Fotoreporter szlachetny
O zagrożeniach wokół współczesnej sztuki fotoreportażu i własnej drodze opowiada Piotr Bernaś.
Temu, kto na początku swej drogi zetknął się z czymś tak czystym i szlachetnym, jak szlachetna powinna być fotografia, jak szlachetna powinna być sztuka, trudno jest się później odnaleźć, bo nagle wymagane są od niego rzeczy komercyjne, sensacyjne, newsowe.
Ukończył szkołę reportażu Collegium Civitas. Zaczynał jako freelancer w agencji Forum i Reporter. Szybko zaczął odnosić sukcesy: 2002r. - Grand Prix 1 edycji konkursu na fotoreportaż roku organizowanym przez tygodnik "Newsweek" za cykl "Siostrzyczki"; angaż w "Gazecie Wyborczej"; 2003r. - II nagroda w kategorii Wydarzenia w Konkursie Polskiej Fotografii Prasowej za fotoreportaż "Ożarów" oraz nagroda specjalna; 2004r. - 1 miejsce w kategorii Wydarzenia w konkursie Newsreportaż za fotoreportaż "Śmierć Miasta".
Początki.
Zawsze traktowałem fotografię jak sztukę i swego rodzaju misję oraz sposób komunikacji z drugim człowiekiem. Po "studiach z rozsądku" (filologii angielskiej) zdecydowałem, że nie chcę innego zajęcia poza "robieniem zdjęć". Fascynowało mnie to od 4 roku życia. Gdy miałem 10 dostałem swoją pierwszą Smienę, a parę lat później w prowizorycznej ciemni własnego pokoju podczas wykonywania pierwszy raz odbitek, wpadłem w tak wielkie uniesienie, że mokrą ręką dotknąłem gniazdka elektrycznego i zostałem porażony prądem. To był okres zabawy i rozbudzonego apetytu. Gdy postanowiłem, że będę zajmował się fotografią na poważnie w Collegium Civitas zetknąłem się z Maciejem Drygasem i Andrzejem Zygmuntowiczem. Oni uświadomili mi, jak wielką siłę i znaczenie ma fotografia dokumentalna. Tam zrozumiałem, czego tak naprawdę chcę od tej formy wyrazu albo, co mogę chcieć, jak ją przekuć na własny język, że ten język wymyślili już jacyś ludzie, że istnieje coś tak fenomenalnego, jak fotoreportaż. W tym czasie powstał m.in. cykl "Kształty dźwięku" opowiadający o pełnych ekspresji rozmowach osób niesłyszących.
Podpis pod zdjęciami z cyklu "Kształty dźwięku": Głęboki światłocień i zniekształcona perspektywa na zdjęciach Piotra Bernasia zwracają uwagę na symboliczny wymiar ekspresji znaków migowych, na ich ponadkulturowy charakter w wyrażaniu podstawowych ludzkich uczuć
.
Potem nastąpił w moim życiu okres, kiedy musiałem zajmować się fotografią komercyjną. Pracując w prasie, w mediach zacząłem sobie uświadamiać, że szlachetny sposób podejścia do fotografii nikomu nie jest potrzebny, i że jest to przejaw pewnego kryzysu kultury w ogóle. Miałem tego coraz bardziej dość. Można oczywiście na jakiś czas schować ambicje w kieszeń - raz robisz jakiegoś "kotleta", innym razem polityków lub inne durne zdjęcia, a od czasu do czasu coś pogłębionego. Jednak problem pojawia się wtedy, kiedy miejsce, gdzie można byłoby to publikować właściwie znika, a tym samym - kontakt z odbiorcą. Przecież przekazywanie pewnych treści obrazem, a nie słowem jest cały czas możliwe, to się nie wypaliło. Ludzie wciąż są wrażliwi na obraz, który przekazuje takie treści i emocje, których słowem nie da się przekazać. Teraz to medium jest w jakiś sposób zagłuszane, nie daje się ludziom patrzeć na dobre zdjęcia. Wielka szkoda, że są to najczęściej takie fotografie na dwie strony, jak w "Przekroju", uciętych głów albo spalonych ciał. I ja pytam: po co?! By pobudzić czyjąś ciekawość, by nakład wzrósł?
Znalazłem się w momencie, kiedy chciałem to rzucić. Wszystko sprzedałem, szedłem kupić bilet do Hiszpanii. Chciałem wyemigrować. I wtedy przypadkowo w kiosku kupiłem "Newsweeka", gdzie zobaczyłem, że dostałem Grand Prix za fotoreportaż "Siostrzyczki". Ta nagroda jednak dużo nie zmieniła...
...Zaczynam chodzić po gazetach. Okazuje się, że właściwie to samo "bagno", z którego wyszedłem, że gdzieś tam na współpracę, że jakieś rzeczy ilustracyjne itp. Myślę sobie - wyjeżdżam. Ale jeszcze zadzwoniłem do swego kolegi po fachu, a on mówi: " Stary, wyjeżdżaj z tego kraju! Ja bym to samo zrobił, ale mam dzieci, nie mogę. Jednak zanim wyjedziesz, przyjdź do Gazety, sprzedaj kilka swoich fajnych materiałów do Dużego Formatu, ja cię umówię z fotoedytorem". Kolejny zbieg okoliczności. Przychodzę na to spotkanie z człowiekiem, który tylko skupuje zdjęcia, ale nie podejmuje ważniejszych decyzji. Znajduję go nad zupą, obok siedzi jakiś taki rudy facet, jak się potem okazało - szef działu Foto w Gazecie Wyborczej (przyszedłbym minutę później i nie byłoby go). Zaczynamy rozmowę, mówię, że Piotrek mnie umówił, że przyszedłem pogadać, czy Gazeta chciałaby to kupić i, że właściwie to ja już wyjeżdżam. Szef spojrzał na te zdjęcia (wiele razy chodziłem do Gazety ze zdjęciami - było trudno) i mówi: " a ty musisz wyjeżdżać?" Ospowiadam: muszę. " A może byś dla nas zaczął pracować?" I to był ten moment, kiedy zdecydowałem, że tak. Gazeta zawsze była tym miejscem, gdzie marzyło mi się pracować, w tej redakcji i w takiej formie, jaką wtedy miała. Tylko spytałem: a tak można? I zostałem w Gazecie.
Sukcesy i rozczarowania.
Zaczynając pracę w Gazecie załapałem się na Duży Format, który istniał jeszcze przez pół roku-rok. To dawało impuls, chęć do robienia rzeczy na swój sposób, bo istniało miejsce, gdzie można było to opublikować. Jednak moimi fotoreportażami, za które dostałem nagrody, nikt się właściwie nie zainteresował (tylko cykl "Siostrzyczki" został opublikowany w miesięczniku "Foto"). I właśnie, tak to jest. Gdy robię coś, na co poświęcam mnóstwo czasu, to nie wyłącznie dla nagrody na konkursie, oczywiście - to bardzo miłe, ale nie o to chodzi. Jeżeli jest materiał, który dostał nagrodę, ale nigdzie nie został opublikowany, to jest to trochę smutne. Gdy dostałem po raz trzeci nagrodę w "Newsweeku" za fotoreportaż o trzęsieniu ziemi w Bam, to o tyle było to fajne, że został on opublikowany w Gazecie, kiedy Duży Format był jeszcze tym fajnym Dużym Formatem. Miał szansę trafić do odbiorcy. Miłe jest, gdy dostaję nagrodę za coś, co głęboko we mnie tkwi, co jest w pełni moim autorskim zamysłem.
Jednak niektóre nagrody dostałem za rzeczy, za które niespecjalnie chciałbym dostać. Niestety blichtr konkursów oparty jest często na prostych schematach: coś jest dobre, bo jest szokujące, bo jest pokazane w jakiś dramatyczny sposób, ale za tym nie idzie żadna głębsza treść. I to jest teraz mój problem - na ile to, co robię powinienem traktować jako zawód i przestać traktować jako mój język, wypowiedź autorską, artystyczną, na ile mogę przestać traktować to jako sztukę, a zacząć traktować jak rutynę. Świat się bardzo zmienia, ważne, żebyśmy my się nie zmieniali, ale ten świat dookoła jest na tyle pazerny i brutalny, że jesteśmy zbyt słabi, by się nie zmienić. Jako młodzi ludzie, uczymy się rzeczy pięknych i wzniosłych, a potem okazuje się, że niestety z tych rzeczy pięknych i wzniosłych nie da się żyć. Ja się z tym nie do końca zgadzam, ale tak jest. To powoduje, że w swojej pracy zaczynam mieć dosyć duże frustracje, mimo tych, tzw. sukcesów.
W przypadku fotografii wojennej liczy się refleks, który z fotoreporterów szybciej dobiegnie na miejsce, zrobi zdjęcie i wyśle. Najczęściej na czołówki gazet nie idą najlepsze, tylko te, które szybciej zostały wysłane. Dlatego coraz trudniej uprawiać coś, co jest na pograniczu sztuki, co ma inne wartości poza czysto ilustracyjnymi. To jest problem ludzi, którzy od fotografii oczekują czegoś więcej. Laboratorium Reportażu uczy tej innej, tej szlachetnej formy przekazu. Robiąc zdjęcia inną metodą niż cyfrowa, nie jest się w stanie zrobić takiego ogromu zdjęć. Natomiast czas, który się poświęca na każde pojedyncze zdjęcie jest dużo dłuższy, więc kontakt z pracą jest znacznie głębszy niż w przypadku fotografii cyfrowej. Moim dylematem w pracy jest właśnie to, że używam już od jakiegoś czasu niestety nośnika cyfrowego, który jest moim zdaniem narzędziem bardzo ułomnym.
Staram się jednak aparat cyfrowy traktować jak normalny aparat analogowy. Założyłem sobie: nie oglądam zdjęć, nie patrzę na to, co zrobiłem. Natomiast, to jeszcze nie wszystko, bo zleceniodawcy, gazeta, dla której się pracuje oczekuje właściwie natychmiastowego efektu. Doprowadza to bardzo często do tego, że robi się zdjęcia, pobieżnie ogląda na komputerze, wybiera najlepsze, wysyła, po czym zapomina o tych setkach zdjęć, które się zrobiło. To, że używamy aparatów cyfrowych, powoduje też, że fotografowie - w Gazecie chociażby - robią dziennie około 500 zdjęć! Można to próbować w jakiś sposób ograniczyć swoją postawą, szlachetnością wyrazu. Natomiast wszystko dookoła powoduje takie ciśnienie, że w pewnych momentach musisz temu ulec. Jest presja z zewnątrz i mimo tego, że chcesz uniknąć takich rzeczy jak szybkość, bezmyślność, banalność, to niestety duża część tej pracy fotoreportera w takim ogólnodostępnym medium na tym polega. To jest mój osobisty dramat. Zaczynam się w tym dusić.
Sfotografować trzęsienie.
Lubię pracować w ten sposób, że myślę najpierw o danej historii, o zapisie pewnych wydarzeń. W przypadku Bam, wiedziałem, gdzie jadę, po co jadę i najważniejsze - jakich zdjęć nie chcę robić. Był to z jednej strony bardzo łatwy temat, bo malowniczy, szokujący, dramatyczny - trzęsienie ziemi, ale i bardzo trudny, bo stwierdziłem, że nie chcę tym epatować. Widziałem później bardzo dużo zdjęć stamtąd - kawałków ciał, zwłok. Nawet w jakimś konkursie wygrało zdjęcie, przedstawiające człowieka niosącego dwóch martwych synów na ramionach. Uważam, że śmierć jest tak mistycznym momentem, tak sakralnym, tak kluczowym w naszych życiach, że powinniśmy z wielką ostrożnością podchodzić do tego tematu. Nie można fotografować zapominając o wadze tego momentu. Czasami zdjęcie nie jest tak ważne, jak to, co się dzieje i być może nawet lepiej, żeby ono nie było zrobione. Nigdy nie można robić takich zdjęć dla zaspokojenia czyjejś ciekawości. Zawsze trzeba sobie zadać pytanie: po co ja to zdjęcie robię? W pracy fotoreportera integralną rzeczą szczególnie przez ostatni rok jest to, że często ma się kontakt ze śmiercią w różnych dramatycznych sytuacjach. Pojawia się problem znalezienia środka - jak o tym opowiadać i czy w ogóle o tym opowiadać. Czy opowiedzieć to symbolem, czy wprost? Wydaje mi się, że lepiej jest niedopowiedzieć, bo niedopowiedzenie jest mocniejsze. W przypadku Bam byłem zadowolony z tego materiału, bo założyłem sobie, że pewnych zdjęć, pewnych ujęć nie będę robić. I to mi się udało.
Miłe jest to poczucie sporej kontroli nad materiałem (niemożliwa jest oczywiście całkowita kontrola, bo to byłoby już reżyserowanie sytuacji). Dzieją się różne rzeczy naokoło, a ja zakładam taki jakby filtr: to mnie nie interesuje, bo to jest wbrew regułom i zasadom, które sobie założyłem.
Podpis pod zdjęciem: Po trzęsieniu ziemi w Iranie, do szpitali polowych w Bam zorganizowanych przez międzynarodową pomoc przybywają potrzebujący opieki lekarskiej mieszkańcy miasta. Na zdjęciu kobieta czekającej przed jednym z nich.
To zdjęcie ma swoją historię. Kobieta siedziała przed szpitalem. Gdy na nią spojrzałem, dostrzegłem porażającą pustkę, nicość i beznadzieję w oczach. Pomyślałem, że ten obraz, dużo mocniej mówi o ogromie tragedii, która tam się wydarzyła, niż setki tysięcy trupów. Miałem problem. Wyczuwałem stan tej kobiety i nie chciałem gwałcić jej prywatności. W takich sytuacjach zawsze mam dylemat, czy wyciągnąć aparat. Wziąłem długi obiektyw, stanąłem dalej, przykucnąłem. Poczekałem, żeby ona wiedziała, że tam jestem, żeby w pewnym sensie mnie zaakceptowała. Gdyby wtedy się odwróciła, nie przeszedłbym na drugą stronę, żeby widzieć jej twarz, byłby to znak, że ona nie chce. Miałem aparat w rękach i po prostu siedziałem. Delikatnie zacząłem robić jej zdjęcia. To była seria, bo jej oczy bardzo się zmieniały, była w nich wielka intensywność.
Ten obraz zestawmy z tym, co teraz dzieje się w mediach. W Iranie było bardzo dużo fotografów lokalnych, którzy podążali szlakiem fotografów tzw. przyjezdnych. Podpatrywali ich i robili dokładnie to samo. Jeden z nich zauważył tą sytuację, mnie i kobietę. Domyślił się, dlaczego robię te zdjęcia. Tylko, że ja miałem długi obiektyw, a on krótki. Podszedł do niej na odległość 30 cm., przed jej twarz i robił zdjęcia. Obserwowałem to ze zgrozą. Kobieta zaczęła chować twarz, odwracać się, a on jeszcze bezczelniej wciskał jej aparat. Tak właśnie teraz media działają. To jest straszne. Jeśli ja mam być takim fotografem za kilka lat, to ja nie chcę być nim w ogóle. Znów będę musiał podjąć decyzję, że trzeba się pakować. Mam jednak nadzieję cały czas, jakąś szczyptę optymizmu, by walczyć o tą lepszą fotografię. Historia z tym zdjęciem bardzo dobrze obrazuje to, co teraz czuję, świadomość środowiska. Nie mówię, że wszyscy fotoreporterzy tacy są, ale niestety pojawiają się i tacy.
Etyka zawodowa.
Uważam, że media powinny się teraz zastanowić nad taką rzeczą, jak etyka zawodowa. To, czym karmimy naszą publiczność, że epatujemy śmiercią, powoduje obniżenie progu wrażliwości. Stajemy się coraz bardziej bezmyślnymi ludźmi, gdyż mamy taki przekaz informacyjny i takie media, które niestety wszystko zaczęły podporządkowywać wymiarowi finansowemu. Ważne jest to, co dochodowe. Mniej liczy się pewna moralna lekcja, która jest przekazywana za ich pośrednictwem, a bardziej wyścig z innym tytułem, z inną gazetą. To jest właśnie kryzys kultury. Media są odbiciem tego, na czym ten świat stoi, a świat niestety zaczyna stać tylko na pieniądzu i rola człowieka zaczyna być zepchnięta tylko do tego, na ile jest on efektywnym robotnikiem. Nie liczy się już jako człowiek.
Fotografia stała się niestety bardzo tanim medium, prawie nic nie kosztuje. Ktoś policzył, że jedno zdjęcie na aparacie cyfrowym kosztuje 1 gr. (dzieląc cenę wymiany zużytej migawki przez ileś tysięcy zrobionych zdjęć). To powoduje, że jest produkowana milionami, a w związku z tym - bezrefleksyjnie, bezmyślnie. Nie czuje się tego "ciężaru na spuście". I to jest dylemat tych czasów. Informacja stała się tak wszechobecna, przestała się liczyć jakość i treść, a zaczęła - niestety - szybkość.
Kiedyś robiło się zdjęcia na negatywie, czyli w procesie, który z samego założenia jest dość czasochłonny. Moment robienia zdjęcia był takim momentem mistycznym, pełnym niepewności, czy masz to zdjęcie, czy nie. Więc i skupienie w pracy było większe. Teraz w dobie cyfry przyglądam się z przerażeniem, jak koledzy robią zdjęcia i obserwują na monitorku, co tam jest. Uważam, że to kompletnie dyskwalifikuje fotografa. Nie ma miejsca na myślenie, tylko jest prosty mechanizm: zrobić, wyszło - nie wyszło, jak nie wyszło - to powtarzam.
Symptomem czasu jest też to, że fotografia cyfrowa zaczyna stwarzać margines do manipulacji. W zeszłym roku głośna był sprawa pewnego fotografa jednej z dużych agencji, który był na pogrzebie w Iraku. Z trzech zdjęć tego wydarzenia skomponował idealny obraz pod kątem kompozycji, światła i emocji na twarzach. Na szczęście facet wyleciał z pracy. Takich rzeczy absolutnie nie można robić jako dziennikarz, jako dokumentalista. Niestety są również innego rodzaju manipulacje, o których bardzo często słyszę od kolegów pracujących w tygodnikach, tzw. ambitnych, niestety. Aranżuje się pewne fakty, żeby coś było lepszą historią.
Brak miejsc na publikację.
I tu jest rola dla sztuki, żeby to stopowała, obnażała. Natomiast niestety sztuka się dewaluuje, jest zepchnięta w niszowe rejony. Efekt jest taki, że wszystkie ambitne pisma - które publikowały całościowe formy fotograficzne, fotoreportaże, fotoeseje - poupadały. W Polsce mamy teraz na rynku tylko jedno bardzo dobrze wydawane pismo - "Pozytyw". Tam jest faktycznie miejsce na prawdziwą fotografię, z wartościami intelektualnymi. Ale ono utrzymuje się na rynku tylko dlatego, że kupił je Gudzowaty. Gdyby nie to, że ktoś wpompował w nie pieniądze, to tego pisma też by nie było. Wszystkie wybitne agencje fotograficzne - np. Magnum, która była na szczycie, była królową fotoreportażu, zrzeszała najbardziej wybitnych ludzi i najbardziej szlachetnych fotografów - musiały zacząć sprzedawać zdjęcia reklamówek. I coraz mniej jest materiałów z tego rodzaju agencji, a coraz więcej z agencji newsowych.
Coraz mniej jest miejsc, gdzie może pojawić się fotoreportaż. My fotoreporterzy zainteresowani fotoreportażem, jako osobną dziedziną sztuki, całością samą w sobie, jesteśmy takimi wymierającymi mamutami.
Ponieważ coraz mniej jest miejsca na tą dobrą fotografię, mniej jest motywacji, żeby ją uprawiać (patrzę po moich kolegach, z których wielu zaniechało już właściwie robienia fotoreportaży). Po co robić fotoeseje, fotostory do szuflady? Zależy mi, żeby drugi człowiek je obejrzał, żeby coś się między nami zawiązało, jakaś nić porozumienia, komunikacji, żeby ta fotografia przetrwała w umysłach innych ludzi. Natomiast, jeżeli ona ma leżeć w szufladzie, mam ją pokazywać znajomym lub zrobić sobie fajny album lub portfolio - to już mnie to nie pociąga, w tej formie już się "wypstrykałem".
Gdzieś w tym wszystkim czuję, że mam coraz mniej powietrza, terenu do poruszania się. Staram się cały czas myśleć o fotografii, jak myślałem zawsze, jak o formie przekazu. Natomiast coraz mniej znajduję możliwości na taką autorską wypowiedź. Niestety. Takim optymistycznym rozwiązaniem na przyszłość może być to, że fotografia dokumentalna, fotoeseje, jeśli już nie do gazet, to może trafią do galerii, albo będą zapisane w formie albumów.
Podpis pod zdjęciami: Fascynuje mnie człowiek i opowiadanie o nim. Zawsze usiłuję dotrzeć jak najbliżej jego sfery emocjonalnej. Znajdowanie wewnętrznej prawdy o drugim człowieku i o kondycji ludzkiej w ogóle wydaje mi się najbardziej pociągające w fotografii. Dlatego też najchętniej zajmuję się fotoreportażem społecznym.
Być w Iraku.
Nie jestem klasycznym fotoreporterem wojennym. Gdy zaproponowano mi po raz pierwszy wyjazd do Iraku, musiałem sobie zdać pytanie: po co tam chcę jechać? Na pewno nie, by robić zdjęcia pod ostrzałem. Co innego jechać do kraju ze świadomością, że takie sytuacje mogą mnie tam spotkać, ale pole zainteresowań jest inne. Zdawałem sobie sprawę z zagrożenia. Uznałem, że muszę znaleźć cel, który wart byłby tego ryzyka. Na parę zdjęć z akcji szkoda własnego życia. Natomiast jeśli mam już otrzeć się o śmierć, a było faktycznie parę takich sytuacji, to dla wyższego celu, jakiejś WIĘKSZEJ PRAWDY. Interesowali mnie zwykli ludzie, Irakijczycy. Jechałem tam z założeniem, że uda mi się do tych ludzi dotrzeć, zamieszkać z nimi, pokazać, jak oni się znajdują w tej rzeczywistości wojennej, jak oni się czują. Chodziło mi o taki psychologiczny rys, portret.
Przyjeżdżam do Iraku. Zaczynam jeździć swoimi ścieżkami, oczywiście trochę z "duszą na ramieniu" - to był październik i zaczęła się seria najczarniejszych zamachów. Wybuchają samochody-pułapki, na drodze, którą przed chwilą przejechałem. Dziwnie się w tym czułem. Śmierć stała się bardzo realna. Ale jest taki moment, że trzeba opanować strach, bo jak nie, to w ogóle nie wyjdzie się z hotelu. Tylko, że on wraca ze zdwojoną siłą w nocy, kiedy nie jest się skupionym na pracy, tylko się rozmyśla, co się wydarzy następnego dnia, czy w hotel uderzą z tej, czy z tamtej strony... Po mniej więcej trzech tygodniach moja wytrzymałość na to zagrożenie się wyczerpuje. Im bliżej wyjazdu, tym częściej zaczyna się odliczać dni i mówić: to może już dziś nie pojadę nigdzie.
Chciałem robić cykl o kobietach irackich. Pojechałem do Karbali, tam było duże święto, pół miliona ludzi przybyło do meczetu. Kobiety w chustach, w żałobie. Kręciłem się wokół nich, fotografowałem. I nagle się dowiaduję, że niedaleko doszło do zamachu. Jakiś facet podczas przeszukiwania przez policję odbezpieczył i rzucił granat. Kilka osób zginęło. Ja robię swoją historię, a tu coś takiego. Jednocześnie pracuję dla gazety, która przecież czeka na newsa. Więc zbieram się z tłumaczem i jedziemy. Tam już nie ma co szukać. Jadę do kostnicy. Staję nad tym człowiekiem i zastanawiam się, po co tu przyjechałem, bo przecież nie po to, żeby sfotografować kogoś rozerwanego przez granat. I teraz z czego tego newsa "uszyć"? Rodzina odbiera zwłoki i prosi mnie wtedy, żebym zrobił zdjęcia. Fotografuję ich twarze i faceta, który myje wannę pełną krwi. Po tego typu wydarzeniach, trudno znów skupić się na temacie kobiet. To jest właśnie problem miejsca, w którym się pracuje. Z jednej strony Gazeta umożliwia mi wyjazd do Iraku, żeby zrobić coś ambitnego i szlachetnego, a z drugiej strony oczekuje, jako zleceniodawca, pewnego rodzaju zdjęć. Mimo wszystko ten pierwszy wyjazd do Iraku był owocny. Obarczenie newsami było minimalne. Udało mi się skończyć cykl o kobietach. Stworzyć z tych zdjęć historię.
Natomiast drugi wyjazd do Iraku był w kwietniu. Nie czułem potrzeby, żeby jechać. Po pierwszym pobycie byłem w bardzo ciężkim stanie psychicznym, nie przeżyłem takich rzeczy wcześniej. To było fundamentalne doświadczenie. Musiałem od początku wszystkie wartości sobie poukładać. Wróciłem kompletnie zdruzgotany. Jak jechałem drugi raz, to chciałem sprawdzić głównie siebie. Czy już się stałem cyniczny, czy jeszcze znajdę w sobie wrażliwość na to wszystko. Jechaliśmy z Mariuszem Zawadzkim nie zdając sobie sprawy, w co się pakujemy. To był czas, kiedy zaczęły się te wszystkie porwania. W dniu naszego przyjazdu porwali Japończyków i to na drodze, którą mieliśmy jechać do Bagdadu. Tylko przez przypadek skręciliśmy na południe. Ten pobyt był niepotrzebnym ryzykiem. Coś próbowaliśmy robić, ale każde wyjście z hotelu było obarczone niesamowitym ryzykiem. Nie widziałem sensu pracy w takich warunkach. To był czas, kiedy już właściwie nie było białych dziennikarzy, tylko arabscy korespondenci, ci, co byli, siedzieli w bazach. To aż dziwne, że Milewicz pojechał tam w maju. Biały wtedy sam w sobie był celem.
Chciałem na jesieni jechać do Palestyny. Tak, to dziwne, nie powiem, że pociągają mnie takie strefy, ale jest w tym coś ciekawego. W pewnym momencie, jak byłem w kwietniu w Bagdadzie, były takie dwa-trzy dni, kiedy bardzo cieszyłem się, że tam jestem. Mimo tego ryzyka. To był moment, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że może wybuchnąć rewolucja, taka ogólnokrajowa. A byliśmy jedynymi dziennikarzami z Polski, jednymi z nielicznych białych dziennikarzy. Towarzyszyła mi myśl, że mogę doświadczyć czegoś, co stanie się historią. Nigdy wcześniej nie widziałem rewolucji na własne oczy. Później zdaliśmy sobie sprawę - dobrze się dla nas stało, że do tej rewolucji nie doszło.
Robić swoje
Od jurora konkursu Word Press Photo w tym roku dowiedziałem się, co zrobić, żeby wygrać: wysłać wcześniej zdjęcia, wtedy będzie się miało niższy numer. Jury jest zmęczone po obejrzeniu kilku tysięcy zdjęć. Te, które mają niższe numery, mają większe szanse. Nie powinno tak być!
Mimo wszystko trzeba starać się robić swoje. Im więcej będzie ludzi patrzących na sztukę, na dziennikarstwo, na dokument, jak na szlachetną formę wyrazu - to będziemy silniejsi. Trzeba tego bardzo chcieć. Trzeba to bardzo kochać.







