Planete Doc Review 2007
Irak we fragmentach
W filmie “Irak w kawałkach” (“Iraq in fragments”) amerykański reżyser pokazuje trzy fragmenty obrazu Iraku po inwazji Stanów Zjednoczonych. Najciekawsza w filmie jest jednak nie próba przedstawienia złożoności społeczności Iraku, jej poglądów, nadziei i planów na przyszłość kraju, lecz historie młodych Irakijczyków. Wielka polityka i straszna wojna wkraczają w ich życie i wpływać będą na ich przyszłość, ale dla nich samych są nie do końca zrozumiałe, a ich prawdziwe dramaty nie zostaną zauważone przez światowe media.
James Longley, reżyser i autor zdjęć w jednej osobie, jest z kamerą bardzo blisko swoich bohaterów. Chwilami zaskakująco blisko, jak wtedy, gdy jest wśród radykalnych szyitów. Obserwuje ich bez komentarza, świetnymi zdjęciami i montażem zręcznie oddając atmosferę każdego miejsca.
Longley jedzie z kamerą do mieszkańców Bagdadu, szyickich zwolenników Muktady al - Sadra oraz mieszkających na prowincji Kurdów. Mieszkańcy stolicy skarżą się na niespełnione obietnice Amerykanów, na niebezpieczne ulice, na to, że oni, biedni, na pewno nie skorzystają z pracy przy odbudowie Iraku. Szyici, choć teraz mogą oddychać swobodniej, pomstują na niezgodne z ich kulturą zwyczaje okupanta, na wykradanie bogactw naturalnych, na narzucone władze, by w końcu z bronią w ręku, prowadzeni przez religijnych przywódców, wystąpić nie tylko przeciw wojskom amerykańskim, ale i swoim braciom. Kurdowie cieszą się z obalenia tyrana, które rozbudza w nich nadzieję na posiadanie własnego państwa. Zanim jednak te marzenia się ziszczą, trudno im będzie żyć z szyitami i sunnitami, jak mówi stary Kurd. Irak jest w kawałkach i te pokazane przez Longleya nie wyczerpują jego obrazu – różne grupy narodowościowe i religijne, różne poglądy i w efekcie ciągły niepokój i w końcu krew na ulicach.
A jednak w Iraku toczy się życie. W Bagdadzie mieszka jedenastoletni Mohamed, który rozpaczliwie potrzebuje mieć swoje bezpieczne miejsce i gotów jest w nie wierzyć, choćby fakty świadczyły przeciw niemu. Taką ostoją jest dla chłopca warsztat, w którym pracuje od kilku lat. Mohamed musi mieć takie miejsce, bo “teraz świat jest naprawdę straszny”. Na ulicach są czołgi, nad głowami latają helikoptery. Dawniej było lepiej, dlatego, że był most, rzeka, ryby.
Kurdyjski rówieśnik Mohameda chce zostać lekarzem. Podczas gdy jego ojciec pragnie dla niego własnego państwa, chłopak chce iść na studia. Chce chodzić do szkoły i być kimś. Tam, gdzie mieszka, pracę dostać można właściwie tylko w cegielni. Ale trudno się uczyć, kiedy trzeba wypasać owce.
W filmie Longleya znalazłam coś jeszcze, czego na próżno szukać w telewizyjnych relacjach z Iraku. Nadzieję. W młodych Kurdach jest jeszcze wiara w jeden Irak. Mohamed słyszy komentarze swojego szefa i mieszkańców miasta, ale nie jest jeszcze przekonany, czy Amerykanie przyjechali tylko po ropę. Nie chwyci za broń, jeśli będzie się czuł bezpiecznie. Kurdyjski chłopiec może nie stanie się zaciętym nacjonalistą, jeśli bedzie mógł się uczyć i spełniać swoje marzenia. I o tych dzieciach Amerykanie powinni pamiętać. Zwłaszcza, że wśród słuchaczy radykalnych przywódców religijnych, byli także rówieśnicy Mohameda. I niezależnie od tego, czy interwencja w Iraku była tylko cyniczną grą mocarstwa,czy nie, krew tych dzieci zmyć będzie z rąk bardzo trudno.








