Laboratorium Re... > Nakręceni > Filmy dokumentalne > Bar Leszka Dawida  

Bar Leszka Dawida

Elżbieta Chowaniec

"Bar na Victorii" to jeden z najgłośniejszych dokumentów młodego pokolenia. Został nagrodzony m.in.: nagrodą główną na festiwalu Dokument ART w Neubrandenburgu, nagrodą główną łódzkiego Festiwalu etiud filmowych Łódź MediaSchool, Srebrnym Smokiem na Międzynarodowym Krakowskim Festiwalu Filmowym, otrzymał pierwszą nagrodę na Węgiel Student Film Festiwal w Cieszynie, jak również Srebrną Kanewkę na festiwalu KAN we Wrocławiu i wiele innych. Leszek Dawid został za ten film nominowany do Paszportu Polityki. „Bar na Victorii” opowiada o dwóch młodych chłopakach, którzy jadą do Anglii za chlebem. Skąd wziął się pomysł na taki dokument? Jak wyglądał czas realizacji? Opowiada sam twórca filmu – Leszek Dawid.

Wszystko zaczęło się jeszcze w szkole filmowej. Na trzecim roku mieliśmy zajęcia z filmu dokumentalnego z Kazimierzem Karabaszem. Złożyłem kilka pomysłów, długo je dokumentowałem, ale nie były to tematy, które naprawdę mnie fascynowały. Dlatego też przez długi czas odkładałem zdjęcia. Pewnego dnia wybrałem się do mojego rodzinnego miasta – Kluczborka, gdzie spotkałem sąsiada – Piotrka. Zaczął mi opowiadać o tym, że razem ze swoim kolegą – Markiem chcą się wybrać do Anglii, do pracy. Przyszedł się poradzić, zapytać jaki jest Londyn. Streścił historię o tym, że wcześniej byli już w Holandii, ale się nie udało. Opowiadał o aplikacjach złożonych w celu wyjazdu do Francji. Mówił o historiach wielu ludzi jemu podobnych, którzy wyjechali i ułożyli sobie życie za granicą. Przeprowadziliśmy bardzo luźna rozmowę, koleżeńską, z której na tamtym etapie nic nie wynikało, poza jednym, że myślałem o niej jeszcze w drodze powrotnej do Łodzi. Po przyjeździe skonsultowałem się z Kazimierzem Karabaszem i zdecydowałem na temat filmu. Piotrek i Marek bardzo ucieszyli się z mojego pomysłu. Głównie liczyli na to, że im pomogę.

Świadek, nie mentor

Pierwszy etap pracy na filmem składał się z wielu rozmów, w których tłumaczyłem chłopakom w jakim celu i na jakich zasadach podejmujemy działania. Artykułowałem, że nie mogę angażować się w ich wyjazd, że biorę kamerę, jadę z nimi, ale tylko w roli obserwatora. Byłem przerażony ich wyobrażeniem kraju, do którego się wybierają. Wiedziałem jednak, że nie mam prawa się wtrącać. Oczywiście mogłem ich ostrzec lojalnie, bo byłem obok i słyszałem wszystko. Zrobiłem to kilkakrotnie, ale potem przestałem ich pouczać. Przecież to nie ja namówiłem ich do wyjazdu; oni sami to wymyślili i postanowili wyjechać bez względu na to, co ja o tym myślę i czy się z nimi wybieram czy nie. Mogli spotkać kogoś mądrego, kto by im powiedział nie róbcie tego czy tamtego. Ale być może właśnie mieli to zrobić po swojemu, żeby coś zrozumieć. Nie jest ważne, by być mądrym czyjąś mądrością, tylko swoją. Niech żyją tak, jak chcą – myślałem wtedy. Nie mogłem występować w roli ani ich ojca, ani mentora. Zawarliśmy układ. Dziwny i trudny, ale klarowny. Ja się nie wtrącałem, byłem jedynie świadkiem zdarzeń.

Trzy wizy

Mając na uwadze wcześniejsze ustalenia pojechaliśmy. Było nas trzech - ja, Piotrek i Marek. Nie było ekipy, głównie ze względów finansowych. Mój szkolny budżet pozwalał na sfinansowanie biletu tam i z powrotem. To wszystko. Wyjazd nie był sprawą prostą. Mówimy o czasie, kiedy Polska była przed wejściem do Unii Europejskiej. Istniały granicę i wizy pobytowe. Mogliśmy ich nie dostać. Chłopaki myśleli, że skoro jadę z nimi, to może będzie łatwiej. Tłumaczyłem, że niestety w niczym nie mogę pomóc, że muszę się starać o papiery tak samo, jak oni. Nie mogłem przecież występować na granicy jako realizator tego filmu. Nie mogłem powiedzieć, że jadę zrobić materiał o dwóch młodych Polakach, którzy chcą pracować nielegalnie w Anglii. Najgorszy byłby moment, w którym chłopcy otrzymaliby pozwolenie, a ja nie. Ryzyko realizacyjne było duże. Rozmawialiśmy z Karabaszem na temat wszystkich możliwości poprowadzenia tej historii. O tym, co będzie, jeśli jednego wpuszczą, a drugiego nie, albo, że w ogóle nie dostaniemy się do Angli. Że ten film musi coś opowiadać, przy założeniu, że część wyjazdu się nie uda. Szczęśliwym trafem wszyscy otrzymaliśmy wizy wjazdowe.

Angielskiego nie znamy

To, że nas przepuszczono przez granicę stanowiło główna motywację dla chłopaków. Ciągła walka i odwlekanie decyzji o powrocie do kraju w dużej mierze wynikała z faktu, że przecież drugi raz mogą nie dostać się do Anglii tak łatwo. Poza tym, żeby wyjechać musieli się zadłużyć i nie chcieli wracać bez choćby niewielkiej sumy na pokrycie długów. Relacja między nami była dziwna. Dzielili się ze mną praktycznie wszystkim, prosili żebym czytał im gazety, tłumaczył. Pytali, jak kupić bilet do metra, jak powiedzieć to, czy tamto. Wtedy, gdy sprawy przybierały dobry dla nich obrót angażowali się tak, że wystarczyło dobrze postawić kamerę by dostać to, co się między nimi działo. Oczywiście znalezienie pracy nie było takie proste, więc często pojawiały się problemy i ciężkie decyzje. Wtedy też pojawiała się z ich strony myśl: no dobra stary, ale nie mógłbyś właściwie czegoś dla nas zrobić? Niestety szybko przychodziła też refleksja, że właściwie to nie. Mogłem zadzwonić o pracę, zapytać, jakie są warunki, powiedzieć, że panowie nie znają języka, ale wtedy usłyszałbym, że skoro nie znają, to muszę pracować z nimi jako tłumacz. Wszyscy mieliśmy świadomość, że nie jestem potentatem na rynku pracy w Londynie. Gdybym oczywiście szukał pracy dla siebie, sprawa byłaby o wiele prostsza i taki wątek też się pojawił. W pewnym momencie Piotrek wymyślił, że skoro kończą nam się pieniądze, to trzeba coś znaleźć. A co za różnica dla kogo? Powiedział, że znalazł mi pracę, że tutaj trzeba zadzwonić, że facet jest chętny. Był bardzo rozczarowany, że nie przyjąłem oferty. Gdy było już zupełnie ciężko, to Piotrek przypomniał sobie o Francji. Francji, w której był jakiś znajomy, który jeszcze w Kluczborku mu obiecał, że będzie mógł tam pojechać i pracować. Ale jak się okazało po kilku telefonach, rozmowa przeprowadzona w Polsce była niezobowiązująca: wiesz, jak będziesz w Paryżu, to daj znać, ja ci coś znajdę, ale przecież wiadomo, że ty nigdy do tego Paryża nie dotrzesz. Może i znalazłby tam pracę, ale to nie było nic pewnego. I co najważniejsze, człowiek był przerażony, że Piotrek faktycznie może się w tej Francji znaleźć.

Zakończenia brak

Moja sytuacja nie była prosta. W relacji z chłopakami niczego nie oczekiwałem, natomiast wewnętrznie tak. Ciągle myślałem o konstrukcji filmu. Na przykład w ogóle nie miałem zakończenia. I myślałem sobie, niech się wreszcie coś zdarzy, niech jeden znajdzie pracę, drugi wyjedzie do Francji albo cokolwiek innego. Miałem nadzieję, coś się zmieni w trwającej monotonii, gdzie oni dzwonią, jest nadzieja, ale w końcu okazuje się, że pracy nie ma. Nie mogłem jednak nic zrobić, nie mówiłem im o tym, nie nakłaniałem ich do niczego. Problemem były oczekiwania, różne powody, dla których się tam pojawiliśmy: ja po to, żeby zrealizować materiał, oni po to, by znaleźć pracę. I musiałem uszanować ich powód jako ważniejszy mając świadomość, że im ciekawsze rzeczy się wydarzały, tym bardziej zamknięte dla kamery. Była też cała masa momentów, które mi po prostu umknęły. Zazwyczaj z prozaicznych powodów, że bateria padła, albo kasetka się skończyła, albo mikrofon zewnętrzny nie wystarczał, bo otoczenie było za głośne.

Bez fana nie ma gwiazdora

Kiedy jednak myślę o realizacji tego filmu, jako pewnej zamkniętej całości, pewnym czasie, który już przeżyłem, dochodzę do wniosku, że miałem bardzo dużo szczęścia. Niektóre sprawy rozegrały się przecież poza mną. Chociażby to, że panowie sami się dobrali. Oni są tacy na życie. Cichy i głośny, gwiazdor i jego fan. Bo Piotrek bez kamery też jest gwiazdorem. A z kamerą miał jeszcze większy powód, żeby tym gwiazdorem być. Kiedyś nawet zagadnąłem Marka o ten ich dziwny związek. Powiedziałem: „Kurcze, chłopie, przecież ten Piotrek cały czas na ciebie krzyczy”. Na co odpowiedział, że chłopak musi sobie czasem pogadać. Ale tak naprawdę, skwitował, Piotrka nie ma beze mnie. Bardzo mnie wtedy zaskoczył swoją samoświadomości, bo rzeczywiście tak było. Kiedy Marek zdecydował się, że wyjedzie, Piotrek stracił grunt pod nogami. Już nie miał przed kim odgrywać twardziela. Nie miał ochoty zostawać panem dla samego siebie. Poprosił Marka, żeby nie wyjeżdżał.

Wszystko to, co rozegrało się w Anglii, to jakimi ludźmi są bohaterowie zauważalne było też w odbiorze przez nich filmu. Piotrek odebrał go dobrze. Bardzo był zadowolony, że to on jest takim wyraźnym charakterem i wszyscy to widzą. Co więcej powiedział mi, że potwierdziło się to, co dawno już podejrzewał, że w tej znajomości to on jest głową i tylko dzięki niemu, osiągają cokolwiek. A Marek, jak to Marek. Podobał mu się, bo było pokazane, jak to naprawdę się wydarzyło. W Kluczborku stali się bohaterami, wszyscy byli zadowoleni. Nadal są w Wielkiej Brytanii, pracują. W końcu im się udało, cokolwiek to znaczy.

Piotrek dzwoni do mnie co jakiś czas. Opowiada jaka jest ich Anglia. Namawia mnie na drugą część „Baru...”. Ale ja jeszcze nie znalazłem do niej klucza. Nie chcę zaspokajać ciekawości widza. Chciałbym ją tylko rozbudzać. Myślę, że po to robi się filmy.

"Bar na Victorii"

realizacja i reżyseria: Leszek Dawid

rok prod.: 2002

Komentarze

 Leszek Dawid

Autor: ulicja (Piątek 10-11-2006 01:45)

podziwiam tego człowieka za to co udało mu się osiągnąć, robi to co lubi i wychodzi mu to genialnie, Leszek, nie przestawaj tego robić !!! dzięki

 2

Autor: Adam (Środa 30-07-2008 01:24)

Poprosimy druga czesc. Bo 1-ka jest extra!

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl