Rozmowa z Bogusławem Cichockim
Marzenia o scenografii
Urodzony w 1957 roku w Pruszkowie, od dziecka marzył, aby zostać scenografem. Ukończył Architekturę Wnętrz na ASP w Warszawie w 1983 roku, a w 1986 Podyplomowe Studium Scenografii na ASP w Krakowie. Od tamtej pory zaprojektował scenografię i kostiumy do ponad siedemdziesięciu sztuk teatralnych oraz dwóch Teatru Telewizji. Współpracuje z teatrami w Krakowie, Chorzowie, Szczecinie, Olsztynie, Częstochowie, Tarnowie, Kielcach...Znajduje również czas, aby wykładać w szkołach artystycznych, m.in. w Studium Techniki Teatralnej przy Akademii Teatralnej.
Co było Pana pierwszą pasją – teatr czy sztuki plastyczne?
Jednocześnie, jako dziecko, chodziłem do kółka teatralnego i plastycznego. Rodzice zapisali mnie do Domu Kultury w Pruszkowie. Plastyki uczyła mnie przedwojenna osoba. To były lata 60., a ona ubierała się ciekawie, nosiła skrzypiące buty. Była prawdziwą przedwojenną damą, która nie wychodziła z domu bez rękawiczek.
Tworzy Pan scenografię. Na ile przydaje się w tym wiedza zdobyta na Architekturze Wnętrz na ASP? Ukończył Pan również Studium Scenografii...
Od dziecka myślałem, że zostanę scenografem. To była pośrednia droga, a drugie studia to przypieczętowały.
Pamięta Pan swoją pierwsza sztukę?
To było dokładnie 20 lat temu, w listopadzie 86. „Bal w operze” według Tuwima, w reżyserii Marty Stebnickiej. Był to bardzo głośny dyplom w Akademii Teatralnej w Krakowie. Spektakl zdobył wiele nagród na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Był wystawiany w Lyonie, Paryżu, Niemczech. Dekoracje były dosyć proste, ponieważ spektakl był cały śpiewany. Głównym elementem scenografii były wielkie, jeżdżące schody.
Jak wyglądają przygotowania? Konsultacje z reżyserem?
To jest tak różnie. Na scenografię wpływ mają trzy rzeczy: tekst sztuki, wizja reżysera i warunki sceniczne. Bardzo często się zdarza, że reżyser ma konkretną wizję i mówi hasłami – ta postać to jest to i to, opowiada jej charakter. Raz przychodzi reżyser i mówi, że będzie wystawiać spektakl w realiach epoki – wtedy muszę przejrzeć kostiumy i wnętrza, a innym razem może mieć zupełnie inną wizję i chce tylko zasygnalizować epokę, albo wystawiać w realiach nowoczesnych. Projektowałem scenografię do tej samej sztuki – „Skąpca” Moliera w dwóch teatrach. W Kielcach reżyser zażyczył sobie, aby dekoracje były malowane na płótnie i rozsuwane jak za czasów Moliera. W Płocku została pomieszana współczesność z przeszłością. Za kostiumy do tego spektaklu otrzymałem Złotą Maskę od pań z Towarzystwa Przyjaciół Teatru, które stwierdziły, że kostiumy były z epoki, ale one chętnie by w nich poszły na bal sylwestrowy.
Czy trudno znaleźć kompromis?
Nie powiedziałbym, że to sprawa kompromisu. Raczej myślenia takiego samego lub przeciwnego i dogadania się. Mój zawód jest raczej usługowy i realizuje wizję reżysera. To moje odczytanie sztuki w ramach jego myślenia.
Czy musiał Pan kiedyś zrezygnować z realizacji sztuki z powodu nieporozumień z reżyserem?
Nie. Chociaż zdarza się, że nie dochodzi do realizacji sztuki, mimo że są już gotowe projekty, ponieważ reżyser nie dogaduje się z dyrekcją. Kiedyś też zaprojektowałem scenografię, która była przyjęta przez reżysera, ale w trakcie prób zmieniła się koncepcja i musiałem zaprojektować drugą. Najczęściej to się zdarza z kostiumami – czasem nie zdają egzaminu w trakcie próby generalnej, ale to pojedyncze przypadki.
Z którym reżyserem najlepiej układa się Panu współpraca?
Mam dwóch stałych reżyserów. To Jacek Andrucki i Janusz Kijowski. Rozumiemy się prawie bez słów. Wystarczy jedna rozmowa. Mamy takie samo spojrzenie, wizję teatru.
Co jest najtrudniejsze w Pana pracy?
Nie wiem. Trudno mi powiedzieć po dwudziestu latach. Najtrudniejsze jest to, że efekt nie zależy od tego jak pięknie namaluję obrazek, jak w malarstwie. Wykonują to ludzie, których muszę zdopingować, żeby zrobili to najlepiej i tak, jak ja to widzę. A to i krawiec chce wiedzieć jak ma pociąć materiał, malarz - jaki kolor ma wybrać i modelator... To nie zawsze wynika z projektu.
Czy jest sztuka, o której realizacji Pan marzy?
Chyba nie ma. Jestem w stanie się dostosować. Do pozornie nieciekawej sztuki można zrobić interesujące dekoracje. Najbardziej lubię duże dekoracje, z dużą przestrzenią, ilością kostiumów. Wtedy można poszaleć. Człowiek się bardziej skupia.
Współpracuje Pan z wieloma teatrami – w Warszawie, Krakowie, Kielcach, Olsztynie. Jak udaje się to Panu pogodzić?
To dosyć proste. Produkcja trwa dwa, trzy miesiące. Oddaję projekt, a potem przyjeżdżam co kilka dni. Od dwudziestu lat jeżdżę pociągami po różnych zakątkach Polski i świata. To norma w pracy reżysera i scenografa.
Jakie dekoracje chciałby Pan stworzyć a jest to niemożliwe?
Technika tak poszła do przodu. Wszystko jest możliwe, chodzi tylko o pieniądze. Największą scenę ma Teatr Wielki, można na niej zrobić cuda. Wchodzą nowe techniki – scenografia multimedialna, lasery. Teatry prowincjonalne są finansowane z budżetu wojewódzkiego i nie mają na to pieniędzy. Staram się wykorzystywać nowe możliwości – ostatnio w „Szatanie z siódmej klasy”, ale to dopiero raczkowanie.
Skąd Pan czerpie inspiracje?
Inspiracje czerpię z własnej głowy. Jeśli chodzi o sztuki klasyczne to z kostiumologii. Na scenografii uczono mnie, żeby zajrzeć do tylu książek, do ilu ma się dostęp. Zamknąć je i wejść w epokę. Poczuć się projektantem. Żeby nie przerysowywać. W końcu wtedy też byli ludzie, którzy projektowali kostiumy. Naturalnie inspiracją może też być jakieś wydarzenie, rzecz, rozmowa, rozmowa z reżyserem, budowa teatru, scena. Są np. sceny głębokie – z dużą przestrzenią i płytkie, które wyciąga się na widownię, dobudowując pomost.
Co Pan uważa za swój największy sukces?
Sztuki Szekspira – „Makbet”, „Sen nocy letniej” i Szczypiorskiego – „Msza za miasto Arras”. Tę ostatnią reżyserował Janusz Kijowski a później została sfilmowana dla Teatru TV.
Jak wyglądały Pana doświadczenia na planie?
To zupełnie inny rodzaj dekoracji. Nie lubię zajmować się dekoracją telewizyjną i filmową. W teatrze efekt jest taki jak na projekcie, w filmie dużo do powiedzenia ma operator. Ja zaprojektuję całe wnętrze, a operator sfilmuje tylko fragmenty i zbliżenia. Pracuje się non stop, czasem w nocy, ciągle się przemieszcza. Zwariowana robota.
Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów pana Bogusława Cichockiego.