Bartek Pogoda o sposobie na życie i fotografii

Homofotoviator

rozmawiała Patrycja Mic

Kiedy zaczął umieszczać fotograficzne relacje ze swoich podróży w internecie, nikt jeszcze nie znał pojęcia fotobloga. Był 1997 rok i wszyscy pytali: „gdzie ty tam w świecie znajdziesz komputer?”. Okazało się, że kafejki internetowe są już wszędzie.

W lusterku: Bart Pogoda

Na początku publikował bez premedytacji – dla rodziny i przyjaciół. Jednak bardzo szybko blog Pogody stał się mekką podróżników, backpackerów i gapyearowców, obiektem zachwytów fotomaniaków oraz inspiracją dla tych, którzy do tej pory podróżowali tylko w sferze marzeń, palcem po mapie, myszką po monitorze. Dla wielu z nich Bart to prorok podróży, Kapuściński młodego pokolenia, dowód na to, że przy możliwościach internetu, reportaż albo już się kończy, albo dopiero zaczyna.

Wszystko zaczyna się w dzieciństwie. Wtedy zarażasz się tą chorobą. Mapy, globusy, literatura przygodowo - awanturnicza pożyczana kilogramami z biblioteki Młodzieżowego Domu Kultury. (...) Moje uzależnienie było coraz większe i na odwyk było już za późno. Rok dzieliłem na szare dni w Warszawie połowy lat dziewięćdziesiątych i te 2 miesiące w roku gdy mogłem wyjechać. Studia, studia i po studiach – lata które miały być najlepsze minęły jeszcze szybciej. Wokoło mnie to niewiarygodne ciśnienie aby znaleźć dobrą pracę i wpaść w błędne koło. Praca, dom, samochód, pralka, zmywarka, telewizor pięć godzin dziennie, kac z rana i znów do pracy. Praca to chleb, ale praca to też duża część życia i należy ją kochać, albo przynajmniej lubić. Ucieczka. Tak, kiedyś wyjazd był ucieczką – zdecydowanie. (...) Coś nie tak – wrażenie zmarnowanego czasu i słowa w głowie, które usłyszałem parokrotnie w Polsce, że marnuje swój czas i nie robię kariery. Jednak remedium okazała się fotografia i blog. Połączenie tych trzech elementów stało się sposobem na życie, przynajmniej przez ostatnie i najbliższe lata.

Co było najpierw - fotografia czy podróże?
Podróże. Zaczęło się od autostopu. To był 95 rok. Miałem 19 lat i po raz pierwszy pojechałem sam na zachód - Anglia, Francja, Niemcy, Holandia. Wcześniej jeździłem z rodzicami do Bułgarii, do tych miejsc na południu - Rumunia, Czechy, Węgry.

Zaczynałeś od wakacyjnych wypadów stopem?
Tak, pierwszy raz pojechałem z kumplem, który też nie miał pojęcia z czym to się je, jak to się robi. To były bardzo intensywne wyjazdy. Nie mieliśmy pieniędzy prawie wcale, spaliśmy po stacjach benzynowych, po jakichś wertepach, w samochodach u ludzi, jeździliśmy pociągami na gapę. Wtedy nie było takich możliwości jak teraz, kiedy masz lat 18 albo 19, kończysz szkołę średnią i możesz jechać do Anglii żeby sobie zarobić pieniądze w 3 miesiące i pojechać potem gdziekolwiek.

Już podczas pierwszej wyprawy miałeś aparat ze sobą?
Miałem taką małą Smienę, ale wtedy właściwie prawie nie robiłem zdjęć. Coś tam pstrykałem, ale nie miałem jeszcze wkrętu na to. Nie było pieniędzy na aparaty. Smiena szybko się zepsuła, w Hyde Parku upadła mi na ziemię. Podczas pierwszych wyjazdów autostopowych, robiłem zdjęcia w stylu „ja i wieża Eiffla”. Nie miałem wtedy jeszcze takiego poziomu możliwości co teraz - nie było internetu, więc nie miałem bloga, nie mogłem publikować.

Potem trafiłeś do Warszawy?
Przeniosłem się tu z Kłodzka na studia, zaraz po wakacjach w 95 roku. Studiowałem ekonomię. Ale nie mam z tym nic wspólnego. Nudziłem się na tych studiach jak pies. Właściwie nigdy nie wykorzystałem tego, czego się nauczyłem w tej szkole i już raczej nie wykorzystam. Więc 4 lata stracone.

Nie pracowałeś nigdy w swoim zawodzie, na etacie od 8:00 do 16:00?
Jedynie raz przez 10 miesięcy pracowałem w agencji reklamowej. Po tym doświadczeniu wiem, że już w życiu nie będę pracował w firmie, miał szefa, relacji międzyludzkich w zespole. Już raz to zrobiłem i wystarczy mi. Szkoda sił na to.

fot.Bart Pogoda

A za granicą, podczas wyjazdów, łapiesz się zajęć, które pozwoliłyby podróżować dłużej i dalej?
Kiedyś jeździłem do Stanów pracować. Ale to była inna sytuacja, inna praca. W knajpie, na myjce, w restauracji. Zarabiałem na podróże. Teraz raczej skupiam się na pracy własnej - mam laptopa, piszę, robię zdjęcia, wysyłam do Polski. Czasem oczywiście jak są różne możliwości, nie mam wyjścia, to czemu nie.

Z czego żyjesz? Możesz sobie pozwolić na to, żeby przebywać w świecie przez większą część roku?
Takie życie w podróży jest o wiele tańsze niż tutaj w Polsce. Odchodzi wiele kosztów związanych z życiem codziennym, typu jakieś rachunki. Wydajesz wtedy kasę tylko na przejazdy, noclegi i jedzenie, tak naprawdę. Jak wracam do Polski, napiszę jakiś artykuł, zrobię reklamę, zdjęcia studyjne, modę, sprzedam jakieś swoje zdjęcia. Kupują nawet ode mnie osoby prywatne. Niedawno sprzedałem sporo moich zdjęć, bo ktoś chciał mieć je na ścianie. Często też zarabiam na rzeczach, pod którymi się nawet nie podpisuję. Tych źródeł dofinansowania mam bardzo dużo. Myślę też o tym, żeby wszystko co zrobiłem do tej pory puścić do agencji, niech tam leży - z tego można żyć. A poza tym jak wyjeżdżam, wynajmuję swoje mieszkanie.

Nie jesteś już zmęczony ciągłym byciem w drodze? Nie potrzebujesz większej stabilizacji?
Czuję coś pomiędzy. Wiem na pewno, że gdybym siedział w domu to bym zwariował. Chcę teraz zakończyć ten pewien etap młodości, wariactwa, żeby pójść dalej i zacząć robić poważne rzeczy, poważne reportaże. Ale jednak podejrzewam, że zawsze będę jeździł. Może mniej, a może przeniosę się do jakiegoś innego kraju, kiedy stwierdzę że mam już dość. W Polsce jest bardzo mocne przywiązanie ludzi do miejsca. Moi rodzice na przykład na początku nie kumali w ogóle o co chodzi, co ja chcę robić w życiu. Mówili czasem – „skończyłeś 30 lat, tylko się włóczysz po świecie, co ty w ogóle osiągnąłeś?”. Ale co ja bym osiągnął gdybym pracował w banku, gdzie prawdopodobnie powinienem pracować? Czuję się bardziej szczęśliwy robiąc to co robię.

fot.Bart Pogoda

Kiedy zacząłeś świadomie fotografować?
Na pierwszym, drugim roku studiów. U mojej dziewczyny w szafie znalazłem Prakticę jej ojca. Zacząłem eksperymentować. Bardzo powoli wkręcałem się w fotografię, w Kłodzku nie miałem swojej ciemni, nie było też miejsc żeby wywołać czarno-białe filmy, czasami jedynie korzystałem z ciemni u kumpla. To jest kompletnie inna sytuacja niż teraz, kiedy idziesz do sklepu, kupujesz cyfrę za 500 zł czy nawet telefon komórkowy z aparatem i możesz już robić cokolwiek, nawet publikować to w internecie, bo jakość na samym początku jest kompletnie nieważna.

Fotografia dla podróży czy podróże dla fotografii?
Fotografia jest to jakiś rodzaj ucieczki. Jeżdżąc musze coś robić. Fotografować, czy pisać teksty, uczyć się grać na gitarze czy na bębnie, robić muzykę – cokolwiek. Ale muszę coś tworzyć, bo inaczej się zanudzę. Nie mogę po prostu siedzieć w miejscu. Mnóstwo ludzi jeździ z miejsca na miejsce i po prostu imprezuje, chce zobaczyć to i to, wyszaleć się i wrócić. A ja, tym co robię, staram się łamać pewne stereotypy, według których ludzie postrzegają świat. Ktoś tam mieszka w Radomiu, ma telewizor i twierdzi ze wie wszystko o wszystkim. Mamy strasznie zamknięte społeczeństwo, które ma w głowie tylko to co widzi w TV i dookoła swojego nosa. Chciałbym ludziom pootwierać klapki. Jeśli ktoś mi pisze maila, że zaczął sam jeździć bo zainspirował go mój blog, to ja się z tego bardzo cieszę, bo to dowód na to, że udaje się te klapki otwierać.

Styl fotografii, który coraz częściej jest rozpoznawany jako właśnie twój, trudno jest nazwać, zakwalifikować do utartych nurtów.
Nie umiałbym powiedzieć jaka to jest fotografia, bo nie jest to ani reportaż tak naprawdę, ani nie jest to fotografia podróżnicza - nie fotografuje rzeczy typowych, np. krajobrazów czy zabytków. Większość z tego co robię, robię intuicyjnie, na swój sposób. Nigdy nie uczyłem się robienia zdjęć czy reportażu w żadnej szkole, po prostu robię tak jak czuję. Nie chodzi mi o wywoływanie konkretnych wrażeń moimi zdjęciami, nie interesuje mnie czy coś jest ładne czy nieładne. Nieistotne są dla mnie te wszystkie reguły kompozycji, trójpodziały itd. Co z tego, że daję postać centralnie, skoro ja to tak właśnie widzę? Staram się tylko pokazać to co zobaczyłem.

fot.Bart Pogoda

Oglądając twoje zdjęcia odnosi się wrażenie, że wchodzisz w fotografowany świat głębiej, że stajesz się częścią tamtego krajobrazu, życia tamtejszych ludzi.
A mnie się wydaje, że ja płynę wciąż po powierzchni, a mógłbym to robić lepiej. To, co robię jest bardzo subiektywne. Będąc w różnych miejscach fotografuję podobne tematy – to są ulice, ośrodki miejskie, molochy. W tym momencie na świecie jest tak, że więcej ludzi mieszka w miastach niż na wsiach. To mnie zawsze najbardziej interesowało – jak ludzie żyją w ogromnych miastach. Ale nigdy nie robiłem wywiadów, nie wchodziłem w to tak głęboko, jak to tylko możliwe. Teraz powoli zmierzam do tego, żeby jednak jeździć cały czas na własną rękę i robić konkretne reportaże. Do tej pory tak naprawdę pływałem, hulałem po świecie, zawsze z tego coś tam składałem, jakąś historię, ale to jednak jest nadal bardziej pokazywanie bycia w drodze i mojego życia, niż wchodzenie głęboko w życie innych ludzi i robienie reportażu.

Czy masz jakiś temat, który możesz zrobić gdziekolwiek jesteś na świecie?
Robię czasem cykle, które składają się w całość. Np. powtarzam jakieś motywy idąc ulicami, choćby śpiących ludzi. W Azji ludzie traktują miasto i ulice jako miejsce, gdzie można po prostu żyć - śpią wszędzie, gdziekolwiek, ciągła sjesta. Mam mnóstwo zdjęć śpiących ludzi i zwierząt leżących gdzieś tam. Może kiedyś zrobię z tego jakiś spójny materiał.

Street live, to jest temat, który kręci się najbardziej.
Tak, życie na ulicach, wyszukiwanie takich sytuacji, które są dziwne, egzotyczne, przynajmniej dla kogoś z zewnątrz. Ale czym tak naprawdę jest egzotyka? Polska przecież też może być super egzotyczna. Ale nie dla nas.

fot.Bart Pogoda

Na twoim blogu jednak przeważają zdjęcia z wyjazdów. Czy to znaczy, że w Polsce trudno się fotografuje?
Trudno. Nasze społeczeństwo jest strasznie zamknięte pod tym względem, boi się po prostu. Oczywiście powstają ciekawe reportaże w Polsce, choć mówi się, że chyba najtrudniej zrobić reportaż u siebie w domu.

Istnieje dla ciebie jakiś fotoreportaż doskonały?
Kolesie z Agencji Magnum robią genialne rzeczy. Taki rodzaj fotografii właśnie mnie kręci, dlatego nigdy nie pracowałem w Polsce jako kotleciarz, jakieś bieganie po sejmie itd., to nie dla mnie. Dobry fotoreportaż wymaga intensywnego poświęcania się na pewien okres, na ileś tam miesięcy na zrobienie jednej rzeczy w miarę dogłębnie. Szukasz pomysłów, jeździsz, spotykasz się z ludźmi, rozmawiasz z nimi. Na pewno bardzo trudno jest sprzedać sam reportaż zdjęciowy. Musi być do tego tekst. Można oczywiście coś pokazać w kilku zdjęciach, bez tekstu, ale to musi być naprawdę powalające. Robiąc zdjęcia, nie jesteś w stanie wszystkiego ogarnąć, musisz mieć kogoś, kto pisze.

Pytasz o zgodę zanim zrobisz komuś zdjęcie?
Nigdy nie pytam. Chyba, że widzę ciekawą twarz i chce zrobić bliski portret, to wtedy podchodzę. Można to robić na różne sposoby. Po prostu wyczuwasz człowieka, sytuację. Czasami wystarczy skinienie głowy, pokazanie się, czasami pozdrowienie w lokalnym języku. W połowie przypadków w ogóle nie pytam tylko robię zdjęcie i to z bliska. Często ta osoba nie widzi, że ją fotografuję. A jak widzi, to pokazuję co zrobiłem i wtedy ludzie się cieszą. Bardzo rzadko mam problem z kimkolwiek, z jakąkolwiek przemocą w kierunku mojej osoby. W Polsce mogłoby się to zdarzyć prawdopodobnie. Np. gdybym poszedł na stadion 10-lecia.

fot.Bart Pogoda

Są zdjęcia, których byś nie zrobił? Masz jakąś granicę?
Kiedy oglądam World Press Photo, często widzę, że ktoś zrobił dane zdjęcie tylko po to, żeby zaszokować. Dla mnie ważniejsze jest opowiedzenie historii. Niedawno zrobiłem zdjęcia w Indiach jak pies je człowieka i ktoś płonie na stosie. Dostałem od razu mnóstwo maili i komentarzy na blogu – „jak mogę coś takiego pokazywać”.

Kiedyś powiedziałeś, że nie zaryzykowałbyś życia dla zdjęcia.
Za cholerę. Gdybym miał taką korbę, to pojechałbym na wojnę do Iraku. I prawdopodobnie bym tego nie przeżył. Ale nie jest też tak, że gdzieś nie wejdę,bo tam jest syf. Wejdę tam i pokonam to. Zazwyczaj jednak staram się uważać na sytuacje, kieruję się instynktem. Wiem, że np. w to miejsce iść nie mogę albo muszę pójść z kimś kto mnie tam wprowadzi. Parokrotnie bywało tak, że znalazłem się w opałach - chcieli mi zabrać aparat czy odrąbać głowę maczetą, ale jakoś zawsze mi się udawało. I nigdy też nie zachorowałem, o dziwo.

Potrafiłbyś odnaleźć się w pracy fotoreportera wojennego?
Według mnie to już ginie, kończy się. Widziałaś ostatnio jakiekolwiek zdjęcia z Iraku? Mój kumpel teraz tam był, dostał pierwszą nagrodę Newsweeka. Mówił, że gdyby wiedział, co tam się dzieje, to by nie pojechał. Reportaż wojenny powstaje teraz samoczynnie, zdjęcia są robione i przez żołnierzy i przez ofiary. Digitalizacja poszła tak do przodu, że każdy sam może to zrobić, już nie potrzeba specjalistów. Żołnierze prowadzą swoje blogi, niedługo będzie można produkować żołnierzy z wszczepionymi w oczy aparatami cyfrowymi. Telewizja też nie pokazuje wszystkiego - jest pewna cenzura w mediach mimo wszystko. To nie jest już Wietnam, gdzie pojechało wielu dobrych fotoreporterów i mogli jeszcze wtedy być po obu stronach barykady. Teraz już nikt by nie zrobił takiego zdjęcia jak to słynne z biegnącą wietnamską dziewczynką poparzoną napalmem, czy choćby fotografii żołnierzy amerykańskich w okopach. Nikt już teraz nie wpuści reportera pośród tych żołnierzy gdzieś tam na froncie w Iraku. Teraz wszystko objęte jest potworną kontrolą. Już podczas pustynnej burzy było wszystko kontrolowane. Nachtwey w „Fotografie wojennym”, jeszcze podczas tej trochę partyzanckiej wojnie w Bośni, mógł coś zdziałać. Te ostatnie wojny jeszcze można było w ten sposób robić, ale nie sądzę żeby było to możliwe teraz w Iraku. No chyba, że jesteś Irakijczykiem. Ale białemu, bez kontaktów, bez własnych kolosalnych finansów, jest strasznie trudno się przebić. Kończy się czas dla wolnych strzelców, którzy mogą wszędzie pojechać, mieć tam lokalnego informatora i zrobić materiał, który dostaje Pulitzera. To się kończy, bo pewne sprawy już są nie do przeskoczenia.

fot.Bart Pogoda

Próbowałeś kiedykolwiek współpracy z agencją, czy gazetą?
Gdybym dostał propozycję, która by mnie satysfakcjonowała, np. Gazeta Wyborcza chciałaby mnie wysyłać, to jasne, podjąłbym się takiej współpracy. Łaziłem w Polsce po agencjach i gazetach, ale za dużo było rozmów, które mnie zniechęciły, z których nic nie wynikało. Nie wiem, co musiałbym im pokazać, żeby to kupili. Ciągle słyszę, że będzie mi bardzo trudno sprzedać to, co robię, ponieważ jest to coś kompletnie innego i nie pasuje do żadnych konkretnych kanonów. Moje zdjęcia są za bardzo subiektywne, zbyt osobiste. Gazet podróżniczych też w ogóle nie interesują. A z kolei w agencjach panują zasady, które trudno mi zaakceptować. Więc starałem się zawsze robić zdjęcia i pisać na własną rękę, bazując głównie na publikacjach na blogu. Chociaż jak dla mnie forma bloga już się kończy. Będę go powoli zamykał i zacznę to robić inaczej. Chcę pójść bardziej w kierunku filmu, ruchomych obrazków. Coś podobnego widziałem na Magnum Motion – zdjęcia zrobione jako slide show i w to wpuszczony dźwięk, opowiadający całą historię. Zawsze o czymś takim myślałem.

Na jakim sprzęcie najczęściej pracujesz?
Teraz na Nikonie D200, kosztuje kupę kasy, ale jest do niczego, cały się rozkleja. Teraz panuje taki boom cyfrowy, że te aparaty robi się po prostu taśmowo, kompletna masówka, wychodzi z tegoplastikowe badziewie, które się rozpada. Więc nie przywiązuję wagi do sprzętu, bo jest krótkotrwały, nie kupuję też tych najdroższych rzeczy. I jednak staram się robić wciąż na średnim obrazku Mamiyą 7II, bo jednak cyfra nadal nie dorównuje analogowi pod względem plastyki i jakości obrazu. Mam po 3 obiektywy ze stałą ogniskową do każdego z aparatów – 14 mm, 24mm i 50mm dla cyfry oraz 43mm, 80mm i
150mm dla analoga. Używałem też zoomów, ale nie lubię takich obiektywów, kompletnie mi nie odpowiadają wizualnie. Poza tym nie lubię dużo nosić, pod tym względem jestem minimalistą. Zawsze staram się mieć aparat ze sobą w zwykłej szmacianej torbie na ramię, biorę zazwyczaj tylko jeden obiektyw i robię tym co mam akurat w danej chwili. 3 karty pamięci, worek klisz, jeden obiektyw, lampa błyskowa której i tak rzadko używam - jedynie jak jest za dużo słońca, czyli na odwrót - natomiast w nocy nigdy. Nie mam statywu, bo statywem może być cokolwiek. Nie mam żadnych filtrów.

Czasami twoje zdjęcia wydają się aż za mocno nasycone kolorami. Dopuszczasz obróbkę cyfrową?
Pracuję na formacie RAW, więc ingeruję tylko tyle, ile mógłbym zrobić w ciemni - zmieniam kontrast, nasycenie, saturację, to wszystko. Ale przestawianie głów, rąk, wycinanie czegokolwiek nie wchodzi w grę. Nigdy też nie kadruję swoich zdjęć.

fot.Bart Pogoda

Najbliższe plany?
Myślę o tym, żeby znów polecieć do Japonii, zrobić stamtąd skok do Chin i wracać koleją transsyberyjską. Moja wyprawa motorem przez Chiny, to jest coś, w czym chciałbym pójść dalej, łącznie z robieniem filmów. Chcę się też dostać na konsultacje do szkoły fotograficznej w Opavie. No i myślę wciąż o Kambodży. Chcę tam pojechać jeszcze raz jak zacznie się rewolucja Czerwonych Khmerów. A w 2007 mam w planach głównie wyjazdy z OnePhotoAdventure jako przewodnik, dla ludzi, którzy chcą wyjechać w jakieś fajne miejsca i porobić zdjęcia. Chcę też wydać książkę. To ma być przede wszystkim album, teksty będą dodatkiem, bo nie jestem Kapuścińskim, nie mam takiej wiedzy jak on. Chcę to zrobić bardziej pod kątem życia w drodze, takie totalne on-road.

Ale planowanie bardzo przyszłościowe nie ma sensu, bo nie wiadomo co się może wydarzyć. Będzie to co będzie. Moje całe życie to kwestia przypadków. Ktoś zakłada z góry – chciałbym robić karierę, zarabiać od razu wielką kasę. To wszystko przyjdzie samo, tylko trzeba robić to, w co się wierzy, i robić to najlepiej....

Codziennie stronę www.bartpogoda.net odwiedza ok. 5 tys. osób.

(Czwartek 08 Marzec 2007)

do góry



© 2001-2006 Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego