O spektaklu...

Narty Ojca Świętego

Anna Serdiukow

W związku z premierową emisją spektaklu „Narty Ojca Świętego” w Telewizji Polskiej, zapytaliśmy aktorów występujących w przedstawieniu o wymiar, przesłanie i znaczenie sztuki Jerzego Pilcha. Oto co nam powiedzieli: Janusz Gajos, Jerzy Radziwiłowicz i Krzysztof Stelmaszyk - o Papieżu-Polaku, uniwersalności dramatu, polskiej dumie i… Ojcu Rydzyku.

Janusz Gajos /Ksiądz Kubala/:

„Narty Ojca Świętego” to pierwsza teatralna próba zmierzenia się z osobowością i zjawiskiem autorytetu Papieża, Jana Pawła II. Jest to próba skonfrontowania, pokazania jak sobie dajemy radę z czymś takim.
My – Polacy, jesteśmy bardzo dumni z tego, że mamy taką indywidualność jak Jan Paweł II. Niestety nie potrafimy znaleźć narzędzi by sprostać temu, tej wielkiej idei. Czasem za tym stoją momenty wielkich uniesień. Problem polega na tym, że nie potrafimy tego zamienić na normalne, codzienne funkcjonowanie.
Gram księdza. Jest to człowiek z bardzo szczytną ideą, ale niepozbawiony ludzkich ułomności. Ma ideę, żeby naprawić świat, który go otacza, ten umowny świat Granatowych Gór. Mój bohater ucieka się do pewnej mistyfikacji, żeby osiągnąć swój cel. Nie chcę opowiadać jak się sztuka kończy, ale myślę, że widz pozostaje z pewną nadzieją.
Wymowa sztuki się zmienia, czuję to szczególnie w teatrze, na widowni. Wprawne ucho aktora słyszy widownię, nawet wtedy, kiedy ona milczy. Mam wrażenie, że kiedy zmieniło się ‘coś’ w naszej polityce, to zawisło takie pytanie nad widownią, w momencie wejścia mojego bohatera, księdza na scenę: „co to za ksiądz?”, „czy to jest może Ojciec Rydzyk?”. Rodzaj ciekawości się zmienia. To są oczywiście uproszczenia, w sztuce nie da się opowiadać o takich codziennych rzeczach, bo wtedy robi się opera mydlana albo serial. Jeśli chcemy powiedzieć coś uniwersalnego, to nie może być odniesień wprost.

Jerzy Radziwiłowicz /Jan Nepomucen Wojewoda/:

Ta sztuka to zdaje się jedyna w Polsce próba uchwycenia, czym było to zjawisko: polski Papież.
Ale nie jest to sztuka dydaktyczna, o nie! To nie jest esej na temat Polaków. Są w tym rzeczy i śmieszne i mądre i głupie, słowem cała różnorodność, którą autor zobaczył.

Krzysztof Stelmaszyk /Komendant Policji/:

Troszeczkę się wydarzyło od premiery tej sztuki w Teatrze Narodowym. Nie graliśmy tego przez pół roku na scenie, ze zrozumiałych względów. Wróciliśmy do tekstu, który ma pewnie teraz trochę inną wymowę, ale równie silną.
Myślę, że jest to ważny tekst. Takich tekstów brak w Polsce. Pierwszy raz chyba w sztuce polskiej wykorzystywany jest kontekst Papieża i kontekst Polski. Tak naprawdę ten tekst jest bardziej uniwersalny niż może sugerować tytuł. Uważam karierę tego przedstawienia za słuszną drogę – najpierw wystawia to Teatr Narodowy, a teraz Teatr TV.
Inscenizacja telewizyjna może się trochę różnić od inscenizacji teatralnej, chociażby z tego względu, że w teatrze widz siedząc na widowni decyduje sam, co chce oglądać, w przypadku telewizji wkracza operator i montażysta. Myślę, jednak, że to przeniesienie wyjdzie przedstawieniu na korzyść.
Lubię prozę Pilcha i cenię Pilcha za odwagę napisania tego tekstu.
Mówiąc o uniwersalności tego tekstu, mam na myśli taką odwieczną tęsknotę za dobrem, jaka jest w ludziach. Dla mnie to jest najważniejszą treścią tej sztuki.

(Poniedziałek 12 Luty 2007)

do góry



© 2001-2006 Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego