Kultowa kawiarnia przeniosła się na druga stronę Wisły. Czy kawa w Małej Czarnej na Saskiej Kępie smakuje wciąż tak samo?
Mała czarna, ale lura
W Małej Czarnej na Saskiej Kępie jest smutno i pusto. Melancholijnie. I trochę bez wyrazu, nawet jeszcze bardziej niż w seryjnych Daily Cafe. A to już jest ciężki do wybaczenia grzech, zwłaszcza w przypadku takiej legendy, do której kiedyś się przez pół miasta gnało na kawę i plotki.
Słynna Mała Czarna była jedną z pierwszych - o ile nie pierwszą - kawiarnią w Warszawie w typie amerykańskiego Starbucksa. Teraz, gdy na każdym roku możemy kupić dobrą kawę na wynos, a wnętrza Mercer'sa są bliźniaczo podobne do wystroju Daily Cafe, Mała Czarna nie jest już niczym szczególnym. Pamiętam jednak moją ekscytację, gdy jeszcze w liceum biegałam na Hożą, bo tam wtedy mieściła się Mała Czarna i polowałam na miejsce na zielonej pluszowej kanapie w rogu, która była wówczas najlepszym punktem obserwacyjnym w knajpce. Kawa była tam pyszna, podobnie smoothies, z do dziś pamiętnymi jagodowym Very Berry i bananową Javą. Ale to, co w Małej liczyło się wtedy naprawdę, to klimat - smooth jazz w tle, wystawy zdjęć na ścianach, barman grający w szachy z przychodzącymi tam Anglikami uczącymi w pobliskich szkołach językowych. W Małej zawsze było pełno. Rano wpadali tam przed pracą biznesmeni, w ciągu dnia licealiści, którzy zwiali z zajęć, potem grupy znajomych lub pary na randki.
Dziś, w miejscu dawnej Małej mieści się nijaka kawiarnia o pretensjonalnej nazwie Mc2, a sama Mała, po krótkim rezydowaniu przy ulicy Szpitalnej, przeniosła się na rondo Waszyngtona. I, niestety, nie był to najlepszy wybór. Niby menu pozostało takie samo, być może wzbogacono je o kilka pozycji. Poza kilkoma wersjami espresso (6 lub 8zł, zależnie od wielkości), jak np. espresso ristretto (z mniejszą ilością wody), romano (z cytryną, 7 lub 9zł) czy espresso con panna (z bitą śmietaną, 7 lub 9zł) oraz klasycznymi latte i cappuccino (8, 10 lub 12zł), możemy tam spróbować całkiem niebanalnych kawowych napojów. Szczególnie wartą polecenia wydaje mi się kawa Elektra (9 lub 13zł), podawana z dodatkiem miodu, cynamonu i spienionego mleka. Niezła jest też Cafe Mocha z syropem czekoladowym. Wszystkie te kawy dostaniemy w wydaniu mrożonym. Nie rozczarowują też smoothies (wszystkie za 8 lub 12zł). Verry Berry (jagody, jagurt, sok jabłkowy) czy Rapsberry Dream (maliny, banan, porzeczka) rzeczywiście smakują jakby były świeżo wyciśnięte z dopiero co zerwanych owoców. Dla zmarzniętych dobrą propozycją może być z kolei czekolada na gorąco lut latte caldo, czyli gorące mleko z dodatkiem syropu. Zawiedzeni będą zaś ci, którzy wpadną na pomysł zjedzenia w Małej popołudniowego brunchu. Jedyne co w tej materii kawiarnia ma im do zaoferowania, to, skądinąd niezłe, ciasto kajmakowe. Moim pytaniem o kanapki lub ciastka innego typu - obecne w dawnej Małej - pani kelnerka wydawała się wielce zdziwiona.
Poza brakiem przekąsek nie ma się jednak do czego w nowej Małej przyczepić. Znalazło się w niej miejsce dla wysłużonej zielonej kanapy. Inne meble, choć dobrane chaotycznie i często w typie plastic-fantastic, też wydają się oryginalne. Ściany są przyjemnie żółte, widok na rondo Waszyngtona pierwszorzędny, obsługa miła. Tylko atmosfery brak. Jakoś w tej Małej na Saskiej Kępie jest smutno i pusto. Melancholijnie. I trochę bez wyrazu, nawet jeszcze bardziej niż w seryjnych Daily Cafe. A to już jest ciężki do wybaczenia grzech, zwłaszcza w przypadku takiej legendy, do której kiedyś się przez pół miasta gnało na kawę i plotki.
"MAŁA CZARNA" NIEDAWNO Z SASKIEJ KĘPY ZNIKNĘŁA. TEKST MA CHARAKTER ARCHIWALNY.








Komentarze
Autor: stala klientka z Saskiej Kepy (Sobota 13-10-2007 20:19)
Pragne podzielic sie z Panstwem smutna refleksja, ktora nasunela mi sie po dzisiejszej wizycie w niedawno powstalej kawiarni Irena przy Placu Przymierza na Saskiej Kepie. Juz od dawna obserwuje jak wiele pozostawia do zyczenia poziom obslugi w Cukierni Irena. Do czasu, kiedy w Irenie pracowala jeszcze „stara gwardia„ – panie taktowne, dyskretne, zyczliwe, kulturalne mozna byla z wielka przyjemnoscia kupowac tam wypieki. Nawet cennik byl do zniesienia przy tak profesjonalnej obsludze. Obecnie pracujace Panie przy Zakopianskiej jeszcze na szczescie otarly sie o poprzednia ekipe, wiele sie od nich nauczyly, szczegolnie w zakresie kultury osobistej. Jednak, to co sie dzieje w filii przy Pl. Przymierza, to juz jest po prostu skandal. Rozumiem, ze nalezy wychodzic na przeciw mlodym ludziom z prowincji, ale w takiej sytuacji wlascicielka powinna przeszkolic swoj personel. Dziewczyny, ktore tam pracuja nie maja za grosz elementarnej kultury. Mam wrazenie, ze nie do konca wiedza po co tam sa! Nonszalancja polaczona z chamstwem, kompletny brak szacunku dla klienta. Dzis byly tam cztery dziewczyny i musialam czekac bynajmniej nie w kolejce, zeby ktos raczyl mnie obsluzyc. Gosc, ktory byl jak sadze narzeczonym jednej z dziewczyn panoszyl sie za lada. Dostalam stary mus czekoladowy, ktory juz dawno stracil konsystencje musu, raczej w smaku przypomina kit. Pani wlozyla ciasto golymi rekoma do pudelka z ekranikiem, a nastepnie babeczke smietankowa dla mojej malej coreczki wlozyla do torebki lopatka po kremie. Mila Pani wlascicielko Ireny, prosze zwrocic wieksza uwage komu powierza Pani swoja kawiarnie. Sam bardzo elegancki wystroj miejsca, to jeszcze nie wszystko, dla wymagajacych klientow. Prosze zwrocic uwage na sukces „Misianki„. Tam calkiem inne wzgledy odgrywaja role. Do dobrej tradycji Pani cukierni nalezalo, ze niezaleznie od pory dnia zawsze mozna bylo kupic swieze ciasto. Ewentualnie mila i kulturalna ekspedientka polecala, co jeszcze jest naprawde swieze, szczegolnie pod koniec dnia. Zycze sukcesow, chyba, ze nie jest to juz dla Pani sprawa od serca.
mieszkanka Saskiej Kepy,