Diagnoza popędu
Etyka? Eee... tam.
Do tej pory w dziale „Pod lupą” prezentowane były reportaże miesiąca konkursu prasowego dzienników regionalnych Orkla Press Polska. Tym razem jest inaczej. „Diagnoza popędu” oraz „Fatalne zauroczenie” autorstwa Romana Laudańskiego to teksty, które jury konkursu uznało za słabe i kontrowersyjne. Najostrzej wypowiedział się na ten temat Marek Miller: „nieetyczny, sensacyjny i bulwarowy ”. Dlatego właśnie reportaże Romana Laudańskiego są doskonałym punktem wyjścia do dyskusji nad rolą etyki w pracy dziennikarza.
Pielęgniarka twierdzi, że doktor zmuszał ją do dotykania i pobudzania więźniów. Doktor zaprzecza, by kobieta robiła coś pod przymusem. Tak skończył się pilotażowy program leczenia pedofilii we włocławskim Zakładzie Karnym.
Fakty są zastraszające. W marcu ubiegłego roku media prawie co dzień donosiły o zatrzymaniu kolejnych mężczyzn wykorzystujących seksualnie nawet kilkuletnie dzieci. Politycy rozpoczęli prace nad zaostrzeniem kar dla pedofili. Zwykli ludzie ujmowali rzecz krótko: trzeba kastrować! Podobna atmosfera panowała w innych krajach. Belgowie nie mogli otrząsnąć się po głośnej sprawie pedofila, który gwałcił i mordował uprowadzone dziewczynki. Niektóre gazety publikowały zdjęcia i dane pedofili ostrzegając, że ci ludzie mogą skrzywdzić następne dzieci. Dyskutowano, czy na domach i mieszkaniach takich ludzi powinny pojawić się tabliczki: uwaga, pedofil! U nas wszyscy przecierali oczy po sprawie byłego dyrygenta poznańskiego chóru chłopięcego. Seksuolodzy twierdzili, że dwa procent wszystkich mężczyzn ma takie skłonności.
Potulni jak baranki
W takiej atmosferze ruszył we włocławskim Zakładzie Karnym pierwszy w Polsce program leczenia pedofilii. W kilkunastu gazetach pojawiły się reportaże z Włocławka. Telewizje realizowały programy, a delegacje z innych krajowych i zagranicznych zakładów prawie mijały się w bramie więziennej. Doktor Ryszard Jelistratow, seksuolog, nie krył obaw w rozmowie z "Pomorską", gdy rok temu opisaliśmy eksperyment. Mówił wtedy: "Mamy do czynienia z dziwną sytuacją. Nikt nie chce dać pieniędzy na leczenie więźniów, bo brakuje ich dla domów dziecka, ale jakoś nikt nie chce ich odstrzelić, żeby rozwiązać ten problem. Za to wszyscy chcą, aby więźniowie opuszczali zakłady karne potulni jak baranki".
Plotka, profesor i dziennikarze
Leszek Lubicki, zastępca dyrektora ZK Włocławek wspomina, że najpierw pojawiła się dziwna plotka, ale była poza dyrekcją. Do Warszawy, do prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza, krajowego konsultanta w dziedzinie seksuologii, wysłano rozszerzoną wersję włocławskiego programu. Profesor przyjechał do Włocławka na inspekcję w poniedziałek trzy tygodnie temu.
Dotykała i pobudzała
Profesor rozmawiał z doktorem i skazanymi, a przed wyjazdem wspomniał o zastrzeżeniach do programu. Dwa dni później przyjechała do Włocławka ekipa TVN. Pytali, czy dyrektor słyszał o tym, iż asystentka doktora (nazwijmy ją panią Anią) dotykała i pobudzała diagnozowanych więźniów i czy na dodatek wyświetlano im filmy pornograficzne?
Następnie prof. Lew-Starowicz przysłał swoje uwagi na piśmie. To, co działo się podczas badań określił jako "niemoralne i nieetyczne". Dyrektor rozwiązał umowę-zlecenie z doktorem. Program przestał funkcjonować.
Rozmowa to za mało
- Byłem zatrudniony, żeby diagnozować preferencje seksualne więźniów – mówi doktor. – W trakcie pracy okazało się, że nie można tego zrobić wyłącznie w trakcie rozmowy. Więźniowie nie zachowują się jak pacjent przychodzący do gabinetu i mówiący: jest mi to i to, będę współpracował, niech tylko pan doktor pomoże mi zmienić preferencje seksualne.
Doktor wspomina, że przychodzący więźniowie nie przyznawali się do swoich upodobań. Dlatego wywiad seksuologiczny niewiele dawał.
– Pogawędka, to nawet nie jest toto-lotek. To są rzeczy bardzo intymne, a oni są w miejscu nieodpowiednim do takich zwierzeń. Dlatego zastosowałem test stymulacji wizualnej. Test, w takiej formie, że więzień siedzi i ogląda filmy dał tyle samo, co wywiad. Oni manipulowali oglądając. Odwracali wzrok, uciekali myślami. Wprowadziłem czynniki zakłócające manipulację... Moja pielęgniarka wchodziła, mierzyła, dotykała i ruszała członek. Więzień był wytrącany z tej swojej gry. Robiła to dobrowolnie.
Dobrowolnie czy pod przymusem
Pani Ania, była pielęgniarka doktora, ma na ten temat zupełnie inne zdanie: – Byłam do tego przymuszana. Czy normalna i zdrowa kobieta robiłaby takie rzeczy dobrowolnie?
Doktor wykorzystał mnie. On czerpał profity, a ja otrzymywałam 378 złotych i 32 grosze po potrąceniu przez komornika. Badano mnie na wykrywaczu kłamstw. Wypadłam wiarygodnie.
Doktor twierdzi, że właściwie to przez panią Anię padł cały program.
– W listopadzie ubiegłego roku została zwolniona z uwagi na swoje olbrzymie zadłużenie. Od tego czasu biega po redakcjach twierdząc, że musiała onanizować więźniów. Została zatrudniona za moim poręczeniem. Nie wiedziałem, że ma aż tak duże długi. Mówiła o mniejszych. Gdy powiedziałem jej, że zostanie zwolniona, wpadła w jakiś szał. Zachowywała się tak, jakby robiła mi na przekór, na złość. Robiła to nie tak, jak powinno to być robione. Po pewnym czasie dochodziło do rozmów miedzy nami. Zaprzestałem działalności, bo z nią nie było już dalszej współpracy. Nie mogłem przy więźniu zwracać jej uwagi. Dyrekcja chciała ją zwolnić. Ja powiedziałem, że nie będę się upierał przy jej dalszym zatrudnieniu, bo z nią mogły być tylko kłopoty. Została zwolniona. Próbowała mnie szantażować. Później napisała oświadczenie, że nie będzie mnie szantażować i mi ubliżać.
Niemoralne i nieetyczne
Profesor Lew-Starowicz: – Podczas inspekcji we Włocławku rozmawiałem ze wszystkimi zainteresowanymi poza asystentką. Inspekcja była poufna, nikt mnie nie upoważnił do upowszechnienia raportu, który przedstawiłem. Z tego, co wiemy, to nikt w ten sposób nie leczy pedofilii. Może ktoś prywatnie robi takie numery, ale jeśli chodzi o standardy leczenia, to w ogóle nie wchodzą one w grę. Masturbacja jest jedną z metod leczenia. Ona znajduje się w zespole metod i nie można jej przypisywać fantastycznego efektu. Nie ma takich standardów ani diagnostycznych, ani terapeutycznych.
– Prof. Lew-Starowicz stwierdził, że to nieetyczne i niemoralne. W rozmowie ze mną tego nie powiedział. Nie komentował sprawy – twierdzi doktor. – Dla mnie jego reakcja była pewnym zaskoczeniem. Ja jestem od badania popędu seksualnego. W jaki sposób miałem badać więźniów? Dochodzę do wniosku, że seksuologia w polskim wydaniu jest jednym wielkim gawędziarstwem. Próbowałem coś zrobić. Naprawdę. Uważam, że z punktu widzenia naukowego nie popełniłem żadnych błędów, absolutnie. Jeżeli tego nie można robić u nas w kraju z przyczyn etyczno-moralnych, to w ogóle nie ma się co za to zabierać. I taką opinię po trzech miesiącach pracy chciałem przekazać.
Z opinią doktora nie zgadza się prof. Lew-Starowicz: – Mówimy o człowieku, który nie miał żadnego kontaktu ze środowiskiem zawodowym. Nie był członkiem polskich towarzystw seksuologicznych, nie brał udziału w zjazdach i kongresach. Jakie on może mieć poglądy na ten temat, skoro się nie kontaktował ze środowiskiem?
Wyszło jak wyszło
Rozgoryczenia nie ukrywa zastępca dyrektora ZK Włocławek:
– Chcieliśmy zrobić coś, czego jeszcze w Polsce nikt nie robił. Walczyć z narastającą patologią. Podjęliśmy rękawicę, a wyszło jak wyszło. To był jedyny człowiek, który chciał z nami współpracować. Na jego wiedzy i doświadczeniu oparliśmy wszystko. Przecież my się na tym kompletnie nie znamy! Seks jest taką dziedziną życia ludzkiego, że kto się do tego nie dotknie, to robi się problem.
Dyrektor zapewnia, że była asystentka doktora nigdy nie żaliła się, że doktor do czegoś ją przymuszał.
– Nikt się nie skarżył. Nie naruszyliśmy niczego. Został niesmak – przyznaje.
Luiza Sałapa, rzecznik prasowy Centralnego Zarządu Służby Więziennej zastanawia się, czy podejmując program leczenia pedofilii służba więzienna nie porwała się trochę z motyką na słońce? Wylicza, że miesięczny koszt lekarstw obniżających popęd płciowy dla jednego więźnia wynosi tysiąc złotych. Czy należy je podawać więźniowi na miesiąc przed wyjściem, czy na trzy miesiące? A jak wyjdzie z zakładu karnego, to przecież nikt go nie zmusi do dalszego leczenia, bo nie ma takiego prawa. Co prawda jest projekt zmian w Kodeksie Karnym wprowadzający obowiązek nadzoru i dalszego leczenia, ale to nadal tylko projekt. Choć programy są trudne, a płace w więziennictwie nieatrakcyjne dla lekarzy-specjalistów, to kolejne zakłady karne chcą leczyć pedofilię. Prawie równolegle z Włocławkiem ruszył program w Załężu pod Rzeszowem. Interesują się tym Warszawa, Łódź i Poznań.
Uszy po sobie
– Myślałem, że to jest rozsądny kraj – mówi doktor. – Nie będzie się wypuszczać ludzi, którym trzeba najpierw pomóc. Teraz pojawiła się cała masa bojących się ludzi, którzy położyli uszy po sobie, gdy zaczęła się ta sensacja. Nikt nie stanął po mojej stronie. Wszyscy mówią o onanizmie i masturbacji, jakby to było robione dla przyjemności. Tak to jest interpretowane. W jakim świetle mnie to stawia?
Pielęgniarka uważa się za ofiarę doktora, doktor twierdzi, że programowi zaszkodziła pielęgniarka. A funkcjonariusze sądzą, że jedyną ofiarą był ich kolega – eks-mąż pielęgniarki, który w listopadzie ubiegłego roku popełnił samobójstwo. W ubiegłym roku we włocławskim Zakładzie Karnym rozpoczął się pilotażowy program leczenia więźniów skazanych za przestępstwa seksualne wobec dzieci. Program był potrzebny, ale przed dwoma tygodniami został zawieszony, a umowę z prowadzącym go lekarzem-seksuologiem rozwiązano. Dlaczego? Dlatego, iż podczas diagnozowania więźniów lekarz korzystał z pomocy pielęgniarki-asystentki (nazwaliśmy ją panią Anną).
Jakim prawem?
Na terenie Zakładu Karnego podczas badania, gdy więzień oglądał film erotyczny, do pokoju wchodziła asystentka i mierzyła, a także pobudzała członek więźnia. Wszystko po to – jak tłumaczy lekarz – by uniemożliwić osadzonym manipulację i dobrze zdiagnozować mężczyzn odbywających karę więzienia. Pani Ania twierdzi, że robiła to pod przymusem, bo tak kazał jej doktor. On zaprzecza i twierdzi, iż kobieta robiła to dobrowolnie i dopiero po zwolnieniu jej w listopadzie ubiegłego roku oświadczyła, że o wszystkim opowie dziennikarzom. Dyrekcja ZK Włocławek poinformowała "Pomorską", że Anna nigdy nie skarżyła się, iż doktor zmuszał ją do wykonywania określonych czynności. Z tego, co udało się nam ustalić, podobno skargę wystosował jeden z więźniów, który zapytał, czy w Polsce prawo umożliwia taką terapię?
Wizytujący włocławskie więzienia prof. Zbigniew Lew-Starowicz, krajowy konsultant ds. seksuologii, uznał te praktyki za "nieetyczne i niemoralne". Zbierając informację trafiłem także na plotkę, że w Internecie był podobno film nakręcony w gabinecie podczas diagnozowania więźnia. Reakcja Centralnego Zarządu Służby Więziennej była natychmiastowa – sprawdzić.
– Dyrektor pytał doktora, czy coś było nagrywane, ale doktor "na trzy tysiące procent" zapewnił, że nic takiego nie miało miejsca – wyjaśnia Leszek Lubicki, zastępca dyrektora ZK Włocławek.
Stosunek zależności
Po poniedziałkowych artykułach prasowych włocławska Prokuratura Rejonowa zastanawiała się, czy są podstawy do wszczęcia postępowania. Prokuratorzy powołują się na artykuł Kodeksu Karnego: „Kto przez nadużycie stosunku zależności doprowadza inną osobę do obcowania płciowego lub do poddania się innej czynności seksualnej albo do wykonania takiej czynności może być skazany na karę ograniczenia wolności do lat trzech”.
– Wniosek o takim przestępstwie musi złożyć sama pokrzywdzona wskazując, kto ma być ścigany i za co – tłumaczył Zbigniew Górski, zastępca prokuratora okręgowego we Włocławku.
Ktoś za mną chodzi
Anna była na policji już w ostatnią sobotę.
– Jestem śledzona przez jakiegoś mężczyznę. Jechał razem ze mną do Krakowa na nagranie programu telewizyjnego, a teraz widuję go na przystanku i w autobusie – opowiadała.
– Boję się! Wychodzę z domu tylko w towarzystwie dzieci. Nie wiem, kto nasłał tego mężczyznę.
Funkcjonariusze ZK Włocławek twierdzą, że to nie pierwszy przypadek, gdy Anna zwraca się do policji o pomoc.
– Po pogrzebie swojego byłego męża, zrobiła to samo. Krzysztof to były mąż Anny. Byli już kilka lat po rozwodzie. Pracował jako funkcjonariusz w ZK Włocławek.
– Ta cała sytuacja doprowadziła go do piachu. Kiedy kolega dowiedział się, że tutaj będzie przyjęta jego była żona, prosił dyrekcję, by do tego nie doszło. Przyjęli ją. On pracował na pierwszym piętrze, a ona robiła "to" na parterze. Później, więźniowie wracający od doktora przechwalali się, co robiła im jego była – mówią jego koledzy.
– Osadzeni byli zachwyceni tymi seansami. W końcu mieli rozrywkę, o jaką w więzieniu ciężko – dopowiada inny funkcjonariusz.
– Ile razy można było tego słuchać? – pyta kolejny. – A ona śmiała mu się bezczelnie w twarz. To ona wpędziła go w kłopoty finansowe. Ona brała pożyczki, a on nawet jak już nie byli razem, gdy chciał ratować związek – podpisywał wszystko. Komornik wszedł mu na pensje. Robiliśmy zrzutki, żeby miał za co żyć. Anna, była żona Krzysztofa twierdzi, że winnym ich zadłużenia był mąż, który nadużywał alkoholu. Koledzy protestują:
– Krzysiek pił jak każdy klawisz. Na pewno nie był alkoholikiem. Nie przychodził pijany do domu i nie robił awantur. Ona wysysała go z każdej złotówki. Spłacał ich wspólne mieszkanie, w którym już go nie było, opłacał jej studia, a ona przyprawiała mu rogi.
Przypominają o sprawie nadpłaty, która przyszła na adres żony, a ona odebrała pieniądze z poczty fałszując jego podpis.
– Założył jej sprawę w sądzie o zabór mienia, ale wiadomo, jak działają sądy. Umorzyli z uwagi na ciężką sytuację materialną byłej żony. Koledzy Krzysztofa mają też żal do siebie za tzw. szyderę.
– Docinaliśmy sobie, nie oszczędzaliśmy także jego, bo tu trzeba nauczyć się śmiać z samego siebie. Po jego śmierci mamy wyrzuty sumienia. Nie wyobrażaliśmy sobie, co działo się w jego głowie.
Funkcjonariusze twierdzą, że prawdziwym powodem zwolnienia Anny z pracy nie były jej długi i to, że doktor zamknął nad nią parasol ochronny.
– Po samobójstwie Krzyśka nikt nie był w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa w zakładzie karnym. A teraz, jak zobaczyliśmy ją w telewizji, jak występuje w roli pokrzywdzonej, to chcemy upomnieć się o naszego kolegę. To on był ofiarą, a nie ona. Uważamy, że te jej występy mają jedno na celu – chce uzyskać odszkodowanie od doktora lub zakładu karnego, bo z cmentarza już pieniędzy nie wyciągnie!
Krzysztof popełnił samobójstwo po imprezie, na której jego koledzy świętowali awanse. Rano wstał, odszedł kilkaset metrów od domu i powiesił się w lesie.
Fakty czy fantazje?
Anna uważa się za ofiarę doktora. Twierdzi, że od listopada 1995 r. była jego pacjentką.
– Miałam kłopoty z mężczyznami, gdy już w wieku 16 lat usiłowano mnie zgwałcić. Kiedy jakiś mężczyzna usiłował mnie podrywać – momentalnie zamykałam się.
Opowiedziałam o tym doktorowi, wysłuchał mnie, a już podczas drugiej wizyty domagał się ode mnie seksu oralnego. Robiłam to, byłam pod jego wpływem. Później działy się już tylko coraz gorsze rzeczy. Pomińmy to milczeniem. Tym bardziej, że doktor uważa, iż są to fantazje seksualne kobiety.
– Nigdy nie dochodziło do tego, o czym ona mówi. To są bzdury. Kiedyś miała pomysł kręcenia filmów pornograficznych. Pokazała mi "scenariusz". Takie porno byłoby rozchwytywane jak ciepłe bułeczki. Dużo pisała na ten temat. Na przykład: "Na widok mężczyzny, który mi się podobał, dosłownie grzały mi się przewody". Opowiadała o swoich kontaktach seksualnych z innymi mężczyznami, przyznawała się, że zdradzała swojego męża. Nigdy nie była moją pacjentką. Pomagałem jej i nigdy nie sądziłem, że będzie zdolna do tego, co teraz robi.
Partnerka zastępcza
Doktor przyznaje, że trzy lata temu w swoim prywatnym gabinecie korzystał z pomocy Anny jako tzw. partnerki zastępczej.
– To jedna z form leczenia. Jeśli przychodził pacjent, który skarżył się na zbyt wczesny wytrysk, to mówiłem mu, że może podjąć leczenie z własną partnerką lub może to zrobić u mnie z partnerką zastępczą. Stawiałem zaporową cenę, by pacjent sam znalazł partnerkę. Chciałem w seksuologii być nie tylko teoretykiem. Tu jest literatura na ten temat. W podręczniku, rzeczywiście jest mowa o tzw. partnerkach zastępczych, ale autorzy sygnalizują, że ten sposób leczenia jest "sprawą otwartą".
– Kilka razy korzystałem z jej pomocy, była chętna, miała pewne doświadczenie. Po dwóch ostatnich przypadkach, gdy zbyt mocno związywała się z pacjentem, miałem obawy i zaniechałem takiego leczenia. Nie chciałem robić rzeczy niedozwolonej, ale to, co jest dozwolone w seksuologii, nie prowadzi donikąd. Zrobiłem malutki eksperyment, który nie opierał się tylko na gawędziarstwie, a teraz jestem zniszczony – mówi doktor. Powołuje się na naukowe definicje popędu, potencji seksualnej i pobudliwości.
– Tu sam wywiad nie wystarcza do postawienia właściwej diagnozy. Doktor broni swoich metod diagnozowania więźniów i pyta:
– Jak w stare ramy więziennictwa wstawić seks?
***
Wywiad z dr. Tadeuszem Kononiukiem
Czy Pan jako autorytet w dziedzinie etyki dziennikarskiej po lekturze artykułu, ma jakieś merytoryczne uwagi i wątpliwości co do rzetelności i etyki zawodowej autora tekstu, czy też uważa Pan, że autor zachował szczególną staranność, pracując nad reportażem?
Jeżeli mam jakieś zarzuty, to w pierwszej kolejności wiążą się one z ochroną dóbr osobistych opisywanych osób. Pojawia się problem natury formalnej, czy ten tekst zbyt głęboko nie penetruje sfery życia intymnego.
Po lekturze reportażu nasuwają się przede wszystkim dwie wątpliwości. Po pierwsze czy relacja lekarza z pielęgniarka była umową opartą na autonomii stron (jak twierdzi lekarz) czy też była oparta na przymusie (jak utrzymuje pielęgniarka). Jeżeli natomiast była to relacja oparta na przymusie, to rodzi się pytanie jakiego rodzaju był to przymus: mobbing, a może uzależnienie psychiczne lub finansowe. W tej sytuacji dziennikarz nie był w stanie rozstrzygnąć, która ze stron mówi prawdę, a która kłamie. Takie rozstrzygnięcie leży w gestii sądu. Wobec tego myślę, że dziennikarz zachował tu szczególną staranność, gdyż nie wydaje żadnych kategorycznych ocen i zachowuje obiektywność.
Po drugie nasuwa się pytanie czy samobójstwo byłego męża pielęgniarki było bezpośrednim następstwem relacji łączącej pielęgniarkę z lekarzem i jej udziału w eksperymentalnej terapii leczenia pedofilii. Moim zdaniem to nie jest jednoznaczne. I pojawia się zarzut pod adresem autora reportażu – z tekstu wynika jednoznacznie, że istniał związek przyczynowo-skutkowy między śmiercią jednego z bohaterów jako bezpośrednim następstwem „związku” pielęgniarki z lekarzem. Ja miałbym co do tego wątpliwości.
Reasumując, czytelnik przedstawione w materiale hipotezy, mógł odebrać jako niepodważalne fakty?
Dokładnie. Uważam, że jeżeli rzecz opiera się wyłącznie na poszlakach, to czy nie powinno być to w tekście bardziej wyeksponowane, aby czytelnik nie miał wątpliwości, że ma do czynienia jedynie z poszlakami, poszlakami – nie z faktami. To są jedynie hipotezy, na potwierdzenie których nie ma żadnych dowodów. Czytelnik ma prawo o tym wiedzieć. Moim zdaniem w oparciu o art. 12 ustawy Prawo Prasowe, który nakłada na dziennikarza obowiązek szczególnej staranności zawodowej, należałoby wyakcentować, jaki rodzaj prawdy przedstawiono w artykule. A w tym wypadku są to domniemania, hipotezy i poszlaki.
Jeżeli ten tekst mógł kogoś skrzywdzić, to w Pana opinii, którego z bohaterów najbardziej? Kto miałby największe przesłanki ku temu, aby zarzucić autorowi tekstu naruszenie zasad etyki zawodowej?
Myślę, że ten tekst najbardziej dotknął rodzinę tego samobójcy i to ona mogłaby zarzucić autorowi naruszenie dóbr osobistych, a w szczególności naruszenie dobrego imienia osoby zmarłej.
Czy w Pana opinii podobne reportaże czemukolwiek służą, czy są czytelnikowi potrzebne?
Jeżeli podobne eksperymenty byłyby rzeczą nagminną, to można by pomyśleć, że ten tekst ma na celu ograniczenie podobnych procedur. Ale tego typu eksperymenty, jak sądzę, należą raczej do sytuacji wyjątkowych. Wobec tego moim zdaniem nagłośnienie całej sprawy de facto niczemu nie służy. Reportaż ma typowo sensacyjny charakter i spełnia wszystkie kryteria prasy bulwarowej (tzw. 3 x S: sex, sensacja i śmierć). To jest klasyczny przykład tekstu, który poza tym, że epatuje sensacją podbarwioną erotyką, ze śmiercią jak u Hitchcocka w tle, tak naprawdę nic ważnego nie wnosi i nic nie proponuje.
Wywiad z Markiem Millerem
Wiem, że nie podoba się Panu artykuł opublikowany w Gazecie Pomorskiej?
Nie podoba się, to jest dobre określenie. Ocena tego artykułu jest rzeczą gustu, a gust jest kategorią bardzo subiektywną. Otóż ja dzielę się jedynie swoimi wrażeniami. Ponadto jestem przekonany, że każdy reporter, każdy dziennikarz ma coś takiego, jak intuicja. Dla mnie po prostu ważne jest to pierwsze wrażenie. Coś albo mi się podoba, albo nie.
Otóż mnie się ten reportaż nie podoba, gdyż moim zdaniem jest to materiał sensacyjny, ale sensacyjny w tym brukowym, niedobrym znaczeniu. Ten materiał staje się sensacyjny, gdyż niezdrowo podnieca. Autor tekstu epatuje czytelników tanią erotyką, śmiercią, ale ponadto, ani nie mówi nic ważnego, ani nic nie proponuje, nie mówiąc już o załatwianiu. Natomiast wchodzi w rzeczy, w świat, który innych ludzi bardzo dużo kosztuje. Jeden z bohaterów reportażu popełnia przecież samobójstwo. Mówiąc krótko, rzecz przestaje być śmieszna. Jeżeli umiera człowiek, pewien typ argumentacji, pewien typ sformułowań, pewien typ opowiadania nie powinien mieć miejsca. A w tym przypadku ma. I dlatego ten reportaż mi się nie podoba. Po prostu jest w złym guście.
Powiedział Pan, „że rzecz przestaje być śmieszna, bo pojawia się śmierć”. Czy zatem o śmierci, o sprawach trudnych nie należy pisać?
O śmierci można, a w pewnych sytuacjach wręcz powinno się pisać. Przykładem jest śmierć papieża. Powstało wtedy wiele tekstów, z czego większość była udana i bardzo potrzebna. Ale aby pisać o sprawach trudnych, trzeba znaleźć jakiś patent. To wcale nie jest takie proste i oczywiste. Jeżeli się o czymś pisze, trzeba mieć na to pomysł; dla każdego tematu trzeba znaleźć właściwą poetykę.
Ten tekst dotyka trudnych i często delikatnych spraw, może problem tkwi w tym, że autor nie udźwignął tego tematu i nie znalazł dla niego, jak Pan to określa, właściwej poetyki.
Faktem jest, że ten tekst jest o rzeczach trudnych, a jak wspomniałem o rzeczach trudnych nie pisze się łatwo. Ale z drugiej strony nie o wszystkim należy pisać. Oceniając reportaże, mam coraz częściej wrażenie, że młodzi ludzie, zaczynający działać w zawodzie, poruszają pewne sprawy z niewiadomych powodów, zupełnie bez sensu. Dziennikarstwo to zawód realnego wpływania na coś, tymczasem wiele materiałów nawet nie próbuje nic zmieniać.
Reportaż, o którym mówimy, opiera się na nie zweryfikowanych opiniach, półprawdach, poszlakach, które przedstawione zostały jako fakty.
Tak, cały ten materiał pełen jest niedomówień, niewiadomych i ogólników. Warto jest pisać wtedy, gdy choć trochę wiemy, na czym stoimy. Autor reportażu, nie wie na czym stoi. W przypadku tego artykułu mamy jedną opinię przeciwko drugiej. Opinię lekarza, robiącego eksperymenty lub pseudoeksperymenty (jak kto woli), przeciwko opinii pielęgniarki. Aby rozstrzygnąć tę całą sprawę, potrzebna jest trzecia opinia, opinia sądu, która pozwoli uzyskać jakąś rzeczywistą diagnozę.
Mówiliśmy też o sensacyjności, bulwarowości tego tekstu. Czy zgodzi się Pan, że ten zarzut dotyczy coraz większej liczby artykułów prasowych?
Myślę niestety, że tak. Dramatem komunizmu była cenzura, dziś dramatem jest komercja, która wiąże się z podniecaniem niskich gustów za wszelką cenę. Dramat dzisiejszych czasów, polega na przekraczaniu wszelkich możliwych norm, aby dojść do określonego celu. Dziennikarstwo staje się towarem. Ale ja wciąż wierzę w dziennikarstwo, które jest narzędziem poznania jakiejś tajemnicy, która nas otacza. Może brzmi to górnolotnie, ale ja naprawdę wierzę, że dziennikarstwo to zawód wpływania na pewne sprawy, kształtowania rzeczywistości.
Czy popełnił Pan w przeszłości tekst, którego potem by żałował i czy miał Pan kiedyś poczucie, że skrzywdził swojego bohatera?
Świadomie nie miałem takiej sytuacji. Gdyby ktoś mi powiedział, że jeżeli ja o czymś napiszę, to on popełni samobójstwo, to naturalnie bym nie napisał. Żaden tekst nie jest wart ludzkiego życia, ani zdrowia. Oczywiście towarzyszą mi nieustanne wątpliwości, one są wpisane w ten zawód. Być może nieświadomie kogoś skrzywdziłem. Jeżeli tak, to przepraszam.
Jaką miałby Pan wskazówkę dla młodych dziennikarzy, którzy u progu zawodowej kariery stają przed wieloma dylematami natury etycznej?
Mam jedną wskazówkę: bądźcie wrażliwi, próbujcie być wrażliwi. To nie zawsze się udaje. Ale trzeba starać się by nie pogłębiać chaosu i zła, by świadomie nie kłamać. Trzeba umieć zachować dystans. Nie można myśleć i działać w przekonaniu, że w imię tego zawodu można wszystko. Bo to nieprawda.
Komentarze
Autor: wspólnik (Poniedziałek 09-10-2006 10:02)
czepiacie się formy sensacyjnych treści, podczas, gdy Laudański napisał i tak mniej, niż mógł - we włocławskim więzieniu wrzało, a opinie wygłaszane przez dyrektora zakładu, czy przedstawicieli zarządu centralnego służby więziennej to próba zatuszowania sprawy - o procederze w ZK wiedzieli wszyscy i faktem jest, że afera stała się gwoździem do trumny funkcjonariusza - zresztą stosunki panujące we włocławskim więzieniu to już temat na zupełnie inny artykuł