Big Bang cz. II
Pamiętacie pierwszą część Big Bang? Jeśli nie, koniecznie przeczytajcie go tutaj. Natomiast wszystkich fanów Big Bang, jak i zagorzałych przeciwników (znam jednych i drugich) zapraszam na część drugą. Tym razem "z drugiej strony barykady".
Maciek Buczkowski
JAREK
27 lat. Technik mechaniki samochodowej. Poza pracą w McD dorabia w warsztacie ojca. Czeka na lepsze czasy, kiedy będzie mógł założyć własny warsztat lub wziąć w ajencję stację benzynową. W sytuacjach kryzysowych budzi się w nim rycerz.
PD: Pamiętasz Lidię?
Jarek: Lidię? Zaczekaj, to ta wariatka, co rozwaliła kuchnię?
PD: Hm, tak.
Jarek: Pamiętam.
PD: To była wariatka?
Jarek: A jak nazwałbyś kogoś, kto rozwala ci kuchnię?
PD: Pełnomocnikiem mojego wierzyciela. Do rozwalenia kuchni przejdziemy za chwilę. Czy Lidia zazwyczaj zachowywała się jak wariatka?
Jarek: No nie, ale jak się widzi takie coś, to już się inaczej na pannę patrzy.
PD: Po kolei. Powiedz mi, pracowałeś w McD sporo dłużej niż ona?
Jarek: Kilka lat. Jakieś cztery lata. Jak dostałem awans na menedżera, to ona pracowa-ła miesiąc.
PD: Jakie było Twoje pierwsze wrażenie? Co o niej pomyślałeś, kiedy ją zobaczyłeś po raz pierwszy?
Jarek: Nie pamiętam takich rzeczy. W restauracji było ze czterdziestu pracowników.
PD: I o każdym potrafisz powiedzieć, jak długo pracował przed Twoim awansem na menedżera?
Jarek: No nie o każdym. Ale to było krótko potem.
PD: Dzisiaj tak się wydaje. Normalnie miesiąc to sporo czasu. Gdyby Twój awans i jej przyjście do pracy zbiegło się w ciągu kilku dni, łatwo byś to powiązał, ale miesiąc? Praca w McD jest raczej dość intensywna?
Jarek: Musisz zapierdalać. Czasem nie wiesz, jak się nazywasz.
PD: Zwróciłeś uwagę na Lidię, zanim zdemolowała kuchnię?
Jarek: W sumie tak. Nie wiem nawet dlaczego. Chodziła w czarnych swetrach i glanach, nie używała makijażu, obwieszała się rzemykami. Grunge’ówa. Wyglądała jak kupa nieszczęścia. Żebyś widział, jak się zmieniała, kiedy się przebierała w strój do pracy. Zastanawiałem się na początku, czy jest ćpunką, czy co. Prawie nic nie mówiła.
PD: Czyli nie robiła najlepszego wrażenia?
Jarek: No nie. Ale miała w sobie coś. To w sumie niezła lalka, jeśli się dobrze przyj-rzeć. Taka ostra. Andrzej, taki instruktor, ślinił się do każdej. Klepał je po dupie, szczerzył się i tak dalej. A one chichotały: „No przestań , Andrzej! Ojej! Hihihi”! Lidia odwróciła się i po-patrzyła na niego, jakby zobaczyła psie gówno na ulicy. I to nie była żadna gierka, jak u dziewczyn w technikum. Lidia mówiła spierdalaj, to znaczyło spierdalaj. No i szybko się wyrobiła.
PD: Rozmawiałeś z nią?
Jarek: Nie tak naprawdę. Jako menedżer wydawałem polecenia i tak dalej, ale nie rozmawiałem z nią tak prywatnie.
PD: Więc niewiele wiesz o niej, o jej życiu poza McD?
Jarek: Właściwie nic. Nie zwierzała się.
PD: Przyjaźniła się z kimś?
Jarek: Nie wiem. Może z którąś z dziewczyn. Ale chyba nie. Była ze wszystkimi OK, ale nie ksiuktała z nikim po kątach, z nikim nie chodziła na imprezy. Poza tym bardzo pilnie pracowała. Nie traciła głowy nawet wtedy, kiedy inni rzucali frytki na grilla i polewali to wszystko colą.
PD: A jednak na początku rozmowy nazwałeś ją wariatką.
Jarek: Bo wywaliła całą kuchnię na Marcina.
PD: Opowiedz mi o tym.
Jarek: Przecież już słyszałeś. Lidia ci opowiedziała.
PD: A teraz ty mi opowiedz. Ty na to patrzyłeś z boku.
Jarek: To było tak. Jakoś wieczorem trzeba było wszystko zebrać do kupy, bo wszyst-kim spieszyło się do domu. Nikomu nie chciało się robić. Wiesz, jak to jest. Obijają się po kątach, myślą, że się jakoś zadekują, markieranctwo takie. Na przykład pół godziny mieszają mopem w kuble albo przekładają sałatę z lady na bułkę i z bulki na ladę. Nagle keczap prze-staje wypływać z butelki i trzeba nią pół godziny potrząsać, a potem przez pół godziny szukać nowej. Są też tacy, którzy szepczą do ściany, że potrzebują keczapu, a potem głośno mają pretnsje, że im nikt go nie podał. Awantura to też sposób na przeczekanie.
PD: Do rzeczy. Lidia markowała robotę?
Jarek: Chyba nie. Ja jej na tym nie złapałem. Po prostu pod koniec dnia tak bywa. Nagle się okazuje, że na zrobienie jenej tacy rojali potrzeba godziny. Menedżerowie zawsze chodzą o tej porze podkurwieni. Możemy kopać po dupach, aż nam nogi poodpadją, a to i tak nic nie daje. Bo zaraz znowu ktoś wywali nuggetsy na podłogę albo zmiesza je w jednym ko-szyku z frytkami.
PD: Dobra, łapię. Co się WTEDY wydarzyło?
Jarek:No to było takie głębokie gówno, jak to nazywałem. Nie zauważyłem początku, bo pewnie kopałem po dupie kogoś innego. Ale nagle usłyszałem łomot. Obróciłem się, żeby wydrzeć się na wała, który się rozbija. A tam stała Lidia a naprzeciw niej Marcin. Wyglądało to tak, jakby ona wyrwała mu serce, bo on był cały w czymś czerwonym, a ona miała ręce obryzgane po łokcie. On cofał się krok za krokiem, a ona wrzeszczała coś w deseń, żeby się sam po cyckach macał, że po fiucie nie ma po co, bo i tak mu nie staje. Nie pamiętam do-kładnie, co tam krzyczała, wyzywała go od pedałów i zboczeńców i rzucała w niego wszystkim, co złapała w rękę. Szczęście, że frytkownica stała daleko, bo byłoby nieszczęście. Czego nie mogła złapać, zwalała na ziemię. Była kupa łomotu i śmiechu. Marcina krew zalewała. Gdyby ona na chwilę się uciszyła, pewnie by ją zmasakrował. Ale ona wrzeszczała i wrzeszczała, a potem wybiegła pędem na zaplecze, a on stał pośrodku kupy sałaty, bułek, kotletów i pomidorów, wyglądał jak rzeźnik i rozglądał się po wszystkich. Miał ochotę na kimś się odegrać, ale się bał, bo wszyscy widzieli, co się wydarzyło. Musiałem zagnać ekipę do sprzątania, bo to osłabiłoby autorytet menedżera, gdybym im pozwolił stać i się gapić.
PD: A co zrobił Marcin?
Jarek: Nie uwierzysz. Poszedł umyć ręce i twarz, otrzeć keczup z koszuli i zabrał się za organizowanie pracy.
PD: A klienci?
Jarek: Sala była pusta. Nie pamiętam, nikt się nie skarżył.
PD: Ktoś chyba musiał być, skoro robiliście hamburgey.
Jarek: Trochę, na wszelki wypadek. Naprawdę to bardziej uprzątaliśmy restaurację. Wszyscy myśleli o tym, żeby ją wreszcie wpizdu zamknąć.
PD:Marcin umył ręce i…
Jarek: No i pomógł mi z tym sprzątaniem. Tam był naprawdę straszny bajzel. Trzeba było wszystko pozbierać, wyszorować, powyciągać to gówno z zakamarków. Nie wiem, jak to się stało, ale ściągaliśmy kawałki pomidora i sałaty z automatów do lodów i napojów. A to ponad dwa metry. Sosy powciskały się w maszyny, podłoga lepiła się jeszcze po trzecim zmywaniu. Cud, że panienka nie rozwaliła żadnego urządzenia.
PD: Jak to się stało, że Lidia nie wyleciała?
Jarek: Nie wiem. Wydaje mi się, że to był honor Marcina. Że chciał być ponad to. Wyszedł na idiotę. Kiedy umył ręce, kiedy zajął się sprzątaniem, zeszło z niego powietrze. Wyluzował. Nawet nie spojrzał na Lidię, kiedy wychodzila, chociaż pozostali z otwartymi gębami gapili się za nią. Bo wyszła głównym wejściem. Marcin zaczął się wydzierać, że mają wra-caćdo pracy.
PD: Lidia podejrzewa, że ty ugłaskałeś Marcina.
Jarek: Trochę tak było. Jak już ten burdel był nieco uprzątnięty i zamknęliśmy restaurację, to wyszliśmy do kanciapy na papierosa. Ja nie palę, ale Marcin chciał pogadać. Pytał, jak to wyglądało i co ma teraz zrobić. Mówił że to w sumie ja ją powinienem wywalić, bo jemu będzie głupio. Zapytałem go, o co poszło, a on, że nie wie do końca. Że coś mu się wy-psło, a panience odwaliło. I że on by jej dał spokój, żeby już o tym nie mówić, ale będą prze-cież rozliczać produkty no i tyle osób widziało. Wtedy przyszedł Rysiek, który jest drugim asystentem menedżera i spytał, co się dzieje. Widział worki z odpadkami i coś mu zaświtało. To wcisnąłem mu kit, że dziewczyna się rozkleiła, bo usłyszała, że jej facet zdradza ją z jej przyjaciółką. Ja bym tego nie łyknął, ale Rysiu… On chyba nigdy nikogo nie wywalił. Nie wiem, jak on został asystentem. Zrobił groźną minę, powiedział, że to niczego nie usprawiedliwia i zapytał, czy Lidia dobrze pracuje. Wtedy to Marcin powiedział, że jest najlepsza na zmianie. Rysiek stwierdził, że tym razem skończy się naganą i tak sprawa się załatwiła. Instruktorka Lidii, na imię miała chyba Kaśka, zajrzała do nas i zapytała, co zrobimy z Lidią. Rysiu palnął jej moralitet, że jak się robi takie rzeczy, to są surowe konsekwencje i że Lidia dostanie naganę. Wszyscy byli z tego raczej zadowoleni. Zawsze coś się dzieje i nikomu nie stała się krzywda.
PD: Co było potem?
Jarek: Nic. Panienka wyluzowała, nie było z nią już więcej kłopotów. Jak ktoś ją wkurzał, to mówiliśmy „uważaj, bo wyleje ci gorący olej na głowę, to się jej zdarza”. Ona oczywiście się wściekała, ale nic nie mogła powiedzieć.
PD: Poza tym nic się nie zmieniło?
Jarek: Nie, nic.
PD: Przyjaźniłeś się z Marcinem?
Jarek: Byliśmy kolegami. Marcin był OK, ale wódki razem nie piliśmy. Zresztą byli-śmy menedżerami na jednej zmianie. W McD nie ma dużo czasu, żeby pogadć. Można coś tam nawijać o dupie maryni, ale to chyba nie jest przyjaźń.
PD: Byliście dobrymi kolegami?
Jarek: Raczej tak, nie kłóciliśmy się. Mieliśmy do siębie zaufanie.
PD: Rywalizowaliście ze sobą?
Jarek: Tak. W McD rywalizacja jest podstawą.
PD: A to nie wpływało na wasze stosunki?
Jarek: Nie wiem, chyba nie. Nie podkładdaliśmy sobie świń. Rywalizacja rywalizacją, ale żyć trzeba. Zawszelepiej mieć kogo poprosić, żeby robił ci plecy i cię krył, niż ciągle uważać, by kolega cię nie podpieprzył do szefa.
PD: Lidia mówi, że po tej sprawie przestaliście się do siebie odzywać.
Jarek: To przesada. Marcin dostał stanowisko drugiego asystenta w innej restauracji i odszedł.
PD: A zanim odszedł?
Jarek: Nic takiego. Może pokłóciliśmy się raz czy dwa. Ale to stresująca praca.
PD: A Twoje kontakty z Lidią? Coś się zmieniło?
Jarek: To nie mnie wyzywała od pedałów. Nie obraziłem się na nią.
PD: Nie twierdzę, że się obraziłeś. Ale po takich zdarzeniach rzadko trak-tuje się człowieka tak samo jak poprzednio.
Jarek: Mówiłem, nie było z nią już kłopotów.
PD: Nie o to pytam. Poznałeś ją bliżej? Obserwowałeś ją?
Jarek: Raczej nie.
PD: A ona? Powiedziałeś, że się wyluzowała. Zaczęła rozmawiać z ludźmi, zaprzyjaźniła się z kimś? Trudno całkowicie obojętnie przejśc obok takich wydarzeń. Bądź co bądź wyświadczyliście jej przysługę. Próbowała wam podziękować?
Jarek: Ona też ma swoją dumę. Podpisała naganę i nie wracała do sprawy. Przez jakiś czas chodziła z Marcinem. Zaprzyjaźniła się z tą instruktorką. Ale więcej nic nie wiem.
PD: Nie byłeś zazdrosny o Marcina?
Jarek: Jak to? Nie!
PD: Broniłeś ją przed wyrzuceniem z pracy. Nie musiałeś.
Jarek: Bo wyszedłbym na wała. Ale nie podwalałem się do niej.
PD: A z Marcinem nie rozmawiałeś o tej sprawie?
Jarek: O jakiej?
PD: Zrozumiałem, że byli parą.
Jarek: Nie rozmawiałem. Mówiłem, że nie piłem z nim wódki.
PD: Przeniosłeś się na inną zmianę.
Jarek: Godziny przestały mi pasować. Dorabiałem w warsztacie u ojca. Mam zamiar założyć własny warsztat albo wziąć w ajencję stację benzynową. W McD nie da się pracować przez całe życie.
Kliknij tutaj, aby przejść do trzeciej części Big bang.







