Nie ma końca...
"Gdy stuknęła mi pięćdziesiątka zrobiłem rozliczenie i jedyne co naprawdę mogłem zmienić, to rzucić palenie." - Opowiada Włodzimierz J. Urodzony w 1950 roku, w Łodzi. Z zawodu dziennikarz. Palił przeraźliwie dużo.
Początek
Mieszkałem w Łodzi, w starej dzielnicy. Każdego wieczoru pod bramą stali koledzy z podwórka. Wszyscy palili i byli ode mnie starsi o kilka lat. Czułem się słabszy. Też chciałem być dorosły, jak oni. Tak więc szybko do nich dołączyłem. Paliliśmy "Sporty". Były wyjątkowo mocne, bez filtrów.
Wtedy papierosy kupowało się na sztuki. Jeden kosztował 15 gorszy. Graliśmy w "kipla". Rzucało się z daleka pieniędzmi na inne monety. Komu udało się przewrócić jakąś monetę z reszki na orła, ten wygrywał drobne na fajki.
Wpadka
Na początku, w pierwszej klasie technikum, było w porządku. Paliliśmy w łazience. Nasz dyrektor, zwany "Kartoflem", wchodził do kibla z krzesłem, stawał na nim i zaglądał do kabin, z których wylatywał dym. Wyglądał przezabawnie. A ponieważ lubiłem rysować, stworzyłem jego karykaturę i umieściłem ją w szkolnej gazetce. Gazetka ocalała na krótko - po drugiej lekcji została zdjęta. Gorzej było potem, gdy rada pedagogiczna wymyśliła "Akcję - Tran". Przyłapany na paleniu uczeń musiał za karę wypić całą szklankę tranu. To było mało strawne. Delikwent musiał tez przynieść pół litra tranu, by nie zabrakło dla innych złoczyńców. Gdy mnie złapano, dostałem tran z najstarszej butelki.
Mieliśmy rożne sposoby na zaleczenie skutków ohydnego tranowego posmaku - jedni wymiotowali, drudzy zagryzali cytryną, inni popijali 50-tką spirytusu. Ja wybrałem spirytus, ale i tak cały dzień czułem to paskudztwo w ustach. Już nigdy więcej nie popełniłem tego samego błędu i nie dałem się złapać. Wolałem palić na dworze i trząść się z zimna.
Odmiana
Po maturze postanowiłem wrócić do harcerstwa, a tam nie wypadało palić. Przy okazji dopadła mnie choroba. W dzieciństwie różyczkę przechodzi się lekko. Ale w wieku 20 lat jest ciężko. Przez trzy dni miałem bardzo wysoką temperaturę - ok. 40 stopni. Przy takiej gorączce papierosy nie smakują. Nie paliłem rok. W międzyczasie powstała w Łodzi przychodnia antynikotynowa. Poszedłem tam i dostałem od lekarza roztwór azotanu sodu i lekarstwa. Po azotanie sodu papierochy smakowały ohydnie. Przyznaję, ze źle zrobiłem gdy po zażyciu lekarstwa zapaliłem papierosa. Zemdlałem, a upadając, uderzyłem się w głowę. To był 1 kwietnia 1971 roku. Ostatni papieros na dość długi okres...
Przez siedem lat nie paliłem. W harcerstwie zero papierosów. Przecież wychowywałem dzieci poprzez własny przykład.
Deja vu
To był przypadek. Kiedy zdałem na studia dziennikarskie, miałem 28 lat. W przygotowaniach do egzaminu pomagało mi trzech kolegów. Po bardzo dobrych wynikach z ustnego zaprosiłem ich do drogiej restauracji. Oni palili, jednemu skończyły się papierosy, poszedłem więc i kupiłem mu paczkę zagranicznych, które wtedy można było dostać jedynie za dolary w Peweksie albo dużo drożej u szatniarzy, za to w pięknym pudelku. I wtedy kolega spytał: - Jednego nie zapalisz?
Teraz już wiem, że nie ma "tylko jednego" - to oszukiwanie samego siebie.
Gdy wpadnie się w nałóg, nie ma końca. Po kilku papierosach wraca się tak, jakby nie było przerwy.
Potem nastąpił przełom. Mój ojciec zmarł na nowotwór płuc. Rzucił palenie rok przed śmiercią. Ale było już za późno. Dopiero wtedy zrozumiałem, że muszę przestać.
Nareszcie rano wstawałem bez kaszlu, bez spieczonego gardła. Znowu mogłem poczuć rożne zapachy. I te przyjemne, jak zapach ciasta, i te, których nie znoszę, jak zapach kapusty. Najcudowniejszy był zapach gleby w lesie, po deszczu. Coś wspaniałego!
Nie będę oszukiwał, że łatwo jest rzucić. Dobrze jest znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby nie myśleć ciągle o papierosach. Ja miałem inne zainteresowania poza staniem pod bramą. Krótkofalarstwo (radio), fotografia. Panował wtedy wszechogarniający pęd do tworzenia zespołów muzycznych ze względu na popularność Beatlesów. Robiliśmy gitary elektryczne. Sami. Grałem na perkusji. Z piętnastki kolegów aż trzynastu nie skończyło studiów. Ciągle stali pod bramą, palili i pili. Kilkakrotnie mieli konflikt z prawem. Na szczęście ja wydostałem się z tego środowiska.
Ostatni papieros
Sylwester 2000. Po alkoholu wypaliłem jeszcze cztery paczki papierosów. Zbrzydło mi to.
Poczułem się znacznie lepiej. Dużo swobodniej - nie męczę się, nie mam zadyszki. Gdy paliłem, nie miałem siły wejść po schodach na trzecie piętro. Nie muszę też szukać kogoś, kto poczęstuje mnie papierosem.
Wtedy stuknęła mi pięćdziesiątka. Pół wieku życia za mną - zrobiłem coś w rodzaju rozliczenia. Pomyślałem - mam dom, rodzinę, pracę. Ale jest z tym krucho i wiem, że mogłoby być lepiej, gdybym poprawił pewne rzeczy. Tyle, że nic mi się nie udaje. Jedyne, co mogłem zmienić, to rzucenie palenia. Przynajmniej byłem zdrowszy.
Niekończąca się opowieść
Gdy raz wpadnie się w to bagno już do końca życia jest się uzależnionym. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że wróci się to do tego. Na razie nie potrzebuje papierosów i jest mi z tym dobrze. Najważniejsze jest to, by się zmienić. Trzeba być stanowczym, mieć świadomość, że to ostatni raz. Nie da się ograniczyć, trzeba radykalnie to zmienić. W pewnym momencie dokonać jasnego wyboru. I trzymać się tego postanowienia mimo wszystko. Być przekonanym, że robimy to dla siebie i nie będziemy wracać. Nigdy w życiu. Pytanie, czy faktycznie dotrzymamy obietnicy danej samemu sobie.







