Laboratorium Re... > McLove > Reportaż, Dokum... > Opisy miejsca > Królestwo widziane Mcroskopowo  

Królestwo widziane Mcroskopowo

Marcin Grabowski

Ty myślisz może, że wiek złotyBez walk, sam, przyjdzie do ludzkości - A gdzież?... powiodą wpierw te cnoty, Od których cofa strach śmieszności!...
Cyprian Kamil Norwid, Ironia

Miasto - nieczytelny maszynopis, rozkopany poprawkami, zabazgrany ulicami (czarnymi arteriami skreśleń) - owinął zmierzch i listopadowa słota. Trotuarami wciśniętymi między fale brył stalowo - szklanych megakompleksów suną korowody zziębniętych i niemych przechodniów; słowa - pomruki strzępów symboli - padają w ostateczności na dywan ich przyspieszonych oddechów, aby podać adres, godzinę, jakość, odczucie. Bilbordy wieszczą ukrzyżowanie fizyki ku chwale młodych, cyfrowych cielców. Przy akompaniamencie klaksonów i warkotu silników wielobarwne światła neonów wprawiają Miasto w ekstatyczny dygot. W kakofonicznym sztormie barw i dźwięków ogromny żółty totem w kształcie litery M dumnie obraca się dokoła własnej osi na dachu przeszklonego budynku - latarnia na kryształowym wzgórzu.

Każdego dnia bezduszne kombinacje jedynek i zer wydają ten sam szalony makrorozkaz (Mc[Ro]Rozkaz): zintegrować, nakarmić i zebrać maksimum (McSimum) zysków. Realizacja tej złożonej operacji odbywa się w imperium, w którym słońce nigdy nie zachodzi. Królestwo McDonald`s ("królestwo złotych arkad") przygarnia niemal w każdym zakątku globu rozmywające się, wiecznie głodne narody. Przez wnętrza urządzone z tym samym smakiem, aby klient na każdym kontynencie, w każdym państwie i mieście czuł się swojsko, przewijają się - cytując Rimbaud - "miliony ludzi, którzy nie odczuwają potrzeby poznania się, podchodzą do wychowania, zawodu i starości w sposób tak podobny, że długość ich życia musi być parokrotnie krótsza niż to, co obłędna statystyka odnosi do społeczeństw". W McDonald`s - lekko parafrazując znów Rimbaud - moralność i język konsumentów sprowadzone są do najprostszego, pierwotnego zwrotu - nareszcie szama! Ale szama to niezwykła.

Dworzanie "królestwa złotych arkad" dźwigają na barkach podobne problemy: szkoła, rodzina, praca (niektórzy w ogóle jej nie mają), zdrowie, niesforna kochanka, raty za dom, dzieci, zepsuty samochód, chory pies... Doprawdy, trudno im się w tym wszystkim odnaleźć. Dokonując dziennie dziesiątków wyborów błądzą w labiryncie prozaicznych spraw, zapominając o swoim położeniu w skali makro (McRo). Czy ten facet o kociej twarzy w jasno - beżowym płaszczu zapomniał, w czyje objęcia zmierza - "lokalnego ajatollaha czy coca - coli", jak pytał Barber w "Dżihad kontra McŚwiat". Czy zapomniał? Nie, on się zwyczajnie nad tym nigdy nie zastanawiał. Jego twarz zdradza dezorientację, gdy rozbieganym wzrokiem wodzi po rozświetlonym barwami pulpicie nad kasami. Niewiele tam informacji, głównie promocje. Pełne menu wisi w zapomnieniu nieopodal na ścianie. Co wybrać? Tyrania wolności utrudnia podjęcie jednoznacznej decyzji. Ale przecież wcale nie trzeba wiedzieć, co chce się zjeść. Kotowaty facet dowie się o tym od przeszkolonych sprzedawców za każdym razem komponujących wyborny zestaw, w którym odzwierciedlą indywidualność klienta. Oni wiedzą, na co każdy z nich ma ochotę. Z przyjemnością podejmą decyzję za faceta w płaszczu. I jeśli przypadkowo opuści go głód udowodnią, że to tylko iluzja.
Kasjerka kładzie paragon na tacy kotowatego i w uśmiechu mającym niewiele wspólnego ze szczerością wyszczerza białe ząbki; życzy smacznego i zaprasza ponownie. Facet rzuca kasjerce kwaśny uśmiech i ocierając się o kolejkowiczów odchodzi. Przypomina teraz kuguara, który w bezpiecznym miejscu chce pożreć świeżo upolowaną zdobycz - McZestaw za 10,50. Kotowaty mruczy coś i już niknie w gwarze "sali restauracyjnej".

Wszystkie stoliki zajęte. Przy jednym z nich jak w amerykańskim serialu trwa popołudniowa sielanka. Czteroosobowa rodzina skąpana jasnym światłem, otoczona bujnością sztucznej roślinności (taniej i niewymagającej) ucztuje w najlepsze. Otłuszczony tata w zastraszającym tempie pochłania Mc(f)abrycznie apetycznego Big Maca jednocześnie ocierając z keczupu twarz pulchnego synka, który dla zabawy swojej młodszej siostrzyczce wsadza do nosa frytki. Dziecko drze się wniebogłosy. Otyła mama uspokaja córeczkę wtykając w jej usteczka kawałek cheesburgera. Zaraz zaprowadzi swoje dzieci na tryskający wesołymi piskami plac zabaw, żeby mieć przez chwilę spokój i móc przedyskutować z mężem zawiłości procesu rozwodowego. Tuż obok we wnęce, przy malutkim stoliczku (jego rozmiary siłą rzeczy pogłębiają kontakty międzyludzkie) zbuntowany gimnazjalista szepcze do wymalowanego podlotka czułe słowa. Ponad nimi wisi utrwalony w formacie A1 wycinek american dream: nastoletnia parka jedzie na tylnim siedzeniu kabrioleta; wtuleni w siebie, z przymkniętymi oczami, rozwianymi włosami doznają niepowtarzalnego uniesienia, oczarowania magią chwili; promienie porannego słońca rozgrzewają ich twarze; u spodu plakatu widnieje wszystko mówiący napis: "I`m lovin` it". A więc McDonald`s wciąż jest modny, bo pełno tu młodzieży, a podobno tylko młodzi wydają bezlitosne werdykty o tym, co jest obciachowe a co nie. Podlotek i gimnazjalista wrócą tu jeszcze; mają jakby zakodowane, że właśnie w McDonald`s byli blisko, bliżej niż niejednokrotnie później będąc sam na sam.
Wśród ścian o kolorach stonowanej zieleni, fioletu i różu zawiązują się i rozpadają związki, przyjaźnie, małżeństwa; przy chicken premiere można dobić interesu, rozstać się albo oświadczyć ("chicken premiere... tego sobie nie odmówię") W ten sposób niejednokrotnie gorące namiętności przesłaniają ludziom prawdę o tym miejscu. Każdy kęs hamburgera nie tylko powiększa potencjał konsumpcyjny, ale co najważniejsze wzmaga integrację jednostki z kulturą masową. Ponadto każda "restauracja" (!) integruje w sposób subiektywny: w jej obrębie tworzy się nieuświadomiona wspólnota ludzka spajana świadomością niezmienności kanonu piękna lokali McDonald`s i znajomą formą konsumpcji. Integracji towarzyszy homogenizacja wzorów postępowania, co przekłada się na unifikację warunków i wartości życiowych. Uniformizacyjne przeobrażenia coraz silniej wpływają na instancję rodziny; przecież dzieci otłuszczonego taty i otyłej mamy, a kto wie, może niedługo też gimnazjalisty - buntownika i wypacykowanego podlotka, jak tylko podrosną będą częstymi gośćmi "królestwa złotych arkad". Potem wzorem swoich rodziców przyprowadzą do McDonald`s własne pociechy. Międzypokoleniowy rytuał konsumpcji zostanie zachowany a wszelkie tradycyjne wzory osobowe ulegną konfliktowemu działaniu młodych wzorów masowych; ich rodzicielką jest popkultura bez tożsamości, tak zwana kultura uniwersalna, której "głębia" sprowadza się - dosłownie (!) - do dna. Z jej odbytu wysrywane są ociekające silikonem teledyski, przesłodzone, kolorowe reklamy z hasłami w formie imperatywów: "kup teraz!", "przyjdź do nas!", "otwórz oczy!", otępiające promocje, ...ten cały kicz (!) niewytłumaczalną siłą odpychający od kultury wysokiej, zabijający każdy walor, cnotę, ideę usytuowaną wyżej w hierarchii wartości. Ale "pod złotymi arkadami" tego się nie czuje. W McDonald`s globalizacja - monstrualny paradygmat, przerażający proces z całą gamą nieznanych dotąd zjawisk - nie budzi strachu. To swoisty McIawelizm, znieczulający, przytłumiający, sympatyczny a mimo wszystko przewrotny i obłudny. We wnętrzu o barwach wyblakłych akwarel rozmywają się jakiekolwiek wątpliwości. Przełykając shake`a waniliowego nikt nie zastanawia się nad tym, że zmiany globalizacyjne sięgają w głąb nie tylko sfery światopoglądowej, ale i mechanizmów funkcjonowania osobowości. Odwijając z papieru (McUlatura) kolejnego fishmaca nikomu nie przyjdzie do głowy, że zagrożenia mogą objawić się w realnej możliwości izolacji jednostek a w konsekwencji w utracie orientacji społecznej. Nastawienie na doczesność plus intensywne i stałe oddziaływanie postmodernistycznej kultury zachodniej równa się kryzys tożsamości i dezintegracja społeczna. To proste równanie nie ma prawa bytu w McŚwiecie. Tradycyjne wartości, solidarność społeczna, cnoty obywatelskie, demokracja, rola państwa w realizacji narodowych celów rozwoju muszą być dla rzesz oczarowanych nadmuchaną karmą terminami przestarzałymi, jeśli nie całkowitymi abstrakcjami. W "restauracji" McDonald`s nie słychać jak buldożer wolnego rynku i globalnych wzorców kulturowych obraca wszystko w gruz. Spójrzmy prawdzie w oczy: tu się w zachwycie wpieprza chemiczne majstersztyki inżynierów żywienia a nie uprawia filozofię. Klienci muszą mieć fun a producenci - McSymaliści zwiększające się obroty. Aż się prosi zacytować słowa, które Krzysztof Sołoducha wsadził w usta Mesjasza: "...wy producenci gówna. Wy jesteście gównojady i musicie to sobie uświadomić. Produkujecie gówno, a potem je zjadacie i zatruwacie nie tylko swoje organizmy. Diagnoza jest dosyć prosta. To nie wasza wina. Jesteście bogu ducha winni. To wasze organizmy odmówiły współpracy".

Tak, organizm tego typa z dużą głową odmówiłby już po stu metrach szybkiego biegu. Gość wygląda na początkującego McLera w dodatku z McRocefalią od ciągłego analizowania danych. Wielką głowę opiera o ścianę, na której kłębią się sztuczne rośliny upstrzone różowymi i czerwonymi kwiatuszkami. Wielkogłowy zdaje się odpoczywać po ciężkim dniu w biurze. Luzuje krawat pod szyją i otwiera pudełeczko z ledwo ciepłym Big Mac`iem. Pierwszy kęs: globalizacja przybiera na sile i wymyka się spod kontroli. Za mało sera dają, chociaż ten kotlet to się chwali. Drugi kęs: nierówności w społeczeństwach są coraz bardziej widoczne a podział na "turystów" i "włóczęgów" Baumana staje się zatrważająco realny. Za dużo tej sałaty; no ale kotlet jest. Trzeci kęs: marginalizacja jako efekt globalizacji dotyka 98% ludności świata i tylko nieliczni korzystają z multiinformatycznego rozpasania. Ta, niezłe, ale trzeba popić. Czwarty kęs: niekonkurencyjne i mało produktywne połacia Afryki rozgrzane niemalże do czerwoności nędzą, AIDS i rzeziami etnicznymi nie zostają objęte żadnymi procesami pomocowymi. Smaczne; i ta bułka taka miękka; o, dobrze że są dwie colażki. Piąty, spory kęs: bezpieczeństwo i równowaga ekonomiczna na świecie są podkopywane przez maksymalizację zysków; ludzi wyrzuca się poza margines bez podstawowych środków do egzystencji. Naprawdę niezłe; kotleta powinni tylko więcej dać. Szósty, ostatni kęs: bezbronne tradycyjne postawy ludzkie są bezlitośnie rozstrzeliwane przez kryzys wartości i utratę sensu życia a wartości moralne depcze się i poniewiera na trotuarach Wall Street. Mmm... I`m lovin` it.
Wielkogłowy właśnie zaspokoił pierwszy głód. Widać doznał szczególnego uczucia zadowolenia, bo teraz sapie i z szerokim uśmiechem na ustach rozgląda się po kipiącej życiem sali. Podoba mu się w "królestwie pod złotymi arkadami". Obicia ścian od podłogi do wysokości pasa zupełnie jak w jego biurze ... brązowe i nakrapiane prawie niedostrzegalnymi czarnymi kropeczkami. Wielkogłowy dostrzega, że czerwone detale w kształcie trójkątów u wykończeń poręczy wyglądają identycznie jak te z restauracji na trzy litery, gdzie ostatnio jadł udka kurczaka. O, nawet taką samą beżową terrakotą jest wyłożona podłoga kibla w jego pracy. Tylko, że tu kible płatne. Wielkogłowy smutnieje i zanurza zęby w kolejnym Big Mac`u.

Istotnie, za wstęp do toalety inkasuje emerytka w granatowym sweterku. Jest najniżej w hierarchii personelu "restauracji". W McDonald`s po ubiorach można poznać, kto zajmuje dane stanowisko. Pracownicy kasy noszą szare spodnie i białe koszule z krótkim rękawkiem w drobną, czerwono - niebieską kratkę. Często uczestniczą w pracach porządkowych: opróżniają pojemniki z odpadkami, czyszczą stoliki albo pucują mopami podłogi. Ci na kasach są pod baczną kontrolą kierowników zmian ubranych w białe koszule i czarne spodnie bądź spódnice. Kierowników jest dwóch; jeden kontroluje drugiego. Tylko oni mają klucze i karty magnetyczne do kas, które otwierają, jeśli trzeba rozmienić pieniądze. Za kasami cały czas aż się gotuje. Wszyscy biegają przyjacielsko na siebie pokrzykując. W dziale przygotowywania produktów bezapelacyjnie króluje kolor granatowy. W świetnie skrojonych fartuchach młodzi ludzie przygotowują specialites de la maison. Jedynie ochroniarz (najwyżej dwudziestoletni, wyglądający w za dużym uniformie jak młody bojówkarz ruchu globalizacyjnego), cały jest ubrany na czarno i nie pasuje ubiorem do reszty personelu. Biedak z nudów snuje się po lokalu jak widmo. Niekiedy zatrzymuje się przed powiększonymi zdjęciami "restauracji" McDonald`s na całym świecie i marzy. Hong Kong, Kobe, Singapur, Rio, Los Angeles, Johannesburg, Londyn, Sydney i tak dalej; cały świat w jednym miejscu, choć tyle miejsc na całym świecie...
Nagle za kasami zaczyna wrzeć. To przyspieszenie obrotów niewątpliwie powoduje pojawienie się postawnego mężczyzny w dobrze skrojonym garniturze. Kierowniczki zmian słuchają jego słów potulnie kiwając głowami. To jakaś szycha; żeby nią być trzeba nie lada cwaniactwa. W rysach twarzy tego człowieka odmalowuje się dwoistość duszy miotanej ciągłą walką między właśnie cwaniactwem, wręcz zbrodniczą ambicją, a wrażliwością i bogatą wyobraźnią. Ten mężczyzna to McBet - człowiek tragiczny o czarnym charakterze. Tym razem nie skrzywdził nikogo, choć najbardziej jest cięty na kobiety. Już powoli odchodzi na zaplecze. Cała zmiana odczuwa wewnętrzną ulgę.
Teraz szybkich rozmów z klientami nie zakłóca żadna presja. Przygodna komunikacja twarzą w twarz, intencjonalna i formalna powoduje pojawienie się określonych działań, ustaleń, przedsięwzięć. Pieniądze wędrują do kas, (Mc)abra - kadabra - na tacach lądują zamówienia. W ten sposób wznosi się gmach społecznej komunikacji na fundamentach przedmiotowego traktowania relacji społecznych, czyli najzwyczajniej na świecie buduje się kulturę. Nikt z tego powodu nie drze na sobie szat. Przecież tu się tylko je.

Źródła życia mętnieją i słabną pod triumfującymi, złotymi łukami. W ich cieniu ludzie na całym świecie pozornie napełniają żołądki a faktycznie znajdują schronienie w oplatającej ludzkość, zabójczej sieci. W McDonald`s człowiek pochłania półfabrykaty, później idzie do domu lub pracy, gdziekolwiek i pomnaża głód, którym się jeszcze nie nasycił - niezaspokojone chęci klonowania bogactw. Tymczasem to królestwo McDonald`s nasyca się najbardziej, ponieważ wchłania i trawi codzienność oraz pospolitość ludzi, którzy - jak pisał w "Idiocie" Dostojewski - "za nic nie chcą pozostać tym, czym są, i za wszelką cenę chcą być oryginalni, nie mając żadnych po temu środków".
Wszyscy, wszyscy, wszyscy się jeszcze nie najedliśmy! Ale dość o tym, nie o to teraz chodzi, ale o to, czy nie należałoby podejść do kasy i kupić jeszcze jeden McZestaw.

Komentarze

 Mc`Donald

Autor: Gocek (Środa 31-05-2006 10:15)

Artykuł bardzo dobrze odzwierciedla jak rośnie w Polsce światowy globalizm będący niekorzystnym zjawiskiem dla tożsamości narodu a także powodującym zatracenie tradycyjnych dla każdego Polaka zasad braterstwa ,jedności i współczucia.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl