Laboratorium Re... > McLove > Reportaż, Dokum... > Big Bang cz. III  

Big Bang cz. III

Piotr Dąbrowski

Zapraszam do trzeciej części Big Bang. Jeśli wiesz o czym mowa, zapraszam do lektury. Jeśli nie, rozpocznij czytanie tutaj.

MARCIN

Lat 28. Wykształcenie gastronomiczne, 2 rok zarządzania (zaocznie). Human resources ma-nager w pionie restauracyjnym jednej z sieci hoteli. Umiejętności praktyczne wyniósł z McD. Co uderzające, nie nosi szarego garnituru, tylko sportową wełnianą marynarkę marengo.

PD: Ile razy w życiu zostałeś obryzgany keczapem od stóp do głów?
Marcin: śmieje się Tylko raz. Teraz pracuję w bezpiecznych warunkach.
PD: Jak wspominasz tamto wydarzenie?
Marcin: Więc naprawdę o to chcesz pytać? Dobra. Śmieję się z tego. Ale nie chciałbym tego przeżyć po raz drugi. Myślałem, że ta kobieta mnie zabije.
PD: Możesz to opisać ze swojego punktu widzenia?
Marcin: Nie wiem, czy dokładnie pamiętam. Jakiś zator na kuchni, pusta sala, niedziela wieczór. Menedżer w McD to tak sierżant. Więc z moim kolegą ze zmiany staliśmy tam i wydzieraliśmy się do ucha pracownikom, że mają ruszac dupy i że nie są u siebie na gospodarce. Taka rola. Czasem całkiem zabawna. Nagle widzę, jak jakaś lala snuje się, żeby umyć ręce i zastanawia się, czy nie zaszkodzi to cerze na rączkach. Tak mi to wyglądało. Wydarłem się, że ma stanąć na kasie i w pod-skokach. Ona mi na to, że już ma co robić. Coś tam szczeknąłem i – na moje nieszczęście – dziobnąłem ją palcem. To samo zrobiłbym facetowi. Nie pamiętam, czy dała mi w pysk, czy od razu chlusnęła keczupem. Na pewno od razu się rozdarła. Nawet nie wiem, co krzyczała, dla mnie to brzmiało jak nieartykułowane wycie. Zresztą tak zbaraniałem, że w ogóle mało co do mnie docierało. Leciało na mnie wszystko, co nie było przymocowane, a ja myślalem tylko, że ona zaraz posadzi mnie na grillu. Miałem ochotę uciekać stamtąd. Nagle wszystko się skończyło. Stałem po kostki w jakiejś brei, a wszyscy z uśmieszkami czekali, co teraz zrobię.
PD: Zaskoczył Cię sam fakt wybuchu, czy jego gwałtowność?
Marcin: Jedno i drugie po trosze. Bardziej ta furia, ale w McD rzadko się zarza, by pracownik wydzierał się na przełożonego. To, że tak powiem, nie jego parafia. Jakiś ordnung musi, kurwa, sein. szczerzy się
PD: Kojarzyłeś tę dziewczynę?
Marcin: W ogóle tak, ale nie miało to znaczenia, kiedy się do niej przyczepiłem. W weeken-dowe wieczory, musisz zrozumieć, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Wszystko się rozłazi. Lidia – tak miała na imię – bardzo dobrze radziła sobie tam, gdzie większość nowicjuszy całkiem się zała-muje. Ale właśnie na zejściach kryzys jest największy i najbardziej powszechny. Wszyscy mają watę w nogach, nawet mruganie jest wysiłkiem. Gdyby zostawić ich sobie samym, restauracja mogłaby do rana stać niewyczyszczona.
PD: Co mógłbyś powiedzieć o Lidii, zanim próbowała Cię zamordować?
Marcin: Była dość dziwna. Założę się, że miała jakieś kłopoty w domu. W ogóle reagowała dość ostro, nie miała do siebie dystansu.
PD: Przykłady?
Marcin: Spokojnie. Domyślasz się, jak to jest w zamkniętych grupach. Pojawiają się żarty sytuacyjne, których osoby z zewnątrz nie rozumieją. Jesli powiesz nieznajomej kobiecie, żeby zabrała tłuste dupsko, bo zasłania horyzont, to ona się obrazi i słusznie. Wśród kolegów takie rzeczy uchodzą. Taka pieszczotliwość. Lidia nie potrafiła się w to wczuć. Nawet kiedy tekst nie był skierowany do niej, ona musiała wtrącić dydaktyczny smrodek i dorabiać ideologie.
PD: Wtrącała się?
Marcin: Nie, nie aż tak. Po prostu czasem potrafiła zgasić atmosferę, wprowadzić konster-nację. Ale tylko z początku.
PD: Jak wprowadzała konsternację?
Marcin: Facet rozmawia z panienką. Dogryzają sobie, Boże, nie przytoczę dokładnie przebiegu takiej gadki. Panienka sugeruje, że facet jest impotentem, a on na to odpowiada „i tak się z tobą nie prześpię”. Na to Lidia: „Przecież ona wcale ci tego nie proponowała! Umyj sobie uszy”! I zdechł kot. Ludzie nie wiedzą, gdzie oczy podziać. Ale przeszło jej.
PD: Fakt. Kiedy z nią rozmawiałem, prezentowała się inaczej. Tak czy inaczej, jak rozumiem, raczej nie była lubiana?
Marcin: To chyba nie tak. Była humorzasta i zamknięta w sobie, dziwna. Ale ludzie rozumieli, że ma kłopoty i odpuszczali jej. Nie usiłowała się nikomu narzucać i poza takimi przypadkami, jak tamten, była raczej miła.
PD: OK. Wróćmy do awantury. Co się działo dalej?
Marcin: Trzeba było posprzątać i tym się zajął Jarek. Ja miałem wrażenie, że rąbnął we mnie piorun. Też kiedyś byłem szeregowym pracownikiem i miałem za menedżera prawdziwego sadystę, który pił krew. Został zresztą wywalony za manka na kasach. Potem opieprzali mnie asystenci, kierownicy i garniturowcy z biura, ale nigdy nie spotkało mnie coś podobnego. No może raz, kiedy w podstawówce namówiłem kolegę, żeby polizał tory kolejki, a on poskarżył mojej matce. Poczułem się, jakbym zgolił na czczo pół litra. Posłuchaj. Nagle najważniejszą rzeczą wydało mi się, że jestem brudny i mam zaplamioną koszulę. Poszedłem się umyć i doprowadzić do względnego porządku. A potem trochę zluzowałem Jarka. Powiem ci jedno. Chciałbym, żeby te wały zawsze robiły w takim rytmie jak wtedy, kiedy starały się tylko nie patrzeć na mnie i nie zwracać na siebie uwagi.
PD: Jakoś wtedy Lidia wyszła do domu.
Marcin: Tak. Myślała, że już tu nie wróci, ale maszerowała jak królowa na koronację. Gdyby jeszcze nie miała tak zapuchniętych oczu i głos się jej nie łamał… Nie wiem, czy wiesz, ale maszerując przez kuchnię z teatralną przesadą wzywała taksówkę. Chyba ten widok mnie złamał. Wtedy pomyślałem, że jeśli muszę ją wyrzucić, to pieprzę takie wakacje.
PD: A czy to zależało od Ciebie?
Marcin: I tak i nie. Mogłem ją wyrzucić bez mrugnięcia okiem, bo to, co zrobiła, to było ciężkie przewinienie. Jako menedżer byłem odpowiedzialny za to, co dzieje się podczas mojej zmia-ny, a straty były spore. Mogło się komuś stać coś złego. Sosy, sok z pomidorów, to wszystko dostało się do środka grilla, tostera, mogło nastąpić zwarcie. Na szczęście do tego nie doszło. A w McD panują dość napięte stosunki. Zbytnia lojalność między pracownikami a przełożonymi nie jest mile widziana. Mają się wzajemnie pilnować. To, że jej nie wyrzciłem mogło być wykorzystane przeciwko mnie. Gdyby zdarzył się jakiś nalot, natychmiast trzeba by było wskazać odpowiedzialnego za straty. Słowo „wypadek” w McD oznacza, że w restaurację uderzył meteor. Kiedy indziej zawsze ktoś jest winny. Moim wybawieniem był drugi asystent, Rysiek. To człowiek, który od zawsze chyba kontestował system McD i trzymał się tam na złość. Kiedy Jarek, dumny ze swego sprytu, wcisnął mu bajeczkę o chłopaku Lidii, jej przyjaciółce i zdradzie, Rysiek był szczęśliwy, że nie było mowy o trzęsieniu ziemi.
PD: Doszliśmy do niejasnego dla mnie etapu całej historii. Rozumiem, że nie chciałeś jej wyrzucić i szukałeś pretekstu, by tego nie robić. Sondowałeś Jarka, co on o tym myśli…
Marcin: Nie pamiętam dokładnie, jak to było. Byłem skołowany i poprosiłem go na chwilę pogawędki. Potem przyszedł Rysiek, a Jarek wyskoczył z tamtą historyjką. Rysiek wziął po prostu odpowiedzialność na siebie. Od tamtej pory Jarek i ja byliśmy kryci. Lidia nie miała nigdy wcześniej kłopotów w firmie, więc ryzyko nie było aż tak wielkie. Potwierdziłem, że zazwyczaj pracuje lepiej niż inni, więc po prostu wyczerpaliśmy limit wielkoduszności firmy na najbliższe pięć lat.
PD: Co dalej?
Marcin: Nic. Dla Lidii był to moment przełomowy. Chyba nam zaufała. Okazało się, że to bardzo fajna dziewczyna, kiedy się ją pozna.
PD: O to to! Opowiedz o tym.
Marcin: Uff… To dość skomplikowane. Byłem po tych zdarzeniach w dość kłopotliwej sytuacji. Zostałem ośmieszony w oczach załogi. Wszyscy podejrzewali, że chcę się odegrać, a to że Lidia wciąż pracuje zostało na mnie wymuszone bądź duma nie pozwoliła mi jej wywalić.
PD: A nie było tak?
Marcin: Nie. A jeżeli, to w małym stopniu. Możesz nie wierzyć, ale naprawde ogromne wrażenie zrobiło na mnie, co ta dziewczyna potrafi. Co najdziwniejsze chyba jedyna Lidia brała za dobrą monetę fakt, że nie chcę między nami urazy. Może dziwniejsze było zachowanie Jarka.
PD: Odrobinę jaśniej, proszę.
Marcin: Jak by tu zacząć… Do pracy Lidia przyszła chyba dwa dni po awanturze. Bez słowa podpisała naganę, którą wręczył jej Jarek, a potem wzięła się do roboty jak zwykle. Kiedy po-szła na przerwę, poszedłem za nią i powiedziałem, że chcę przeprosić za tamto i za naganę rownież, żeby nie brała jej do siebie i tak dalej. Ona się zgodziła, uścisnęliśmy sobie ręce i tak się skończył epizod pierwszy. Jeszcze tego samego dnia, przed końcem mojej zmiany zaczepił mnie Jarek. Zagadał do mnie – na co zwróciłem uwagę dopiero później – jakoś tak, że ta głupia pinda nawet nie zdaje sobie sprawy, co dla niej zrobiliśmy. Coś w tym stylu. Odburknąłem mu, że wszystko jest w porządku i zapomniałem o sprawie.
PD: Ale sprawa była…
Marcin: Tak. Któregoś dnia spotkałem Lidię przypadkiem poza pracą. Oboje mieliśmy tego dnia wolne i poszliśmy na kawę, na piwo czy na coś tam. Obśmialiśmy całą historię z keczapem. Ja tłumaczyłem się gęsto ze swojego postępowania, z tego dziabnięcia, uzyskałem przebaczenie. Ona zaś powiedziała, że jej jest przykro, że tak wyszło, ale dalej nie chciała mruknąć ani słowa. A pytałem ją o te jej humory, dziwne zachowanie, strój. Po prostu wzruszała ramionami. Powiedziała, że to już przeszłość i rzeczywiście na to wyglądało. Ponieważ oboje mieliśmy czas, poszliśmy do kina. Tak się zawiązała nasza bliższa znajomość.
PD: Do jakiego stopnia bliższa?
Marcin: Z jej strony z pewnością bliższa niż z kimkolwiek z firmy. Może poza Katje. To jed-na z instruktorek, Kasia, jak się zapewne domyśliłeś. Miło było sobie z nią pogadać. Ale po dojściu do takiego bliskokoleżeńskiego stopnia zażyłości, jakoś nie chciało to drgnąć dalej. Nie wiem dlaczego, kilka razy się nad tym zastanawiałem. Łaziliśmy do knajp, do kina, czasem na jakąś posiadówę. Nigdy nie udało mi się doprowadzić jej do takiego stanu, by przestała się kontrolować. Szyderczy uśmiech
W tym samym czasie Jarek coraz częściej robił jej koło pióra. Za plecami, rzecz jasna. Zaczęło mnie to mocno dziwić, bo był wręcz natarczywy z uwagami, jaka to ona jest głupia, nieprzystosowana. Z tego, co wiem, nawet z nią nie gadał, więc skąd miałby to wiedzieć? Poza tym robił głupie aluzje przy załodze. Czasem mało subtelne w stylu „co tam króliczki?” To było idiotyczne, a poza tym dość nie fair, bo kierownictwo mogłoby zwolnić któreś z nas, prawdopodobnie ją. Taka polityka firmy. W najlepszym razie skończyłoby się na przeniesieniu do innego lokalu. W firmie pa-nowała niepisana zasada, że takie rzeczy raczej się kryje.
PD: Ale nie doszło do tego?
Marcin: Nie. W końcu wziąłem go na bok i wygarnąłem mu, co sądzę o jego zachowaniu. Wyglądał, jakby mnie w ogóle nie rozumiał. Zrobił z siebie urażoną niewinność i przestał się do mnie odzywać. Do Lidii nie mógł, bo i wcześniej się nie odzywał. Potem wydawało się, że problem sam ię rozwiązał, bo Lidia znalazła sobie faceta. Ale Jarek był głęboko obrażony, w końcu przeniósł się na inną zmianę. Dalszego ciągu nie znam, bo zostałem asystentem w innej restauracji.
PD: Przyjaźniłeś się z Jarkiem?
Marcin: Nie, to dużo powiedziane. No… To był kolega z pracy. Zbliżony funkcją… Rozumiesz. Tak naprawdę jedyny człowiek, z którym w firmie mogłem porozmawiać w miarę swobodnie. Ani podwładny, ani przełożony. Ale nie rozmawialiśmy o bólu egzystencji tylko o samochodach i Jennifer Lopez. Albo o nowych butach.
PD: Jak rozumiesz zachowanie Jarka?
Marcin: Nie rozumiem.
PD: Spróbujmy to poskładać. Jak wygląda jego rola w całej sprawie?
Marcin: On to wie lepiej. Ja wiem tyle: Przyglądał się, jak byłem masakrowany, nakazał sprzątanie, wymyślił historyjkę z przyjaciółką, rzucał głupie teksty, obraził się.
PD: Nigdy wcześniej w innych sprawach nie zdarzyło mu się nic podobnego?
Marcin: Nic o tym nie wiem.
PD: Może zakochał się w Lidii?
Marcin: To bardzo dziwnie to okazywał. Nie sądzę.
PD: A co innego wchodziłoby w grę?
Marcin: Nie mam pojęcia. Może był zakochany we mnie.
PD: Mówisz serio?
Marcin: Nie. Ale może? Kto wie? Wiesz zawsze mógł się poczuć urażony złamaniem menadżerskiej sztamy. Że popełniam mezalians. Może chciał mnie uchronić przed pochopnym związkiem z istotą niższego rzędu. A ja, niewdzięcznik, pokąsałem rękę, co mnie karmiła.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl