdzieś, gdzie były mole, ale jemu to nie przeszkadzało. Kiedy szła jakaś artystka z teatru, to ją zatrzymywali i robili koncerty. Maria Szulecka z Neverlym przychodziła".
Jedni przychodzili, inni wlatywali...
"Wlatywał czasami Dymsza. Tłum go obsiadał, że aż go nie było widać i odprowadzał aż do pociągu".
Jedni wlatywali, inni człapali...
"Proszę sobie wyobrazić: monstrum. Głowa mała, barczysty, w jakimś zdartym płaszczu wojskowym, swetrze albo marynarce nie dopiętej. Niechlujny taki. Spodnie miał krótkie, zawsze przed kostkę".
Marynarz Wincenty Andruszkiewicz - bo o nim mowa - miał przy bazarze swoją knajpę. "Każdy mógł tam dostać wspaniałego śledzia i doskonałą baraninę.
Andruszkiewicz nigdy chodnikiem nie chodził. Miał własną dorożkę na wzmocnionych resorach i wozaka, który mieszkał na Szmulkach. Po obu stronach dorożki umocowane były latarnie. Masa ludzi wychodziła na chodnik i czekała, kiedy pan Wincenty Andruszkiewicz usiądzie. On siadał, a resory obniżały się aż do samej jezdni. Niektórzy patrzyli, ile centymetrów brakuje jeszcze, żeby ta dorożka siadła całkowicie. Leciała za nim dzieciarnia i cała masa dorosłych. A on nonszalanckim gestem żegnał tych ludzi, którzy stali i do niego machali".
Krzesełko z czasem zaczęło się psuć. Trzeba było wymienić jedną nogę, bo się złamała z przeciążenia. Jest całe połatane -tu łatka wycięta z siodła, tam uszykowana przez znajomego rymarza. I choć pan Sergiusz nadal rusza w plener ze swoim krzesełkiem, to na Różycu ostatni raz był z nim ponad dziesięć lat temu. Gdzie przyczyna?
"Przyroda jest tak piękna, że trzeba ją utrwalać. Kiedy pojedziemy nad Niemen czy nad Bug, to w tych nadniemeńskich łąkach człowiek słyszy koncert żabi. Specjalnie chodziliśmy nad rzekę, żeby ten koncert usłyszeć. Bazar Różyckiego ginie, bo nie ma już koncertu. Nie słychać kobiet nawołujących, katarynki. Cisza".







