Samobójstwo drogą do Raju?

Karolina Wierzbowska

Gorąca i parna puszcza w Gujanie. Pośrodku niej farma otoczona strażnikami. Bez wiedzy przywódcy sekty Świątyni Ludu, nie da się jej opuścić, a nawet gdyby komuś taka sztuka się udała, czeka go jeszcze do przejścia kilkadziesiąt kilometrów przez dżunglę.

Miejsce wprost idealne i całkiem niedrogie, gdyż grunty nabyte przez Jima Jonesa, z powodu lokalizacji niezbyt nadawały się do zabudowy ani pod uprawę. Żadna z owieczek nie odłączy się od stada. Tym bardziej, że nie ma jej kto pomóc. Głodni i wycieńczeni, zarówno fizycznie jak i psychicznie ludzie zostali pozbawieni kontaktu ze swoimi rodzinami w Ameryce. Nie mieli ani pieniędzy ani dokumentów. Czasem tylko niektórym z nich udawało się przesłać jakąś informację. Wiązało się to jednak z ogromnym ryzykiem, bo za każde nieposłuszeństwo Jim Jones surowo karał. Obiecywany raj okazał się ciężka pracą i upokorzeniem. Prawdopodobnie też cały czas podawał swoim wiernym środki odurzające.

W 1978 zaniepokojony skargami rodzin odciętych od swoich bliskich, senator Leo Ryan chciał osobiście zająć się tą sprawą. Od dłuższego już czasu gromadził dokumenty dotyczące Świątyni Ludu. Postanowił wystarać się o zaproszenie od Jonesa, tym bardziej, że sekta wciąż się reklamowała i rozsyłała prospekty. Nie przewidział jednak, do czego to doprowadzi.

Na farmę Leo Ryan przybył wraz z dziennikarzami i adwokatami Jonesa. Powitali ich zadowoleni i uśmiechnięci ludzie. Dopiero, kiedy goście im się przyjrzeli dostrzegli strach w ich oczach. Podejrzenie wzbudziło też to, że nie potrafili lub nie chcieli udzielać odpowiedzi na najprostsze pytania. W pewnym momencie jeden z reporterów odkrył barak pełen prawie zagłodzonych ludzi. Senator zażądał uwolnienia tych, którzy zechcą odejść i wraz z ekipą wyruszył na lotnisko. Było to jednak zbyt niebezpieczne dla Jonesa. Nie mógł pozwolić na to by ktoś z zewnątrz znał prawdę. Dlatego wysłał za uciekającymi zaufanych ludzi. Zastrzelili senatora oraz trzy towarzyszące mu osoby. Reszcie udało się uciec.

Jednak to był już był koniec. Jim Jones postanowił, że nie dopuści, aby jego owieczki odzyskały wolność. Prawdopodobnie przewidział, że kiedyś nadejdzie taka chwila. Kazał wszystkim zgromadzić się na placu i ustawić w kolejce po truciznę. To nie był pierwszy raz. Jones co jakiś czas przeprowadzał takie ćwiczenia w posłuszeństwie. I nikt wtedy nie wiedział, czy pije truciznę czy sok. Tym razem wierni mieli pewność, że nie przeżyją. Dzieciom podano truciznę w zastrzykach, na wszelki wypadek, żeby jej nie wypluły. Tego, kto nie zdecydował się sam zażyć środka, Biali Rycerze, pomocnicy Jonesa, po prostu zmuszali. Tylko kilka osób zdołało się uratować. Nie wiadomo czy Jim Jones planował zginąć razem z nimi, tym bardziej, że miał przygotowany jacht do ucieczki oraz zgromadzone na kontach ponad 10 milionów dolarów. Ktoś jednak zdecydował za niego i wystrzelił mu w skroń. 18 listopada 1978 roku zginęło ponad 900 osób.

To było dawno, może jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy z tego jak niebezpieczne mogą być sekty, albo, do czego mogą doprowadzić, zadufani w sobie i czyhający na pieniądze naiwnych prorocy. Chociaż może nie tylko naiwnych...

Templariusze i kosmici

Joseph Di Mambro, Wielki Mistrz Zakonu Świątyni Słońca oraz Luc Jouret, jego guru, skupili wokół siebie wykształconych ludzi. Nie brakowało tam prawników, lekarzy różnej specjalizacji ani dziennikarzy. Członkowie sekty nie narzekali też na kiepskie pensje. Aby dostać się do niej trzeba było najpierw należeć do jednego z klubów skupiających się w stowarzyszeniu „Archédia International”. Członkowie płacili wysokie składki, w zamian za to oferowano im luksusowo wyposażone wnętrza, zdrową żywność, szampana oraz wykłady o tym jak źle dzieje się na świecie i o nadchodzącej apokalipsie. O przyjęcie do klubu nie było wcale łatwo, jeszcze trudniej było dostać się do grona wybranych – członków sekty.

Dusze tych nielicznych miały zostać przeniesione w okolice Syriusza. Obiecywano im, że będzie tam
prawdziwy raj. Oczarowani sztuczkami Di Mambro, jak się później okazało wykorzystywał bardzo proste triki techniczne, uwierzyli nawet, że jedna z kobiet urodzi dziecko, zapłodniona w tajemniczy sposób przez kosmitę Manatanusa. Nie dość na tym, nie dziwiło ich, że inna urodziła Antychrysta. Nie podawali nawet w wątpliwość, kiedy Mistrz wyjawiał im ich poprzednie wcielenia, raz to był ktoś z otoczenia Chrystusa, innym razem zaś doradca faraona. Żeby było jeszcze ciekawiej guru sekty nawiązywał do tradycji templariuszy oraz opowiadał o Mistrzach żyjących w podziemnym mieście, z którymi dość często się kontaktował. Di Mambro swoim wiernym nakazywał również kiedy, z kim i w jakiej pozycji mają się kochać. Określał to za pomocą kompasu. Ważna była precyzja, gdyż jak twierdził, podczas stosunku wytwarzana jest energia, umożliwiająca kosmiczne podróże. Ponieważ ulecieć miały tylko ich dusze, oddawali Mistrzowi znaczną część swoich pensji. Większość z nich mieszkała razem, w kilku ośrodkach sekty. We współpracy ze sobą pozostawało kilka grup: w Kanadzie, Szwajcarii i we Francji. Jak się później okazało szefostwo sekty nawiązało współpracę z mafią i zajmowało się praniem brudnych pieniędzy oraz handlem bronią.

Tragedia nie nastąpiła wszędzie równocześnie. Czwartego października 1994 roku w letnisku Morin Heights, w Kanadzie; piątego października w szwajcarskiej wsi Cheiry i osadzie Grangess; dwudziestego czwartego grudnia 1995 w pobliżu Grenoble we Francji oraz dwudziestego trzeciego marca 1997 w Saint-Casimir we Francji. W sumie zginęły siedemdziesiąt cztery osoby. Czy wszystkie to planowały? Część zmarła po zażyciu trucizny, jednak większość ofiar została postrzelona w tył głowy. Nie wiadomo, kto strzelał. Jednak, aby przenieść się w okolice Syriusza ciała musiały zostać spalone, dlatego w domach należących do sekty zamontowano urządzenia, pozwalające podpalić je ze znacznej odległości, przy pomocy telefonu. Zmarli byli ułożeni promieniście, głowami, na które mieli naciągnięte worki na odpadki, do środka. Joseph Di Mambro zginął jeszcze w 1994 roku, jednak niezbyt skrócił swoje życie. Wykryto u niego raka.

Czekali na UFO

Nie tylko oni wierzyli, że przeniosą się do innego miejsca w kosmosie. 26 marca 1997 roku trzydziestu dziewięciu członków sekty Bramy

http://www.heavensgate.com/misc/member.htm

Niebios popełniło zbiorowe samobójstwo. Data nie była przypadkowa. Tego dnia pojawiła się na niebie kometa Hale’a-Boppa. Za nią miał podążać statek kosmiczny, który zabierze na pokład wybrańców. Mieszkający w San Diego w Kalifornii członkowie sekty byli zdolnymi informatykami. Rekrutacje prowadzili poprzez strony www. O dziwo, mimo że od tragedii minęło prawie 10 lat, wciąż działają. To na jednej ze stron umieszczono zdanie sprzeciwiające się samobójstwom: „The true meaning of ‘suicide’ is to turn against the Next Level when it is being offered.”

Jednak członkowie sekty zażyli środki nasenne, a na głowy nałożyli worki foliowe. Większość mężczyzn nie posiadała organów płciowych. Może wiązało się to z ich życiem w celibacie oraz odmawianiem sobie takich przyjemności jak alkohol oraz palenie? Ofiary miały przygotowane spakowane walizki, dokumenty oraz banknoty. Nie wiadomo jednak ile z nich dobrowolnie odebrało sobie życie, a ilu ktoś w tym pomógł.

W Polsce nie doszło do takich zbiorowych tragedii. Według raportu MSWiA z 2000 roku: „znane są przypadki zabójstw, samobójstw, uprowadzeń oraz innych przestępstw popełnianych w związku z działalnością sekt”. Raport podaje też, że: „Organy ochrony prawnej podejmują z urzędu i na wniosek działania w celu zwalczania nielegalnej aktywności sekt”. Do interwencji może dojść tylko wtedy, gdy zgłoszony czyn posiada znamiona czynu zabronionego. Niestety tak się dzieje rzadko i może właśnie ten fakt, oprócz znakomitych zdolności manipulatorskich przywódców sekt, sprawia, że są tak niebezpieczne.

Żródła:

„Raport o niektórych zjawiskach związanych z działalnością sekt w Polsce” Warszawa 2000

„Sekty szatańskich bogów” Vaclav. P. Borovička, Wydawnictwo Sensacje XX wieku, Warszawa 1996

http://www.heavensgate.com , 7 lipca 2006

http://www.apple.com.pl/support/server/historia/kuba/archiwum/82.html, 7 lipca 2006

(Piątek 21 Lipiec 2006)

do góry



© 2001-2006 Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego