Świat według Saskiej
Między ustrojami, gdy wali się świat ustalonych wartości, usilnie szukamy wzorów. Sięgnęliśmy do Saskiej Kępy - matecznika inteligencji, arystokracji i artystów. W okresie PRL-u mieszkali tu kochankowie reżimu i opozycja, mieszkali prywaciarze. Niektórzy mówią: ostatni skansen przedwojny, miażdżony z jednej strony przez hołotę z forsą, z drugiej przez żulię i lumpenproletariat. Co zostało z mitu? Co do dzisiaj żyje? Jak wygląda świat według Saskiej Kępy?
SCENARIUSZ
Krzysztof Nowak-Tyszowiecki, reżyser:
Mieszkam tu od 50 lat i gdybym kręcił na temat tej dzielnicy swój film, to jego scenariusz na pewno zaczynałby się tak: Saska Kępa - jej odrębna poezja to przedwojenność, wille, ogrody, i jedyny w Warszawie bezpośredni związek z Wisłą. Latem zapełnia się plażowiczami. Bikini i slipy w kawiarni i sklepach budzą zgorszenie tubylców - szczególnie w okolicach kościoła, skąd z megafonów płynie sprawozdanie budowlane dla wiernych. Straganiarze żegnają się podczas błogosławieństwa, potem wydają resztę. Opodal Kawalerowie Maltańscy zapraszają najuboższych na ciepłą strawę i kakao. Niedaleko, w kremowej willi, odprawiane są msze Badaczy Pisma Świętego, zakończone piknikiem w ogrodzie. Obok działa Ośrodek Leczenia Uzależnień (miedzy innymi od hazardu). Mieszkańcy często rozmawiają ze sobą przez ogrody, tarasy, balkony. W pradawnych sklepikach przenikają się wyrafinowane plotki. W składnicy makulatury przy Walecznych jak w najpiękniejszej księgarni szperają bibliofile. I znajdują białe kruki. Po uliczkach krążą komisje, które oceniają najlepiej zadbane wille i ogrody, a laureatom wręczają nagrody. W kawiarni Sax toczy się spór o przyjaźń z Agnieszką Osiecką. Nocą nad Wisłą odbywają się dancingi. Laserowe efekty i fajerwerki nie dają spać mieszkańcom. Na rzece halsują żaglówki z wesołym towarzystwem. Zaś w rezydencji państwa T. trwa balanga połączona z projekcją starych slajdów na mgle, która spowiła wszystko. Widać tylko światła samochodów i motocykli. Przenikające się z fragmentami starych filmów.
KTO TU MIESZKA
Hanna Bakuła, * malarka:
Mieszkam na Kępie od 11 lat. Przeniosłam się tu z centrum wyłącznie z powodu Agnieszki Osieckiej. Obie traciłyśmy mnóstwo czasu na dojazdy do siebie. Agnieszka była związana z Saską Kępą. Mieszkała tu od wojny z rodzicami, potem ojciec się wyprowadził. Jako młoda dziewczyna płynęła kajakiem na drugą stronę Wisły, na Legię. Lubiła sprawdzać, czy jakiś chłopak naprawdę się w niej kocha. W czasie tańców mówiła: Ale ja mieszkam na Saskiej Kępie. Wtedy chłopcy odprowadzali dziewczyny. Jeśli przestawał z nią tańczyć, wiedziała, że jej nie chce odprowadzić, bo to kawał drogi z centrum, a nie było komunikacji.
Poznałam Agnieszkę w 1980 roku. Wtedy Kępa była inna, siadało się na jakimś murku i gadało. Istniała jeszcze wtedy kawiarenka Sułtan, o której Przybora napisał piosenkę: W kawiarence Sułtan przed panią róża żółta. W tej chwili mieści się w tym lokalu kawiarnia Maska. Sax natomiast jest całkiem nowym barem, założonym gdzieś w 1993 roku, który stał się ulubionym miejscem Agnieszki. Wchodząc mówiła: Dżin dobry! - co oznaczało: Dżin z tonikiem proszę, znała każdy dom, znała wszystkich, była postacią kultową. Kiedy jej ukradli samochód, a wiedziano, że należał do niej, bo miał naklejkę Harvard, zupełnie anonimowi ludzie zadzwonili z budki i powiedzieli, że samochód jest tu i tu i żeby go sobie zabrała. Tak ją lubiano. Agnieszka chętnie rozmawiała z różnymi ludźmi, sami ją zaczepiali. Była brat-łata, kiedy miała dobry humor. W złym humorze potrafiła być bardzo nieprzyjemna. Tu przeżyła całe życie.
Najpiękniejszą piosenką o Saskiej Kępie jest chyba Małgośka. Agnieszka zawsze prosiła o miłość - tak jak Małgośka.
Krzysztof Kąkolewski, pisarz:
Kiedy w 1964 roku sprowadziłem się na Saską Kępę, odkryłem, że znajduję się w cudownym miejscu, w prawdziwej Warszawie, którą pamiętałem sprzed wojny. Niskie domy, piękne uliczki, którymi można pospacerować: Obrońców, Walecznych, Zwycięzców, Francuska, Ateńska, Finlandzka. A nie Bitwy pod Stalingradem. Teraz spaceruję najdalej do Alei Stanów Zjednoczonych, ale dawniej chodziliśmy aż na lotnisko. Po drodze kupowaliśmy prawdziwą pasztetową i odbywał się piknik.
Komuniści nie lubili Saskiej Kępy, bo kojarzyła się im z burżuazją i zepsutą inteligencją. Ale ponieważ tu mieściły się ambasady, pozostawili ją we względnym spokoju. Na Saskiej Kępie zachowało się coś z potiomkinowskiej wsi. Istniały tu małe sklepiki, prowadzone przez staruszki, które handlu nauczyły się na szmuglu, w czasie okupacji. U pani Uścińskiej kupowało się dobry chleb, mleko, cebulę, ser owczy. Zdobywała te towary prosto od rolników. To były moje dobrodziejki, nim nastała Joasia, moja żona. Dzięki nim nie musiałem jeść chleba z PSS-u. Teraz też przyjeżdża na Kępę superpan ekologiczny. Stara się o miejsce na budkę. Zimą Joasia dobrze zmarznie, zanim coś od niego kupi z samochodu .
Pan Tadeusz, fryzjer-artysta, również w sensie dosłownym, bo studiował rok na ASP, przychodził mnie strzyc do domu. Wyciągałem butelkę whisky i wypijaliśmy po kieliszku. Po powrocie z Ameryki nosiłem długie włosy, więc pan Tadzio, fryzjer damski, był dla nich w sam raz. Pewnego razu mówię mu: na krótko. I też dobrze obciął.
W kawiarence U tancerki na Francuskiej urządzono prawdziwy ogródek ze stolikami. Jedyny taki w Warszawie. Nawet w październiku można było wypić kawę i zjeść pyszny tort wśród opadających liści. Siadywałem tam często, spotykałem Agnieszkę Osiecką. W parku Skaryszewskim prawie mieszkałem. Chodziliśmy z Joasią na nocne spacery i słuchaliśmy puszczyka. Teraz cierpię. Nie zajrzałem do parku od chwili, kiedy Filip Wyganowski zbudował tam sobie gmaszysko, w którym urządził knajpę. Od dziesięciu lat trwa proces, który jego ojciec, ówczesny prezydent Warszawy, wytoczył przeciwko mnie w obronie syna. Bo interweniowałem w imieniu Towarzystwa Przyjaciół Saskiej Kępy. Ale oglądam park z okna mojego mieszkania. Z drugiego okna widzę panoramę Kępy. Trzecie, wychodzące na Stadion Dziesięciolecia, zasłania na szczęście wielka, gęsta roślina. Pewnego dnia zobaczyłem dziwaczną scenę: z parku wyjeżdżał traktor ciągnący barakowóz. W barakowozie siedzieli pijani robotnicy, którzy zaprószyli ogień. Barakowóz płonął, a kierowca jechał sobie dalej.
Nieszczęściem Saskiej Kępy jest powołanie dziwnego tworu administracyjnego - Pragi Południe, i włączenie doń naszej dzielnicy. Agencje nieruchomości przestały różnicować w swych ogłoszeniach ceny mieszkań na Gocławku i Kępie, tylko podają średnią. W ten sposób nobilitują Gocławek, a deprecjonują Kępę. Nie wiem, czy mój formalny sprzeciw to zmieni. Młodzi mieszkańcy i przyjezdni łamią prawa zwyczajowe, narzucają plebejskie zwyczaje. Wolność utożsamiają z głośną muzyką, głośną rozmową i telewizorem rozkręconym do granic możliwości. Nawet uczniowie tutejszych liceów rozpychają się na ulicy. Ale zostały jeszcze stare drzewa i stare domy.
Staszek Sojka, * piosenkarz:
Saska Kępa jest jak oddzielne miasto. Wystarczy wkroczyć na ulicę Francuską, żeby poczuć się jak w innym świecie. Tutaj czas płynie wolniej, spokojniej. Wiekowe drzewa otulają cieniem stare kamienice, jakby zazdrośnie kryjąc je przed zgiełkiem miasta. Z tą dzielnicą związane są moje początki w Warszawie: kiedy zacząłem przyjeżdżać tutaj z Górnego Śląska, zamieszkałem u przyjaciela na ulicy Walecznych. Już wtedy wiedziałem, że bardzo chciałbym tu zostać. Aż kupiłem mieszkanie na Francuskiej. Zachwycił mnie widok z jego okna - dachy starej Warszawy wśród drzew. Do mojej sypialni zagląda stupięćdziesięcioletni jesion.
Tu wszystko wydaje się na ludzką skalę: ulice węższe, domy mniejsze. Istnieje pewien rodzaj bliskości, więzi. Ludzie są kulturalni, często wybitni, ale jest też miejscowa menelka. Tyle że niegroźna, bardziej oswojona. Tacy lokalni drobni pijaczkowie, którzy w zasadzie nikomu nie szkodzą. Mieszkam na Kępie od wielu lat i nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności. Po Kępie nawet wieczorem można spacerować i włos z głowy nie spadnie.
Hanna Bakuła, malarka:
Starzy kępiacy to fantastyczne osoby, świetnie ubrani, eleganccy, ładni. Niekępiaka poznać na kilometr, a przy tym środowisko prawdziwych Saskich Kępiaków jest hermetyczne. Ja dostałam się do niego przez Agnieszkę i przez mojego czwartego męża, który pochodzi z rodziny żyjącej tu od pokoleń. Na Kępie mieszkało przede wszystkim dużo służby z arystokratycznych domów. Arystokracja kupowała mieszkania swoim najlepszym pracownikom - może słowo służba jest niewłaściwe... Po wojnie, kiedy arystokraci wracali z Kołymy, przyjeżdżali na Kępę: pani Anna Branicka-Wolska, matka mojego najserdeczniejszego przyjaciela Mikołaja Wolskiego, właściciela Wilanowa, Krasiccy.
Wojciech Wiśniewski, pisarz:
Saską Kępę upodobali sobie aktorzy, pisarze, poeci, muzycy, architekci, przede wszystkim malarze. Na rogu Walecznych i Poselskiej wmurowano tablicę upamiętniającą Jana Cybisa, który tu mieszkał i tworzył. Pamiętam jeszcze, jak chodził ze studentami Akademii Sztuk Pięknych na Wał Miedzeszyński, gdzie szkicowali nadwiślańskie rozłożyste wierzby i sięgające nieba topole. Nic więc dziwnego, że gdy Picasso przyjechał do Warszawy, odwiedził pracownię właśnie na Saskiej Kępie i na pamiątkę tej wizyty namalował na ścianie gołąbka pokoju.
Hanna Bakuła, malarka:
Przede wszystkim znajduje się tu największa w Europie kolekcja sztuki ludowej, należąca do mojej przyjaciółki Kaliny Zimmerer. Jej mąż, Niemiec, tak się zakochał w polskiej sztuce ludowej, że zbierał ją przez kilkadziesiąt lat. Na Saskiej Kępie mieszka Ewa Żuławska, absolwentka Akademii. Są legendarne pracownie litograficzne w okolicach Styki. Mieszka Janusz Bogacki - kompozytor, Jacek Gawłowski - grafik i rysownik, aktor Karol Strasburger. Mieszkała Kasia Figura.
Najpiękniejszy dom na Kępie, wzniesiony w doskonałym stylu Art Deco, należy do wnuka Chełmońskiego. Katowicka to ulica czołowych architektów postbauhausowskich. Taką architekturę mają jeszcze tylko Żoliborz i Stary Mokotów.
Marta Białek
SALON 101
Ulica Saska. Wczesne piątkowe popołudnie. Od Ronda Waszyngtona kawałek prosto, potem w prawo. Z każdym krokiem ciszej. Duży, stary dom z werandą wygląda jak tort. W mieszkaniu na parterze pianino bez strun, wyciąg bez komina i prawie pusta lodówka. W złotym aksamitnym fotelu siedzi ona. Małgorzata Bocheńska: pisarka, dziennikarka, reżyserka. Od ponad piętnastu lat Małgosia salonowa. Zapala papierosa, herbatę trzeba zrobić sobie samemu. To tu przyjeżdża prosto z lotniska Paco Rabanne, tu Józef Maria Bocheński wypowiadał się o autorytecie i wolnym społeczeństwie, Adam Hanuszkiewicz wystawił premierę Romea i Julii. Od 1984 roku w każdy piątek spotykają się na Saskiej intelektualiści, artyści, naukowcy, ministrowie, dyplomaci, młodzież. Cyganie robią bal, Żydzi świętują szabas, Litwini pytają o swój kraj. Ktoś wpada raz, ktoś zostaje na zawsze.
- Naprawdę to ja jestem Małgośka, żyję wśród tych bzów i wszystko, co Agnieszka napisała, napisała o mnie - Bocheńska powtarza słowa piosenki Agnieszki Osieckiej. - Tutaj nie może być pośpiechu - opowiada trochę o Salonie, trochę o Saskiej Kępie. - Czas mierzy się inaczej. Codziennie pewna pani spaceruje z dwoma białymi psami i wiadomo, że wybiła dziewiąta.
O swoim domu, bo salon jest przede wszystkim domem, pani Małgorzata mówi, że zawsze stanowił odpowiedź na to, co było bezdomnością. Dlatego początki salonu wiążą się z myślą polityczną, niepodległościową, jak to określa. W kronice salonu z tego okresu kolekcja solidarnościowych vlepek. Później salon stawał się coraz bardziej salonem artystycznym.
- Nie było miejsca dla muzyków: ten dom był muzyczny, nie było miejsca dla środowisk filmowych, tu realizowano filmy - tłumaczy Bocheńska. Dziś salon stał się miejscem rozmów. Tu nie podaje się krewetek, tylko dzieli się wiedzą. Na ostatnim spotkaniu matematycy, fizycy, środowisko prof. Jerzego Prokopiuka, oglądali wspólnie film P. Rozmawiali o możliwości poznania bytu poprzez liczbę.
Są tematy i ludzie, którzy nie mają swojego miejsca. Ale jest też salon miejscem prawdziwie bezdomnych. W piwnicy mieszkania, nazywanej studiem, zawsze ktoś mieszka: młody litewski artysta, muzyk dochodzący do zdrowia, student.
Niby coś z salonu zostaje, jakieś zdjęcia, wpisy, wiersz, ale tak naprawdę liczy się tylko chwila.
Gdy zakwitnie pierwsza brzoskwinia, przestrzeń salonu poszerzy się o ogród. Goście podzielą się upieczonym specjalnie chlebem, nazywanym tu Chlebem Miłości, Talentu, Prawdy. Ktoś zaśpiewa jak co roku Ave Maria. Soki życia powrócą do domu. Będzie bal.
Taksówka czeka na dole. Kierowca zasmucony: Myślałem, że może pani Małgosia, dawno nie widziałem... Co słychać u Małgosi?
Małgorzata Zielińska
MISIANKA
Na Kępie nogi same prowadzą w stronę parku Skaryszewskiego. Stoi w nim mały domek kryty dachówką, niegdyś publiczna toaleta. Można by powiedzieć: Domek Publiczny. Ma prawie sto lat. Dobrze wkomponowany w otoczenie. Kiedyś wszystko projektowano na poziomie - komentuje obecna właścicielka tego przybytku. Od siedmiu lat mieści się tu cukiernia-kawiarnia Misianka, stworzona przez Misię Zielińską i Annę Pazdej. Nazwa, jak się domyślamy, pochodzi od Misi, ale jakie to imię? Nikomu nie przyjdzie do głowy, że Anna.
Nie jest to tylko przerobiony ogólnodostępny szalet. To także natchnienie dla studentów piszących prace o przystosowywaniu szaletów do innych celów. Zostałyśmy przez nich dokładnie przemaglowane - mówi szefowa. Powstała praca magisterska o Misiance, zatytułowana Kawiarenka na skraju parku. Uwielbienie dla lokalu i tutejszych słodyczy przeciekło nawet do internetu, powstała strona www założona przez klientkę. Cafe Misianka jest również notowana w internetowym serwisie www.pogodzinach.pl, kilka osób umieściło tam swoje recenzje.
Na początku wspólniczki same piekły ciasta i pracowały za ladą. Starsi mieszkańcy Saskiej Kępy ze zgorszeniem przyjęli sam pomysł kafejki, jednak to im należy dziękować za reklamę i życzliwą atmosferę, jaka otacza przedsięwzięcie. To, co dajemy, prawie zawsze do nas wraca. Myślę, że wdzięk osobisty i kultura sprawiły, że ludzie się tu dobrze poczuli - mówi pani Misia-Anna. Wszyscy są mili i sympatyczni. Bycie miłym dla innych, kulturalnym zanikło; na szczęście teraz wraca.
Pozytywne opinie krążyły podawane z ust do ust. Dziś w tym niepozornym miejscu pojawiają także osoby publiczne. Anna Pazdej mówi, że zawsze wie, kiedy był Marek Kondrat, bo dziewczyny sprzedające ciasta są po prostu nieprzytomne ze szczęścia. A co dopiero, jak się pojawił Michał Żebrowski - dodaje z uśmiechem.
- Kolega kiedyś otwierał biuro poselskie i zostałam zaproszona. Nie wypadało, abym, skoro robię ciasta, przyszła z pustymi rękami. Wiadomo: otwarcie, goście, pełna gala. Nigdy wcześniej nie widziałam starszych panów z siwymi głowami wylizujących palcami resztki ciasta z papieru. To naprawdę robi wrażenie. Łakomstwo łączy ludzi bez względu na wiek i pozycję społeczną.
Misianka to nie jest miejsce elitarne, ale przyjazne. Klientom, dzieciom i psom. Tu koncentruje się parkowe życie. Działamy w powiązaniu z przyrodą, ze słońcem. Zimą krócej, latem dłużej. Bo po ciemku już nikt tu nie chodzi, choć alejki są oświetlone - mówi Misia i spieszy załatwiać inne sprawy; w końcu kieruje wytwórnią słynnych ciast. Tort babuni, makowy, ormiański, macedoński - te nazwy przemawiają do wyobraźni. Mazurek różano-czekoladowy to wielkanocny przebój. Wszyscy wchodząc do Misianki mówią dzień dobry, jak w małych miastach, gdzie każdy zna każdego. Wielu klientów jest teraz moimi zupełnie prywatnymi znajomymi - mówi pani Anna. - Zdjęcia ich psów wiszą w cukierence.
W ogródku ławki, stoliki, piaskownica. Tu spotykają się młode mamy. Dzieci to też mali klienci. Jeśli trzeba, można na miejscu podgrzać butelkę z piciem, wyparzyć smoczek. Dziewczyny orientują się, któremu maluchowi można dać wafel, a któremu galaretkę. Między wózkami biegają luzem pieski.
W niedziele kawiarnię odwiedza wielu gości. Zdarza się, że jakimiś tajemniczymi drogami docierają tu klienci z innych punktów, w których są sprzedawane Misiankowe ciasta. Ze Starówki, Śródmieścia, Mokotowa, Janek. I już zostają wierni temu miejscu.
Opowiada Beata, kierowniczka Misianki: Kupuje u nas na przykład Janusz Gajos. Kiedyś trafił do nas za namową kolegów. Nasz sernik miał >graćSkąd biorą się te cuda, kulinarne skarby? Wszystko jest nasze, dbamy o jakość, same ubijamy śmietanę, ucieramy masło. Te ciasta nie lubią konserwantów. Dlatego mają krótszy okres przydatności do spożycia. Pieczemy je na bieżąco. Przepisy są sławne na świecie, w Australii, Francji, ale u nas mało znane. Większość pochodzi od znajomych, rodziny. Czasem zmieniamy smak bądź recepturę. Tort ormiański w jakimś kraju był pieczony na wesela. Miód, orzechy, czekolada symbolizowały dostatek dla młodej pary. Kalorii nie liczymy, żeby nie wystraszyć pań. Mamy też mniej kaloryczne tarty i dania obiadowe: quiche z pieczarkami, lazanię ze szpinakiem. Pierożki robi w pracowni na Francuskiej starsza pani. Przygotowuje wszystko sama. Cieniutkie ciasto, farsz, a potem siedzi i powoli lepi ręcznie te pierożki, jak w domu.Siedząc w kawiarence jesteśmy świadkami i jednocześnie uczestnikami nieustannego korowodu klientów spragnionych Misiankowych fluidów. Wszyscy się witają, robi się rodzinnie. Ludzie umawiają się po grze w tenisa na pobliskich kortach, wpadają na małe co nieco po lekcjach. Psy oblizują się na widok śmietanowych tortów, zarumienione dzieci pogryzają wafelki, radosny gwar wypełnia to miejsce, znać, że już wiosna. Pani Anna konspiracyjnie dodaje: Że nie wspomnę o tutejszych romansach....<bold>AMBASADY, CZYLI PÓŁ JĄDRA BAWOŁU</bold>Marcin Bielecki:Na ulicach i uliczkach Saskiej Kępy prócz ojczystego słyszy się angielski, niemiecki, francuski (zwłaszcza) i parę innych języków. Im bliżej ambasad, tym więcej mieszkańców Iraku, Argentyny, Kuby czy Malezji. Jedni wyróżniają się strojami, inni kolorem skóry, jeszcze inni - jednym i drugim. W krzakach opodal Wału Miedzeszyńskiego wypatrzyłem dwóch smarkaczy o arabskiej urodzie. W wielkim skupieniu przeglądali świerszczyki. Byli przy tym tak czujni, że nie pozwolili się podejść i na pierwszy obcy odgłos umknęli w stronę algierskiej ambasady. Ambasady są zamkniętymi światami - takie kilkusetmetrowe państewka. Te państewka muszą być oczywiście chronione. Bezpieczeństwo zapewnia im Trzecia Rzeczpospolita.Piotr Bulak:W zeszłym roku, na światłach na skrzyżowaniu Zwycięzców i Francuskiej, radcy handlowemu ambasady Niemiec ukradziono, metodą na koło, mercedesa. Złodzieje nie spostrzegli jednak, że wraz z samochodem stali się posiadaczami znajdującego się w środku psa. Jego straty nie mogły przeboleć dzieci radcy. Nierasowy, duży pies miał już kilka lat, a że był psotny, nazwany został przez dzieci Łobuzek. Wołając go, często skracały tę formę, usuwając pierwszą sylabę. Po zamieszczeniu ogłoszenia w prasie pies ku zdziwieniu wszystkich się odnalazł. Może pomogło sformułowanie ogłoszenia: Zrozpaczone dzieci oczekują powrotu psa - Łobuzka, zwanego także Buzkiem.Hanna Bakuła:Ambasady bardzo nam pomagają, bo chodzą przy nich żołnierze i to są najbezpieczniejsze miejsca na świecie. Przy mojej ulicy mieszczą się trzy ambasady. My z Agnieszką miałyśmy strzeżony parking, bo żołnierz siedział w budce obok mojego auta.Piotr Bulak:Na tyłach ambasady Iranu na Królowej Aldony często odbywają się przyjęcia. Na każde z takich przyjęć zamawiany jest specjalnie dla ambasadora, który jest wielkim smakoszem, największy rarytas irańskiej kuchni - dwa jądra bawołu. To najdroższe i uważane za najlepsze danie irańskiej kuchni. Ambasador zaś, wiedząc, że i wśród kucharzy znajdują się smakosze tego dania, zawsze zjada tylko półtora jądra.<bold>Wojciech Wiśniewski</bold><bold>WAGARY NA KĘPIE</bold>Ach, iść na wagary po dobrze mi znanych ulicach, zakątkach, placykach. Wędrować donikąd i nigdzie się nie spieszyć. Spacerować nie za szybko, czasem wymienić ukłon powitania. Obserwować mijane ogródki, z których każdy jest inny. Wypatrywać rozkwitających hiacyntów i tulipanów, patrzeć na pędy drzew i krzewów. Z każdym nieomal miejscem wiążą się wspomnienia.Nie spotkam już Teresy Roszkowskiej - malarki, scenografki Teatru Polskiego i Narodowego, pięknej, ekscentrycznej i eleganckiej Pani. Nosiła weneckie, długie aż po ramiona kolczyki. Gdy ją poznałem, mieszkała samotnie w niedużym domu przy ulicy Obrońców. Naturalnie, jeśli nie liczyć mnóstwa kotów i psów - jej najbliższych przyjaciół. Powiadała: Ludzie to chamy, prawdziwymi przyjaciółmi są zwierzęta. Kochała bezdomne koty. W kuchni w olbrzymich garach gotowała ryby. A wieczorami w długim po kostki futrze z szynszyli chodziła po okolicznych śmietnikach i karmiła koty.Podczas stanu wojennego natknęła się na patrol wojskowy: Co pani tu robi w nocy? Jest stan wojenny, godzina milicyjna! Podobno wzruszyła ramionami, zdziwiona: Co, na Saskiej Kępie? To niemożliwe!Nigdy nie zamykała okna od piwnicy, żeby ukochane koty mogły wejść. Tamtędy wdarli się którejś nocy bandyci. Zamordowali panią Teresę, grabiąc biżuterię i cenne przedmioty. Byliśmy wstrząśnięci.Wiele lat temu, panie - jak Teresa Roszkowska - biegały letnim rankiem w szlafrokach na pobliską Francuską, kupić świeże bułeczki, masło, mleko prosto od krowy, sery lub świeże, pachnące jeszcze pomidory. Nawet w czasach siermiężnego socjalizmu, gdy masło sprzedawano na kartki, w niepozornych sklepikach na Francuskiej, w których stała jedynie woda sodowa, można było kupić wszystko spod lady.Dawno temu nieraz stałem na czatach na rogu Obrońców i Katowickiej, gdzie kolega wdrapywał się na pierwsze piętro do ukochanej Madzi, jednej z córek Tomasza Zana. Panienki były surowo chowane i miały zakaz wychodzenia z domu po zmierzchu. Nie przypuszczałem wtedy, że kiedyś napiszę <emphasize>Ostatniego z rodu</emphasize> - książkę o pułkowniku Tomaszu Zanie, relacjonującą przygody i przeżycia potomka Zana - Promienistego, wiernego druha Adama Mickiewicza.Stąd tylko parę kroków do ulicy Zwycięzców, przy której niegdyś mieszkał Jerzy Waldorff. Spotykano go o każdej porze dnia i nocy, spacerującego z ulubionym jamnikiem Puzonem. Widywałem nieraz, jak zawzięcie dyskutował z Witoldem Lutosławskim, także mieszkającym na Kępie. Dysputa zazwyczaj kończyła się przy kawie w jedynej podówczas kawiarence - w Bistrze na rogu Walecznych i Francuskiej, w którym spotykali się kępiacy, bo prawie wszyscy się znali.Mieszkałem na ulicy Walecznych blisko Wisły i tajemnymi, sobie tylko znanymi skrótami szedłem przez ogródki, podwórka na przełaj na ulicę Paryską do gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Siedziałem w jednej ławce z Ferdkiem Radziwiłłem. Łączyła nas pasja zbierania znaczków. Ferdek miał w swoich zbiorach skarb, o którym marzyłem - serię z Marszałkiem Piłsudskim. Chętnie chodziliśmy na wagary w chaszcze i wikliny nadwiślańskie.I to mi pozostało, idę więc dalej - na przełaj Saską Kępą.</paragraph></s
Skąd biorą się te cuda, kulinarne skarby? Wszystko jest nasze, dbamy o jakość, same ubijamy śmietanę, ucieramy masło. Te ciasta nie lubią konserwantów. Dlatego mają krótszy okres przydatności do spożycia. Pieczemy je na bieżąco. Przepisy są sławne na świecie, w Australii, Francji, ale u nas mało znane. Większość pochodzi od znajomych, rodziny. Czasem zmieniamy smak bądź recepturę. Tort ormiański w jakimś kraju był pieczony na wesela. Miód, orzechy, czekolada symbolizowały dostatek dla młodej pary. Kalorii nie liczymy, żeby nie wystraszyć pań. Mamy też mniej kaloryczne tarty i dania obiadowe: quiche z pieczarkami, lazanię ze szpinakiem. Pierożki robi w pracowni na Francuskiej starsza pani. Przygotowuje wszystko sama. Cieniutkie ciasto, farsz, a potem siedzi i powoli lepi ręcznie te pierożki, jak w domu.
Siedząc w kawiarence jesteśmy świadkami i jednocześnie uczestnikami nieustannego korowodu klientów spragnionych Misiankowych fluidów. Wszyscy się witają, robi się rodzinnie. Ludzie umawiają się po grze w tenisa na pobliskich kortach, wpadają na małe co nieco po lekcjach. Psy oblizują się na widok śmietanowych tortów, zarumienione dzieci pogryzają wafelki, radosny gwar wypełnia to miejsce, znać, że już wiosna. Pani Anna konspiracyjnie dodaje: Że nie wspomnę o tutejszych romansach....
AMBASADY, CZYLI PÓŁ JĄDRA BAWOŁU
Marcin Bielecki:
Na ulicach i uliczkach Saskiej Kępy prócz ojczystego słyszy się angielski, niemiecki, francuski (zwłaszcza) i parę innych języków. Im bliżej ambasad, tym więcej mieszkańców Iraku, Argentyny, Kuby czy Malezji. Jedni wyróżniają się strojami, inni kolorem skóry, jeszcze inni - jednym i drugim. W krzakach opodal Wału Miedzeszyńskiego wypatrzyłem dwóch smarkaczy o arabskiej urodzie. W wielkim skupieniu przeglądali świerszczyki. Byli przy tym tak czujni, że nie pozwolili się podejść i na pierwszy obcy odgłos umknęli w stronę algierskiej ambasady. Ambasady są zamkniętymi światami - takie kilkusetmetrowe państewka. Te państewka muszą być oczywiście chronione. Bezpieczeństwo zapewnia im Trzecia Rzeczpospolita.
Piotr Bulak:
W zeszłym roku, na światłach na skrzyżowaniu Zwycięzców i Francuskiej, radcy handlowemu ambasady Niemiec ukradziono, metodą na koło, mercedesa. Złodzieje nie spostrzegli jednak, że wraz z samochodem stali się posiadaczami znajdującego się w środku psa. Jego straty nie mogły przeboleć dzieci radcy. Nierasowy, duży pies miał już kilka lat, a że był psotny, nazwany został przez dzieci Łobuzek. Wołając go, często skracały tę formę, usuwając pierwszą sylabę. Po zamieszczeniu ogłoszenia w prasie pies ku zdziwieniu wszystkich się odnalazł. Może pomogło sformułowanie ogłoszenia: Zrozpaczone dzieci oczekują powrotu psa - Łobuzka, zwanego także Buzkiem.
Hanna Bakuła:
Ambasady bardzo nam pomagają, bo chodzą przy nich żołnierze i to są najbezpieczniejsze miejsca na świecie. Przy mojej ulicy mieszczą się trzy ambasady. My z Agnieszką miałyśmy strzeżony parking, bo żołnierz siedział w budce obok mojego auta.
Piotr Bulak:
Na tyłach ambasady Iranu na Królowej Aldony często odbywają się przyjęcia. Na każde z takich przyjęć zamawiany jest specjalnie dla ambasadora, który jest wielkim smakoszem, największy rarytas irańskiej kuchni - dwa jądra bawołu. To najdroższe i uważane za najlepsze danie irańskiej kuchni. Ambasador zaś, wiedząc, że i wśród kucharzy znajdują się smakosze tego dania, zawsze zjada tylko półtora jądra.
Wojciech Wiśniewski
WAGARY NA KĘPIE
Ach, iść na wagary po dobrze mi znanych ulicach, zakątkach, placykach. Wędrować donikąd i nigdzie się nie spieszyć. Spacerować nie za szybko, czasem wymienić ukłon powitania. Obserwować mijane ogródki, z których każdy jest inny. Wypatrywać rozkwitających hiacyntów i tulipanów, patrzeć na pędy drzew i krzewów. Z każdym nieomal miejscem wiążą się wspomnienia.
Nie spotkam już Teresy Roszkowskiej - malarki, scenografki Teatru Polskiego i Narodowego, pięknej, ekscentrycznej i eleganckiej Pani. Nosiła weneckie, długie aż po ramiona kolczyki. Gdy ją poznałem, mieszkała samotnie w niedużym domu przy ulicy Obrońców. Naturalnie, jeśli nie liczyć mnóstwa kotów i psów - jej najbliższych przyjaciół. Powiadała: Ludzie to chamy, prawdziwymi przyjaciółmi są zwierzęta. Kochała bezdomne koty. W kuchni w olbrzymich garach gotowała ryby. A wieczorami w długim po kostki futrze z szynszyli chodziła po okolicznych śmietnikach i karmiła koty.
Podczas stanu wojennego natknęła się na patrol wojskowy: Co pani tu robi w nocy? Jest stan wojenny, godzina milicyjna! Podobno wzruszyła ramionami, zdziwiona: Co, na Saskiej Kępie? To niemożliwe!
Nigdy nie zamykała okna od piwnicy, żeby ukochane koty mogły wejść. Tamtędy wdarli się którejś nocy bandyci. Zamordowali panią Teresę, grabiąc biżuterię i cenne przedmioty. Byliśmy wstrząśnięci.
Wiele lat temu, panie - jak Teresa Roszkowska - biegały letnim rankiem w szlafrokach na pobliską Francuską, kupić świeże bułeczki, masło, mleko prosto od krowy, sery lub świeże, pachnące jeszcze pomidory. Nawet w czasach siermiężnego socjalizmu, gdy masło sprzedawano na kartki, w niepozornych sklepikach na Francuskiej, w których stała jedynie woda sodowa, można było kupić wszystko spod lady.
Dawno temu nieraz stałem na czatach na rogu Obrońców i Katowickiej, gdzie kolega wdrapywał się na pierwsze piętro do ukochanej Madzi, jednej z córek Tomasza Zana. Panienki były surowo chowane i miały zakaz wychodzenia z domu po zmierzchu. Nie przypuszczałem wtedy, że kiedyś napiszę Ostatniego z rodu - książkę o pułkowniku Tomaszu Zanie, relacjonującą przygody i przeżycia potomka Zana - Promienistego, wiernego druha Adama Mickiewicza.
Stąd tylko parę kroków do ulicy Zwycięzców, przy której niegdyś mieszkał Jerzy Waldorff. Spotykano go o każdej porze dnia i nocy, spacerującego z ulubionym jamnikiem Puzonem. Widywałem nieraz, jak zawzięcie dyskutował z Witoldem Lutosławskim, także mieszkającym na Kępie. Dysputa zazwyczaj kończyła się przy kawie w jedynej podówczas kawiarence - w Bistrze na rogu Walecznych i Francuskiej, w którym spotykali się kępiacy, bo prawie wszyscy się znali.
Mieszkałem na ulicy Walecznych blisko Wisły i tajemnymi, sobie tylko znanymi skrótami szedłem przez ogródki, podwórka na przełaj na ulicę Paryską do gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Siedziałem w jednej ławce z Ferdkiem Radziwiłłem. Łączyła nas pasja zbierania znaczków. Ferdek miał w swoich zbiorach skarb, o którym marzyłem - serię z Marszałkiem Piłsudskim. Chętnie chodziliśmy na wagary w chaszcze i wikliny nadwiślańskie.
I to mi pozostało, idę więc dalej - na przełaj Saską Kępą.
Komentarze
Autor: J.Dąbrowski (Wtorek 26-12-2006 20:30)
Kawiarnia na rogu Francuskiej i Walecznych nazywała się FRISCO a nie Bistro a prowadziła ją moja mama.Niestety w 1952 komuna ją zabrała podobnie jak nasz dom na Walecznych