Laboratorium Re... > fotoReportaż > Warsztat > Trudna fotografia cz. II.  

Trudna fotografia cz. II.

Areta Chomicz

Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz dotarło do mnie, że wojna jest czymś naprawdę realnym. Że to nie tylko kino. Będąc w Voćin zobaczyliśmy, czego armia jugosłowiańska dokonała na ludności cywilnej. Myślałem, że to druga wojna światowa była czymś tak okrutnym, że już nic gorszego wydarzyć się nie mogło. Obrazy, które zobaczyłem na terenie obecnej Chorwacji uświadomiły mi, jak bardzo się myliłem...

POWOŁANIE
Piotr Janowski (ur. 1969), fotoreporter, studiował dziennikarstwo i germanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę rozpoczął w 1991 r. w "Glob 24", później fotografował dla Polskiej Agencji Prasowej, "Rzeczpospolitej", by trafić do "Gazety Wyborczej", gdzie pracuje do dziś. Laureat licznych nagród, między innymi kilkunastu w konkursie Polskiej Fotografii Prasowej, w tym za zdjęcie roku w 2001, finalista Europan Press Awards. Publikował między innymi w "New York Times", amerykańskim wydaniu magazynu "Newsweek", "Le Monde".

Przygodę z profesjonalną fotografią zaczynałem właśnie od wojny. Moim pierwszym poważnym wyjazdem, nie tylko wojennym, był wyjazd do Chorwacji podczas pierwszego roku wojny w Jugosławii. Pracowałem wtedy w pierwszej polskiej kolorowej gazecie "Glob 24" Pierwsza wojna na jaką pojechałem to była wojna w byłej Jugosławii. To był 1991 rok. Była to dla mnie swego rodzaju fascynacja. Jakoś wiązało mi się to z tym zawodem. Jak fotoreporter - to wojna. Nie żałuję tego, ale wiem, że mogło się to źle skończyć. Chociażby ze względu na brak doświadczenia. Ale niewątpliwie to był ważny konflikt, ważna wojna.

 

 

Na tę wojnę pojechała cała dziennikarska Europa. Bardzo wielu dziennikarzy tam zginęło. Głównie przez brak doświadczenia. Ale byli i tacy, którzy właśnie tam odkryli swoje powołanie i robili świetne materiały. Pierwszą ofiarą tej wojny był dziennikarz, młody austriacki fotoreporter. Na lotnisku, tuż po wylądowaniu, dostał się w ogień krzyżowy żołnierzy słoweńskich i jugosłowiańskich. To była głupia i bezsensowna śmierć.
Pobyt w tamtym rejonie uświadomił mi realizm wojny. Jej bliskość sprawiła, że zacząłem na wszystko patrzeć zupełnie inaczej. To było dla mnie ważne doświadczenie. Już nie mam takiego poczucia bezpieczeństwa, jak kiedyś. To bezpowrotnie minęło.
W Polsce takie wyjazdy proponuje się, nie można nikogo zmusić do takiego kroku. To jest takie zlecenie, realizacji którego zawsze można odmówić. Dlatego do tego wyjazdu zgłosiłem się sam. To była moja decyzja. Dzisiaj wiem, że to było szaleństwo. Miałem wtedy niewiele ponad dwadzieścia lat i praktycznie żadnego doświadczenia. Wszystkiego uczyłem się na miejscu na własnych błędach. To właśnie z braku doświadczenia było tyle wypadków wśród dziennikarzy i fotoreporterów. Powodem była również nieumiejętność oceny sytuacji. Są rzeczy, które zawsze należy wziąć pod uwagę. Załóżmy taką sytuację. Jest noc, nie wiemy gdzie jesteśmy, ani gdzie jedziemy. Nie jest to przejazd z miejsca A do miejsca B. To przejazd w jakieś miejsce razem z wojskiem. Taka sytuacja nie ma sensu. Jedynie telewizja jest w stanie to pokazać. Radiowiec czy fotoreporter ma znacznie mniejsze możliwości. Trzeba się poważnie zastanowić czy podejmowane ryzyko ma jakikolwiek sens.
Te wypadki to również brak umiejętności podejmowania właściwej decyzji. Prosty przykład Izraela. Chcieliśmy przedostać się do obozu dla uchodźców. Obóz był w miejscowości, która od dwóch tygodni była oblegana przez armię izraelską. Wiadomo było, że dzieją się tam okropne rzeczy, ale nikt nie mógł tam dotrzeć. Ani organizacje humanitarne, ani dziennikarze, ani obserwatorzy. Nikt. Oczywiście wszyscy próbowali, ale wiązało się to z ogromnym ryzykiem. Armia izraelska ogłosiła ten teren zamkniętą strefą wojskową. W związku z tym każdy, kto się tam dostał narażał życie. Pojechaliśmy tam bocznymi drogami. Wyjeżdżając z jakieś wsi popełniliśmy błąd. Nie zapytaliśmy kolejny raz o bezpieczną drogę. Poczuliśmy się zbyt pewnie. Zaraz za tą wioską zostaliśmy ostrzelani. Nie było czasu, żeby zawrócić. Biliśmy wtedy rekordy prędkości na wstecznym biegu. Dopiero w tej miejscowości, którą wcześniej minęliśmy dowiedzieliśmy się, że tam absolutnie nie wolno było jechać. Właśnie tam stacjonowało wojsko. Dlatego zawsze, aż do znudzenia, trzeba pytać o bezpieczną drogę. Każdej spotkanej osoby. Ludzie tam mieszkający są znacznie lepiej zorientowani w topografii. Oni nam pomagają. Chcą nam pomagać.
Podczas tego typu wyjazdów najważniejszy jest rozsądek i umiejętność chłodnej kalkulacji. Im bardziej będziemy się niepotrzebnie narażać, tym bardziej będziemy kusić los. Strach jest tutaj jak najbardziej odpowiednim doradcą. Jeśli czujemy się zbyt narażeni, gdy sytuacja zaczyna nas przerastać, należy się wycofać. To żaden wstyd. Poza tym nigdzie nie jest powiedziane, że podejmując największe ryzyko zrobimy najlepsze fotografie. To niekoniecznie idzie w parze. Równie dobrze można pokazać konflikt zza tej pierwszej linii frontu. Bardzo dużo naprawdę dobrych fotografii z wojny zrobiono w miejscach względnie bezpiecznych. Te zdjęcia były bardzo wymowne, wiele mówiące o konflikcie.
Zdarza się, że przebywając w niebezpiecznych miejscach, nie odczuwamy realnego zagrożenia. W moim przypadku takim miejscem jest Izrael. Lubię tam pracować. Mimo niebezpieczeństwa dobrze się tam czuję. To bardzo ważne by pracować tam, gdzie nam się dobrze pracuje. I nie ma to nic wspólnego z ryzykiem.
Tak naprawdę nigdy nie myślałem o fotoreportażu wojennym jako o swojej pracy. Jeśli ktoś chce fotografować tylko wojny i konflikty, musi mieć do tego specjalne predyspozycje. Przede wszystkim taka osoba nie powinna mieć rodziny. Ryzyko jest jednak naprawdę duże. Ja mam dwójkę dzieci i poważnie bym się zastanowił, czy jechać na taki konflikt. Wyjątkiem jest Izrael.
Ten konflikt jest dla mnie szczególnie interesujący. Głównie ze względu na jego miejsce. To centrum świata. To konflikt międzykulturowy, ale na skalę światową. Dlatego jest taki ciekawy, dotyczy nas wszystkich. Dlatego chciałbym tam jeździć. Dlatego jestem gotów podejmować ryzyko i opowiadać o tym.
Nigdy nie myślałem o tym, że konflikt wojenny ma być moim miejscem pracy. Są jednak dziennikarze, fotoreporterzy, którzy jeżdżą z wojny na wojnę. Jest to tak zwany syndrom żołnierza z Wietnamu. Ci ludzie nie są w stanie dostosować się do normalnego życia. Potrafię to sobie wyobrazić. Potrafię sobie wyobrazić, że można polubić takie życie. Ale tego trzeba spróbować. Jest jednak taki moment, po tygodniu czy dwóch, że człowiek myśli sobie: Kurczę, co ja tu robię? Ja chcę wracać do domu. Wraca, a po miesiącu, czasem mniej, ma ochotę jechać tam znowu.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl