Walka o ogień
Są w 35 tygodniu. Bo w ciąży jest cała rodzina, nie tylko Marta. Wszyscy myślą o Klarze, z Klarą rozmawiają, dla Klary kupują ciuszki, mebelki, zabawki. Mama Marty w pokoju małej właśnie wymalowała sceny z Kubusia Puchatka. Będzie młodą babcią - 45 lat, piękny wiek! Wspaniały, wielki dom, dobrze prosperująca własna firma, w domu mąż, syn, co wymyśli kiedyś lekarstwo na raka, niedaleko, bo zaledwie za lasem Marta, miły, zdolny zięć... - opowieść Joli
Mając cztery, może pięć lat, zostałam szefem podwórkowej bandy. Należały do niej dzieci "doświadczone życiowo". Między innymi moja koleżanka Elżunia, która potrafiła świetnie rzucać nożem. Mieszkaliśmy wtedy w starej dzielnicy Gdańska. Pewnego dnia postanowiliśmy kupić papierosy. To była bardzo przemyślana akcja. W krzakach rozpaliliśmy ognisko, by nie było widać papierosowego dymu. Spaliłam może pół papierosa krztusząc się niemiłosiernie. To musiała być jakaś podła marka - Sporty albo Popularne. Wszystko wykryła moja babcia, wysiadująca całymi dniami w oknie. Pamiętam, że mama wróciła wtedy od fryzjera. Widzę ją jeszcze ufryzowaną, z gęstą henną na brwiach. Pamiętam też jak dostałam w tyłek...
Kolejny raz zapaliłam mając 16 lat. To była połowa lat siedemdziesiątych. Panowała wtedy wszechobecna moda na papierosy. Papieros dodawał powagi, pomagał się wyluzować w stresujących sytuacjach. Zaczęło się na jakiejś imprezie. Tak wypadało. Początkowo popalałam tylko od czasu do czasu, potem coraz więcej i więcej. Przestałam dopiero gdy zaszłam w ciążę. Wychodząc od lekarza, idąc przez miasto czułam się prawdziwą Matką Polką, myślałam, że wszyscy widzą - ja jestem w ciąży! Zaczęłam prowadzić zdrowy tryb życia. Jednak gdy urodziłam Martę i przestałam ją karmić, natychmiast z powrotem sięgnęłam po papierosa. Potem było już gorzej. Muszę przyznać, że w ciąży z Andrzejem trochę popalałam pomimo świadomości, że to niezdrowe i pomimo tej całej wizji Matki Polki. Byłam strasznie gruba i wydawało mi się, że to wystarczająca bariera. Człowiek buduje sobie takie opowiastki, by się usprawiedliwić...
Jak na wojnie
W czasie ciąży z Martą ja nie paliłam, ale palił mój mąż. Nie było nam wtedy łatwo, oboje jeszcze studiowaliśmy. Wyliczałam wszystko - kostki mydła, bochenki chleba i ...28 paczek Ekstra Mocnych dla niego. Papierosy były na szczęście tanie. Najgorzej było w okresie kartek - papierosy też były na kartki. Wiedziałam, że ktoś w gdyńskich delikatesach ma dobre dojścia - czasem rzucali Caro. Do sklepu biegli wtedy wszyscy - kobiety w ciąży, staruszkowie...
Palacze kombinowali jak mogli. Ktoś przywiózł nam z Niemiec tytoń, bibułki i specjalną maszynkę do pakowania tytoniu. Miałam też duże szczęście. Pracowałam wówczas w stoczni- jeszcze wtedy im. "Komuny Paryskiej". Dyrekcja, chcąc załagodzić nastroje pracowników, wpadła na pomysł, by ściągnąć kilkanaście kartonów papierosów z poznańskich zakładów. Nie wiem jak to się stało, ale zostałam wraz z kolegą wydelegowana do rozdzielania tych papierosów. Oczywiście siebie uznaliśmy za osoby uprzywilejowane. Paliliśmy my, paliły nasze drugie połowy. My mieliśmy w domu taki mały barek - wypakowałam go po brzegi papierosami, co jakiś czas otwierałam i syciłam się tym widokiem, ale barek i tak po jakimś czasie zrobił się pusty... Był taki moment, że paliłam papierosa skręconego z herbaty - jak w czasie wojny. Ale tego się nie dało palić! Taki mach mógł zabić człowieka!
Słoik po ogórkach
Największą akcję antynikotynową prowadziły nasze dzieci. Nie można było palić w domu od godziny 8 rano do 9 wieczorem. Dozwolonym miejscem była tylko piwnica. Musieliśmy podpisać z mężem specjalną umowę. Marta była wtedy chyba w ósmej klasie, Andrzej na początku podstawówki. Na parapecie pod oknem stał ogromny słoik po ogórkach, do którego w razie złamania zakazu wrzucało się karnie odpowiednią sumę pieniędzy. Andrzej był bardzo dokładny - notował zaległości i potem przedstawiał je tacie. Pieniądze szły na jakieś zbożne cele. Nawet czasem przychodzący do nas goście, śmiejąc się, płacili za cały wieczór z góry. Niektórzy dziwili się, dlaczego dajemy się terroryzować dzieciom, ale trudno było się sprzeciwić! Chcieliśmy przecież być świadomymi i otwartymi rodzicami...
Pomimo tych wszystkich zabiegów i ja i mój mąż paliliśmy coraz więcej. Miałam już tak zwane kace nikotynowe - po nocnych nasiadówach ze znajomymi budziłam się z potwornym bólem głowy i jakimś ogromnym kamieniem, który zdawał się leżeć na moich piersiach.
Strach
W 1993 roku moja teściowa, która była strasznym palaczem, zachorowała na raka płuc. Nigdy wcześniej nie myślałam w swoim życiu o takich rzeczach, jak śmierć i cierpienie. Żyłam życiem bieżącym. Po dwóch latach teściowa zmarła. W tym samym czasie zachorował też mój ojciec - również nałogowy palacz. To był rak noso-gardzieli. Byłam przez cały czas choroby blisko nich, codziennie stykałam się z cierpieniem. Dotarło do mnie wtedy, że ja też narażam się na straszne niebezpieczeństwo, a mam jeszcze małe dzieci, jeszcze tyle chciałabym zrobić, zobaczyć!
Przestraszyłam się. Niebawem okazało się, że choruję na tarczycę. Leczenie trwało kilka lat. Powoli dojrzewałam do tego, by skończyć z papierosami. Jednak cały czas palenie sprawiało mi przyjemność. Przed pójściem do szpitala byłam gotowa je rzucić, ale gdy wróciłam i okazało się, że z moim zdrowiem nie jest jeszcze tak źle, znów odłożyłam to "na później". Coś się już jednak zmieniło. Powoli ta myśl - o rzuceniu palenia - zaczynała mnie prześladować. Codziennie rano budziłam się z postanowieniem, że rzucę i codziennie wieczorem kładłam się spać z głębokim wyrzutem, że znowu tego nie zrobiłam. Katowałam sama siebie.
Mody na metody
W między czasie próbowałam różnych sztuczek: gum antynikotynowych, plasterków, akupunktury, biorezonansu, podłączania do prądu, zastanawiałam się nawet nad hipnozą. To były takie "mody na metody". Nie przynosiły one żadnych rezultatów. Wciąż bałam się, że nie poradzę sobie z odruchami palenia - jak ja dam sobie radę bez porannego rytuału kawy i papierosa? Bałam się wywierania na siebie presji, bałam się wielu rzeczy. Już od roku opowiadałam wszystkim znajomym, że rzucam palenie. To miała być kolejna motywacja: potem byłoby mi przecież głupio. Ale nikt mi nie wierzył! Ty rzucisz palenie? To niemożliwe! - mówili.
Pewnego dnia przeczytałam gdzieś o leku, pierwszym na polskim rynku, który działa na psychikę palacza, a nie na fizjologiczny głód nikotyny. Postanowiłam spróbować. Kupiłam go, a nie był taki tani, ale wciąż zwlekałam z rozpoczęciem kuracji. W końcu przyszedł taki moment, gdy podjęłam decyzję. To nie był żaden szczególny moment. Byłam osłabiona, nie chciało mi się palić, co już samo w sobie było dziwne. Zaczęłam brać Zyban powoli odstawiając palenie. O dziwo przeszłam to wyjątkowo łagodnie. Gdy przychodziła ochota na papierosa, starałam się po prostu zająć czymś innym. Po paru minutach już o nim nie pamiętałam. Przestałam myśleć o papierosach! Nie śniły mi się po nocach, nie prześladowały mnie. Po tygodniu wiedziałam już, że nigdy nie wrócę do palenia.
* * *
Nie palę od stycznia 2001 roku. Dokładnie od 25 stycznia. Zyban niewątpliwie mi pomógł, ale myślę, że większe znaczenie miało moje nastawienie. Metoda może tylko pomóc w decyzji, która musi dojrzeć gdzieś w nas. Długo się przygotowywałam, długo wyrabiałam w sobie odruch rzucania palenia, długo przyglądałam się strasznym skutkom, które ono wywołuje. Żeby rzucić palenie trzeba dojrzeć, przede wszystkim psychicznie. Papierosy to przecież głównie odruch - rano, gdy siadam do biurka, przy pracy, przy kawie, gdy rozmawiam, gdy chcę zrobić coś z rękoma.
Dlaczego po tygodniu wiedziałam, że już nie wrócę do palenia? Bo doznałam wspaniałego uczucia wolności. Ja naprawdę poczułam się wolnym człowiekiem! Tak, jakbym po 25 latach wyszła z więzienia. Może to brzmi patetycznie, ale dopiero wtedy uświadomiłam sobie, co naprawdę znaczy słowo nałóg. To coś, co przykuwa, ogranicza, zmusza. Dotarło do mnie, że ja NIE MUSZĘ palić. To wspaniałe uczucie! Dla mnie było to prawdziwie metafizyczne doznanie. Uświadomiło mi jakąś zupełnie nową rzeczywistość. Nie musze już myśleć o tym, że chce zapalić. Ja po prostu NIE MUSZĘ!
Nie palę już półtora roku. Teraz rzucam palenie męża...







