Laboratorium Re... > PaleNIE > Klub PaleNIE > Worek z używaną pamiecią  

Worek z używaną pamiecią

Wojtek Przesmycki

Rozmowa z Mariuszem Polakowskim, poetą, rocznik 1974.

 

 

Porozmawiajmy o papierosach. Kiedy przyszedł ten moment, w którym zacząłeś palić?
Połowa lat osiemdziesiątych... Stan wojenny właśnie się skończył. Ja przestałem rosnąć, zacząłem myśleć. Zachciało się nowych rzeczy. Tym bardziej, że rozwaliła się moja banda podwórkowa, z którą bawiłem się w Indian, Czterech Pancernych i majora KGB Hansa Klossa. No i - ważna sprawa - dostałem właśnie dalekobieżny rower Wigry 3.

Połowa lat osiemdziesiątych. Początek Twojej przygody z papierosami. Jak to wyglądało?
Miałem jedenaście lat. Na podwórku praktycznie nic do roboty, a mój stalowy rumak w stajni. Wystarczająca motywacja, by pojechać za miasto i dopuścić się jakiegoś niecnego czynu. No więc zacząłem palić papierosy. Na cebulowym polu, należącym do rodziców niejakiego Kuny, którym jeździł na składanej Czajce i częstował Yugolami. Paliliśmy, kończyliśmy, zagryzaliśmy cebulką i do domu. Modląc się, żeby mama nie poczuła. Baliśmy się wtedy mamy...

Lata osiemdziesiąte. Kończyła się szara epoka, czas Jaruzelskiego, Rakowskiego. Odradzała się Solidarność...
Czuliśmy już ten powiew. Z zachodu. Pachniało świeżą rybą, plastikiem i dyskoteką. No i oczywiście fajkami. Sztywne, kolorowe pudełka w kiosku albo za szybą Pewexu. To był smak zagranicy, wszystko jedno jakiej (bo np. najbliżej na zachód to było wtedy NRD). Poza tym był to jedyny smak "zachodu" na jaki nas było wtedy stać.

...smak wolnej Europy?
Albo po prostu - Europy. Dla nas, którzy żyliśmy dotąd w zapyziałym "Prlu" (jak mawiał Kisiel), już jugosławiańskie perfumowane papierosy posiadały ten wyczekiwany smak. Nawet albańskie (!), w wysokich pudełeczkach z ludowym wzorkiem z gór Epiru. Jugosławia wydawała się być wtedy bliżej "tamtej" Europy. Tito nie dał się Stalinowi i miał sympatyczną słowiańską gębę. To teraz się wszystko odwróciło - i oni zostali z tyłu. Z tą akcją "Wisła" w swoim wydaniu - niepotrzebnie i nie w porę. My to zrobiliśmy zaraz po wojnie i nikt nie zauważył... A szkoda.

Jak smakowały papierosy właśnie wtedy?
Muszę powiedzieć, że nie bardzo. Ale my byliśmy twardzi. Musieliśmy się jakoś określić.

Mariusz Polakowski
Garden party
Przyjaciół sobie nie wybierałem
dostałem z przydziału
dobre roczniki
i złe
Swój smak poznawaliśmy powoli
Za nami trupy Euforii
Gracji i Matki Nadziei
za nami groby Ochoty
Dopiero nad ranem otwiera się worek
z używaną Pamięcią
podobną niebu - z dziurami zamiast gwiazd
dopiero o świcie nakrywamy się Pamięcią naszą
jak starym namiotem w środku
krótką chwilę my i tajemnice
o rozsądnej porze zalejemy ogień
to najlepsze lekarstwo
na wschód dnia drugiego:
zadeptać miejsce
kwiaty tam zasadzić
i otoczyć drutem
i wrócić na pewno
Przyjaciół sobie nie wybierałem
dostałem z przydziału
dobre roczniki
i złe
Swój smak
poznawaliśmy powoli
aż stał się stary znajomy
Jak starzy znajomi
dość niewyszukany
Z wielką słodyczą na dnie

Właśnie - "określić". Rozumiem, że zaczął się wtedy czas świadomej młodości. Czas w którym się wie, że ja to ja a nie ktoś inny. Ty już wiedziałeś, że nie będziesz całe życie tylko grzecznym, miłym chłopcem, że będziesz tym ,który szuka... szuka...Absolutu?
Chyba tak. Wcześniej to był tylko taki dziecięcy nałóg - "nie smakuje, ale to zrobię". Nie chodziło też już o to, by spróbować nowego. Smak nikotyny był już znany. A o co chodziło? Zaczne może od tego, że to świadome palenie, zaczęło się (jak pewnie w większości przypadków), w liceum. Ja akurat znalazłem się tam w momencie, gdy skończyła się ta beznadziejna epoka peerelu i - po krótkim okresie narodowowyzwoleńczego szału - rzeczywistość zaczęła po woli nabierać trwałych kolorów. Dalej jednak była zbyt "szara". A myśmy tęsknili, jak to mówił Bruno Schulz, za "genialną epoką", czyli za czymś nie określonym, nie mieszczącym się w czasie. Co można jednak oglądać. Za swoją wewnętrzną ojczyzną. I gdzie było dwóch lub trzech zebranych w jej imię, tam była ojczyzna. Papierosy stały się jej świętym zniczem. Pomagały właściwie we wszystkim. Pomagały zbierać się po lekcjach czy w czasie lekcji (bo wtedy do szkoły chodziło się w celach towarzyskich głównie). Pomagały rozmawiać, słuchać muzyki, alkohol lepiej wchodził pod papierosy. Stały się takim towarzyskim artefaktem. Niezbędnym - jak niezbędne jest w tym wieku poznawanie ludzi, którzy Cię otaczają.

Dym okalał, łączył grupę przyjaciół?
Dokładnie. Trwaliśmy w tych oparach dymu tytoniowego, jak w oparach absurdu. Żółć na języku mieszała się z posmakiem idei (co prawda branych po wierzchu, ale jednak idei, którymi się pasjonowaliśmy). Zaczęło się oczywiście od tematów egzystencjalnych, no a o tym można rozmawiać tylko ćmiąc papierosa.

Przyjaźnie zaczynały się od tego, kto pali papierosy, a kto nie? Zatem za pomocą papierosa wciągałeś człowieka w rozmowę!
Tak, bo szło się po prostu z tą osobą zapalić. Papieros pali się kilka minut. Głupio tak stać i nic nie mówić. Zresztą nam się chciało mówić. Słuchać może nie, ale mówić!..
Siłą rzeczy.Głupio przecież iść z kimś na "lizaka kodżaka".

Czy była to zmowa buntowników, którzy za pomocą papierosów, a nie karabinów pragnęli zmieniać świat?
Tak jest! Chociaż nie chodziło tu może dosłownie o "zmianę świata". Na początku była to po prostu chęć zmiany - oczekiwanej, choć nieokreślonej. Byliśmy buntownikami, którzy jednak nie chcieli swoim buntem wyrządzić nikomu krzywdy. Dlatego "jaraliśmy" po kątach, a nie okładaliśmy ludzi bejsbolem. Ale bunt był. Na przykład palenie w szkolnym kiblu... Przecież można było iść gdziekolwiek. Ale paliło się w kiblu, bo tam akurat nie wolno. To podniecało. To w kiblu toczyły się te... te przedziwne rozmowy. Do teraz mi się wydaje, że to nasze palenie czemuś posłużyło.

Czy dla Was papieros był jakąś metaforą życia. Miał swój początek... spalał się... umierał?
Metaforą na pewno był. Wtedy właśnie nasze palenie zaczęło się mitologizować. Przestaliśmy postrzegać papierosa, jako tytoń w bibule trzymanej w zębach. To był już "znak rozpoznawczy". To był już ten artefakt. No wiesz - to tak jak w konspiracji spotykają się ludzie noszący czerwone goździki w klapie, jacyś kropotkinowcy, i dyskutują. U nas spotykali się też jacyś tam "konspiratorzy", których znakiem rozpoznawczym był "fajek" w zębach.

W tym samym czasie poznawałeś swoich mistrzów poezji: Josifa Brodskiego, Zbigniewa Herberta. Czy zwracałeś uwagę na ich palenie?
Nie, chyba wtedy nie było istotne dla mnie, czy palą i piją. Może z braku wiedzy na ten temat. Z czasem powoli odkryłem te liczne gatunki używek w życiorysach mistrzów. Niekiedy budził to we mnie ciepłe uczucia. Na przykład bardzo mi się spodobało, że palili papierosy, a nie cygara i fajki. Przez to byli bliżsi. Fajka pachnie Akademią, a cygaro - Giełdą Papierów Wartościowych. Dziś potrafię wytropić w utworach mistrzów ten dym papierosowy albo kieliszeczek jałowcówki. Ale jak było wtedy.

Zatrzymajmy się przy poezji. Wiersz, słowo... pauza między nimi... Słowa jak papierosy. Czy papieros jest takim atrybutem twórcy-konspiratora?
Chyba tak. Zwłaszcza, że "kreacja" to stresogenne zajęcie, a papieros, co by nie mówić, odpręża. Ale poważnie... My siebie określaliśmy jako "ludzie myślący". Może inaczej - jako "konspiratorzy", czy "kontestatorzy" raczej. Nasze ciche rozmowy kojarzą mi się zawsze z nikotyną. Z tym wydmuchiwaniem dymu papierosowego, które ma coś wspólnego z wyrażaniem myśli. I to chyba właśnie tak jest! Papieros dobrze ustawia dyskusję. Palacze rozmawiają, każdy z nich z papierosem. Każdy się zaciąga... Na tę krótką chwilę potrafi skupić się na sobie, na tym, co chce powiedzieć. Ten dym papierosowy oddziela go od rozmówców. Łatwiej jest ustawić sobie myśli. Potem wraz z wydychaniem dymu wypowiadasz swoją myśl. Popatrz, to właśnie tak wygląda! Zadajesz komuś pytanie... on pali papierosa... pomyśli... spojrzy gdzieś tam... zaciągnie się... Wszystko mu się ustawia w głowie. Wypuszcza dym i mówi, odpowiada Ci. Zaciągnięcia nakładają się na pauzy w dyskusji, a jednocześnie na mocną pracę mózgu.

Myśli ulatują w górę razem z dymem?
Tak. Zbierają się w głowie, jak dym w płucach. Potem na zewnątrz. Oczyszczone. Chociaż nie w górę. Myśli (mam nadzieję) mają większy ciężar gatunkowy niż papierosowy dym. Dym sobie ulatuje, a myśli szybować powinny więc ku interlokutorowi.

W Twoim wierszu pt. "Garden Party" (patrz niżej - przy.red.) piszesz "...Dopiero nad ranem otwiera się worek z używana Pamięcią...". Czy popielniczka pełna "petów" po wieczornej libacji, czy też jak wolisz "garden party", jest metaforą właśnie tej pamięci otwieranej nad ranem? Musisz przecież to wszystko posprzątać, poukładać znowu... w tym worku?
Popielniczka to popioły, a popioły to wygasłe ognisko. W "Garden party" jest dalej o "zalewaniu ognia". To jest właśnie ten ogień, który się palił wczoraj w naszych ustach. Płomień, który się pali podczas spotkań z przyjaciółmi i nakrywania się tym "namiotem pamięci".

Czyli to jest ten smak. Smak przyjaciół, smak znajomych?
Pytasz o moich znajomych... Zdecydowanie to jest ich smak. Papierosy, kawa, alkohol. Bez przymusu to wszystko. Pozbawione (jeszcze?) degeneracji. Przyjemność, która nie jest koniecznością. Która ma jeden wymiar - jest dobra.

Zbigniew Herbert palił i pił. Wymawiał się tym, gdy nie chciał odgrywać roli moralnego autorytetu. Czy w Twoim przypadku papieros też był taką osłoną przed światem?
To znaczy mnie jeszcze nikt nie próbował wmówić, że jestem jakimkolwiek autorytetem, więc na razie żaden pawęż przeciwko takim atakom nie był mi potrzebny. Co do Pana Herberta, to on oczywiście wiedział, że jest autorytetem. Jeśli mówił, że "pali i pije", to była ironia, odbicie piłeczki w stronę ludzi, którym to przeszkadzało w jego portrecie - papieros. Treść tego przekazu brzmiała naprawdę tak: "Jeśli nie chcecie mieć takiego autorytetu to nie miejcie. Przymusu nie ma".

Powróćmy do tego, od czego odeszliśmy w tej dyskusji, do chronologii... Skończyło się dzieciństwo, skończyła się szarość peerelu, potem liceum a potem: studia na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jak wtedy smakowały papierosy? Czy coś się zmieniło? Przyszła przecież pełna dojrzałość, pojawiły się kobiety, miłość...
Przede wszystkim ja już w październiku na pierwszym roku poznałem swoją żonę. No i ona paliła. Świetnie znaleźliśmy się oboje w środowisku, które pali, pije i gra w karty (oczywiście oprócz tego ucząc się, w "międzyczasie" teoretycznie przeznaczonym na sen, różnych mądrych rzeczy). Papierosy, które paliłem z żoną, były najlepszymi papierosami w moim życiu. Jednak po jakimś tam czasie, patrząc na nią, nabrałem wątpliwości, co do celowości palenia. A zwłaszcza nałogowego. Wcześniej nie działały na mnie żadne opowieści o tym, "co to będzie się działo w moim ciele", że rak płuc itd. Widziałem nawet film propagandowy, w którym pokazywano płuca palacza. I nic. Zatem moja decyzja o rzuceniu palenia to nie było jakieś racjonalne działanie. To sprawiło uczucie! Patrzyłem na moją kobietę i nie podobało mi się to, że pali, bo czułem, że o ile ja jestem twardziel, to jej to może zaszkodzić. Poza tym mogłem spojrzeć też i na siebie z dystansu. Podstawić siebie za nią. Powiedzieć sobie "Nie żyjesz już tylko dla siebie".

Miłość stała się dla Ciebie antidotum na wszystko?
Tak. W miłości, ja w piecu, wypalają się wszelkie wcześniejsze popędy, które z punktu widzenia dojrzałej miłości wydają się nie tyle "małe", ile siłą rzeczy "odległe". Albo "inne". Tak jak papierosy stały się - inne. Przestały być elementem kontestacyjnej mitologii. Przyszły bowiem nowe mity (przede wszystkim Miłość) - o wiele bardziej pochłaniające wyobraźnię, wymagające o wiele więcej czasu i energii. Poza tym nasze obecne sprzeciwy wobec rzeczywistości są tak solidnymi i skomplikowanymi konstrukcjami, że papierosy takiej czy innej marki, nie maja mocy ich wyrażania. Stały się za małe. Zbanaliazowały się. Przed tym właśnie uciekałem decydując się na porzucenie nałogu.

Czy oprócz miłości było coś jeszcze, co skłoniło Cię do rzucenia papierosów?
No było jeszcze kilka przyczyn, istotnie. Po pierwsze chciałem zmusić żonę do rzucenia palenia, a nie byłoby to w porządku gdybym sam nadal palił. Po drugie: papierosy stały się "garbem"... Jest taki moment kiedy przestajesz już palić dla przyjemności i w towarzystwie, a organizm, głód nikotynowy domaga się nikotyny. Palisz więc w samotności, w pustym mieszkaniu... Mnie osobiście wtedy papieros nie smakuje. Po trzecie wreszcie: byłem wtedy bez pracy i ciężko było z finansami. Pieniądze, które palacz wydaje na papierosy przez całe swoje życie równają się często wartości samochodu. Samochodu i tak nie kupię, bo i po co. Ale przykład na wyobraźnie jednak działa. Nasze rzucanie palenia odbywało się w sposób zupełnie nie zobowiązujący. Było parę nieudanych prób, ale potem - w okresie szczególnych trudności finansowych - udało nam się to zrobić. Moja żona nie pali już wcale (boi się powrotu do nałogu), ja natomiast używam papierosów zgodnie z ich przeznaczeniem, czyli - jako używkę. Ciekawa rzecz... Dzięki temu, że papierosy nie są dla mnie już garbem, nałogiem, nabrały z powrotem jakiejś symbolicznej wartości. Używam ich rzadko, przy okazji towarzyskich spotkań. W dzieciństwie paląc staraliśmy się być bardziej dorosłymi ludźmi. To była mitologia. Teraz staramy poczuć się tamtymi dziećmi. To też jest taka sentymentalna mitologia.
Stałem się "niedzielnym palaczem". Tak jak "niedzielny kierowca" - tylko, że ja nie nastaję na niczyje życie. Uwolniłem się. Czuję się lepiej. Nie chce mówić, że "czuję się oczyszczony" i że uwierzyłem na nowo w zdrowy tryb życia, że będę się odtąd żywił jogurtem i nasionkami traw. Ale jest chyba lepiej. Zwłaszcza, że moja żonka nie pali.

A "worek z używaną pamięcią" jest dalej, tylko już tak nie śmierdzi dymem?
Może po prostu znowu zaczął tym dymem pachnieć. Dzięki temu papierosy są wciąż artefaktem naszej przyjaźni.

Komentarze

 Palenie tytoniu

Autor: Palaczka danusia (Piątek 20-05-2005 13:20)

ja chce rzucić palenie a nie czytać jakieś durnoty !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! w tym internecie nic nie ma !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl