Rozmowa z Markiem Proboszem

Rotmistrz Marek Probosz

Anna Serdiukow

Debiutował w 1978 roku w polskim serialu „Ślad na ziemi”. Produkcja ta została obsypana nagrodami. W 1983 roku skończył Wydział Aktorski w Łódzkiej Filmówce. 10 lat później zdobył dyplom w The American Film Institute w Los Angeles na wydziale reżyserii. Dziś jego dorobek to prawie 40 filmów, w tym produkcje amerykańskie – w „Helter Skelter” wcielił się w postać samego Romana Polańskiego. Polscy widzowie znają go głównie z serialu „M jak miłość” (postać Grzegorza Górskiego) oraz z kinowego debiutu Dominika Matwiejczyka „Krótka histeria czasu” (profesor Wolański). W maju Telewizja Polska pokazała spektakl w reżyserii Ryszarda Bugajskiego „Śmierć Rotmistrza Pileckiego”, gdzie wcielił się w tytułową postać. O pracy nad ‘najważniejszą rolą w życiu’, zagranicznych dokonaniach, patriotyźmie oraz stosunku do historii rozmawiamy z Markiem Proboszem – „naszym człowiekiem w Hollywood”.

Anna Serdiukow: Jak wspomina Pan swój pierwszy kontakt z Rotmistrzem Pileckim?

Marek Probosz: Jako wielką radość. Rotmistrz Pilecki pojawił się w moim życiu nieoczekiwanie, ale jak już się pojawił, nie mogłem się od niego oderwać. Byłem nim oczarowany. Nadszedł czas, a długo musieliśmy na to czekać, aby w wolnej Polsce, można było o tragicznej historii Pileckiego rozmawiać pełnym głosem.

No właśnie, losy Pileckiego, przez niektórych uważane za jedne z najtragiczniejszych w dziejach Polski, dla wielu pozostają wciąż nieznane. I mowa tu nie tylko o jego zasługach. Są tacy, którzy w ogóle nie słyszeli o Rotmistrzu Witoldzie Pileckim. Zmowa milczenia?
Losy Pileckiego, to wstrząsająca historia człowieka, którą powinien poznać każdy Polak. Był geniuszem, którego komuniści skrzętnie wymazali z kart polskiej historii.

Pilecki jest jednym z największych bohaterów XX wieku, jako jedyny, w czasie II Wojny Światowej na ochotnika udał się do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, aby zorganizować tam podziemie wśród więźniów i wyzwolić obóz od środka. Był bohaterem Kampanii Wrześniowej i Powstania Warszawskiego. Po ukończeniu wojny nie zaprzestał walki z reżimem, uwięziony na Rakowieckiej, mimo potwornych tortur, nie załamał się, zachował godność i wewnętrzną wolność do ostatniego tchu. Jego ostatnie słowa przed egzekucją w maju 1948 roku brzmiały, “Niech żyje wolna Polska!”

***

Marek Probosz jako Witold Pilecki

Dlaczego prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski wobec Witolda Pileckiego?
Bo ówczesny premier Józef Cyrankiewicz, z którym Pilecki poznał się w obozie, chciał przypisać sobie oświęcimskie zasługi. Pilecki stał mu na drodze gdyż mówił prawdę I wierzył w wolność. Nie można go było ani złamać, ani kupić. Na nic wiec zdały się odwołania żony Marii Pileckiej u Cyrankiewicza.

Czy według Pana Polacy interesują się losem swoich bohaterów?
Faktem jest, że mało kto wie kim był Pilecki. Rozmawiałem w kraju i za granicą z ludźmi na jego temat, słuchali z zapartym tchem. Po skończonej rozmowie zawsze chcieli dowiedzieć się więcej. Myślę, że wiele zależy od nas, musimy zaszczepiać w naszych dzieciach, pragnienie poznania prawdziwej historii. “Śmierć rotmistrza Pileckiego”, jest filmem, który sięga wprost do historii prawdziwej, opowiada o horrorze tamtych czasów. Jest szansa na przypomnienie o najwyższych wartościach moralnych i pragnieniu wolności. Świat, w którym żyjemy przechodzi, bowiem okres głębokiej inflacji emocjonalnej,

Z czego to wynika?
Media poświęcają więcej miejsca informacjom o wynikach rozgrywek ligowych, czy spacerze gwiazdy z pieskiem w parku, niż o ofiarach toczącej się wojny, czy katastrofach ekologicznych. Dewaluacja informacji, materializm i pęd życia sprawiają, że coraz mniej czasu poświęcamy na myślenie o rzeczach trudnych. Uważam, że należy się cieszyć wolnością, ale należy pamiętać również o tym czym była niewola.

A Pan wiedział, w co się pakuje jak zadzwonił Ryszard Bugajski z propozycja roli? Rakowiecka, Oświęcim, UB… a Pan na stałe mieszka w USA, w gorącym, słonecznym Los Angeles…
Miejsce zamieszkania nie ma z tym nic wspólnego. Dwa lata temu zagrałem w amerykańskim filmie “Helter Skelter” (reż. John Gray), rolę Romana Polańskiego. Portretowałem najbardziej tragiczny fragment jego życia z 1969 roku. Ta zbrodnia wydarzyła się tutaj, w Beverly Hills.

No dobrze, ale jak zareagował Pan na propozycje zagrania Pileckiego?
To było wielkie wyróżnienie, wyzwanie, moc wcielić się w polskiego bohatera narodowego Witolda Pileckiego. Zaszczyt. Zgodziłem się bez wahania, następnie przystąpiliśmy z reżyserem i scenarzystą Ryszardem Bugajskim do pierwszej fazy współpracy, tzn. twórczych rozmów mailowych na temat scenariusza,

A faza druga?
Zebranie najciekawszych wniosków, uwag, pomysłów, które mogą udoskonalić film i postać Pileckiego. Kolejna wersja scenariusza. Ale jest jeszcze trzecia faza.

Najważniejsza?
Nasza współpraca z Ryśkiem układała się znakomicie, bo jest bardzo otwarty, ma swoją wizję, ale jest w niej zawsze miejsce na uwagę, która może udoskonalić projekt. Scenariusz był modyfikowany również na planie, w czasie zdjęć np. podchodzę do Ryśka przed ujęciem o mówię: “Słuchaj, Pilecki ma zerwane paznokcie, czy nie powinienem być na sali rozpraw w rękawiczkach?”

A to, że pracował Pan z Ryszardem Bugajskim już wcześniej miało znaczenie?
Znamy się z planu “Graczy” (1996), filmu o pierwszych demokratycznych wyborach w Polsce, w którym zagrałem szefa kampanii wyborczej Tadeusza Mazowieckiego. Ryszard Bugajski powrócił tym filmem do Polski z emigracji w Kanadzie. Od tamtego spotkania wielokrotnie rozmawialiśmy o kolejnej współpracy, nareszcie nadarzyła się idealna okazja.

W obecnej produkcji tak naprawdę wciela się Pan w dwie role…
To koncept Ryśka, zresztą wydaje mi się, że bardzo udany. Chodzi o to, aby ten sam człowiek, który jest Pileckim w filmie i reprezentuje jego ideały, żył dzisiaj, chodził fizycznie po ulicach współczesnej Warszawy i jako aktor Marek Proboszopowiadał o swojej prywatnej fascynacji Witoldem Pileckim. Bo być pokonanym i nie ulec, to prawdziwe zwycięstwo. Ta współczesna klamra, jest w jakimś sensie uosobieniem nadziei, która może przeniesie się na kolejne pokolenia.

Powstająca produkcja realizowana jest jako Teatr TV. Pan jednak cały czas podkreśla, że teatr to nie jest…
Reżyser od początku zamierzał realizować ”Śmierć rotmistrza Pileckiego” jako film. Z wielu przyczyn projekt powstał pod szyldem Teatru TV, ale ja i wielu współpracowników wiedzieliśmy cały czas, że robimy kino, wierzyliśmy, że ostateczny rezultat będzie na tyle dobry, że zostanie z techniki cyfrowej przegrany na światłoczułą taśmę 35mm i w formacie filmowym będzie rozpowszechniany w kinach. Pojedzie na Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni, a później ruszy na światowe festiwale. Dziś wiemy już, że nasze marzenie się spełniło, bo film “Śmierć rotmistrza Pileckiego” miał światową premierę na Festiwalu Polskich Filmów w Los Angeles, gdzie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem widzów polskich i amerykańskich, którzy porównywali film do “Pasji” Mela Gibsona.

Mam wrażenie, że wypromowanie i nagłośnienie filmu, są dla Pana równie ważne jak praca na planie.
Bo postać Pileckiego zasługuje na wielki epicki film, który powinien poznać cały świat. Mamy w Polsce Jamesa Bonda, który nie jest fikcyjnym super-bohaterem wyssanym z palca, tylko prawdziwym bohaterem narodowym. Byle człowiekiem, który walczył o wolność bez podziałów rasowych i religijnych. Marzymy o takich postaciach, wymyślamy je, a tutaj jest historia napisana krwią. Ryszard Bugajski, którego kultowy film “Przesłuchanie”, przez wiele lat leżał zakazany na półce, stwierdził w czasie zdjęć na Rakowieckiej: “ten film to druga część ‘Przesłuchania’, tylko tym razem jest to autentyczna historia, która ma w sobie zaklętą moc.”

Jakie znaczenie ma dla aktora świadomość, że historia, w której gra jest oparta na faktach, że bohater, w którego się wciela, jest prawdziwą, autentyczną postacią?
To ogromna odpowiedzialność i lekcja pokory. Trzeba zapomnieć o swoich nawykach, potrzebach i oddać się zupełnie roli, przemienić w odtwarzaną postać. Żyć i myśleć jak postać. NIE GRAĆ! W młodości, było mi znacznie trudniej rozstać się z tym, kim jestem, zagrać kogoś innego. Dziś wyzwania takie jak Pilecki, Einstein, Polański, wcielanie się w autentyczne postaci i wydarzenia powodują, ze rozwijam się duchowo i zawodowo. Odtworzyłem okres życia Polańskiego, kiedy to banda Mansona, w nieludzki sposób zamordowała jego żonę, nienarodzone dziecko i przyjaciół w Los Angeles. Te wydarzenia, wstrząsnęły nie tylko mną, ale całym światem i zakończyły epokę dzieci kwiatów.

Następstwa tego zdarzenia są odczuwalne także dzisiaj.
Niestety tak. Manson wielokrotnie domagał się już uwolnienia i jest wciąż popularny wśród młodzieży, a jego strona internetowa cieszy się masowym zainteresowaniem. Tym bardziej wcielenie się w Polańskiego było dla mnie wielkim wyzwaniem, czym innym jest, bowiem zagranie geniusza muzyki z zamierzchłej przeszłości np. Mozarta, a czym innym geniusza kina, który za swoją twórczość wciąż zdobywa najwyższe laury i szacunek całego świata. Tym bardziej cieszy fakt, że za tę rolę otrzymałem znakomite recenzje, m.in. w The New York Times, czy Variety. Reżyser filmu John Gray opowiadał mi, że przed premiera “Helter Skelter” wyświetlił fragmenty scen ze mną studentom reżyserii na Uniwersytecie Kalifornijskim – USC. Po projekcji studenci zasypywali go pytaniami, jak udało mu się zdobyć archiwalne materiały z Polańskim do filmu. Wzięli mnie za Romana…to chyba najlepsza recenzja, jaką mogłem otrzymać.

Czy Roman Polański zareagował jakoś na ten film?
Nie wiem czy oglądał “Helter Skelter”, ale nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek chciał emocjonalnie wracać do tak tragicznych wydarzeń ze swojego życia.

Wiem natomiast, że Polański napisał w swojej autobiografii “Roman”, że książka na podstawie, której powstał film, jest jedyną, która oddaje prawdę tamtego czasu i tamtych wydarzeń.

Zróżnicowany repertuar. Z jednej strony różne epoki, różne postacie, z drugiej łączący je autentyzm i fakt, że poprzez swój dorobek mieszkają we wspólnej świadomości ludzi.
Z galerii geniuszy: Einstein, Pilecki, Polański, w których udało mi się wcielić, największym wyzwaniem pozostaje Witold Pilecki, nadzwyczajny człowiek, który chciał dać swoje serce wszystkim ludziom, a swoim życiem udowodnił, że odwaga, honor, godność, nie mają granic.

Jest Pan zadowolony ze swojej transformacji w rotmistrza?
Pomagający nam przy realizacji filmu fachowiec z Instytutu Pamięci Narodowej, wielki wielbiciel historii i Pileckiego, kiedy zobaczył mnie na planie zdjęciowym na Rakowieckiej, poprosił reżysera na stronę i zapytał: “Skąd ty go wytrzasnąłeś? Przecież to jest Pilecki!”. Ryszard Bugajski odpowiedział żartobliwie: “Z Hollywood, tam mają wszystko.” Przyznam, że słowa z ust specjalisty, który wie prawie wszystko o rotmistrzu, dodały mi wiary.

To wielka odpowiedzialność.
Przed każdą komendą: “Będzie ujęcie!”, starałem się nawiązać wewnętrzny kontakt z Pileckim, prosiłem go aby mnie prowadził, kierował moimi wyborami, emocjami. Kręciliśmy zdjęcia w miejscach gdzie przebywał, cierpiał, zginął. Tam w murach więzienia na Rakowieckiej czułem wyraźnie jego obecność. Moje wewnętrzne z nim rozmowy bardzo mi pomagały.

Zanim stanął Pan na Rakowieckiej, jak wyglądały przygotowania do tej roli?
Przeczytałem wszystkie dostępne materiały literackie na temat Pileckiego, wpatrywałem się długo w jego fotografie, czytałem jego listy, które udostępnił nam z archiwów IPN, prowadziłem gorące dyskusje na temat roli z reżyserem. Miałem nawet sny o Pileckim, które wzmagały moją czujność.

Reżyser nie miał nic przeciwko Pana uwagom? Wchodzeniu w być może nie na swoje pole…
Darzymy się z Ryśkiem dużym zaufaniem i przyjaźnią. Pracujemy już ze sobą po raz drugi, dużo o sobie wiemy i oboje jesteśmy pomazani losem emigrantów. To też nam jakoś pomaga w zrozumieniu. Sam jestem reżyserem, absolwentem Amerykańskiego Instytutu Filmowego w Los Angeles, piszę scenariusze, jestem profesorem aktorstwa na Uniwersytecie Kalifornijskim – UCLA. To wszystko pozwala mi spojrzeć na całość dzieła i nie wchodzić na nie swój teren. Prywatne ambicje zostawiam za drzwiami. Nasza współpraca z Ryszardem była porywającym i inspirującym procesem twórczym, w którym najważniejszy był zawsze film o Pileckim. Obydwaj wiedzieliśmy, że po raz pierwszy stwarzamy filmowy wizerunek rotmistrza, utrwalamy obraz, który wejdzie w świadomość narodową.

Jaki obraz Witolda Pileckiego chciałby Pan nam pokazać? Jaki to był człowiek?
Wielki altruista, idealista. Człowiek obdarzony niespotykaną miłością do ludzi i do Ojczyzny. Bohaterski, niezłomny, niesprzedajny. Pilecki był zafascynowany książką, Tomasza a Kempis “O naśladowaniu Chrystusa”. Ta książka dawała mu siłę i pomogła przetrwać w Oświęcimiu i na Rakowieckiej. Potrafił skupić wszystkie swoje zdolności w jednym punkcie, upodobnił się do ostrza.

Uważa Pan, że Pilecki do końca nie stracił nadziei i wiary w ludzi?
Jest zdanie, które Pilecki wypowiedział do żony podczas ich ostatniego widzenia w wiezieniu: “Wykończyli mnie Marysiu. Oświęcim to była igraszka”. Jeśli ten niezłomny człowiek, który przez trzy lata byle więźniem obozu oświęcimskiego, mówi coś takiego do najbliższej osoby, to pozostawiam te słowa bez komentarza. Pileckiego katowano na Rakowieckiej przez rok. Tracił przytomność, dochodził do niej i ponownie był torturowany do nieprzytomności. To trwało dwanaście miesięcy! Pilecki jak rozbierał się w wiezieniu, po każdym dniu wyreżyserowanego przez Ubeków procesu sadowego, był jedną żywą raną, od stop do szyi, do ostatniego guzika koszuli. Miał też rany na głowie, które były starannie zaczesywane na rozprawę, bo chciano by wygladał jak człowiek… Mimo tego wszystkiego, Pilecki nie utracił wiary i zachował godność do końca.

Co dla Pana jest najważniejsze w tej historii? Możliwości jej czytania jest kilka, na co Pan stawia nacisk?
Na prawdę, człowieczeństwo, miłość, nadzieję, wolność... Pilecki powiedział w wiezieniu do żony: “Marysiu wychowaj dzieci na uczciwych ludzi. Może kiedyś dożyją lepszych czasów”. To jest wymowa naszego filmu.

Dożylismy lepszych czasów?
Dożyliśmy. Mamy wolną Polskę, o którą walczył i za którą ginął Pilecki. Ważne abyśmy umieli skorzystać z tej wolności, cieszyć się nią, abyśmy pozostali uczciwymi ludźmi, nie dali się zastraszyć, omamić, cokolwiek to nie będzie, zachowajmy swoją godność do końca.

Dlaczego akurat Pilecki miałby nas tego nauczyć? W Polsce i na świecie nie brak bohaterów, autorytetów…
Współczesny świat coraz częściej odczuwa ich brak. Ludzie pokroju Karola Wojtyły, Gandhiego czy Pileckiego nie zdarzają się zbyt często. To bohaterowie, których świat bardzo potrzebuje, aby wytrwać w swoich marzeniach o pokoju i wolności. Oni swoim życiem dali nam przykład, że może być lepiej, że warto wierzyć, walczyć, żyć. Bo chociaż stracili swoje życie, ocalili ducha, donieśli krzyż swojego powołania do końca. Pilecki na ścianie swojej celi wydrapał napis: “Starałem się żyć tak, aby w godzinie śmierci móc się cieszyć, nie lękać”. Wielu jest ludzi, którzy mimo wolności wciąż się lękają, są zastraszeni, a przecież nikt ich nie torturuje, nie więzi w celi śmierci na Rakowieckiej. Ci ludzie przesiadują w niewidzialnych więzieniach, które sami sobie stworzyli, a one niszczą nie tylko ciało, ale i duszę.

Co by Pan przeciwstawił takiej sytuacji strachu?
Wydaje mi się, że największym szczęściem człowieka jest wolność. Jeżeli prawda, w którą wierzymy stanie się dla nas najważniejszą wartością w życiu, będziemy w stanie przezwyciężyć strach i ból. Zachowamy czyste sumienie, z którego płynie wolność. Mam dwójkę małych dzieci. Wiem, że jako ojciec jestem za nie odpowiedzialny nie tylko materialnie, ale przede wszystkim duchowo. Jestem ich przewodnikiem w drodze przez życie, każdym uczynkiem, decyzją, słowem, daję im przykład. Nie mogę pozwolić sobie na kłamstwo, bo zacząłbym wychowywać pokolenie kłamców. Dlatego tak ważne jest opowiedzenie prawdy o historii, bo ona może wyzwolić w nowym pokoleniu pragnienie i szacunek do wolności. Nie można pozwolić, aby nowe pokolenie zapadło w śpiączkę dobrobytu, zamieszkało w Disneylandzie i utraciło pamięć o swoich przodkach, swojej tożsamości narodowej. To ona nas ukształtowała. “Śmierć rotmistrza Pileckiego”, jest wymierzeniem sprawiedliwości naszej historii.

Pamięć motorem wszystkiego?
Wszystko zaczyna się w domu. Ważne, aby o tym pamiętać. W naszym filmie Pilecki mówi do Ubeka płk. Różanskiego, jednego z największych katów komunistycznej Polski: “Pan się pewnie śmieje z mojej naiwności. Ale ja tak zostałem wychowany, że ludziom się ufa. Wbijali mi to do głowy, dziadek, ojciec, matka. Ufa się zwłaszcza tym, którzy noszą mundur oficera. Pan też składał przysięgę na wierność Ojczyźnie, prawda?” Myślę, że składając przysięgę małżeńską, lekarska, kapłańską, czy każdą inna, powinniśmy wziąć za nią pełną odpowiedzialność.

I myśli Pan, że dzięki Pileckiemu poczujemy się silni, mocni, wyjątkowi? Polak czuje zwykle te cechy, kiedy zagrożona jest jego suwerenność. A teraz, jak Pan sam mówi, jesteśmy wolni.
Przemiana zależy od nas samych, nikt niczego za nas nie zrobi. Pilecki może przypomnieć o godności, ale to my sami musimy ją w sobie poczuć i nie tylko jako Polacy, ale jako ludzie w ogóle. Jeden człowiek może przerastać cały naród. Dla mnie Pilecki nie jest bohaterem jednego narodu, to bohater uniwersalny i należy do całego świata. Był człowiekiem, który ofiarował swoje życie na ołtarzu walki o idee i prawdy, w które wierzył, które wciąż żyją. Reżimy polityczne i społeczne zmieniają się w zależności od układu sił na świecie, ale prawdy ostateczne są uniwersalne i trwają wiecznie. Wysysa się je z mlekiem matki i jeżeli zdamy sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas spoczywa, to jest szansa, że wyrośnie kolejne pokolenie bohaterów - nowych Pileckich. W tym kraju i na tym świecie.

(Wtorek 27 Czerwiec 2006)

do góry



© 2001-2006 Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego