Laboratorium Re... > fotoReportaż > Warsztat > Front line  

Front line

Piotr Ślósarski

"Byłem świadkiem i te obrazy są moim świadectwem. Wydarzenia, które utrwaliłem nie powinny zostać zapomniane i nie mogą zostać powtórzone".

Rok 1936, Cordoba. Trwa wojna domowa w Hiszpanii. Na polu bitwy pod Cerro Muriano naciśnięty spust wyzwala mechanizm. Reakcja chemiczna przebiega w ułamku sekundy. Frederico Borrell Garcia ginie od wystrzelonej kuli frankisty, a fotograf Robert Capa uwiecznia jego śmierć na kliszy. Później fotografię tę uznano za symbol hiszpańskiej wojny domowej, ikonę, najbardziej ekscytującą fotografię wojenną jaką kiedykolwiek zrobiono. "The Falling Soldier" ("Padający żołnierz").

Fot. Robert Capa

Fot. Robert Capa

 

Wbrew powszechnej opinii nie były to początki obecności obiektywu na polu bitwy. Pierwsze wzmianki o wykorzystaniu aparatu w dokumentowaniu działań wojennych pochodzą z roku 1839, ery dagerotypu, kiedy czas naświetlania liczono w minutach. Wczesnym przykładem fotografii dokumentalnej są obrazy Jamesa Robertsona utrwalone podczas oblężenia Sewastopola oraz Rogera Fentona z wojny krymskiej. Już amerykańska wojna domowa miała liczny zespół obsługujących ją fotografów. To właśnie wtedy obraz konfliktu zbrojnego, odarty z romantyzmu czy towarzyszącej wielu ówczesnym środkom przekazu, zimnej statystyki, wstrząsnął społeczeństwem po raz pierwszy. Do tej pory, dla większości, takie doświadczenie wojny było obce. Bitwy toczyły się gdzieś daleko, kojarzono je z bohaterskim przelewaniem krwi za słuszną sprawę, orderami, prestiżem. Spojrzenie to zburzył obraz Timothy'ego O'Sullivana "Harvest of Death" zrobiony w czasie pamiętnej bitwy pod Gettysburgiem.

Fot. Timothy O'Sullivan

Fot. Timothy O'Sullivan

 

Jaki skutek wywołały tamte fotografie? Uważa się, że skierowały uwagę odbiorców na ciężką sytuację zwykłego żołnierza. W jednej z brytyjskich gazet ukazał się wtedy pewien rysunek. Przedstawiał dwóch obdartych żołnierzy, a podpis pod nim mówił:

- No, Jack! Jest dobra wiadomość z domu. Mamy dostać medal.- To bardzo miło. Może dostaniemy też nowe płaszcze?

Jednak dokumentowanie scen batalistycznych to tylko jedna ze stron fotoreportażu wojennego. Szczególnie po II wojnie światowej, po doświadczeniu obozów zagłady, masowych egzekucji, prześladowań, zaplanowanych ataków na cele cywilne, obiektywy aparatów zostały skierowane na ludzki wymiar wydarzeń. Poprzez czołówki gazet i magazynów do światowej opinii publicznej zaczynają docierać obrazy McCullina, Finchera, Nachtweya i innych. Obrazy ofiar wojny. Ofiar zbrodni. Wietnam, Liban, Afganistan, Kambodża, Somalia, Bałkany, Rwanda, Irak, Sierra Leone jak wiele innych, odległych regionów stało się centrum zainteresowania świata.

Fot. McCullin

Fot. McCullin

 

Fot. McCullin

Fot. McCullin

 

Współczesna fotografia wojenna ma chwytać widza, szokować, wstrząsać nim. Ma krzyczeć: patrz!. Siłą (wyrazu), gwałtem (na świadomości) i podstępem ma skupiać maksymalne zainteresowanie na opisywanych wydarzeniach. W obliczu takiego obrazu czujemy się zniewoleni zatrzymaną chwilą cierpienia. Pochłonięci. Wobec tak silnego ładunku emocji trudno zachować bierną postawę, wrócić do rzeczywistości "z przed". Doświadczenie tej chwili zmusza nas do reakcji.

Fot. J.Nachtway

Fot. J.Nachtway

 

Tylko jaka to ma być reakcja? Każda wydaje się nieadekwatna, nawet żałosna: wzruszenie ramion w geście niemocy, datek kilku złotych na cele humanitarne. Czy to ma sens? Czy wobec tego warto narażać życie dla zdjęć? Uważam, że warto (choć kiedyś może zmienię zdanie) i wierzę, że ci którzy je robią myślą podobnie. W wymiarze jednostki trudno dopatrywać się wpływu tych fotografii na coś więcej niż chwilowe samopoczucie.

Fot. McCullin

Fot. McCullin

 

Fot. McCullin

Fot. McCullin

 

Dopiero w szerszym, mówiąc modnie - globalnym spojrzeniu, mamy szansę zaobserwować jak silny obraz odbija się echem. Zaczyna żyć. Tworzy nowe byty: artykuły prasowe, relacje, kolejne fotografie niosące dalej jego ładunek, nawet potęgujące go. Kształtujące i zmieniające opinie.

Prawie każdy pamięta czarno-białe zdjęcie biegnącej, nagiej dziewczynki, poparzonej napalmem podczas nalotu na wietnamską wioskę. Ten obraz trwale wrył się w pamięć kilku pokoleń. Z pewnością przyczynił się do zmiany wizerunku interwencji w Wietnamie, a być może także do podjęcia decyzji o szybszym wycofaniu wojsk amerykańskich. James Nachtwey otwiera galerię swoich zdjęć mottem: "Byłem świadkiem i te obrazy są moim świadectwem. Wydarzenia, które utrwaliłem nie powinny zostać zapomniane i nie mogą zostać powtórzone".

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl