Poradnik fotoreportera: jak zrobić dobry portret.
Bez pożegnania
Moja niania zmarła w '81. Przez ostatnie 5 lat szukałem jej grobu. W tym roku go odnalazłem, stanąłem nad nim i wróciło do mnie wspomnienie, jak biegłem do niej krzycząc „Babcia, daj cukierka”. Chowałem się zawsze w połę płaszcza, a ona wyjmowała jakąś słodycz. Zawsze miała coś dla mnie w kieszeni. Pani Zofii też chciałbym dać możliwość powrotu. Żeby miała, od kogo odejść – mówi Piotr Biernaś.
Dlaczego wybrał Pan to zdjęcie?
Mam do niego dużo sentymentu. To ważne zdjęcie, ważny moment i ważna osoba. Poznałem ją miesiąc przed zrobieniem tego zdjęcia. A miesiąc po jego zrobieniu zmarła.
Kim jest kobieta pod książkami?
Zofia Chądzyńska.
Pisarka…
I tłumaczka Cortazara i innych. Nie uważała siebie za pisarkę. Od dawna już nie pisała, tylko czytała.
Ale napisała „Statki, które mijają się nocą”, „Śpiew muszli”... Czy swoimi książkami jest przykryta?
Nie, zdjąłem z regału książki, które tam stały. Należały do niej, ale niebyły przez nią napisane. Jedną z nich lubiła szczególnie - „Listy” Rilkego. Leży przy jej głowie.
Czyli zdjęcie powstało tak, że zdjął Pan z pułki książki i przykrył nimi Zofię Chądzyńska?
To był bardzo długi proces dochodzenia do tego zdjęcia. Zanim je zrobiłem spotykałem się z nią kilka tygodni.
Odwiedzał ją Pan? Jak do tego doszło?
W sierpniu 2003 dostałem zlecenie z Wysokich Obcasów – Zofia Chądzyńska. Nie wiedziałem, kto zacz. Dowiedziałem się, że to starsza i mocno schorowana kobieta. Pojechałem poznać ją, porozmawiać i zastanowić się, jak ją sfotografować. Pamiętam, że przy tej pierwszej wizycie patrzyłem na nią i myślałem, że ciężko będzie ja sfotografować w taki sposób, by nie traciła godności. Miała piękna twarz, ale robiły jej się brzydkie zmarszczki nad ustami i opadał jej szczęka.
Długo Pan ją odwiedzał?
Przyjechałem raz, drugi, trzeci, przy czwartej wizycie zapytała „No, kiedy Pan wyjmie ten aparat? Kiedy Pan zrobi to zdjęcie?”.
Dlaczego Pan go nie wyjmował?
Ona mnie zafascynowała jako kobieta i człowiek. Pojawiła się między nami więź i niezwykłe porozumienie. Dużo rozmawialiśmy, dużo i bardzo szczerze; o życiu, o śmierci, macierzyństwie, wyborach.
Miała za sobą próby samobójcze.
Dwie. Popełniła je w wieku, w którym ludzie przesuwają paciorki i modlą się o kolejny dzień. A ona nie chciała żyć. Dowiedziałem się o tym z tekstu, który napisała Talko do Wysokich Obcasów. Po tym tekście bardziej zaczęło mi zależeć na tym, żeby ją poznać niż na tym, żeby jej zrobić zdjęcia.
Nie miała też dzieci?
Nie miała. Nie chciała. Podawała różne powody: że mąż nie chciał (był śmiertelnie chory), że ona nie chciała (przeżyła Pawiak i wiele śmierci, tez niemowląt). Ale myślę, że nie chciała się przyznać od żalu, do braku.
Śmierć, samotność, to były bardzo intymne rozmowy.
Ona była bardzo bezpośrednia, a ja świadomie starałem się wejść w intymny kontakt z nią, żeby wiedzieć, jak ją sfotografować i żeby mieć większa swobodę działania. Piliśmy wino, chodziliśmy na spacery i rozmawialiśmy. Ale w pewnym momencie zacząłem jej tyle samo opowiadać o sobie, co ona mnie. Przypominała mi mają babcię–nianię, która zmarła, jak miałem 8 lat. To była pierwsza świadoma śmierć, jaką przeżyłem. A Zofia Chądzyńska na początku powtarzała „Ja już chcę umrzeć”.
Zmieniło się to? Potem już nie chciała?
Potem opowiadała o zimnym ojcu, a ja starałem się dać jej trochę ciepła, żeby poczuła, że warto jeszcze żyć. Słuchałem i głaskałem ja po dłoni. Były nawet momenty, kiedy chciałem ja przytulić, żeby pokazać jej, że jestem tu dla niej, nie dla zdjęcia.
Dużo czasu spędzaliście razem?
Przyjeżdżałem do niej 2-3 razy w tygodniu, przez kilka tygodni. Odpychałem to zdjęcie, jak mogłem. Aż redakcja przywołała mnie do porządku.
W międzyczasie nie zrobił Pan żadnego zdjęcia?
Zrobiłem kilka zdjęć w kuchni przy winie, kilka na spacerze. Ale to nie było to. To nie była ona. Pewnego dnia powiedziała „Robimy zdjęcia”. To był jej lepszy dzień. Bo były też gorsze dni, gdy męczyła się po kilku chwilach siedzenia.
I zrobił Pan zdjęcie?
Tak. Pani Zofia chciała już to mieć za sobą. Ja doszedłem do wniosku, że tylko wtedy będę mógł jej pokazać, że przychodzę tu dla niej, gdy zdjęcie będziemy mieli za sobą. Odpowiedziałem, więc: „Robimy”. Jej opiekunka ukraińska przyniosła drabinę, ściągnąłem ciężkie, ciemne zasłony z okien, przykryłem nimi kwiecistą kapę na łóżku i poprosiłem Panią Zofię, żeby się położyła. Potem zacząłem ściągać książki. Powiedziałem, że chciałbym ją nimi okryć. Oburzyła się: „Co Pan?! Literatkę chce Pan ze mnie zrobić? Na stare lata? Co ludzie pomyślą?!” Wytłumaczyłem, że chodzi o to, by wyglądała jakby z nimi zasnęła. Bo ona faktycznie nic innego nie robiła, tylko czytała. Zgodziła się. Sesja trwała 20-30 sekund. Tyle wytrzymała.
Zrobił Pan to jedno zdjęcie?
Nie, zrobiłem kilka klatek tego samego ujęcia. Ale trwało to tak krótko, że nie byłem przekonany, czy je mam.
Wystarczyło…
Tak. Bo była to chwila wielkiej intymności. Dobra fotografia, prawdziwy portret może powstać tylko w sytuacji intymnej. Inaczej można tylko zobaczyć, jak dana osoba wygląda.
A tu Pani Zofia śpi, śni, już jakby nie tu…
Była ciężko chora. Miesiąc później zmarła.
Zobaczyła zdjęcie?
Tak. Zawiozłem jej duża odbitkę. Była zachwycona. Zdjęciem i tym, że przyjechałem. Była przekonana, że zrobię zdjęcie i o niej zapomnę. A ja jeździłem do niej jeszcze przez 2 tygodnie.
I co było dalej?
Wyjechałem na wakacje do Grecji na 3 tygodnie. Przed wyjazdem sprezentowała mi butelkę czerwonego chilijskiego wina. Odmówiłem. Powiedziałem, że wypijemy ją razem, jak wrócę. I dostałem od niej na wyjazd książkę „Śpiew muszli”. „Skoro Pan ma tyle pytań, niech Pan to przeczyta”. Pisana w imieniu wyimaginowanej dziewczyny…
Ukryta autobiografia.
Nigdy tego nie powiedziała, ale dla mnie to było jasne. Dała mi więcej niż książkę, dała mi siebie. Czytałem ją na plaży i przypominałem sobie wszystkie nasze rozmowy. Poczułem, jak bliska mi się stała i chciałem jej to powiedzieć. Wysłałem jej kartkę: „Pani Zofio, przeczytałem książkę, dziękuję, że mi Pani ja podarowała, że chciała Pani, żebym to ja ją przeczytał.”
Dostała kartkę?
Nie wiem. Wróciłem do Polski pod koniec września, poszedłem do redakcji i koleżanka powiedziała mi: „Zofia Chądzyńska nie żyje”. Przez dwa dni nie mogłem tego przyjąć. Dochodziły mnie słuchy, że popełniła samobójstwo po artykule w Obcasach. Potem, że dostała apopleksji, jak wzburzona pisała list do Michnika. W końcu dowiedziałem się, że umarła nad talerzem zupy, gdy opiekunka wyszła na chwilę z kuchni.
Opiekunka Panu powiedziała?
Nie koleżanka koleżanki… Opiekunki nie znalazłem. Szukałem, żeby dowiedzieć się, czy dostała moją kartkę. To było dla mnie strasznie ważne, wiedzieć, że nie odeszła sama, bez pożegnania. W takiej chwili przy każdym człowieku powinien ktoś być, żeby stworzyć atmosferę bliskości. To zamyka odpowiedź, dlaczego to zdjęcie jest takie ważne.
Czyli to jest jedyne zdjęcie?
Nie. Wpadłem jeszcze na jeden pomysł: Zofia Chądzyńska w wielkim akwarium topi swoja przeszłość – listy, nożyczki, książki. Jej się bardzo ten pomysł spodobał, przede wszystkim z tego powodu, że zdjęcia mieliśmy robić w studio w Gazecie, a ona była zafascynowana Michnikiem i chciała zobaczyć redakcję.
Zobaczyła?
Tak. Była zachwycona.
I zdjęcia z akwarium też powstały?
Tak. Ale to nie były udane zdjęcia. Studyjne, bezosobowe. A ona tak czasami patrzyła… żałuję, że tego nie udało mi się uchwycić. Pamiętam to jej spojrzenie. Czasem, jak siedzieliśmy, kuchni zrzucała łuski nieobecności z oczu i potrafiła spojrzeć na mnie tak wprost, głęboko, szczerze i intensywnie. Ale jak podnosiłem aparat, pojawiała się bariera. Ale to już są historie zdjęć, które nie powstały. Najważniejsza i tak była ona. Najważniejsze było to spotkanie.
Pożegnał ją Pan?
Nie. Pogrzeb odbył się podczas moich wakacji. A grobu nie udało mi się znaleźć. Szukałem pół roku, chciałem położyć rękę na jej płycie, żeby poczuła, że ją odnalazłem. Bardzo brakowało mi pożegnania, miałem żal do niej, że na mnie nie poczekała i do siebie, że na 3 tygodnie wyjechałem, zostawiłem ją samą. Potem potrzeba znikła.
Może to była Pana potrzeba.
Nie wiem. Była w takim wieku, że nie odpowiadała za swoje słowa, zmieniała zdanie, nie pamiętała albo zmyślała. Ale raz mi przytaknęła „Ma Pan rację, to ważne, żeby ktoś był, jak się umiera.”
* * *
Moja niania zmarła w 81. Przez ostatnie 5 lat szukałem jej grobu. W tym roku go odnalazłem, stanąłem nad nim i wróciło do mnie wspomnienie, jak biegłem do niej krzycząc „Babcia, daj cukierka”. Chowałem się zawsze w połę płaszcza, a on wyjmowała jakąś słodycz. Zawsze miała coś dla mnie w kieszeni. Pani Zofii też chciałbym dać możliwość powrotu. Żeby miała, od kogo odejść.