Torpeda miłości
Ten mój film jest taką torpedą miłości do świata, którą wysłałem, kiedy zdychałem. Wiedząc, że to jedyne, co mogę pozostawić po sobie wartościowego. Myślę, że dzisiaj umierałbym dużo łatwiej, bo zdaję sobie sprawę, że zostawiam po sobie coś wartościowego. – rozmowa z Cezarym Ciszewskim, autorem filmu „Wolność jest darem Boga”
Przed pokazem w Muranowie mówiłeś, że „Wolność jest darem Boga” to twój pierwszy film dokumentalny. Czytając twój życiorys zawodowy można natknąć się na inne produkcje. Jak się z tego wytłumaczysz?
Właściwie mogę powiedzieć, że zrobiłem już trzy filmy. Ten jest debiutem, gdyż jest to pierwsza taka pełna w formie wypowiedź dokumentalna. Nie jest to ani publicystyka ani reportaż, gdzie relacjonujesz to, co się dzieje w danym procesie, operujesz faktami, nie wtrącasz swojego komentarza. To odwzorowanie rzeczywistości. Siadasz, rysujesz landszaft i każde drzewo ma stać tam, gdzie stało. Uprawiałem coś takiego przez wiele lat po to, żeby osiągnąć swój własny wymiar poetyki i wreszcie dotknąć kina. Dzięki temu byłem w stanie stworzyć film, który jest dokumentem i niesie w sobie jakąś ideę wyższą, interpretuje rzeczywistość. Film dokumentalny jest obrazem. Te drzewa mogą leżeć wszędzie i fruwać po niebie, jeśli w twojej pięknej, ważnej kreacji właśnie tak wkomponowują się w dzieło.
A „Chuligani”?
„Chuligani” to publicystyka. Wzdrygam się na słowo „publicystyka”, bo ona zabija poetykę. „Chuligani” mieli jednak swoją specyficzną poetykę. Kiedy miksowałem rap chłopaków z kazaniem księdza, to przez ten dialog osiągałem taką siłę wyrazu, że była to dla mnie czysta poetyka. Ale musiałem na początku „Chuliganów” napisać, że „piętnaście tysięcy funkcjonariuszy wzięło udział w ujęciu 40 tysięcy przestępców, którzy dokonali ulicznych rozbojów ” i tak dalej. Dla mnie jest to rzecz, która w dokumencie jest niepotrzebna. Właśnie oglądam filmy na „Doc Review” i odnoszę wrażenie, że ciągle istnieje tendencja do posługiwania się publicystyką w dokumencie. Nie dziwię się, że widzowie po obejrzeniu takiego filmu mówią: „Fajny to był reportaż”. „Chuligani” byli skaleczeni publicystyką. „Wolność jest darem Boga” nie ma w sobie nic z reportażu. Jest czystym filmem. Abstrakcją. Wykreowanym z próbek rzeczywistości światem, który wzorowałem na morfologii bajki. Bo bajkę uważam, za najwyższą formę opowiadania.
Cezary Ciszewski - dziennikarz, realizator, reżyser
Urodził się 24 sierpnia 1970 roku w Busku – Zdroju. Wychowywał się na warszawskiej Pradze, od dziecka interesował się fotografią i podróżami. Już od czasów studenckich współpracował z Radiem Polskim oraz Radiem Kolor. W latach 1991-1996 korespondent zagraniczny w Amsterdamie. Z Holandii trafił prosto do Telewizji Publicznej, gdzie realizował reportaże interwencyjne i newsy. Student V roku Wydziału Realizacji Telewizyjnej Łódzkiej Szkoły Filmowej.
Wybrana filmografia:
- 1999 r. - "Bez krzyża i znieczulenia", dok., 26 min. – reżyseria
- 1999 r.- "Muzyka łączy pokolenia", program TV - pomysł, reżyseria, prowadzenie
- 2000 r. - "On powiedział ni chuja", dok., 26 min. – reżyseria
- 2001 r. - "Love me tender", dok., 52 min. – reżyseria
- 2003 r. - "Styl wolny" - scenariusz filmu fabularnego, reż. Witold Adamek
- 2004 r. - "Chuligani", dok., 26 min. – reżyseria
- 2005 r. - "Wolność jest darem Boga" 52 min.- reżyseria
Jak doszło do realizacji „Wolności...”? Jak to się stało, że zrobiłeś ten film?
Film powstał w okresie mojego kryzysu duchowego. Zacząłem robić rzeczy, które nie wiązały się z uczuciami wyższymi. Telewizyjny program „Muzyka, która łączy pokolenia” spełniał mnie, był dla mnie szalenie ważny. Nagle okazało się, że robię zbyt dużo rzeczy na raz. Zaczęły mi się sypać wszystkie przyjaźnie, osamotniłem się. W tym okresie moją twórczą i niematerialną działalnością było filmowanie mojego miasta. Materiały realizowałem wszędzie. W Nowym Jorku filmowałem raperów. W Amsterdamie, gdzie kiedyś mieszkałem 6 lat filmowałem squaty i Święto Królowej. W Łodzi ulicę i podwórko, na którym znaleziono współczesną ideę grzechu Raskolnikowa, bo tak rozumiem ciała dzieci zakonserwowane w beczkach. Przygotowywałem dwa filmy na raz: o oszalałym od telewizji chłopaku, oraz o parkingowym, który chciał dokonać rewolucji w mieście. Miał wielkie marzenia, powiedział mi, że chce być posłem i senatorem. Żyłem tymi podróżami i nagle trafiłem do piekła. Tam poznałem ludzi, którzy wzięli mnie do siebie do opuszczonej kamienicy na Foksal. Nie odrzucili mnie jako człowieka, który jest z sytemu i opluwa takich jak oni. Zabrali mnie do środka i stali mi się naprawdę bliscy. Gdy zobaczyłem, że oni są tacy piękni, że umierają na moich oczach, to chciałem ten czas zatrzymać, upamiętnić. Moja wizyta w piekle miała być świadectwem. Później dołożyłem do tego dramaturgię i zacząłem snuć opowieść. Opowieść o ich umieraniu, którą w pewnym momencie złamałem tym, że próbowałem ich wyleczyć. Tak się zaczęła przygoda z „Wolnością – która jest darem Boga”. Nie wiedziałem, że ona wytnie mi z życiorysu trzy lata, przez ustawiczne zgłębianie tajemnicy egzystencji tego piekła. Gdybym wtedy mógł wiedzieć, że stracę przez to wszystko, łącznie z rodziną i zdrowiem, to bym tego filmu nie zrobił.
W jaki sposób namówiłeś swoich bohaterów, żeby wzięli udział w tym filmie?
Nie namawiałem ich. Zdarzało mi się przekonywać bohaterów z poprzednich projektów o sensie tego, co robię. O sensie mojej misji, bo nigdy nie robiłem niczego, co by nie miało charakteru misji, czyli jakiegoś celu niemożliwego do pokonania. Ja ich nie namawiałem, ja rejestrowałem to, co oni robią. Kiedy zacząłem brać heroinę, w jakimś sensie zostałem przyjęty do stada i stałem się jednym z nich. W cichy sposób, ale jednak bardzo konkretny, zostało to zauważone, zrozumiane i potraktowane jako moja ofiara.
Czy przed rozpoczęciem zdjęć miałeś jakiś scenariusz, pomysł na ten film?
Nie realizuje się, jak w fabule, w scenariuszu dokładnie i precyzyjnie napisanych scen. Wszedłem w żywioł i na bieżąco tworzyłem gałęzie założeń scenariuszowych. Najpierw zacząłem kręcić, a potem powstawał scenariusz, ale bardzo szybko. Prędko zrozumiałem, jakim językiem obrazu chciałbym to opowiadać. W tym sensie, że będę to opowiadał jak bajkę.
Nie robiłem podczas montażu żądnych cudów, tylko świadomie wcześniej kreowałem rzeczywistość obrazu. Ostatni etap tworzenia scenariusza odbył się już po zrealizowaniu materiału. Mój kolega – reżyser Piotrek Kielar, powiedział, że powinienem ten film zrobić o sobie. W tym momencie zrozumiałem, że jeśli się nie pokażę jako główny bohater, to będzie to kolejny film o narkomanach. Może lepszy, może gorszy od innych, ale przede wszystkim nie będzie uświęcony tą całą rezurekcją, czyli bez poświęcenia siebie samego. To poświęcenie bardzo długo dyskutowałem w sobie moralnie. W miarę upływu czasu powodowało coraz więcej strat. Już nie byłem w stanie tego wszystkiego kontrolować i gonić. Doszedłem w końcu do wniosku, że nie żałuję tego ukrzyżowania. Jestem dumny, że udało mi się poprzez własne poświęcenie dotrzeć do ludzi z ważną sprawą. Jakbym tego nie zrobił, na narkomanów patrzono by cały czas tak samo. To był główny cel. Bo ten problem nie dotyczy tylko ulicznych sępiarzy, biednych, zatraconych, pozbawionych wszystkiego uzależnionych ludzi. To dotyczy tak naprawdę nas wszystkich. Gdy oglądali mnie w programie „Muzyka łączy pokolenia” widzieli człowieka miłego i ładnego. Potem dowiedzieli się, że jestem chory na heroinę i co? Zaryzykowałem, bo mogło się okazać, że ludzie nie zrozumieją przesłania filmu. Ale zrozumieli i to jest najważniejsze.
W filmie mówisz, że twój umysł cię oszukał.
Bardzo mądry kanonik powiedział mi kiedyś, że inteligencja jest z natury szatańska. Jeśli wierzymy wyłącznie w inteligencję, to podejmujemy dialog z diabłem. A z diabłem jeszcze nikt nigdy nie wygrał, bo jesteśmy dla niego mali intelektualnie. „Jeżeli będziemy sobie przez inteligencję tłumaczyć pewne rzeczy, to wszystko można uzasadnić.” - tak z kolei stwierdził mój opiekun artystyczny Andrzej Titkow. Wszystko można uzasadnić, można się inteligencją strasznie oszukać. Oszukujemy innych, albo siebie. Gdy kręciłem „Wolność...”, zapytałem terapeutę, które z tych moich dzieci ma największą szansę. Najbardziej chodziło mi o Olę, którą darzyłem ogromnymi uczuciami i bardzo się o nią martwię cały czas. Zapytałem, a on mówi: „Najgorzej będzie miała Ola, bo jest najinteligentniejsza. Ona stworzy takie kłamstwa, że się z nich nie wysupła.” Ja robiłem dokładnie to, co Ola. Uzasadniałem sobie te całe moje branie. Wymyśliłem sobie, że ja z tego wyjdę bez żadnych problemów. Pójdę do piekła, wszystkich pokonam, wrócę i się otrzepię. No i wróciłem w kawałkach. Przez to, że oszukiwałem się i mówiłem, że wszystko jest OK. Inteligencja powie ci, że pierwszy raz – luzik, drugi też jest luzik, trzeci i dziewięćdziesiąty trzeci to też jest luzik. A trzeba słuchać duszy. Inteligencja jest OK, nadaje się do krzyżówek i do zdobywania różnej wiedzy. Ale jest szatańska.
Kiedy oglądałam ten film, odnosiłam wrażenie, że w miarę upływu czasu bohaterowie dla mnie jako odbiorcy, stają się coraz bliżsi, coraz bardziej zrozumiali. Czy to był zabieg celowy, czy rejestracja rzeczywistości, którą tam przeżyłeś?
W kinie jest tak jak życiu. Możesz się z kimś kochać instrumentalnie i wtedy to jest seks. Ale możesz się z kimś kochać kochając go. To jest rola reżysera, którą przyjmuję. Bez uczuć nie ma dla mnie seksu. To jest sytuacja, w której siłą rzeczy moje przeżycia dokumentowały się na filmie. Im bardziej bliżsi mi się stawali, tym bardziej na ekranie byli bliżsi widzom. Nie mogę powiedzieć, żebym nie reżyserował tego, nie inspirował. Dopiero później zdałem sobie sprawę jak dużo było mojej roli w tym, jak to życie załogi z F – 13 się toczyło. To był niepowtarzalny czas. Nie widziałem nigdy takiego teatru i nie słyszałem, żeby na bajzlu tak się działo. Żeby założyła się rodzina, żeby były między narkomanami więzi, relacje, hierarchie. Żeby tak performowali swoje zbiorowe samobójstwo. W krótkim czasie powstało tyle piosenek! Oni sami tworzyli te teksty i muzykę. Zdaję sobie sprawę z tego, że zakląłem ten czas i trochę zakląłem to środowisko.
Mój film jest szczery. Jest tam pewien element kreowania prawdy ekranu. Mogłem tych bohaterów pokazać inaczej. Wszystkie uczucia, które do nich miałem, są widoczne na ekranie. Niektóre z tych uczuć były bardzo głębokie, bo to bliscy mi ludzie. Kocham ich. Ich śmierci do dziś noszę w sercu jako ból. Ciągle im przypominam, żeby próbowali wychodzić, żeby robili cokolwiek, żeby walczyli. Nie jest to łatwe. To jest moja rodzina, narkomańska rodzina, załoga F-13.
Czyli to przeżyłeś.
Niektórzy ludzie instrumentalnie robią kino, ale ja się tym brzydzę. W tej kwestii identyfikuję się z moim filmowym alter ego Fastbinderem. To taki niemiecki dokumentalista, który po prostu spalił się dla swojego kina, robiąc filmy z pozycji insidera. Ja robię właśnie coś takiego. Nie może być tak, że ja coś wiem, a oni nie wiedzą. Że oszukuję bohatera, wykorzystuję go, potem go zdradzam, dla jakiś idei wyższych. Ten mój film jest taką torpedą miłości do świata, którą wysłałem, kiedy zdychałem. Wiedząc, że to jedyne, co mogę pozostawić po sobie wartościowego. Myślę, że dzisiaj umierałbym dużo łatwiej. Przez to, że zdaję sobie sprawę, że zostawiam po sobie coś wartościowego. Dzisiaj dzwonią do mnie i wysyłają maile ludzie, którzy sami przeszli bądź przechodzą swoje tragedie, a ja czuję, że poruszyłem ich najgłębsze emocje. Robert Korzeniowski, nasz mistrz olimpijski, mówił mi, że oglądał ten film z czternastoletnią córką. Bardzo się obawiał czy ona powinna to widzieć, ale potem stwierdził, że teraz już jest pewien, że nie będzie brała narkotyków. To jest dla mnie najwyższym spełnieniem. Energia, która do mnie wraca. O której już myślałem, że nigdy do mnie nie dotrze.
Ale nie straciłeś tej wiary. Zrobiłeś film. Opowiedz coś jeszcze o nim.
Mam takie poczucie, że stworzyłem nowe kino. Zauważ, jak skomplikowana jest figura dramaturgiczna. Ile jest warstw. Jest moja warstwa, czyli ja jako narrator. Mój monolog wewnętrzny, moja przemiana, mój upadek. Potem oni, cztery główne osoby. Każdy po swojemu przechodzi tą drogę, którą mu wyznaczyłem przez Golgotę detoksowo – ośrodkową. Przy tym wszystkim jest kultura uliczna, cała ta ikona, która też jest narracją. Ona też opowiada o tym, co się dzieje w filmie. Są, co najmniej, trzy warstwy dramaturgiczne, które muszą mieć progres, rozwój, muszą się nawzajem determinować i prowadzić do jakiegoś finału, który zaklinam potem w nierozwiązywalną tajemnicę i każdy dopisuje swoją część.
Wzorowałeś się na kimś?
Mam swoich mistrzów dokumentalnych. Nie podobają mi się dokumenty „gadające głowy”. Impotencja. Dla mnie w dokumencie chodzi o poetykę. Moi mistrzowie to między innymi Wojciech Wiszniewski, Paweł Woldan, Kazimierz Karabasz, Krzysztof Kieślowski. Oni wszystko opowiadali obrazem. My, filmowcy, umiemy wam opowiedzieć światłem, kompozycją i inscenizacją bądź sceną. Dzisiaj film dokumentalny jest tak zubożony, że mało kto tworzy obraz.
Kręciłeś ten film sam?
Tak. To jest kino stricte-autorskie. Spędziłem z moimi bohaterami półtora roku, robiąc zdjęcia dzień w dzień. Film montował Darek Cieszkowski. Razem dojrzewaliśmy przy tym projekcie. Trwało to długo, bo było montowane na PC-cie, a fotografowane kamerą Sony 900. To jest kamera półprofesjonalna, półamatorska. Jakby porównać to ze sprzętem, jakim zazwyczaj kręci się filmy, to ja namalowałem Picassa ołówkiem. Mój sprzęcik był po prostu maleńki handicam, który kupiłem na giełdzie fotograficznej za trzy i pół tysiąca złotych. Ledwo zniósł to wszystko. Sam nie wiem jak, ale dojechał do końca i dopiero po skończeniu zdjęć do filmu kolega mi zepsuł. Kiedyś tą kamerę w gablotkę sobie wsadzę i będę patrzył na nią i zastanawiał się, jak to jest możliwe, że ona coś takiego z siebie wypuściła.
Czy film od razu spodobał się w telewizji?
Tak. Każdy chętnie się pocieszy, że on jeszcze nie upadł tak nisko. To rzadka sytuacja, kiedy robi się film o reżyserze, który uzależnił się od narkotyków. Nikomu oczywiście nie polecam czegoś takiego. Nie powinno się dokonywać eksperymentów na sobie. No chyba, że ktoś czuje się rycerzem pana Boga. Mam dostać jakąś oficjalną nagrodę od dyrektora telewizyjnej jedynki. Są bardzo zadowoleni, że zrobili wreszcie film, który został odebrany przez społeczeństwo i ma szeroki oddźwięk. Ministerstwo zdrowia chce materiały do instruktażu dla studentów, dzisiaj zawiozłem film do Monaru, na wykłady dla narkomanów. Uniosło się tą ideę na tyle wysoko, żeby już była nietykalna. Myślałem, że to już nie nastąpi, naprawdę.
Miałeś kłopoty przez ten film?
Potężne. Pierwsze kłopoty się zaczęły w momencie, kiedy trafiłem na nieuczciwego producenta. Mnóstwo energii włożyłem w niepotrzebne konflikty z nim, ale w końcu doprowadziłem do tego, że telewizja rozwiązała z nim umowę i zawiązała ze mną. Donoszono na mnie wszędzie. Chodziłem do dyrektora na dywanik tak mniej więcej raz na miesiąc, molestowany przez kolegę, który widząc, że ginę próbował zająć moje miejsce. W końcu odebrali mi program „Muzyka łączy pokolenia”. Na koniec niedoszła narzeczona z teściami zabrała mi dziecko. Wszystko to działo się już prawie dwa lata po tym jak poradziłem sobie z narkotykami. Kiedy je brałem nie miałem konfliktów ze zdrowymi ludźmi.
Narkomania to trudny temat.
Wiem, ja nigdy nie robiłem łatwych filmów, łatwych projektów, nigdy nie miałem łatwych bohaterów. W szkole filmowej mi mówili, żebym wreszcie zaczął robić filmy o miłości i kwiatkach, ale jakoś nie deptałem po miodowych łąkach. Wiesz mi, że docierając tak głęboko do intymności tych światów, widząc te dusze zrozumiałem, że nie można naruszać tego, co święte. Jednocześnie gdybym nie posunął się tak daleko to nie byłoby to tak wyraziste i nie mówiłoby tak mocno tego, co dla mnie jest święte.
Są rzeczy, które nie zawsze powinny dotrzeć do wiedzy ogółu społeczeństwa.
Bałem się. To był mój największy ból. Żeby nie zrobić nikomu krzywdy i żeby nie oswajać z tematem. Dlatego tonacja tego utworu, melodyka, mimo, że ona bardzo często jest falsetem, utrzymywana jest w górnych granicach wysokich tonacji. Bałem się, ale na szczęście nie udało się tego zrobić.
Ingerowałeś w filmową rzeczywistość. Dlaczego?
Wpadł mi do głowy taki szalony, utopijny pomysł, że załatwię im miejsca na detoksach, w ośrodkach i ci piękni ludzie nie umrą. Prawda jest taka, że kiedy się wpada w heroinę i zaczyna się chorować, to większych szans nie ma. Jeden z moich bohaterów po dwóch latach ośrodka i licznych terapiach wrócił i zaoferowałem mu pracę przy moim kolejnym projekcie. Tylko on i jeszcze jedna osoba, bardzo drugoplanowa, wyszły z tego problemu. Cała reszta ćpa.
Czy masz poczucie, że uratowałeś komuś życie?
Nie. Dlatego, że ludzie nie są w stanie ratować życia komuś z realnych opresji. Jest to prawie niemożliwe i o tym decyduje pan Bóg. Kiedyś zapytałem mojego terapeuty za co ja tak pokutuję, za co mam i te grzechy i te wszystkie uzależnienia. Przecież kiedyś ludzi ratowałem jako dziennikarz interwencyjny. Mój terapeuta odpowiedział: „Panie? Ludziom pan żeś ratował życie? O panie! Za pana Boga się pan stawiasz? To jest grzech i będziesz pan za to pokutował.”
Jakie masz plany na przyszłość?
Robię film o kolejnym szaleńcu, wspaniałym, cudownym, który ma marzenia i nie ma nic. Poza tym, mam zamiar leczyć się dalej, stanąć na nogi. Wtedy wszystko będzie się udawać. Muszę odgrzebać tego człowieka, którego heroiną przycisnąłem. Dwa i pół roku nie biorę heroiny, z alkoholem poradziłem sobie niedawno. Oglądam ten świat na trzeźwo, jaki on jest. Już go nie pamiętam. Całkiem wyleczyć się w moim przypadku, a także wszystkich moich braci chorych inaczej, jest bardzo trudne. Wyleczenie się będzie wtedy, kiedy umierając okaże się, nie z powodu heroiny, tylko na coś innego.









Komentarze
Autor: b.b. (Środa 15-10-2008 17:04)
trzymaj sięczarek