Tyle fajnych historii
Kupcy, wijąc się karnie w kolejce po dedykację autora, w trzydzieści minut wykupili osiemdziesiąt egzemplarzy "Niebieskiego syfonu".
"Niebieski syfon" Piotra Kuleszy to powieść dokumentalna. Wszystkie historie, choć czasem nieprawdopodobne, rzeczywiście się wydarzyły. Łączy je jedno miejsce, które od lat niepodzielnie królowało w policyjnych statystykach, a świat przestępczy traktował je jak swoje państwo - legendarny bazar Różyckiego. Premiera książki, która ukazała się nakładem wydawnictwa Książka i Wiedza, odbyła się 22 kwietnia 2004 roku, oczywiście na bazarze Różyckiego.
Piotrek Kulesza napisał w "Niebieskim syfonie", jak wyglądało jego pierwsze spotkanie z bazarem Różyckiego. Można powiedzieć, że ta jego inicjacja w bazar rozwijała się, jak znajomość z brzydką acz pociągającą dziewczyną - pierwszy raz widzi się tylko same wady, na przykład (bądźmy litościwi) krzywe nogi, a potem zauważa się, że ona coś w sobie ma - jakąś tajemnicę, czar jakiś roztacza. Targowa. Bazar Różyckiego - pisze Piotrek - Pada deszcz ze śniegiem. Na chodniku poniewierają się stare bilety, puste butelki, jakieś śmieci. Brudne resztki śniegu. Wszystko szaro-szare. Byłem tu kiedyś. Dawno. Nie pamiętam dokładnie, jak wtedy wyglądało. Ale pamiętam kolory. Najwięcej granatu - to był dżins. Poprzedzielany damską konfekcją - różem, pomarańczem, seledynem... Brąz tureckich kożuchów, czerń ślubnych garniturów... i te dźwięki. Wszędzie grała jakaś muzyka. Drupi. Skaldowie. Ludzie, żeby się usłyszeć, musieli krzyczeć: "Rozmień mi stówę!", "Gdzie się, kurczę, pchasz!", "Jasne, że oryginalne!"... Pusto. Cicho. Stoję z Markiem Millerem - mamy robić reportaż. Obok Nowakowski - wtedy dla mnie po prostu starszy gościu: gęsta czupryna, posiwiała broda, jakiś dystans. No i jeszcze z pięciu ludków takich jak ja - jednym słowem, wycieczka.
- Nie czuję tego - powiedział wtedy do Marka Nowakowskiego. Dwa dni później pojechał na bazar, żeby się trochę rozejrzeć. Poznał Tadka, akordeonistę z Różyca, bohatera swojej pierwszej historii - człowieka z harmonią na stole, jak go nazwał. A potem bazar wessał Piotrka. Wracał tam. Rozmawiał z ludźmi. Nawet wódkę pił (Czego się nie robi dla sztuki!). Zbierał historie. I tak, dwudziestego drugiego kwietnia bieżącego roku, Piotrek, stojąc przed namiotem rozstawionym przy wejściu do bazaru, gdzie był stolik autora i stojak z książkami, mógł powiedzieć do kupców, którzy przyszli na promocję jego książki: Chciałem wam podziękować za to, że opowiedzieliście mi tyle fajnych historii. Bez was tej książki by nie było. Pisząc ją polubiłem to miejsce i was polubiłem; i tak sobie myślę, że jak ludzie przeczytają tę książkę, to też was polubią. Polubią to miejsce. I może to wam jakoś pomoże, i może ten bazar będzie działał przez następnych sto lat.
Skąd takie życzenia? Bo bazar umiera po stu latach działalności. Tak, tego dnia było trochę, jak na Titanicu na kilka godzin przed jego zatonięciem (i nie dlatego, że grała orkiestra, a raczej Kapela Czerniakowska), tylko dlatego, że sytuacja na bazarze nie jest wesoła - z końcem kwietnia Stowarzyszeniu Kupców Warszawskich wygasa umowa dzierżawy terenu i bazarowi grozi likwidacja.
Z rzeczy miłych dla autora - przyszli bohaterowie książki, kupcy i wszyscy ważni zaproszeni goście ze Stowarzyszenia Przyjaciół Bazaru Różyckiego, Stowarzyszenia Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego, Towarzystwa Przyjaciół Pragi i przedstawiciel władz dzielnicy Praga Północ. Kupcy, wijąc się karnie w kolejce po dedykację autora, w trzydzieści minut wykupili osiemdziesiąt egzemplarzy "Niebieskiego syfonu". A potem zaczął siąpić deszcz i ludzie się rozeszli. Po prostu - jak napisał w swojej książce nasz starszy kolega, który w zeszłym roku skończył studia w Laboratorium Reportażu - Targowa. Bazar Różyckiego. Pada deszcz...







