Laboratorium Re... > Fotografia w Arles > Sylwetki > Spotkanie z Andersem Petersenem  

Spotkanie z Andersem Petersenem

rozmawiała Joanna Karczmarewicz

Widziałam wczoraj rano pańską wystawę i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przez cały wczorajszy dzień byłam pod jej wpływem, ale muszę też powiedzieć, że sprawiła, że przez cały dzień byłam smutna. Dla mnie z tych zdjęć bije jakaś straszna samotność.

Anders Petersen: Bo te zdjęcie takie są. Ja taki jestem.

Jest pan samotny?
Oczywiście. Jak każdy.

A jaki i czy w ogóle jest jakiś klucz, według którego dobiera pan ludzi, których pan portretuje?
Ja jestem tym kluczem. To, co jest we mnie, moje lęki i moje demony. No i oczywiście nastrój, w jakim jestem danego dnia. W zasadzie fotografia, to zawsze kwestia humoru.

A czego się pan boi, jakie są te pana demony?
Ja się boję w zasadzie wszystkiego. Ale nie uważam, żeby było w tym coś złego. Strach to chyba normalne uczucie. Bergman powiedział kiedyś, że codziennie rano musi wyjść na spacer, przewietrzyć się, bo jego demony nie lubią świeżego powietrza. Ja wychodzę na ulicę i robię zdjęcia. W ten sposób, poprzez fotografię, unicestwiam moje lęki.

Joanna Karczmarewicz

To w takim razie, czy można powiedzieć, że ludzie na pańskich zdjęciach są jakby lustrem, w którym pan się przegląda, pana odbiciem?
Tak. Choć to jest też kwestia wzajemnego dawania sobie czegoś. Bycie fotografem, to trochę bycie złodziejem. Zabieram coś ludziom, którym robię zdjęcia, dotykam ich, więc muszę im coś dać w zamian. Tym czymś są moje zdjęcia. To jest coś ode mnie dla nich, w zamian za to, że pozwalają mi się dotknąć. Ja w zasadzie nie czuję się obserwatorem, jestem osobą, która musi „dotykać”.

W jakim sensie dotykać?
Dosłownym, fizycznym. Zanim zrobię komuś zdjęcie, to rozmawiam z człowiekiem, którego chcę fotografować. Czasem to jest tylko kilka zdań, jakie ze sobą zamienimy, czasem spędzamy na rozmowie kilka godzin. Później do nich dzwonię, choć nie zawsze. Ja po prostu lubię ludzi, lubię z nimi rozmawiać. Większość z nich jest bardzo interesująca.

A gdzie pan ich spotyka i co pan im mówi?
Zawsze mówię wprost, czego od nich chcę, czyli, że chcę im zrobić zdjęcie. Spotkałem kiedyś pewną kobietę w barze, która miała ogromny biust. Podszedłem do niej i powiedziałem jej, że chciałbym go sfotografować, bo nigdy nie widziałem tak dużych piersi. A ona się zgodziła. Była z tych piersi niezwykle dumna i powiedziała mi, że każda jej pierś waży 2 kilo.

A kim są ci fotografowani ludzie dla pana?
Są pamiętnikiem ludzi, których spotkałem i zapisem mnie samego. Tego, co mnie otacza i tego, co jest we mnie. To rodzaj rodzinnego albumu. Pamiętam taką sytuację w Japonii, szedłem ulicą, był późny wieczór, byłem strasznie zmęczony. I nagle zobaczyłem przepiękną dziewczynę po drugiej stronie ulicy. Podszedłem do niej i powiedziałem do niej po duńsku, bo oczywiście nie mówiłem ani jednego słowa po japońsku, że bardzo mi się podoba i że chciałbym jej zrobić zdjęcie. A ona, choć nie znała duńskiego, zrozumiała i zgodziła się. Zrobiłem jej trzy zdjęcia i nigdy więcej jej nie zobaczyłem. To, co jest na moich zdjęciach to moja rzeczywistość. Nie ma na tych fotografiach jasnej strony życia, za to zdecydowanie jest moja „strona”.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl