Korek
Jeszcze tylko trochę konturówki i bezbarwnej szminki. Klucze. Górny zamek – raz, dwa. Dolny zamek – raz, dwa. Winda zajęta. Czekać czy pokonać sto czterdzieści cztery schody? Nie mogę czekać. Schody. Raz, dwa, trzy, cztery. Szybciej, szybciej! Jeszcze tylko czterdzieści pięć schodów. Jest taksówka. Dobrze!
„Na dworzec proszę, tylko jak najszybciej się da, bo już jestem spóźniona!”
„A na którą mamy być?”
„Za kwadrans.”
„Oooo! Za kwadrans to ciężko panienko będzie, bo korki o tej porze są. Chyba następnym panienka pojedzie.”
„Proszę pana, niech pan jedzie, bo ja muszę zdążyć na ten pociąg!”
Ma rację. Korki. Wszędzie korki. Czemu nie mam dziesięciu lat i nie jestem książkową Karolcią? Miałabym koralik, wypowiedziałabym życzenie i pomknęła nad ulicami.
„Czytał pan „Karolcię”?”
„Karolcię?! Żadnej Karolci nie czytałem. Ja panienko, chyba nie z tego pokolenia. A co to ta Karolcia?”
„A nic, nic, tak tylko zapytałam. Nie mógłby pan skręcić w jakoś boczną?”
„Panienko, wszystko stoi, robię, co w mojej mocy!”
Jak to robi wszystko, co w jego mocy? Przecież stoi i nic nie może zrobić. Nie będę z nim dyskutować. To nie jego wina, ale teraz całą złość wyżyłabym na nim. Niech mnie tylko dowiezie. Niech zdąży.
„Czy mogę zapalić?”
„Panienko kochana, tu się nie pali. Karteczka jest z przodu! O, dynda! Widzi pani? Zresztą jakby moja stara poczuła, że mi ubranie śmierdzi fajkami, to by mi dała popalić.”
„Stara”! Jaka „stara”? Jak to w ogóle brzmi?! Czy jeśli zdążę, jeśli wyjedziemy razem, to czy on za dziesięć, dwadzieścia lat też powie o mnie „stara”? Jezu, czemu stoimy? Nie dowiem się tego, jeśli nie przejedziemy na tych światłach. Ciekawe, zapytam o ta „starą”!
„Przepraszam, ale jak to „stara”?”
„No stara, no! Normalnie! Moja żona, nie? A co panienka myślała?”
„Nie, no nic! Tak tylko zapytałam... Proszę pana, ja muszę zdążyć na ten pociąg. Tam ktoś na mnie czeka i jak mnie nie zastanie, to wsiądzie beze mnie. Pan rozumie? Niech pan coś zrobi! Niech mnie pan może dowiezie do skrzyżowania, to tam wysiądę i złapię tramwaj!”
„Panienka się nie gorączkuje! Jak panienki nie będzie, to przecie nie wsiądzie, nie? A kto to niby czeka? Ukochany pewnie, co?”
Ukochany...! Ukochany to czekał, a nie czeka. Za długo, żeby czekać dłużej. Poczeka jeszcze dziewięć minut. Ostatnie dziewięć minut. Tyle dokładnie, ile zostało do odjazdu pociągu. I koniec! Wsiądzie beze mnie i pojedzie niewiadomo gdzie. Zgodnie z umową. Czeka teraz przy kasach. W ręku ma przygotowane dwa bilety i tylko on wie, dokąd. Ja mam się tylko pojawić, o ile zdecyduję się na wyjazd z nim, na bycie z nim. Jeśli nie przyjadę, nie będę wiedziała, w którą stronę pojechał i nie będę wiedziała gdzie go szukać. Cóż za groteska! Cóż za ironia! O wszystkim zadecyduje korek! Za mnie zdecyduje! Teraz, kiedy w końcu postanowiłam. Głupie to życie! Zawsze jest za wcześnie albo za późno! Nigdy nie ma odpowiedniego momentu na spotkanie ludzi. Jeszcze kilka miesięcy temu ciągle było dla mnie za wcześnie, a teraz jest za późno. Nie wiem, czego tak się bałam. Analogii chyba. Tego, że życie się powtórzy, że powtórzę historię rodziców. A tego najbardziej chciałam uniknąć. Nie chciałam jak moja matka, siedzieć w moim i jego, wspólnym mieszkaniu, czekać, malować kolejne obrazy, coraz ciemniejsze, coraz bardziej ponure. Zaglądać w międzyczasie do kojca, patrzeć czy dziecko śpi, czy dziecko się bawi, czy nie jest głodne i czy nie trzeba mu zmienić pieluchy. „Mężatka – samotna matka” powtarzała za każdym razem, gdy ojciec wyruszał na kolejną wyprawę. A on przywoził jakieś maski, skrzynie, misy i stosy innych rzeczy, które miały sprawić, że nasz dom miał wyglądać wyjątkowo. I wyglądał. Jego podróżne trofea rozsiane po całym mieszkaniu i obrazy matki na ścianach. Potem doszły jeszcze moje. Najpierw niewprawne, niemające pojęcia o perspektywie, proporcjach i kompozycji. A potem coraz lepsze i lepsze. I chyba wtedy, poprzez to malarstwo, zaczęłam widzieć, jak bardzo jestem podobna do matki. I wtedy też chyba obiecałam sobie, że nie chcę, że nie będę żyć jak ona. I że nigdy nie pokocham człowieka takiego jak mój ojciec. Ojciec zjawiał się, co parę miesięcy, zostawał na miesiąc, czasem na dwa i znów wyruszał. Podróżnik! W tym czasie, kiedy był, matka rozkwitała. Dla niego, wszystko dla niego. Słyszałam przez ścianę, jak co noc się kochali, jak próbowali nadrobić te miesiące rozłąki. Ale ojciec dusił się w domu. Nie mógł wysiedzieć, musiał jeździć. Nie dlatego, że kochał te podróże bardziej niż mamę. Po prostu miał taka naturę. A nam się wtedy wydawało, że jedyne, co możemy, to zaakceptować to. A może to matce tylko tak się wydawało?
„Halo! Jest tam panienka z tyłu? No, słyszę, że nie odpowiada, jakaś zamyślona, jak nic amant czeka! Panienka się nie martwi, poczeka, poczeka. Ja na moja starą też czekałem! Ba! Nawet jeździłem za nią! Bo ona z południa pochodzi, z Zakopanego. Ja to ze stolicy jestem! Czy panienka może sobie wyobrazić ile ja się nagimnastykowałem, żeby ją tu do Warszawy sprowadzić? Twarda sztuka z niej była. Się naczekałem! No, ale doczekałem.”
„No i jak ją pan sprowadził? I czemu nie chciała przyjechać? Wie pan co, niech pan może skręci na lewy pas, tam chyba szybciej się posuwa. No słucham, słucham, niech pan mówi.”
„A, no bo, proszę panienki, moja stara to zdolna jest! W kapeli śpiewała razem z siostrą. No i dla niej, to śpiewanie i ta kapela, to całe życie! A tu chłop jej się trafił i trzeba było wybrać. A ja to niezgorsza partia byłem, bo warsztat samochodowy prowadziłem z ojcem. Własny biznes, to wie panienka, to jest coś! Zresztą, ja to się muszę przyznać panience, że teraz to młodzi kończą Bóg wie co, jakieś tam uniwersytety, a i tak pracy nie mają. A ja to od małego wiedziałem, że lubię przy samochodzie dłubać, więc w żadne nauki się nie bawiłem, tylko zawodówkę rach, ciach skończyłem i do pracy, do ojca. Ojciec widział, że warsztat traktuję poważnie, to zrobił ze mnie wspólnika. No i wtedy właśnie Zośkę poznałem, to znaczy moją starą. No a jak już powiedziałem, ona to nie chciała tu do stolicy zjechać, przez to jej śpiewanie. Przyjeżdżała, ale zaraz potem wracała do siebie, do rodziny. Tak przez dwa lata. No wie panienka, tak się żyć nie dało. Ja miałem interes, to ruszyć się stąd nie mogłem. I wie panienka co, wzięliśmy się ze starą na sposób. Bo ona, oprócz tego, że utalentowana wokalnie jest, to jeszcze obrotna baba. Sprowadziła z tych gór swoją przyjaciółkę, z którą razem śpiewała, wyszukały jakiś Dom Kultury czy coś takiego, ja to dokładnie nie wiem, wynajęły tanio salę i zaczęły lekcji śpiewu dzieciakom udzielać. A że okazało się, że w Warszawie zapotrzebowanie na wszelki folklor jest, to im ten interes zaczął iść. No i wreszcie szczęśliwa była. Bo mnie miała przy boku, a i robiła to, co kocha. A potem to już szybciutko: oświadczyłem się jak trzeba, ślub wzięliśmy w tym jej Zakopanem, mieszkanie w Warszawie urządziliśmy, potem dzieci i tak to się wszystko toczy. No a teraz jeszcze tę taksówkę mamy. I jest jak to mówią: git!”
„No to pięknie… Proszę pana, wyrobimy się? Dowiezie mnie pan?”
„No ładnie, ja tu panience pół swojego życia opowiadam, a coś czuję, że panienka, to daleko myślami na dworzec odpłynęła. No kochana moja, niech sama panienka spojrzy na zegarek, którą to mamy. Za trzy minuty chciała tam panienka być, a jakby korka nie było, to trzeba by nam było jeszcze z ośmiu. Nie pomyślała panienka! Trzeba było wcześniej wyjść z domu! No, ale to zadzwonić panienka nie może? Powiadomić, że się spóźni, że następnym pociągiem się pojedzie.”
„On nie ma komórki…! Nic nikomu nie mogę powiedzieć! Nigdzie proszę pana nie pojadę, bo nikt na mnie nie będzie czekać... Wie pan co, duszno tu u pana. Proszę gdzieś tu stanąć i mnie wysadzić.”
„No jak sobie panienka życzy… Skoro mówi panienka, że nie ma co jechać, no to chyba sama wie najlepiej. Dwadzieścia złotych się należy.”
„Proszę, do widzenia panu. I proszę pozdrowić żonę.”
„Dziękuję, no i szczęścia panience życzę!”
Idę na most, pod którym ciągną się tory kolejowe. Akurat przejeżdża pociąg. Czy to ten nasz? Trzeba było wziąć się na sposób, jak ten taksówkarz ze swoją „starą”! Skoro już byłam jak moja matka, a on jak mój ojciec, skoro ja musiałam malować, a on ciągle podróżować, to trzeba było to pogodzić. Trzeba było spakować swoje farby i sztalugi, kilka sukienek i buty. I jechać z nim, skoro tyle razy proponował, nalegał i prosił. Trzeba było zaakceptować tą jego rozbieganą naturę i zamiast rozstawiać sztalugi we własnym pokoju, robić to w dowolnym zakątku świata, do którego by go zagnało. Może bylibyśmy teraz na Alasce, albo w Argentynie, czy w Chinach? Gdziekolwiek. Palilibyśmy razem miejscowe papierosy, pili mocną kawę, a on by do mnie wołał „stara”. Tak po prostu, normalnie! Stara, czyli jego żona.
Komentarz
Marek Kochan, czytelnik.
Co jest w tym tekście ciekawe: na pewno zestawienie córki z matką, a raczej ich związków. Bohaterka patrzy krytycznie na małżeństwo rodziców, chce wyciągnąć z niego wnioski, nie popełnić tych samych błędów, co matka. Ale też chce mieć to co matka. Jest w tym sprzeczność. Matka zapłaciła jakąś cenę aby zbudować związek. Bohaterka nie chce płacić ceny, chcąc jednocześnie być z mężczyzną podobnym do własnego ojca.
Do tego dochodzi pokazane w tle małżeństwo taksówkarza – tradycjonalisty. Nie bardzo wiem, dlaczego taksówkarz jest punktem odniesienia dla córki malarki i podróżnika, ale niech tam. W każdym razie uosabia on proste, tradycyjne związki, za którymi może tęskni bohaterka.
A więc ciekawy jest temat i punkt wyjścia. Teraz trochę o tym, co mi przeszkadza, czy raczej co można zrobić lepiej.
Po pierwsze taksówkarz. Może jeżdżę innymi firmami taksówkowymi, ale ten taksówkrz jest dla mnie jakiś sztuczny, papierowy. Czy bajkowy. Taksówkarze nie mówią „panienko”, nie mają dystansu do języka („jak to się mówi”), nie używają sformułowań w rodzaju „utalentowana wokalnie była”. Nie zwierzają się z własnego życia. A jeśli miałby się zwierzać, to nie tak od razu. Coś musiałoby się między nim a pasażerką wcześniej zadziać.
Po drugie chłopak. Nie wiem zupełnie jaki on jest. Czy to dobrze, że bohaterka nie zdążyła, czy źle? Aby to ocenić musiałbym wiedzieć cokolwiek na jego temat. To nie jest opowiadanie o nim, ale chciałbym choć móc go sobie wyobrazić. Czy on na pewno ma być identyczny jak ojciec? Może ciekawiej byłoby gdyby się różnił?
Po trzecie – fabuła. Opowiadanie może być krótkie, może być całe w taksówce. Ale musi się w nim coś wydarzać. Lepiej, żeby bohaterka działała, żeby miała jakiś wpływ na to, co się zdarza. A tak wychodzi, wsiada i się spóźnia. Może byłoby ciekawiej, gdyby się spóźniła jakoś tam z własnej winy. Na przykład dlatego, że chce być bardzo piękna i za długo się maluje. A jeśli zmienia ją rozmowa z taksówkarzem, to niech ona sama zrezygnuje z jechania z tamtym. Bierność jest mniej ciekawa.
Podsumowując – na pewno jest to ciekawy materiał, autorka umie szybko i sprawnie opowiadać. Ale wydaje mi się, że warto jeszcze nad tym tekstem popracować, może on być znacznie lepszy niż teraz.