Laboratorium Re... > McLove > Reportaż, Dokum... > Big Bang cz. I  

Big Bang cz. I

Piotr Dąbrowski

Oto przykład, jak powinien wyglądać materiał na wysokim poziomiePiotr Dąbrowskiwykonał kawał dobrej pracy.

Po pierwsze: znalazł ciekawe zdarzenie (scenę), na której się skupił. Po drugie: dotarł do wszystkich najważniejszych uczestników wydarzenia, opisał je z wielu punktów widzenia. Po trzecie: jego bohaterowie mają coś do powiedzenia, są prawdziwi (jak to się mówi z krwi i kości). Wreszcie po czwarte Piotr to naprawdę dociekliwy facet (aż do granicy upierdliwości), swoimi pytaniami potrafił wycisnąć z tematu niemal wszystko. Zapraszamy do lektury. Dosyć długie, ale warto! Już niedługo część druga.

Maciek Buczkowski

Lidia: Menedżer był cały w keczupie. Cofał się i zasłaniał rękami, a ja wywaliłam na niego jeszcze całą tacę bułek, przygotowanych do tostera. Wyglądał, jakby nie mógł oddy-chać, był zupełnie zielony na twarzy. Nie wiedział chyba, czy mnie z miejsca wywalić czy się rozpłakać i uciec. Co najśmieszniejsze, Jarek, drugi menedżer, na jego widok dosłownie zaczął tarzać się po ziemi.
***
LIDIALat 23. Studentka IV roku biologii UW. W Mc Donald’s porzuciła myśli samobójcze po tym, jak obrzuciła menedżera wszystkimi wykorzystywanymi tam półproduktami żywno-ściowymi.

PD: Dlaczego McD?
Lidia: Pierwsze, co mi przyszło do głowy. Po ogólniaku nie czułam się na siłach szukać pracy, która by wymagała kwalifikacji. Umiejętności.
PD: Próbowałaś?
Lidia: Nie.
PD: Dlaczego?
Lidia: Bałam się. W szkole odrabiałam słupki i pisałam wypracowania. Lubiłam biologię, a inne przedmioty mnie nie bardzo interesowały. Gdzie miałam szukać pracy? Wiem, co to jest cykl Crebsa, ale do czego to jest potrzebne? Na studia się nie dostałam. McD przyszedł mi do głowy, bo tu przyjmują wszystkich. Chciałam tu poczekać, aż wszystko się ułoży.
PD: To znaczy, co się ułoży?
Lidia: Byłam w dołku, bo moje przyjaciółki dostały się tam, gdzie chciały, a ja jedna nie. Sądziłam, że jestem do niczego. Że coś sobie zrobię.
PD: Naprawdę chciałaś popełnić samobójstwo? Tak zrozumiałem.
Lidia: Nie wiem, bo się nie odważyłam. Ale chyba tak. Nocami rozważałam, jaki sposób będzie najszybszy i najmniej bolesny.
PD: Nie znalazłaś?
Lidia: Nie. Nie mówmy o tym. Pzeszło mi.
PD: Jak to przeszło?
Lidia: Rozmyśliłam się, stchórzyłam, co za różnica? Zostawmy to. Musiałam się czymś zająć, żeby w kółko nie myśleć o tym, że jestem głupia.
PD: I co? Jesteś?
Lidia: Nie!
PD: To lepiej. I McD pozwolił zapomnieć?
Lidia: Tak. Przyszłam tu, żeby robić coś i myśleć nad lepszymi możliwościami.
PD: Co wymyśliłaś?
Lidia: Niewiele, żeby spróbować jeszcze raz po roku. I udało się.
PD: Ale wciąż pracujesz w McD.
Lidia: Tak.
PD: Z dobrej woli, czy z musu?
Lidia: Siłą bezwładu. Przyzwyczaiłam się do własnych pieniędzy, ale gdybym to rzuciła, nie musiałabym głodować.
PD: A o zmianie pracy nie myślałaś? Przecież studiujesz, rozwijasz się?
Lidia: Myślałam, ale nic nie wymyśliłam. Może, gdybym była zmuszona… Pod presją chyba lepiej działam. Zauważyłam to właśnie w McD. Kiedy jest duży ruch, ja na przykład garniruję, to tace z bułkami dosłownie przefruwają mi przez ręce. Za to przy pustej restauracji ledwo się mogę zmusić do owinięcia paru kanapek w papierki. Przy ruchu… nie wiem, mam wrażenie, że cała ekipa tańczy. Wyczuwam rytm. A przy pustkach, zwłaszcza wieczorem przed zamknięciem, wszyscy potykają się o siebie nawzajem, przeszkadzają, bo muszą coś robić, a do roboty nie ma nic.
PD: Na przykład? Pamiętasz coś, co się wydarzyło w takich właśnie okolicznościach?
Lidia: Tak. Bardzo dobrze. To było w drugim albo trzecim miesiącu mojej pracy w McD. W sobotę albo w niedzielę, nie pamiętam, ale na pewno w weekend, bo przez cały dzień był obłędny młyn. Dużo ludzi w kinach, więc do nas przychodzili falami, jedna za drugą. To musiała być niedziela, bo w sobotę ruch byłby prawie do zamknięcia. Wszyscy lecieli z nóg. Po prostu nie mogliśmy patrzeć już na te grille, tostery, frytkownice. Pot się z nas lał, a w kuchni było z 40 stopni. Mieliśmy pełną załogę, a w weekendy płacą lepiej, więc każdy sądził, że wytrzyma jeszcze trochę. Zrobiło się nas po prostu dużo za dużo. Jednocześnie nikomu nic się nie chciało. Menedżerowie wściekali się i zaczęli wywalać do domu przymusowo. Jednocześnie próbowali pozostałych zagnać jakoś do pracy. Wrzeszczeli na wszystkich, jak leci. Czy mieli jakiś powód, czy nie.

 

 

Mnie jeden menadżer postawił przy garnirowaniu. Zabrałam się do roboty i usiłowałam się zmusić, by szło to sprawnie. W końcu musiałam pójść umyć ręce. Wracałam do lady, a drugi z menedżerów, miał na imię Marcin, łapie mnie za ramię i wydziera się, że mam iść na kasę, a nie obijać z kąta w kąt. No to mu tłumaczę, że już mam co robić. Wtedy on powie-dział: „Ja mam na ciebie oko, więc nie leź mi w oczy”. Nie wiem, dlaczego coś takiego powiedział. Może coś musiał odszczeknąć i nic lepszego nie przyszło mu do głowy. No i tyknął mnie palcem w pierś.
Wiesz, to było ciągle niedługo po tym moim zdawaniu na studia. Byłam czuła na punkcie czepiania się mnie, a on jeszcze z łapami. Pamiętam, że zaczęłam wrzeszczeć, ale nie wiem co. Pewnie coś zupełnie bez składu. A on wytrzeszczył na mnie oczy i coś chciał powiedzieć, ale mu nie dałam. W rękę wpadła mi butelka z keczupem, więc się odwinęłam i rzuciłam w niego. Butelka się otworzyła i wszystko poleciało na tę jego białą koszulę, na twarz, na włosy. Cały był obryzgany na czerwono.
Nie dawałam mu dojść do słowa, tylko rzucałam w niego czym popadnie. Sałatą, ogórkami, tacami, resztę zwalałam na podłogę i wrzeszczałam. Wyzywałam go od psychopatów i zboczeńców, wrzeszczałam, że nie ma prawa mnie tak traktować. Pedał jeden.
PD: Co było dalej?
Lidia: Marcin był cały w keczupie. Cofał się i zasłaniał rękami, a ja wywaliłam na niego jeszcze całą tacę bułek, przygotowanych do tostera. Wyglądał, jakby nie mógł oddy-chać, był zupełnie zielony na twarzy. Nie wiedział chyba, czy mnie z miejsca wywalić czy się rozpłakać i uciec. Co najśmieszniejsze, Jarek, drugi menedżer, na jego widok dosłownie zaczął tarzać się po ziemi. A dookoła było pobojowisko. Inni stali jak słupy i przyglądali się, czy w końcu wepchnę Marcina do frytkownicy albo na grilla. Ale w końcu ręce mi opadły i popłakałam się ze wściekłości. Kumpela wyprowadziła mnie do składziku na papierosa. Odpalałam dwa razy, bo pierwszego złamałam.
PD: Co spowodowało ten wybuch?
Lidia: Mówiłam.
PD: Nie mówiłaś. Opisałaś, co się stało, ale nie – dlaczego się stało. Czy wcześniej nie zdarzyło się, żeby ktoś cię szturchnął lub powiedział coś głupiego? Czy może zawsze ciskasz w ludzi wszystkim, co się nawinie?
Lidia: Nie. Sama nie wiem, dlaczego to się stało. Po prostu nie lubię tych końcówek dnia po dużym ruchu.
PD: Wciskasz mi kit. Końcówki dnia są codziennie. A tamto zdarzyło się właśnie wtedy, a nie kiedy indziej. Dlaczego?
Lidia: Gdyby Marcin nie dziobnął mnie palcem w pierś, pewnie bym się nie wydarła. Ale dziobnął. Nienawidzę takich gestów. Zresztą od tamtej pory nic podobnego nie miało miejsca.
PD: A wcześniej?
Lidia: Nie przypominam sobie. Ale działy się inne rzeczy. Jeden z instruktorów, nie pamiętam, jak miał na imię, bo szybko odszedł, lubił poklepywać panienki po tyłkach. Podobno dostał nawet kiedyś po pysku, ale nie przestał. Z tym, że on to robił specjalnie, takie końskie zaloty. Zwykłe gówniarstwo.
PD: Ale jego nie obrzuciłaś całym zapasem żywności w McD?
Lidia: Nie, ale godziłam się na to, żeby mnie ustawiali po kątach, posyłali do każdej roboty itd. Od tamtej awantury to się zmieniło. Oni nabrali jakiegoś respektu, a ja umiałam się postawić.
PD: Jakiś przykład?
Lidia: Mnóstwo, ale nic tak ciekawego, jak tamta historia. Po prostu mówiłam „nie, weź kogoś innego, ja jestem zajęta” albo „mam przerwę”, „idę do domu” i tym podobne. Pracuję dobrze, więc nie prowadzi to do awantur.
PD: A jak się tamto skończyło?
Lidia: Wypaliłam z pięć papierosów, aż mi się zrobiło niedobrze. Potem poszłam do domu. Nie miałam nawet siły myśleć o tym, co się stało. Pamiętam, że wzięłam taksówkę i wydałam na nią wszystkie pieniądze, jakie miałam. Taki dramatyczny gest na zakończenie.
PD: Co w nim dramatycznego?
Lidia: Wzywałam taksówkę przez komórkę, kiedy szłam przez restaurację. Może to głupie, ale wydawało mi się, że to jest wyjście w wielkim stylu. Że wszyscy widzą, że mam ich w dupie i mogę sobie wrócić taksówką. Mało kto rozbija się taksówkami, kiedy zarabia pięć zeta za godzinę i właśnie ma przestać zarabiać.
PD: Ale nie przestałaś…
Lidia: Nie. Wróciłam taryfą, wydałam resztkę kasy, a w domu znowu się rozpłakałam. Zamknęłam się w pokoju. Matka chciała wiedzieć, co się stało, ale jej nie wpuściłam. Potem zadzwoniła do mnie tamta kumpela i powiedziała, że skończy się na naganie. Podpisałam naganę, w której było, że doprowadziłam do zniszczenia produktów, będących własnością w McD. Dziwne, że mnie nie wywalili, bo niektórzy wylatywali za drobniejsze sprawy. Np. za zjedzenie kanapki, której ważność już się skończyła. Myślę, że Jarek ugadał Marcina. Marcin nie jest z natury wredny. I dba o swój wizerunek. Lubi być męski. Gdyby mnie wywalił, to byłoby poniżej jego godności, bo wyglądałoby, że się odgrywa za to, że go ośmieszyłam. Nazajutrz poszłam do pracy, podpisałam naganę, a potem przeprosiliśmy się z Marcinem. Później wspólnie się z tego śmialiśmy i opowiadaliśmy nowym.
PD: To dość dziwne. Menedżer wręcza Ci naganę, a potem chce się przeprosić, że nic się nie stało?
Lidia: Nie. Naganę dał mi Jarek. Zresztą w gruncie rzeczy powinnam wylecieć, więc to był gest dobrej woli. No i Marcin nie był idiotą. Dogadali się.
PD: A co na to szefowstwo?
Lidia: Pewnie o niczym się nie dowiedzieli. Poza tym, że zniszczyłam produkty. Kierownika nie było wtedy w restauracji, był drugi asystent, całkiem nieszkodliwy. Taka klucha. Lubił się posrożyć, dopóki nie zauważył, że komuś może się zrobić przykro. Nie było go przy samym zajściu. Jarek wyjaśnił mu, że to był wypadek, a ja jestem dobrą pracowniczką. Obaj ci menedżerowie byli w porządku. Hm … z Marcinem trochę się później przyjaźniłam. Może bylibyśmy parą, ale coś nie wyszło. Potem Marcin przeniósł się do innej restauracji, awansował. Jarek miał mu za złe.
PD: Że odszedł?
Lidia: Nie. Po tej awanturze to on mnie bronił. Jarek był moim rycerzem. Tak to widział. Może czegoś chciał, a nic nie dostał.
PD: Bronił Cię interesownie? Narzucał się potem?
Lidia: Nie! Ty wszystkich masz za skurwysynów? Bronił mnie, bo mu się podobałam, tak sądzę. Ale nigdy się nie narzucał. On był raczej nieśmiały.
PD: To okrutne.
Lidia: Tak było.
PD: Kiedy o facecie mówi się, że jest raczej nieśmiały, znaczy to, że się go uważa za ostatnią pierdołę. Powiedziałabyś mu to w oczy?
Lidia: Przestań. Był skryty. Lepiej?
PD: Skąd wiesz, że mu się podobałaś?
Lidia: A takie to dziwne? Przestał się przyjaźnić z Marcinem, poza tym patrzył na mnie. Dziewczyna wie, kiedy się podoba facetowi.
PD: Ale skąd?
Lidia: Po tym, jak patrzy, jak się odzywa…
PD: To znaczy jak?
Lidia: Jaja sobie robisz? O co ci chodzi?
PD: Odpowiedz, proszę. To ciekawe. Po czym konkretnie to poznajesz?
Lidia: No nie wiem… Koleś się popisuje.
PD: Jak?
Lidia: Różnie. Każdy inaczej.
PD: Miej litość! Opowiedz o jakimś przypadku. Choćby o tym Jarku. Jak on się popisywał?
Lidia: O rany. Muszę? No dobra. Grał twardziela. Takiego, co to go nic nie rusza. Nie podnosił głosu i tak śmiesznie mówił, jakby udawał Brudnego Harry’ego (demonstruje): „Ja idę teraz coś zeżreć, a ty w tym czasie wyszorujesz ten blat. Jeśli za dziesięć minut nie będę mógł się w tym przejrzeć, Będziesz szukał pracy”. I gapił się na mnie. Kiedy widziałam, że się gapi, to pełna maska. Że taki zimny i obojętny.
PD: O tak? (demonstruję Najbardziej Twardzielską Fizjonomię Świata™)
Lidia: Właśnie! Tylko on był blondyn i nie taki chudy. A jak myślał, że nie widzę, Boże! Parę razy wyglądał jak kompletny baran i mamrotał coś pod nosem. Teraz mi wierzysz?
PD: Powiedzmy. Ale chyba nie każdy facet mamrocze, kiedy dziewczyna wpadnie mu w oko?
Lidia: Nie, Jarek też nie mamrotał, tylko tak poruszał ustami, jakby coś mówił czy nucił. Mówiłam ci, że każdy facet pokazuje to inaczej, ale to widać.
PD: Podobasz mi się?
Lidia: Odwal się.
PD: Mówiłaś, że Marcin i Jarek przestali się przyjaźnić?

 

 

Lidia: No nie wiem, czy oni się tak przyjaźnili, a poza tym ciągle starali się utrzymać pozory. Wiesz, że tu wszyscy muszą się uśmiechać, nawet do ściany. Ale widać było, że Jarek miał coś za złe Marcinowi.
PD: Znowu: „widać było”. Co było widać?
Lidia: Przestali rozmawiać ze sobą zupełnie swobodnie. Dawniej zdarzało się, że kiedy zagnali wszystkich do roboty, to stali i gadali o pierdołach: o piłce nożnej, o dziewczynach, o samochodzie, który znowu się zepsuł albo jakieś historyjki… Potem już nie. A w każdym razie rzadko. Pozorowali przyjazne stosunki, jak dawniej przycinali sobie wzajem, ale wcześniej mogli się przerzucać złośliwościami i przez godzinę, jeśli byli w dobrym humorze, a inni pokładali się ze śmiechu. Potem pojawiła się wyraźna rywalizacja.
PD: Jak wyglądała?
Lidia: Każdy bardzo chciał wygrać. I zdarzało się, że ten, który przegrywał albo się obrażał, albo sam walił coś bardzo obraźliwego. Nie pobili się, ale gdyby to dłużej trwało… A przecież nie byłam z Marcinem, więc powinni się jakoś dogadać. Nie byłam z Marcinem i nie chcialam być z Jarkiem. Kłócili się o nic. A potem przestali się kłócić i w ogóle się prawie do siebie nie odzywali, jakby nie znali się i byli obcymi ludźmi. Potem Jarek przeniósł się na inną zmianę, a Marcin w ogóle do innej restauracji.
PD: A jak Ty się w tym znajdowałaś? Zdawałaś sobie sprawę, że to z Twojego powodu. Nie czułaś się jakoś odpowiedzialna?
Lidia: Najpierw nic nie zauważyłam, potem chyba było za późno. Zresztą co miałam powiedzieć temu Brudnemu Harry’emu. Odpowiedziałby, że nie wie, o co mi chodzi. Marcin powiedział, że to nic i że to minie samo. Jakoś nie minęło.
PD: I dobrze Ci z tym było?
Lidia: Dlaczego miałabym się czuć winna, że facet robi z siebie kretyna?
PD: Pytam, czy czułaś się swobodnie.
Lidia: Niezupełnie. Ale w końcu chyba w ogóle przestałam się w tym liczyć.
PD: Znowu enigma. Wyjaśnij.
Lidia: To znaczy oni w pewnym momencie już się nie lubili dla zasady. Mogłabym zniknąć i nic by się nie zmieniło.
PD: Nie rozumiem.
Lidia: Mówiłam ci, że nie zostałam dziewczyną Marcina. Znalazłam innego chłopaka, spoza McD. Wszyscy o tym wiedzieli, bo czasem przychodził po mnie do pracy. Oni się nie pogodzili. Jarek przestał się gapić i popisywać, też znalazł sobie pannę. Ja mogłam z nim normalnie rozmawiać, a Marcin nie. To strasznie głupie.
PD: Podsumujmy chronologię. Jak to było po kolei?
Lidia: Zaczęło się od awantury. Potem przez pewien czas spotykałam się z Marcinem, ale się rozłaziło i do niczego nie doszło. Znudziliśmy się. Jarek się popisywał. Potem był naj-gorszy etap konfliktu Jarka z Marcinem. Potem poznałam Michała (swojego ówczesnego chłopaka przyp. PD). Potem Jarek przeniósł się na inną zmianę i poznał panienkę. Potem odszedł Marcin.
PD: Nie było żadnego innego powodu tamtego wybuchu? Nie rzucałaś palenia, nie bolał cię ząb? Po prostu dziobnięcie palcem? Możemy przeprowadzić eksperyment. Niestety zamiast wszystkich tych rzeczy, którymi rzucałaś mamy tylko sok. Będzie musiał wystarczyć. Zrekonstruujemy wydarzenia?
Lidia: Nie. Nawet nie próbuj. Nie było jakiegoś jednego powodu. Może pokłóciłam się z matką. Ale nic sensacyjnego, to się zdarza. Może miałam okres. Zadowolony? Zresztą z naszej rozmowy wynikałoby, że ta sprawa to było całe moje życie, a to nieprawda. Działo się mnóstwo różnych rzeczy.
PD: Ale dobrze to pamiętasz.
Lidia: A ty byś nie pamiętał, gdybyś zdemolował lokal, w którym pracujesz? Resztę przypomniałam sobie później, kiedy opowiadałam.
PD: Nie pamiętasz więc dobrze okoliczności, w jakich doszło do awantury?
Lidia: Jezu, ale ty jesteś upierdliwy! Nie pamiętam dokładnie, co się stało wcześniej. Pamiętam, że wciąż jeszcze miewałam dni, kiedy się czułam jak szmata.
PD: Jak to?
Lidia: Po prostu, że jestem gówno warta i McD to wszystko, do czego się nadaję.
PD: Jaśniej, proszę.
Lidia: Mówiłam już o tym. Więcej nie chcę mówić.
PD: Mowiłaś, że poszłaś do McD, żeby nie myśleć o tym, że jesteś głupia.
Lidia: Gdybyś popracował w McD, nie pieprzyłbyś głupot. Topienie frytek w oleju nie wymaga wybitnej inteligencji. Chciałam mieć jakieś zajęcie. Żeby coś wypełniło mi czas. Nigdy nie był to szczyt moich ambicji.
PD: Chciałem jeszcze raz zahaczyć o Twoje plany samobójcze.
Lidia: Nie.
PD: Nie ma związku?
Lidia: Nie będziemy o tym rozmawiać, kiedy nagrywasz.
PD: A jak przestanę?
Lidia: Też nie.
PD: Na pewno?
Lidia: Nie!
PD: Trudno. Może przy innej okazji. Kiedyś.
Lidia: Może. Ale raczej na to nie licz.

Przejście do część II

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl