Laboratorium Re... > Bazar Różyckiego > Impresje - Szki... > Pierwszy raz w superświecie hipermarketu  

Pierwszy raz w superświecie hipermarketu

Irena Gruca

Muzyka w tle i wirujące jak w walcu kolorowe etykiety na produktach. Wszystko to oświetlone przecudnym światłem, które zdaje się wydobywać z wnętrza towarów. I jeszcze bardziej promienne twarze ekspedientek zza lad.

Prawie 11 lat temu. W Mönchengladbach koło Aachen. Był gorący, lipcowy dzień. Dwadzieścia cztery godziny spędzone we wnętrzu mocno sfatygowanego autobusu linii Orbis dawały się we znaki. Kierowca dwukrotnie źle zjechał z autostrady, stąd ponad pięciogodzinne opóźnienie. No i zamiast w mercedesa wpakowano nas w jelcza. Ale w końcu, tak czy siak, liczyło się żeby dotrzeć i zobaczyć. Tak więc mimo otumanienia wywołanego pięcioma tabletkami „z krzyżykiem”, czterema „Aviomarinami” oraz oparami piwska unoszącymi się znad siedzącego obok faceta, dotarłam. I zobaczyłam.

Wielki biały hangar stał za miastem. Lokalizacja wydaje mi się co najmniej dziwna. Ale nie pytam o nic. W ogóle niewiele mówię. W końcu jednak muszę, bo ni w cholerę nie potrafię odczepić od siebie żadnego z ustawionych w szeregu wózków na zakupy. Trick z monetą wydaje mi się genialny i prosty równocześnie. Oczywiście robi mi się wstyd. Na każdym kroku. Popychając przed sobą ogromny wózek („Po co komu taki wielki wózek na zakupy? Czy to dlatego, aby można było wozić ze sobą bagaż? Ale kto chodzi na zakupy z walizką?”) zostaję wmanewrowana w labirynt pstrokatych regałów. Regałów bez końca. Regałów pełnych, przepełnionych, zawalonych, przeciążonych. Wszystkim.
Grzeczne pytania kuzynki „Wolisz jogurt owocowy, dietetyczny czy naturalny? Lubisz ryż na mleku? Zjesz na kolację ravioli czy lasagne?” i moje milczenie. I moje totalne ogłupienie. Staram się ani przez moment nie stracić jej z oczu. Orientację straciłam już przy nabiale. Zdaje mi się, że w ogóle nie widzę przeciwległych ścian hali. Muzyka w tle i wirujące jak w walcu kolorowe etykiety na produktach. A potem czyściutkie lady, na których piętrzą się sterty idealnie równych plastrów sera tysiąca gatunków i plastry wędlin tysiąca rodzajów i ryby i słodycze i przetwory... Wszystko to oświetlone przecudnym światłem, które zdaje się wydobywać z wnętrza towarów. I jeszcze bardziej promienne twarze ekspedientek zza lad. A potem dział z owocami i warzywami. Dotykam wszystkiego, bo mi wolno. Wybieram tylko owoce, które wydają mi się najbardziej soczyste. Te, których nie znam, omijam speszona. Znowu mi wstyd.
No i wreszcie chleb. Setki gatunków bułek, rogalików, drożdżówek. Pieczone na miejscu, gorące. Nie wiedzieć dlaczego przed oczami staje mi nagle sklep GS-u w Koszęcinie i sześciogodzinna, kilkusetmetrowa kolejka za chlebem. Kuzynka myśli, że te łzy to ze zmęczenia.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl