Laureatka Grand Press Photo 2005
Kilka chwil z życia Anny Bedyńskiej
Ona
W momencie, kiedy zaczęła postrzegać świat już nie do końca dziecięcymi oczami pojawiła się fotografia. Urodzona w połowie lat 70. w Warszawie Anna Bedyńska wyrobiła w sobie unikatową umiejętność patrzenia na rzeczywistość przez pryzmat "szkiełka i oka". Jak sama wyznaje aparat był zawsze przy niej.
Biegaliśmy ze znajomymi po szkole i robiliśmy sobie zdjęcia w różnych dziwnych miejscach. Pamiętam, że kiedyś mieliśmy przygotować prezentację z okazji wyjazdu na wymianę do Strasburga. Wpadłam na pomysł, że fotografia najlepiej odda naszą licealną, polską codzienności. Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę.
Pomimo wrodzonej fascynacji błyskiem i kliszą, nie wiązała z fotografowaniem swojej przyszłości. Robienie zdjęć traktowała jako hobby, czystą przyjemność. Coś swojego, coś na wyłączność. Po skończeniu szkoły średniej zdecydowała się pójść na filologię angielską. Na trzecim roku pojawiła się okazja zdawania do legendarnej łódzkiej Filmówki na wydział fotografii. Poszła za ciosem, dostała się.
Pierwszy rok w Łodzi to była autentyczna burza zmysłów. Tysiące pomysłów, projektów i sposobów podejścia do fotografii. Każdy z tego bogatego koszyka wybiera coś dla siebie i wybiera swoją drogę. Poznałam mnóstwo wspaniałych osób, które pozwoliły mi spojrzeć na fotografowanie z zupełnie innej, nieznanej dotąd perspektywy. Wreszcie uczyłam się tego co robić odkąd pamiętam kocham.
Początkowo utrzymywała się z tłumaczeń. Od czasu do czasu łapała drobne zlecenia w fotoedycji. W tym samym czasie, kiedy pojawiła się Filmówka, rozpoczęła studia podyplomowe w Laboratorium Reportażu Collegium Civitas. To właśnie Laboratorium, którego z braku czasu ostatecznie nie ukończyła i album zrobiony na dziesięciolecie Polskiej Akcji Humanitarnej utorowały jej drogę do kariery.
Przez jakiś czas pracowałam jako wolontariuszka dla Polskiej Akcji Humanitarnej. Współtworzyłam album z okazji dziesięciolecia organizacji. Zgodziłam się z przyjemnością. Niektóre zdjęcia w albumie pochodzą z archiwów Gazety Wyborczej. Mniej więcej w tym samym okresie robiłam dla Laboratorium wywiady porównawcze z fotografami przygotowującymi wystawę "Cygani". Wtedy poznałam Piotra Wójcika- ówczesnego zastępcę szefa działu foto Gazety. Zaprosił mnie do współpracy i tak się zaczęło, zostałam fotoreporterką. To był rok 2002.
Człowiek
Jedyną słuszna formą, którą potrafi opowiedzieć historię o człowieku jest fotoreportaż. Pozwala jej nasiąknąć tematem. Tematem, którym jest zawsze człowiek.
Ja wierzę w człowieka. Znam wiele osób, które w dzisiejszym świecie prędkości i biegu totalnie się zagubiły. Nie mają czasu przystanąć i pozwolić sobie na refleksję. Zadaniem fotoreportażysty społecznego jest dogłębna obserwacja i pokazywanie rzeczy, których innym nie udało się zaobserwować. 70 procent zdjęcia to pokora i cierpliwość. Reszta to wrażliwość i umiejętność przewidywania. Przypadki zdarzają się ludziom. przygotowanym.
Uważa, że dobry fotoreportaż to przede wszystkim kwestia przygotowania. Praca nad zbieraniem materiałów, poznawaniem bohaterów i środowiska w jakim żyją trwa od dwóch do trzech miesięcy. Zawsze szuka tematem, a nie bohaterem. To wymaga czasu. Jest cierpliwa. Czasami przebicie się przez skorupę osoby, którą fotografuje wymaga godzin rozmów i obserwacji. Jest uparta. Uporowi towarzyszy wyczucie rozmówcy, delikatność i szacunek do drugiej osoby. Fotoreportaż to rozmowa człowieka z człowiekiem- fotografa z bohaterem. Aparat jest tylko narzędziem. Ten zawód wymaga delikatności. Dziennikarstwo społeczne ma służyć nie burzyć.
Choroba
Dobry reportażysta musi mieć poczucie misji. Powinien całkowicie angażować się w to co robi. Pamiętam jak ciężka była dla mnie praca nad materiałem z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie - wydział onkologii. Chore dzieci i ich rodziny. Najstraszniejsze były momenty, kiedy po weekendzie wracałam na oddział, a któreś z łóżeczek zmieniło swojego lokatora. Ktoś wyszedł lub odszedł. Wszystko zaczynało się od początku. Poznawanie się z nowymi, małymi pacjentami i ich rodzinami. Praca nad tym materiałem trwała kilkanaście tygodni. Ze mnie cierpienie tych dzieci tak po prostu nie spływało. Wchodziło to we mnie. Potrzebowałam czasu, aby to wszystko przetrawić, spróbować się z tym oswoić. Zazwyczaj odkładałam kilka dni aparat i myślałam. Dobry dziennikarz społeczny musi mieć w sobie dużo pokory i empatii.
Ania zaprzyjaźniła się z wieloma dzieciakami w instytucie. Twierdzi, że nigdy nie widziała takiej woli walki i wiary. Te ciężko chore dzieci potrafiły dodawać otuchy rodzicom. Zapewniać, że wszystko będzie dobrze. Po raz drugi spotkała się z maluchami przy pracy nad fotoreportażem "Mali uchodźcy na wakacjach". Materiał przygotowywała w trakcie pobytu w Gołdapii uchodźców z Kazachstanu, Czczeni i Ukrainy oraz polskich malców ze świetlic Polskiej Akcji Humanitarnej.
Uwielbiam dzieciaki. Praca z nimi zawsze wiele mi daje. Szczególnie, jeżeli na niewinnej buzi dziecka rysuje się smutek i ból. W takiej sytuacji staram się, aby po zakończonych zdjęciach pojawił się na niej uśmiech. Dzieci są autentyczne i nie ulegają stereotypom. Są z natury dobre. Wszystko co robią jest naturalne.
Z inną chorobą, która często prowadzi do śmierci zetknęła się w trakcie pracy nad "Heroiną". Długo zastanawiała się jak ugryźć ten temat w sposób niekonwencjonalny. Nie pokazywać ludzi, którzy stoczyli się i nie mają szansy powrotu. Jak dać nadzieję?
Po tygodniach zastanawiania się, chodzenia po detoksach w końcu mnie oświeciło. Ten fotoreportaż będzie przepełniony chęcią życia, wolą walki i przetrwania. Będzie dawał nadzieję tym, którzy próby oczyszczenia jeszcze nie podjęli. Nie chciałam pokazywać ludzi- cieni w napadach konwulsji - to byłoby człowieka niegodne. Trzeba pamiętać, że walka z heroiną zaczyna się wraz z odtruciem. Ta walka nigdy się nie kończy. Decyzja o odtruciu wymaga niesamowitej odwagi.
Bohaterowie "Heroiny" nie zgodzili się na pokazanie twarzy. Sporo czasu zajęło jej dotarcie do osób, które nie uciekały na widok obiektywu. Praca nad całym materiałem trwała trzy miesiące. Kolejny raz weszła świat ludzi, którzy balansują na granicy życia i śmierci.
Homo faber
Nie wszystkie reportaże są tak czasochłonne. Fotograf musi się dostosować do swojego bohatera. Praca nad materiałem o osobie znanej i zajętej często przypomina wyczekiwanie w peerelowskiej kolejce. Godzinami przesiaduje się na korytarzach, w samochodzie. Czeka się na znak i kilka minut dyspozycyjności.
"Dzień z życia Magdaleny Środy" był reportażem ekspresowym. Magdalena Środa jest pełnomocnikiem rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Kobieta o niesamowicie silnej osobowości. Niestety praktycznie non stop zajęta. Chodziłam za nią wszędzie i wyczekiwałam momentu, kiedy można było zrobić dobre zdjęcie. Najlepiej wspominam sesję, którą zrobiłyśmy u niej w domu. Feministka, która pozwoliła mi się sfotografować w rodzinnym środowisku, ze swoim dzieckiem. Niczym Simone de Boviorde u boku Sartra zmieniła się z wojowniczki o prawa kobiet w matkę Polkę.
Cała praca Ani dedykowana jest człowiekowi. Nawet zdjęcie, których bohaterami na pozór nie są ludzie. Tak jest w przypadku jednego z pierwszych zleceń, które wykonywała dla "Gazety Wyborczej".
Zostałam poproszona o zrobienie materiału o hucie i jej pracownikach. Pierwsza myśl "nie nadaję się do tego". Jak tylko przekroczyłam próg tytułowej "Huty" od razu wiedziałam jak ugryźć ten temat. Megaprzestrzenie wypełnione maszynami, tysiącami narzędzi, kabli i drutów. Industrializm. Wszystko wykonane ręką ludzką. Zdecydowałam się na zrobienie martwej natury. Zdjęcia o pracy ludzi, pozbawione spersonalizowanego bohatera, a przecież tak człowiekiem wypełnione. Fotografowałam ogrody maszyn i żelastwa, pojedyncze fragmenty olbrzymich, zapierających dech w piersiach metalowych potworów. Niesamowity jest efekt. Człowiek wyłaniający się z "żelaznych owoców" swej pracy. Homo faber.
Etos
Anna Bedyńska też jest człowiekiem pracy. Fotoreportaż, ogólnie reportaż musi być użyteczny społecznie.
Ta praca ma być odbiciem otaczającej nas rzeczywistości. Możliwie jak najobiektywniejszym. Dobry dziennikarz, fotograf nie powinien zatrzymywać się na powierzchni zjawisk. Powinien docierać do ich przyczyny, sedna. Wszystkie moje fotoreportaże opowiadają o Polsce. Tutaj się urodziłam i wychowałam. Nikt tak nie zrozumie Polaka jak drugi Polak. Jeżeli w przyszłości nadarzy się okazja ruszenia z obiektywem dalej w świat, kto wie. Pewnie z niej skorzystam. Na razie pozostaję nad Wisłą.
Ania twierdzi, że nie byłaby dobrym fotografem gdyby nie fakt, że kocha to co robi i kocha ludzi. Uważa, że obok pasji w tym zawodzie liczy się również pokora i umiejętność empatycznego słuchania. Nie bez znaczenia jest również wiedza na temat ludzi, zjawisk i miejsc, które fotografuje. Bardzo dużo czyta, żeby więcej wiedzieć, a przez to lepiej widzieć. Jej zdaniem, jeżeli czegoś nie będziemy potrafili nazwać, sklasyfikować, to nie uda nam się o tym opowiedzieć. Fotografia jest przecież opowiadaniem uszytym z obrazów. Do powyższych cech w jej przypadku dołącza jeszcze skromność. Wypowiadając się na temat swoich zdjęć unika wartościowania. Ludzie, ich listy i dobre słowo są dla niej miernikiem jej pracy. O wartości jej prac świadczy również fakt, iż jest laureatką nagrody Grand Press za rok 2005. Nagrodę przyniosło jej zdjęcie tego co najbardziej kocha - człowieka - dziecka.








Komentarze
Autor: Krzysiek K. (Czwartek 30-06-2005 14:00)
Bardzo mi sie podoba takie podejscie i taka fotografia. Oby wiecej takich fotografow mialo mozliwosci takich publikacji i takiej pracy. Zdecydowanie tak.