Piotr Kulesza o "Niebieskim Syfonie"

Kasia Michałowska

Jeżeli chcę opowiedzieć, jak wyglądał bazar przed wojną, to muszę dopytać się ludzi, jak on brzmiał, jaka była jego "muzyka". Brzeska była wtedy ulicą brukowaną. Ciągnęły się po niej chłopskie wozy zaopatrzone w drewniane koła, obite metalowymi obręczami. Stukot kopyt zagłuszał łoskot toczących się kół. W tę melodię wpisywały się przekleństwa woźniców, rżenie stłoczonych koni, okrzyki żydowskich kupców zachwalających towar. Czasem znienacka wdzierał się gwizdek posterunkowego, który bezskutecznie usiłował dogonić kieszonkowca...

 

 

Jak wspominasz Laboratorium Reportażu?
Z prawdziwym sentymentem. Poznałem tam świetnych ludzi. Dużo się od nich nauczyłem. Pamiętam przegadane godziny z Markiem Millerem. Toczyliśmy zażarte spory. Rozmawialiśmy nie tylko o moich tekstach, ale też o jego scenariuszu filmu fabularnego do projektu "Góra Góry", czy o pomyśle na książkę w oparciu o "Jądro Ciemności" Conrada. Do tego wszystkiego Miller uczył mnie różnych technik prowadzenia wywiadu.

"Niebieski Syfon" jest jednak napisany inaczej niż książki Marka Millera. Jest bliższy poetyce Nowakowskiego.
Opowiadania takich autorów jak Marek Nowakowski czy Andrzej Stasiuk zawsze mnie fascynowały. Nowakowski zrobił na mnie duże wrażenie. Jego rady były cenne. Szczególnie ta, że muszę iść swoją drogą.

Czy koncepcja "Laboratorium" jako miejsca spotkania klasycznego reportażu, opowiadania, radia, i filmu jest dobrym pomysłem?
Wyśmienitym. To jasne, że każde medium ma swój język i rządzi się swoimi prawami, ale z drugiej strony pewne "sprzężenia" są bardzo inspirujące. Kiedy Maciek Drygas opowiadał o tym jak buduje scenografię dźwięku w radiu, to otwierał mi tym oczy, a właściwie uszy, na rzecz z pozoru oczywistą, ale o której ciągle zapominałem - jak dla tekstu ważny jest dźwięk. Jeżeli chciałem opowiedzieć jak wyglądał bazar przed wojną, to muszę dopytać się ludzi, jak on brzmiał, jaka była jego "muzyka". Brzeska była wtedy ulicą brukowaną. Ciągnęły się po niej chłopskie wozy zaopatrzone w drewniane koła, obite metalowymi obręczami. Stukot kopyt zagłuszał łoskot toczących się kół. W tę melodię wpisywały się przekleństwa woźniców, rżenie stłoczonych koni, okrzyki żydowskich kupców zachwalających towar. Czasem znienacka wdzierał się gwizdek posterunkowego, który bezskutecznie usiłował dogonić kieszonkowca, itd.

Co takiego zobaczyłeś w bazarze, że postanowiłeś napisać książkę?
Fascynującym zjawiskiem jest legenda tego bazaru. Próbowałem ją uchwycić.

Czy po to ci były potrzebne dwa rozdziały historyczne, o Julianie Różyckim i tytułowy "Niebieski Syfon", żeby legendę uzasadnić i pogłębić?
Dokładnie. Jest w tym coś fascynującego, że to miejsce nie spadło z księżyca, że bazar nie powstał dziesięć lat temu, tylko sto. I od stu lat trwała tam pewna grupa ludzi o ściśle określonej mentalności, temperaturze życia. Bazar działał jak magnes, który przyciągał określonych ludzi. W latach czterdziestych, pięćdziesiątych, siedemdziesiątych, ale też przed wojną. Stare książki o Pradze przywodziły mi na myśl "Ziemię obiecaną" Wajdy. Tak właśnie wyobrażałem sobie Pragę.
Był taki moment na Pradze, kiedy wszystko zaczęło się rozwijać: powstała kolej, tworzyły się interesy, rozpoczynała się spekulacja zbożem i gruntami. Bazar był warszawskim dzikim zachodem. Okres przedwojenny, wojna, wczesny okres powojenny są niesłychanie barwne. Choćby ta różnorodność ubrań. Jeden miał mundur żołnierza angielskiego, drugi kurtkę z Auschwitz.

Gdzie szukałeś materiałów archiwalnych?
W Archiwum Miasta Warszawy, w Archiwum Akt Nowych, w BUWie. Jest to również wielka frajda, bo czasem natrafia się na rzeczy, których nikt nie miał w rękach od wielu lat. Kiedy szukałem prawdy o Julianie Różyckim to czułem się jak detektyw prowadzący śledztwo. Pamiętam, że kiedyś miałem w rękach starą praską gazetę lokalną, w której zamieszczono krótką notatkę o Różyckim. Była tak stara, że pomyślałem sobie, że chyba jestem pierwszym człowiekiem od wojny, który ma ją w rękach. Wziąłem do ręki okładkę, zacząłem ją delikatnie rozklejać i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że jestem cały brudny, bo ta okładka się rozkruszyła...I aż mi się zrobiło żal...

Rozumiem, że docieranie do materiałów w archiwum i rozmowy z ludźmi to zupełnie inny wymiar satysfakcji. Co w pracy nad powieścią sprawiało ci największą frajdę?
Budowanie, klejenie. Zbieranie dokumentacji jest pracą, klejenie jest nagrodą.

Musiałeś jednak doświadczyć wielokrotnie uczucia, że to podczas rozmów z ludźmi otwierają się przed tobą drzwi do ludzkich historii...
Ludzie na bazarze są z natury bardzo zamknięci. Często bywało tak, że przy początkowych kontaktach spotykałem się z wielokrotną odmową. Ludzi związanych ze światem przestępczym, zwłaszcza tych starych, obowiązywał pewien kodeks. Z kolei handlarze wychowani w konspiracji gospodarczej też są skryci. Robili interesy w komunizmie, kiedy wszystko było karalne. Wtedy lepiej było mówić mniej. Były też takie tematy, które nie miały waloru historycznego. Rok temu dawało się jeszcze odczuć ukrytą walkę o ten teren, a mówimy tu o gruncie wartym kilka milionów dolarów. Chciały go przechwycić dwie konkurujące ze sobą mafie, byli w to też zaangażowani wysocy urzędnicy. Pamiętam, jak kiedyś tropiłem ten temat i moi rozmówcy wyraźnie coś mi zmydlali. W pewnej chwili trochę mnie poniosło i powiedziałem do nich: "Co wy mi tu kłamiecie?". Na co oni zamilkli, a po chwili jeden z nich spokojnie odpowiedział: "Wie pan, z kłamstwem można żyć, a prawda czasem zabija".

Co jest pociągającego w twoich bohaterach?
Są to ludzie autentyczni, prawdziwi, nie przekombinowani. Można takich ludzi lubić albo nie, ale nie ma w nich fałszu. Elementarni ludzie w bardzo konkretnych emocjach.

Która z historii była dla ciebie największym wyzwaniem?
Ferajna. Obejmowała okres najmniej zbadany, do którego było najmniej dokumentacji. Trudno zweryfikować to, co mi ludzie opowiadali. Kosztowało mnie to dużo pracy. Zdarzały się też historie zupełnie nieprawdopodobne, do których się nie włączałem. Na przykład usłyszałem taką historię, że w sowieckiej SB na Pradze, tuż po wojnie chodzili Rosjanie wyglądający jak kowboje: w długich płaszczach i ogromnych kapeluszach! Jakoś nie mogłem w to uwierzyć!
Również w tej historii o Julianie Różyckim natrafiłem na wiele elementów zagadkowych. Istnieje legenda, że Różycki był geniuszem interesu. Tymczasem z tego, na co natrafiłem, wcale to nie wynikało. Potem jednak pomyślałem sobie, że wszystkiego nie trzeba odkrywać i wyjaśniać... Czasem lepiej, jeśli zostaje legenda.

Jak konstruowałeś swoich bohaterów?
Często budowałem jednego bohatera z kilku osób. Na przykład Mżawka czy Ferajna to historie kilku osób. W ten sposób budowałem swoje historie i jednocześnie udawało mi się ukryć tożsamość ludzi, którzy woleli pozostać utajnieni.

Mówiłeś, że w wersji roboczej "Niebieski Syfon" miał ponad 500 stron. Dlaczego tak go skróciłeś?
Znacznie większym wyzwaniem niż napisać dużo jest napisać ciekawie. Zależało mi, aby ta historia miała swoje tempo, swój rytm. Jest to często dość bolesne, bo czasem siedzi się nad czymś trzy miesiące i nagle okazuje się, że trzeba to wrzucić do kosza. Stało się tak np. "Wojnami bazarowymi", które pisałem ponad rok. Niektórych rzeczy nie zamieściłem tutaj dlatego, że czułem, iż mógłbym w ten sposób zaszkodzić bohaterowi. Nie było sposobu, żeby go ukryć bez zmieniania historii, a tego nie chciałem robić.

Jakie masz teraz plany?
Zbieram dokumentację do następnej książki. Pracuję też nad scenariuszem filmu dokumentalnego.

O czym?
O praskich muzykach. Takie "Buena Vista Social Club" osadzone w praskiej scenografii.

(Czwartek 29 Kwiecień 2004)

do góry



© 2001-2006 Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego