Zapachy i dźwięki Arles
Arles jest małym miasteczkiem oddalonym godzinę drogi od Marsylii i czterdzieści minut od Avignionu. Kiedy wysiadłam po raz pierwszy na stacji z pociągu, chwilę przed północą, zapachniało nagrzanym w ciągu dnia, lekko wilgotnym powietrzem. W dzień Arles pachnie starymi murami kamienic, które w ponad trzydziestostopniowym upale dają przyjemny chłód.
Uliczki w Arles są wąskie. Niekiedy tak bardzo, że stają się zupełnie nieprzejezdne dla samochodów. Przed południem widać na nich rowerzystów z bagietkami wystającymi z koszyka zawieszonego na kierownicy. W doskwierającym upale przemykają przechodnie, najczęściej z przewieszonym przez ramię aparatem i mapą festiwalu w ręku. Niektórzy dźwigają teczki z własnymi pracami, które podczas otwierającego festiwal tygodnia, będą mieli okazję pokazać i poddać ocenie znawców.
W sobotnie poranki główna ulica Arles, Rue de Hugo, przemienia się w targowisko. Na kilka godzin ruch uliczny zamiera a ulicą rządzi handel. Można kupić wszystko, poczynając od chleba organicznego i gęstego nektaru z moreli, poprzez sukienki i buty, a na starych książkach, pocztówkach, płytach i koronkach kończąc.
Arles to też oczywiście Vincent van Gogh, który przyjechał do tego miasta w 1888 roku i spędził w nim piętnaście miesięcy. W czasie pobytu stworzył dwieście obrazów i dwieście rysunków. W spadku po van Goghu pozostał ogród, w którym ustawione są reprodukcje jego obrazów. Umieszczone są dokładnie w tym miejscu, które widnieje na obrazie. Poza ogrodem jest jeszcze most van Gogha, fundacja jego imienia i „Espace van Gogh”, w którym podczas festiwalu prezentowane są zdjęcia amerykańskich fotografów.
Arles to także szum rzeki Rhone i wiejący minstral, który jak mówią niektórzy, doprowadził van Gogha do szaleństwa.
W ciągu tego tygodnia miasto jest gwarne i tłoczne. W knajpkach, na Place du Forum trudno znaleźć wolne miejsce przy stoliku. Wśród dźwięku uderzających o talerze sztućców toczą się głośne rozmowy, rozlegają śmiechy. Można spotkać znanych fotografów, porozmawiać z nimi, wypić kilka kieliszków prowansalskiego wina. I to chyba jedna z wspanialszych rzeczy na festiwalu – niesamowita bliskość, jaka wytwarza się pomiędzy twórcami i odbiorcami.








Komentarze
Autor: Karczmarewicz (Piątek 18-08-2006 14:32)
Mamy to samo nazwisko. Może mamy wspólne korzenie? rycerzjedi@wp.pl
Autor: mała (Czwartek 26-10-2006 19:56)
arles jest przepieknym maisteczkiem, ktore ma w sobie cos nadzwyczajnego, niespotykanego i ogromnie tajemniczego. to miasto w ktorym gdziekolwiek sie nie znajdziesz masz wrazenie jakbys cofal sie kilkanascie wiekow wstecz..uczucie niezwykle
Autor: Kasia (Czwartek 16-08-2007 10:55)
mieszkam w arles od jakiegos czasu i szukam rodakow w tym miescie. prosze o kontakt mailowy: kataz6@gmx.net.
Autor: Mileniusz (Poniedziałek 17-09-2007 23:35)
byłem w Arles dwa miesiące temu, było p pięknie tyle razy chodziłem po uliczkach i za kazdym razem odnajdowałem cos fascynującego gdziekolwiek by się nie spjżało to wszenidzie coś co by kciało sie sfotografować . Miałem tam kolege Darka był moim tumaczem i dięki niemu poznałem lepiej historjie tego pięknego miasta. Wruce tam z żonom i pokaże jej to piękne miejsce i pozna te zapachy kawiarenek i restałracji galerji a przedewszystkim Wangogamoge tak godzinami pisać tylkoco to da niewiem kiedy to marzenie się zpełni ale naoewno kiedyś Mileniusz
Autor: turysta (Czwartek 10-04-2008 21:45)
czytając "takiego" Mileniusza,odechciewa się Prowansji