Dzika kaczka
Vorszpan
|
Marek Miller |
Nie mogłem zasnąć. Godzinę wcześniej wyskoczyłem z łóżka, bo zabrakło mi papierosów. Przez pół godziny bezskutecznie chodziłem po szatniach nocnych lokali a potem pojechałem na dworzec. Potem odpalając drugi od pierwszego, przypominałem sobie przedpołudnie kiedy po raz niewiadomo już który wypaliłem ostatniego i powiedziałem sobie - koniec. Paczkę "Klubowych" ledwie napoczętą rozerwałem na strzępy i wyrzuciłem do kosza. Paczkę "Carmenów" (na lepsze okazje) wyrzuciłem z jedenastego piętra przez okno... Już po trzech godzinach odwiedził mnie Bies. Tłumaczył, żebym się nie wygłupiał sam przed sobą, nie udawał i przestał się łudzić... Kiedy odebrał mi już nadzieję, zaczął obiecywać rozkosze jakich zaznam kiedy tylko wpuszczę dym do płuc. Przestraszyłem się, że naprawdę już nigdy nie będę wiedział, jak to jest kiedy zapalę. Nagle życie straciło jakikolwiek sens i mógł go przywrócić tylko papieros. Nie czekając na windę, biegłem schodami w dół. Na trawniku przed blokiem zacząłem szukać. Bezskutecznie. Zdenerwowany coraz bardziej, pochylałem się coraz niżej aż w końcu, rozgarniając trawy i krzaki znalazłem się na kolanach. Wtedy uprzytomniłem sobie, że z chodnika patrzą na mnie ludzie... Przypomniałem sobie Nowy Jork i Murzyna, któremu wypadł z rąk niedopalony papieros. Wyczekałem jak nikt nie patrzy. Podszedłem, podniosłem i prawie natychmiast zapaliłem. A nie paliłem od pięciu dni i myślałem, że już się udało. Potem przypomniałem sobie oczy Zenki, kiedy oszołomiony papierosem czekałem na nią pod szkołą. Obrazy napływały jeden po drugim. Egzaminy na studiach - ostatni przed wejściem, pierwszy po wyjściu. "Przerwa na papierosa!" - w okopach na poligonie. Guluase, Partagasy, Gitany - palone w Szwecji na plantacjach truskawek. "Klubowe", "Popularne" palone w kolejkach do Spółdzielni Mieszkaniowej, po kredyt dla MM, po kartki na cukier. Coraz bardziej chciało mi się palić. Coraz częściej bolało mnie serce... a Polska osiągnęła wtedy największy na świecie wzrost umieralności na zawał. Po raz pierwszy rzuciłem palenie we wrześniu 1980 roku. Czułem, że już nie muszę palić, że to, co się dzieje wokół nakręca mnie bardziej niż nikotyna... Wytrzymałem pięć miesięcy... Przypominałem sobie jeszcze wiele innych rzeczy i nie mogłem zasnąć. Paliłem jeden za drugim aż w końcu zaczadziały i otępiały sięgnąłem po książkę Była to "Ziemia planeta ludzi". Po jakimś czasie natrafiłem na następujący fragment, Saint-Exupery pisał: "W okresie ptasich wędrówek, dzikie kaczki budzą dziwny niepokój na terenach, nad którymi przelatują. Jak gdyby znęcone przez olbrzymi trójkątny klucz dzikich kaczek, domowe kaczki nieporadnie usiłują wzbić się w górę. Dziki zew obudził w nich jakiś instynkt dzikości. Na jedną chwilę kaczki domowe zmieniają się w ptaki wędrowne. W małej twardej główce, wypełnionej skromnymi obrazkami stawu, robaków, podwórza, rozsuwają się nagle rozległe kontynenty, zapach wiatru i geografia mórz. Ptak nie podejrzewał, że ma mózg tak obszerny, aby pomieścił tyle cudowności, a tu nagle zaczyna bić skrzydłami, odwraca się od ziarna, odwraca się od robaków i chce się być dziką kaczką..." Przeczytałem jeszcze raz i pamiętam, że doznałem iluminacji. Po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, że ten ohydny, upokarzający stan beznadziei i niemożności, w jakim tkwię od lat nie jest wcale częścią mnie a przeciwnie pochodzi z zewnątrz. Jak to się stało? Jak to się mogło stać?... |
|
|
"Złoty pięćdziesiąt, złoty pięćdziesiąt na SportyGdybym miał więcej paliłbym pewnie GiewontyAle Giewonty kosztują cztery sześćdziesiątA ja na Sporty mam tylko złoty pięćdziesiąt" |
|
Joanna Karczyńska |
W roku `53 i byłam w trzeciej klasie. Chodziłam do Szkoły Podstawowej nr. 7, na ulicę Żelazną. Byłam niebywałym szatanem, wręcz chuliganem. Zresztą, tam całe towarzystwo było chuligańskie. Zadawałam się z samymi chłopakami. Dziewczyny nie miały takiej energii co chłopcy. Wokół naszej szkoły leżały gruzy. I myśmy chodzili po tych gruzach zbierać butelki zostawiane przez pijaków. A za butelki można wówczas było dostać całą złotówkę. I ja wpadłam na pomysł, żeby z dwójka bliźniaków, Markiem i Jolą, z którymi chodziłam do klasy zbierać te butelki. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że na butelkach wiele nie zarobimy. I właśnie wtedy, pojawił się pomysł, żeby zacząć handlować papierosami. Na Pańskiej, na bazarze, który przypominał wtedy dzisiejsze Koło, była zielona budka, w której sprzedawano papierosy. Można je było kupić na sztuki. Zresztą, wtedy głównie kupowało się papierosy na sztuki. Można było w tej budce kupić nawet papierosy marynarskie. Ale sprzedawano także cienkie papierosy, z ustnikiem, pakowane po pięć sztuk. Liczono złotówkę za sztukę. I myśmy wpadli na pomysł, żeby za sprzedane butelki kupować papierosy, a następnie je sprzedawać. W knajpach na Żelaznej. Wyglądało to tak, ze Jola stała z towarem na zewnątrz, a ja i Marek wchodziliśmy do środka. Podchodziliśmy do każdego stolika oferując nasze papierosy po podwójnej cenie. Interes szedł świetnie. Tym bardziej, że sprzedaż okraszona była małą historyjką z naszego życia. Mówiliśmy, że jesteśmy rodzeństwem i że umarła nam matka. Według opowieści, mieszkaliśmy w suterenie, a nasz tatuś był chory na gruźlicę i nie mieliśmy z czego żyć. Wobec czego musieliśmy zarabiać. Po usłyszeniu takiej tragedii nikt nie pozostawał obojętny i nawet dość często zdarzało się, że płacono nam więcej za te papierosy. Znów je inwestowaliśmy w następne paczki. I dopóki poruszaliśmy się w trójkącie Miedziana, Twarda, Żelazna, wszystko było w porządku. Ale zawładnęła nami żądza pieniądza. Zdecydowaliśmy się wejść w Al. Jerozolimskie i dotarliśmy w końcu na Nowogrodzką, gdzie znajdowała się knajpa "Dzik". W "Dziku" urzędowała klientela była dużo lepsza. Przy jednym ze stolików siedziało kilku panów, którzy mocno się nami zainteresowali. Podeszliśmy do nich, Marek stał obok nic nie mówiąc, a ja wyśpiewałam całą historię. Strasznie mnie rajcowało, że rozmowa była długa i bardzo rozwinięta. Pamiętam, że dostaliśmy dużo więcej pieniędzy niż sobie liczyliśmy. Radosna wróciłam do domu. A tam czekał jeden z tych panów z "Dzika", który okazał się być kolegą mojego taty. Wtedy po raz pierwszy i ostatni, w życiu dostałam pasem. Moja mama łzami się zalewała, nie mogąc pojąć, jak mogę ją uśmiercać. Naturalnie żądano wydania, z kim weszłam w interes. Ja nie za bardzo chciałam mówić, ale rodzice szybko zorientowali się, że byłam w zmowie z bliźniakami. Ojciec poszedł do rodziców Marka, a Marek się wszystkiego wyparł. Najgorsze jednak stało się to, że rodzeństwo zwinęło cały transport papierosów i nie chciało mi go oddać. To był oczywiście koniec naszej przyjaźni. |
|
Bronisław Rzepiec |
Czasy były ciężkie. Mama posyłała mnie i mojego brata Janusza, do sklepu po chleb. Wtedy robili taki pachnący, mięciutki chleb, zupełnie inny niż teraz. Wypiekali go ludzie, nie maszyny. Często, gdyśmy szli po niego wcześnie rano, był jeszcze całkiem ciepły. Pamiętam, że rzadko donosiliśmy go w całości do chałupy. Pachniał tak, że nie mogliśmy się powstrzymać, by nie zjeść trochę. Nie było go czym pokroić, więc wgryzaliśmy się w chrupiącą skórkę, robiąc dziury, jak myszy. Ale matka pultała się po tym. Krzyczała o to na nas! Tam, pod sklepem, stało zawsze paru facetów, kurzyli fajki. Zagadywali nas, gdy przechodziliśmy. Któregoś razu poczęstowali nas papierosem. Potem dawali nam całą połówkę, żebyśmy przy nich postali i wykurzyli. Byli to gazdowie, schodzili się pod sklep z całej wsi. Rzadko coś kupowali, bo jakom powiedział, czasy były ciężkie. Za to stali, lub siedzieli koło sklepu całymi godzinami. Tam obok rósł duży, gęsty smrek. Ustawili pod nim ławkę, a właściwie deskę opartą na dwóch kotkach. Potem drugą, trzecią. Siedzieli i radzili. Do domu ze sklepu mielimy dość duży kawałek drogi. Siadalimy więc przy nich i kurzyli tę naszą połówkę. Mało żeśmy się odzywali, bo byliśmy dla nich bardzo młodzi, za to dużo słuchaliśmy. Nie siedzieliśmy długo, zaraz trzeba było brać się do chałupy. Pod sklepem najczęściej rozprawiano o polityce. Niedobrze się w Polsce działo, komuniści umacniali władzę. Gadano, że aresztują wielu porządnych ludzi. Nie takich, co we wojnę byli zdrajcami, wysługiwali się Niemcom, udawali Niemców, albo byli Gorellenvolku. Zamykano porządnych, wielu z nich działało w konspiracji. O tym właśnie gazdowie radzili. Nie wiem, czy to wszystko była prawda, bom był za młody i nie znalem się na polityce. Ale jakoś czułem, że moje miejsce przy nich. Dlatego coraz częściej siadywaliśmy bratem pod smrekiem, kurząc i słuchając ich rozmów. Właściwie to Janusz wcale nie kurzył, ino ja więcej. Matka nie mogła sama nic na to poradzić. Zresztą ona chyba wiedziała, że nie wpadłem w złe towarzystwo, bo to porządni ludzie. Ojciec zaś był poza domem. Mama gadała, że pracował w Czechosłowacji. Często mi powtarzała, że żebym myślał o nim jak najlepiej, bo to dobry człowiek i nigdy w życiu niczego złego nie zrobił. Sąsiedzi wspominali czasem, w rozmowie z matką, że w czasie wojny był przewodnikiem, przeprowadzał na słowacką stronę ludzi, którzy musieli uciekać z Polski. Ale ona zawsze urywała rozmowy o tym. Ojciec wrócił kilka lat później, w 1956 roku. Wielu wtedy ludzi wracało do domów. Już dawno wykombinowałem, że ojciec po prostu wpadł w kłopoty z władzą i może siedzi za kratami, a może się kajsi ukrywa. Gdy wrócił w czasie tej odwilży, tom się upewnił. Ale nigdy nie opowiadał nam o tym. W ogóle był bardzo cichy, mało mówił, o niczym nie mogłem z nim dłużej pogadać. A tak dużo chciałem się od niego dowiedzieć. Zmarł w latach sześćdziesiątych, ale już dużo wcześniej czułem, że brakuje mi prawdziwego ojca. A nie takiego zamkniętego w sobie staruszka. Dlatego potrzebowałem słuchać ludzi starszych i mądrzejszych ode mnie. Jak ci pod sklepem. Tylko tam, na ławce, przy fajkach, można było szczerze pogadać. Nie w chałupach, na posiadach, bo tam gorzała się lała, baby plotkowały i byłoby to niebezpieczne. A tak, na trzeźwo, człowiek ufał i sobie, i innym. Można było nawet kląć na władzę, bez strachu. To ci starzy górale nauczyli mnie, jak być porządnym człowiekiem, co jest ważne i że należy się trzymać w życiu tego, z czego się wyrosło. Swojej rodziny, przyjaciół. Trzeba być wiernym swojemu otoczeniu i tradycji, co dla mnie oznacza szanowanie tego, co wpajali ojcowie i dziadkowie, a przede wszystkim szacunek dla ludzi. Nie wolno robić świństw swoim. Przyjaciele to rzecz święta. Nie wolno odrzucać tego wszystkiego, nawet, gdy człowiek młody i porwie go jakaś myśl czy idea. Bo jeśli idea tak każe, to jest zła. Ja, nigdy nie odrzucałem swych korzeni, chociaż gdy chodziłem do szkoły w Zakopanem, przychodzili do nas różni tacy, z ZMP czy czegoś podobnego. Mówili, żebyśmy się oderwali od skostniałych przyzwyczajeń, że teraz idzie nowe, że organizacja będzie naszą nową rodziną. Terefere... Coraz więcej młodzieży zapisywało się tam, nie pili, nie palili, chodzili na jakieś zebrania, i tak dalej. Góralskie dzieci, psia ich mać... Ja i paru kolegów ze szkoły trzymaliśmy się na uboczu. Nie chodziliśmy na zebrania, niestety, nauka też szła nam ciężko. Wiadomo, człowiek był młody i głupi... No i wszyscy paliliśmy. To najbardziej doprowadzało zetempowców do gorączki. Ci wszyscy aktywiści i członkowie ZMP uważali nas za chuliganów, a przecież to nieprawda. Nauczyciele to wiedzieli i nie gadali nic, bo mieli już swoje lata i byli silnie przywiązani do naszej tradycji. Oni nas rozumieli, bo sami kiedyś tacy byli. Po mojemu, to oni uważali za swoich bardziej nas niż tych nawiedzonych harcerzyków. Gorzej, bo dyrekcja miała nas za chuliganów. Jej tylkośmy się bali, bo jak ci zetempowcy próbowali hipkać do nas, to jakoś żeśmy sobie z nimi radzili. Nie walczyli jednak z nami aż tak bardzo, wzywali ino czasem rodziców do szkoły i gadali im, że kurzymy, i że wpadamy w złe środowisko. To było bez sensu, bo rodzice musieliby samych siebie uznać za złe środowisko, przecież byliśmy synami tych, co stali pod sklepem. Górale to naród przywiązany do tradycji, wszelka nowoczesność, zwłaszcza ta syfiasta jak komunistyczna, że wszystko staje na głowie, ciężko się u nich przyjmuje. Nie wydaje mi się, że nasze palenie było młodzieżowym buntem. Młodzieżowi to oni byli. Myśmy nie chcieli iść z tym całym kultem młodości, wielkiego postępu, silnie trzymaliśmy się swojej ojcowizny, choć bez przesady. Jak se pomyśle, tośmy byli kontrrewolucyjni z tymi naszymi fajami. |
Podstawówka
|
Małgorzata Korn |
Pewnego dnia mama nie zabrała papierosów do pracy. Zostały w kuchni na stole. Złapaliśmy je z bratem i wypaliliśmy na boisku szkolnym. To znaczy jednego! Na spółkę! To było obrzydliwe, zakrztusiłam się i płakałam ponad godzinę. Potem po latach, kiedy szłam do pierwszej spowiedzi, bałam się powiedzieć o tym księdzu! |
|
Kamil Jezierny |
Miałem 11 lat, zostałem w domu sam - rodzice gdzieś wyszli. Strasznie mi się nudziło. Wtedy przypadkiem zobaczyłem papierosy, które ojciec zostawił w barku. Nie mogłem oprzeć się pokusie. Z drżeniem rąk i serca zapaliłem. Przez chwile myślałem, że umrę. Resztę dnia miałem rozwalone. |
|
Marta Wesołowska |
Zostałam szefem podwórkowej bandy. Należały do niej dzieci "doświadczone życiowo". Między innymi moja koleżanka Elżunia, która potrafiła świetnie rzucać nożem. To była bardzo przemyślana akcja. W krzakach rozpaliliśmy ognisko, by nie było widać papierosowego dymu. Spaliłam może pół papierosa krztusząc się niemiłosiernie. Wszystko wykryła moja babcia, wysiadująca całymi dniami w oknie. Pamiętam, że mama wróciła wtedy od fryzjera. Widzę ją jeszcze ufryzowaną, z gęstą henną na brwiach. Dostałam porządnie w tyłek. |
|
Ania Duleba |
Mnie w drugiej klasie te papierosy okropnie nie smakowały, ale koleżanki paliły, więc głupio się było przyznać. Udawałam, więc, że sprawia mi to przyjemność. Miałam jednak pewien problem. Pomimo wielu prób, nijak nie mogłam się zaciągnąć. Koleżanki próbowały mi jakoś pomóc i kazały mi robić różne ćwiczenia, np. miałam wciągać dym powtarzając w myślach jakiś wierszyki dopiero jak skończyłam, to mogłam ten dym wypuścić. Na nic to się jednak nie zdało. |
|
Agnieszka Zambrowska |
Najtrudniej było mi pojąć, o co chodzi z tym zaciąganiem się. Wydawało mi się to strasznie skomplikowane. Koleżanka tłumaczyła mi, że mam wziąć dym do ust i go połknąć. Ale ja wciąż połykałam ślinę. Poszło chyba z pół paczki, zanim się nauczyłam. |
|
Wanda Wróblewska |
Zapaliłam, jak miałam 12 lat. Ciekawiło mnie, co tak babci smakuje, że pali to śmierdzące ohydztwo, którego ja nie cierpiałam, więc zaczaiłam się w pokoju i zapaliłam, ale niestety podpaliłam sobie również włosy, więc w sumie dużo na tym nie skorzystałam. |
|
Anna Pawik |
Razem z koleżanką z pełną premedytacją kupiłyśmy mentolowe "Zefiry", pojechałyśmy do centrum miasta, co było wielką wyprawą. Wypatrzyłyśmy budowę, w której była dziura w siatce i tam zapaliłyśmy. Później dowiedziałam się, że papierosy mentolowe powodują impotencję. Bardzo długo myślałam, że znajdziemy się w szpitalu. Pytałam mamę, co to dokładnie jest ta impotencja. Uspokoiłam się, gdy mama powiedziała, że dziewczynkom to nie grozi. Pomimo tego, że impotencja mi nie groziła potem jeszcze przez dwa lata nie wzięłam papierosa do ust. |
|
Czarek Walczewski |
To były "Kapitany", w niebiesko-granatowym opakowaniu i bez filtra. Zwracaliśmy uwagę, jak się trzyma papierosa, podobało nam się to, że mamy papierosa w dłoni, ale niekoniecznie to, że paliliśmy. Budynek mojej szkoły był niedaleko, a ja nie znosiłem ograniczeń. Swoboda myślenia, swoboda zachowań. Dziewiczy teren, "chłopcy z placu broni". Tworzyła się między nami więź. Kładliśmy się na daszku komórek i paliliśmy. Było nam wyjątkowo przyjemnie, nie była nam potrzebna rozmowa. Mogliśmy zagłębiać się w nasze myśli... |
|
Antoni Krawczuk |
Chciałem przestać być niepalącym gówniarzem, na którego dziewczyny nie patrzą. Bo myślałem, że patrzą lepiej na tych ważnych starszych kolegów z papierosem w ustach.Spróbowałem więc dla tego przyjaznego spojrzenia. |
|
Jurek Dobrowolski |
Skończyłem szkołę podstawową i wyjechałem na wieś, gdzie spędziłem pierwsze lata życia. Tam z siostrą i kuzynką wybrałem się na dyskotekę. Potem okazało się, że musimy wracać 10 kilometrów piechotą do domu. Poczułem wtedy jakąś zmianę. Ona, kuzynka, miała ze sobą papierosy a ja byłem gotów na wszelkie życiowe próby. To ona mnie poczęstowała. Zdziwiła się, że nie odmawiam. To była bardzo emocjonująca chwila, przypominająca ugryzienie jabłka z drzewa poznania. Pociągnąłem tego papierosa i to było typowe narkotyczne działanie. Zawrót głowy. A ja wtedy ucieszyłem się z tej wyprawy, ucieszyłem się z tego, że towarzyszy mi osoba, która miała dla mnie znaczenie. Uniosłem głowę ku niebu i zacząłem biegać od krawężnika do krawężnika. Było fantastycznie. Drzewa, księżyc, gwiazdy... |
Love Smoke Story
|
Wanda Wróblewska |
Miałam szesnaście lat. On oczywiście też miał szesnaście lat. Chodziliśmy do tej samej szkoły. Zauroczone sobą dzieciaki, które spotykają się ze sobą dłużej niż miesiąc to już coś poważnego. My spotykaliśmy się dziesięć. Pamiętam, że miałam do niego żal, kiedy palił na imprezach. Ja nie paliłam. Byłam grzecznym i dobrym dzieckiem. Może trochę naiwnym. |
Gimnazjum - liceum
|
Robert Nilecki |
Był to dzień, kiedy się dowiedziałem, że zostałem przyjęty do liceum ogólnokształcącego na kierunek matematyczno-fizyczny, ten, o którym marzyłem. Wówczas poszedłem do kiosku i kupiłem "Caro" czerwone. Usiadłem nad rzeką i zapaliłem. Zacząłem się krztusić i płakać, ale papierosa spaliłem do końca. Liceum z papierosem. To były naprawdę fajne czasy. Na każdej przerwie, nawet tej 5-minutowej, biegłem z kolegami ze szkoły przez ulicę za sklep żeby zapalić. Przy paleniu poruszaliśmy najfajniejsze dla nas tematy - seks, dziewczyny i nasze marzenia. |
|
Anna Pawik |
To był pierwszy moment dużej zmiany, moment dorastania i szukania dla siebie osobowości, a raczej wizerunku. Wychodziliśmy na przerwę i to było takie dziesięć minut, w których każdy chciał coś sobą zaprezentować. Palenie było oznaką niezależności. W mojej klasie była cała plejada dziwolągów i tylko dwie grzeczne osoby. Muzeum osobliwości. Zaczęły się imprezy, okres destrukcyjny, w którym nad niczym się nie zastanawialiśmy. Kompletnie nad niczym! Dwa lata całkowitej beztroski i całkowitego braku myślenia. |
|
Aleksandra Joźniak |
Miałam 17 lat. Rodzice gdzieś wyjechali na parę godzin; wzięłam "Marlboro Light" z szafki ojca. Po pierwszych dwóch zaciągnięciach położyłam się na łóżku rodziców. Czułam się okropnie; bolała mnie głowa, chciało mi się wymiotować. Przez kilka godzin patrzyłam w sufit oddychając głęboko. Zaczęłam wyobrażać sobie jak pochylona nad sedesem wymiotuje. Uważałam palenie za przejaw głupoty moich rówieśników. Ja chciałam być inna. Zawsze odmawiałam, gdy mnie częstowano. Więc dlaczego zaczęłam? Któregoś dnia przyglądając się dwóm palącym nastolatkom ich widok w mojej wyobraźni splótł się z obrazem teledysku, w którym dwóch moich muzycznych idoli paliło papierosy. Nagle wydało mi się, że papieros nie jest symbolem konformizmu, lecz buntu. Co więcej, papieros stał się dla mnie nawet czymś erotycznym. Sposób trzymania papierosa, papieros po stosunku, akt palenia, gdy stoi się opierając nonszalancko o ścianę - te wszystkie czynności stały się dla mnie fascynujące. |
|
Agnieszka Zambrowska |
Do liceum poszłam już jako nałogowa palaczka. Zmieniłam tylko papierosy z L&Mów na Davidoffy Lighty. Ktoś mnie kiedyś poczęstował i one mi się bardzo spodobały, pudełko i smak. To tak ładniej było. Stawałam się powoli kobietą i to było takie bardziej kobiece: "Davidoffy" palić, takie to pudełeczko było ładne... |
|
Mariusz Cębowski |
Zacząłem znajdować w tym przyjemność. To był koniec liceum. Nie było już ważne, żeby pokazać się kolegom z papierosem w ustach i nie zanosić się przy tym kaszlem. Ważniejsze było moje samopoczucie i wzrost mojej samooceny - stałem się kimś dorosłym, mogłem sam podejmować decyzję. Trzymany w dłoni zapalony papieros była jakby atrybutem doświadczenia i męskości; palące dziewczyny nie były najlepiej odbierane przez otoczenie, ale chłopak, który nie palił, był dziwadłem. |
*****
|
Ela Orzeszko |
Zaczęłam palić w wakacje, głównie po to, żeby móc jarać marychę. Zależało mi, bo miałam towarzystwo w stylu hippisowskim... |
|
Piotr Mozik |
W tamtym czasie przeżywałem krótki romans ze środowiskiem punków - okres młodzieńczego buntu. No i Łukasz był w Jarocinie, miał kolorowe włosy, dużo muzyki na kasetach, która w tym czasie była nie do dostania. Patrzyłem się jak on pali. Palił czerwone "Marlboro". Któregoś dnia uznałem, że chcę spróbować. Pamiętam, że kiedyś szedłem ulicą i jakieś "dresy" krzyczały żebym nauczył się zaciągać. W końcu się nauczyłem. Tylko kółka nigdy mi nie wychodziły. |
|
Henryk Rydkowski |
Słuchaliśmy punk- rocka, piliśmy tanie wina, no i męczyliśmy te papierosy. One nas konsolidowały. Czuliśmy się wtajemniczeni w coś wielkiego. Myśleliśmy, że jesteśmy wyjątkowi i szalenie zbuntowani. Dzięki tym papierosom nie czułem się już taki grzeczny. Od zawsze miałem w sobie ducha przekory. W liceum robiło się coraz więcej sytuacji, w których papieros wydawał mi się nieodzowny. Papieros do piwa, papieros do kawy, papieros, gdy autobus się spóźnia, papieros, kiedy piszę wiersze. Chodziłem też na zajęcia z eksperymentalnego teatru. Odbywały się wieczorami na poddaszu jednego z domów kultury. Kobieta prowadząca zajęcia, ( niesamowita osoba), uważała, że aktor w teatrze musi się otworzyć, zrobić sobie wiwisekcję. Coś w stylu metody Stanisławskiego. W każdym bądź razie, pracowaliśmy tam nad sobą, opowiadaliśmy o intymnych sprawach, dyskutowaliśmy o tekstach Czechowa. Niektórzy z nas nawet płakali. Jak robić coś takiego bez papierosa? |
Studia
|
Antoni Krawczuk |
To były czasy, gdy paliło się wszędzie i z każdym. Mój pokój w akademiku przesiąknięty dymem, ubranie przesiąknięte dymem, dom przesiąknięty był dymem, korytarze przesiąknięte dymem. Umiem wymienić wszystkie marki, które paliłem: "Sporty", "Żeglarze". Na przemian. Modne, tanie papierosy. "Sporty" - trzy złote dwudziestka, złoty pięćdziesiąt dziesiątka. Trzy sześćdziesiąt "Żeglarze". Tyle co dwadzieścia deko "krówek". Na zasadzie zastępczości. Albo "krówki" albo papierosy. Potem "Rubiny", "Radomskie" (pozostawiały tytoń na wargach), pamiętam coś takiego jak "Piasty". I jeszcze "MDM-y". To ciekawa historia! Na drugim roku studiów dostałem ostrego bólu brzucha. Trafiłem do szpitala w Olsztynie. Podali mi morfinę, skutecznie znieczulili. Gdy obudziłem się po kilku godzinach, zobaczyłem, że leżę na łóżku w szpitalnym korytarzu. Strasznie chciałem napić się czegoś, ale dostałem tylko odrobinę wody. W kieszeni znalazłem paczkę "Sportów". Zmiętą, zniszczoną. I z tymi zmiętymi "Sportami" zauważył mnie mój profesor, który również leżał w tym szpitalu. Musiał go ująć mój widok, (takiego snującego się, z tą dziesiątką pogniecionych papierosów w dłoni), bo następnego dnia pielęgniarka przyniosła mi prezent od profesora: paczkę "MDM-ów" w sztywnym kartoniku. I wtedy to było takie normalne! W szpitalu, od wykładowcy taki prezent?! Wszystkie lokale dansingowe z tamtych lat, wszystkie bale, kawiarnie widzę zawsze w dymie papierosów. |
|
Agnieszka Jeleńczuk |
Jakoś nam to wtedy nie przeszkadzało. PRL do mnie dotarł dopiero na trzecim roku. Moi koledzy już byli inni niż ludzie w Starachowicach. Ich poglądy były różne, już nie takie same, ale różne. W Starachowicach to było jednak małe środowisko, nie było żadnych różnic, w sensie poglądów. Zresztą w Warszawie to też na początku nie miało znaczenia, bawiliśmy się, chodziliśmy do kina... A potem był strajk w 68`roku. Zaczęło się od demonstracji. Ale cała atmosfera jaka temu towarzyszyła, te dyskusje, uświadomiły mi, że tu nie można mieć wątpliwości. Że nie wolno mieć wątpliwości. No i wtedy się zaczęło. Najzabawniejsze było to, że jeszcze w styczniu, zostałyśmy wytypowane z koleżanką do jakichś nagród i zostałyśmy wysłane na obóz polskiej młodzieży. A w marcu okazało się że jesteśmy "be". Ja do 68` roku nie czułam, nie miałam świadomości tak zwanej "sprawy żydowskiej". No właśnie wówczas, kiedy się okazało, że mój dobry kolega, z którym chodziłam na piwo, paliłam papierosy, pisałam referaty - okazał się "groźnym elementem", bo był Żydem. Ja nawet nie wiedziałam, że jest. Aż do tego momentu, kiedy go wyrzucili ze szkoły, przypisując mu różne rzeczy, które były nieprawdą. To było jak zdarcie zasłony. Kompletny brak odwagi moich kolegów, ale co gorsza i profesorów. Najgorsze było, że oni wiedzieli, że to jest złe, ale mówili, że to "konieczność, podporządkowanie wyższym celom". Na szczęście gdzieś już słychać było o zalążkach opozycji, no może nie opozycji, ale przynajmniej o dyskusji na ten temat. To były głównie rozmowy, może nie głębokie dyskusje intelektualne, ale to było takie... pulsowanie myśli, które krążyły poza narzuconym nam nurtem. Wtedy zaczęliśmy rozróżniać nowomowę, wkradała się ironia i szyderstwo. I to wszystko dojrzewało. Myślę ze ten 68` rok przyśpieszył nasze dojrzewanie. Drukowaliśmy ulotki. To znaczy, pisaliśmy na maszynie na powielających kalkach. Najwyżej pięć kopii na raz, kserokopiarek wtedy nie było. A maszyny pożyczaliśmy z organizacji młodzieżowych. Zanosiliśmy też jedzenie na Politechnikę, oni tam zorganizowali strajk okupacyjny. Pamiętam autobusem dojechaliśmy do Świętokrzyskiej, dalej się nie dało. Byliśmy dużą grupą. Ci z akademika i Warszawiacy. Razem. Oni nas poprowadzili i dotarliśmy na Krakowskie Przedmieście, od strony Zachęty. Już wiedzieliśmy, że Uniwersytet został zaatakowany. Ja tylko widziałam armatki wodne, widziałam jak wyciągali z tłumu i bili. A potem puścili gaz łzawiący i ten chłopak, ten mój kolega mnie stamtąd wyciągnął. Tak, to był wtedy mój chłopak. Niepokorny taki, z rodziny inteligenckiej. Studiował historię. Wtedy przeczekaliśmy to całe zamieszanie w jakiejś klatce i poszliśmy do niego. Było kilka osób, były papierosy. Pamiętam jego ojciec mówił, że niepotrzebnie się narażamy. Teraz myślę, ze cały ten system był... po prostu nieskuteczny. Ja byłam przykładem osoby dokumentnie "zindoktryzowanej" od dziecka do późnego liceum. Ale w końcu każdy, kto trochę myślał, trochę czytał, musiał się zorientować, że to jest... całkiem bez sensu. |
|
Antoni Krawczuk |
Jechałem z Lęborka do Pruszcza Gdańskiego. Miałem niewiele czasu do odjazdu, ale gdy wpadłem na dworzec, nie widziałem jeszcze mojego pociągu. Stałem więc na peronie i paliłem. Czekałem. I nagle zobaczyłem mój pociąg odjeżdżający z innego peronu. Rzuciłem papierosa i pobiegłem za ruszającym pociągiem. Wskoczyłem i chwyciłem się drzwi. Nagle pojawiły się jakieś słupy. Przeraziłem się, że zahaczę o nie. To była straszna chwila. Nie wiedziałem, co zrobić. Nie mogłem się wciągnąć do środka, bałem się skoczyć. Ale musiałem. Odrzuciło mnie na bok. Zostałem cały poobijany. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Byłem jak sparaliżowany. Podeszli wtedy do mnie jacyś kolejarze i powiedzieli: Cybulskiemu też się spieszyło. |
|
Maria Zbirowiak |
Najczęściej paliłam z Magdą koleżanką jeszcze z ogólniaka. Ona wtedy zaczynała. Papierosy "podciągałyśmy" jej mamie. Paczki "Radomskich" miała poukładane w regale na wysoki połysk. Myśmy z boku rozklejały opakowanie i z każdego wyjmowały po jednym papierosie, po czym starannie zaklejałyśmy. To było misterium. Kiedyś mama Magdy żaliła się, że nie dosyć, że papierosy są na kartki, to jeszcze oszukują, bo jest tylko 19 w paczce. W 1983 roku papierosy można było kupić na kartki i nie zawsze było można dostać to, co się chciało, ale to, co akurat rzucili. A rzucali na przykład jakąś ohydę bez filtra. Były też papierosy na wagę, czyli źle pocięte odpady z fabryki. |
|
Marta Wesołowska |
Wiedziałam, że ktoś w gdyńskich delikatesach ma dobre dojścia. Czasem rzucali "Caro". Do sklepu biegli wtedy wszyscy - kobiety w ciąży, staruszkowie... Palacze kombinowali jak mogli. Ktoś przywiózł nam z Niemiec tytoń, bibułki i specjalną maszynkę do pakowania tytoniu. Miałam duże szczęście. Pracowałam wówczas w stoczni - jeszcze wtedy im. Komuny Paryskiej. Dyrekcja, chcąc załagodzić nastroje pracowników, wpadła na pomysł, by ściągnąć kilkanaście kartonów papierosów z poznańskich zakładów. Nie wiem jak to się stało, ale zostałam wraz z kolegą wydelegowana do rozdzielania tych papierosów. Oczywiście siebie uznaliśmy za osoby uprzywilejowane. Paliliśmy my, paliły nasze drugie połowy. My mieliśmy w domu taki mały barek - wypakowałam go po brzegi papierosami, co jakiś czas otwierałam i syciłam się tym widokiem, ale barek i tak po jakimś czasie zrobił się pusty... Był taki moment, że paliłam papierosa skręconego z herbaty - jak w czasie wojny. Ale tego się nie dało palić! Taki mach mógł zabić człowieka! |
|
Maria Zbirowiak |
Wtedy palenie wiązało się z kombinowaniem. Miałam znajomych, którzy od rolnika z pola kradli tabakę i robili skręty. Były ohydne. Wyuczyliśmy się je uszlachetniać. Chłopaki kradli tabakę, a dziewczyny zrywały liście wiśni. Suszyłyśmy, kruszyłyśmy, dodawałyśmy do skrętów i miały wtedy taki lekko wiśniowy posmak. U nas w Ełku bez kartek można było kupić jugosłowiańskie fajki, w ładnym pudełku. Wszystkie inne opakowania były szare, z byle jaką szatą graficzną, a jugosłowiańskie długie i w celofanie. Więc wyglądały luksusowo, Nazywały się Vega. W smaku były za to okropne, gryzły w język, gardło i cuchnęły niesamowicie. Nawet utarło się powiedzenie - śmierdzisz jakbyś jugole palił. |
|
Ewa Janeczek |
W stanie wojennym potrafiłam stać 4 - 5 godzin pod kioskiem w tłumie innych palących, żeby dostać papierosy, które były na kartki. Wydzielano je i były obrzydliwe, a ja mimo wszystko potrafiłam po nie stać. Pod koniec lat 80. wychodziłam z domu o godzinie 22 i szłam do kawiarni w zimie na mrozie, żeby tylko kupić papierosy. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym dopuściła do tego, żeby stojąc w kolejce nie mieć już papierosa. Nie, to było niewyobrażalne! Gdybym wiedziała, że nie mam papierosów, to z pod ziemi bym je wykopała, dlatego zawsze starałam się i zawsze udawało mi się mieć jedną zapasową paczkę. |
|
Agnieszka Jeleńczuk |
W okresie Stanu Wojennego pracowałam w Wojskowej Akademii Politycznej. Oni mieli raz na tydzień takie zebrania, na które cywile nie mogli przychodzić. Ledwie ich było widać w chmurach dymu. Szłam przez korytarz i usłyszałam, jak z megafonu słuchają spreparowanego wystąpienia Wałęsy. On był wtedy internowany i takie "wywiady" robili, żeby przekonać, że Wałęsie chodzi tylko o władzę. Na tym nagraniu właściwie cały czas powtarzał: "no wie pan, kurwa". Jak tak stałam i tego słuchałam, to mi się zrobiło niedobrze, poszłam do ubikacji i zwymiotowałam. |
|
Maciek Cyran |
Janusza znałem od podstawówki. Później był ogólniak. On był w innym i ja w innym. Ale to nie przeszkadzało, aby się dalej kumplować. No i właśnie to z nim jechałem do Jarocina na festiwal w 85 roku. Razem z jakąś dziewczyną pomagałem mu postawić irokeza na cukier... W pociągu w kiblu... Jakie to były czasy? Komuna trzymała się dobrze i stan wojenny stłamsił wszelkie próby demokratyzowania kraju. Wszystko szare, nijakie, nuda, poczucie, że stoimy w miejscu. Cały świat idzie do przodu a myśmy mieli wrażenie, że wdepnęliśmy w gówno i nijak się z tego ruszyć. Jedynym oknem na świat była wtedy muzyka. Bardzo wiele kręciło się wokół muzyki, kapel rokowych, tu była jako taka wolność, możliwość odreagowania, bycia sobą, choć trochę. No i Jarocin. To było niesamowite! Prawdziwe święto! Nic tak nie rajcowało jak festiwal w Jarocku. Czemu? Tylko tam mogłeś poczuć się prawdziwie wolny, robić, co chciałeś i władza się nie przypieprzała. Myślicie, że można było z kolorowym irokezem paradować sobie ot tak po ulicach, na co dzień? Zaraz by zgarnęła milicja i potem pałowała na komendzie... Palenie zaczęło się wtedy w pociągu do Jarocina. To był taki nocny pośpiech, taki co się wlókł całą noc. W całym wagonie trwała impreza, bo prawie wszyscy walili na ten festiwal. "Kanar" się nie pojawił ani razu. Nie to żeby działo się coś strasznego. W każdym razie ani jedna szyba nie wyleciała. Ale atmosfera była niesamowita. Wszyscy to odczuwaliśmy. Że jedziemy tam, aby przeżyć coś niezwykłego. To było dla nas, jak Woodstock dla tych, co żyli w latach 60-tych. A poza tym świadomość, że władza odczuwa respekt przed nami, że woli trzymać się z daleka. Przez te trzy dni. To był nasz czas. Wtedy nie można było nie palić, nie pić. Niektórzy wąchali klej, inni próbowali makiwary, kompotu z maku. Ja zapaliłem "Klubowe". Wtedy pierwszy raz poczułem...Właściwie to trudno powiedzieć co, niby nic takiego. Lekko mnie zamroczyło, ale to było przyjemne. Poza tym byłem trochę pijany - wtedy fajki dobrze smakują. Myślę, że bardziej odczuwałem psychiczną potrzebę. Palę fajkę i daję do zrozumienia, że jestem niezależny od władzy, starych, pojebanej, komunistycznej szkoły. Myślę, że wielu z nas dorobiło do tego ideologię. Później po Jarocinie, gdy wróciłem do codziennej szarówki, palenie fajek było przypomnieniem festiwalowych dni. Każde sztachnięcie było przypomnieniem smaku wolności. Było potwierdzeniem niezależności. A poza tym to była jedna z niewielu codziennych rozrywek. To było wspaniałe. Móc leżeć na trawie, popijać winko i palić, no i oczywiście słuchać muzyki. Po Jarocinie spokojnie paczkę załatwiałem. Albo lepiej. Najgorsze były imprezy. Było się tak przejaranym, że następnego dnia miałem kaca od fajek - nieprzyjemne odczucie. Na imprezach to już szedł papieros za papierosem. Ale wtedy palenie mi nie szkodziło, wręcz przeciwnie - pomagało znieść komunistyczną rzeczywistość...Zaczęło przeszkadzać niedawno po skończeniu komunizmu. Człowiek w końcu na coś musi umrzeć. Tylu ludzi choruje wokół, mimo że nie palili itd. Co tam...? Ale Janusz rzucił. On też sporo palił. Niedawno go spotkałem w knajpie. Po 8 latach. Zapalałem właśnie papierosa, gdy on podszedł i powiedział krótko: "Co ty robisz? Zjadłbyś lepiej jabłko". Ucieszyłem się, że on to mówi i zaczęliśmy gadać. Powiedział mi, że rzucił to gówno... No właśnie jakiś dziwny był, tak dziwnie jakoś gadał. Najpierw wspomnieliśmy Jarocin, a później jak komuna upadła to niby dobrze, ale tak jakoś wszystko się rozeszło. Każdy poszedł w swoją stronę i zajął się swoimi sprawami. Janusz zaczął udzielać się w ruchu ekologicznym. Był w Czorsztynie, blokował budowę tamy i coś tam jeszcze. Powiedział, że przestał palić, bo to nowa forma zniewolenia człowieka...Coś tam chrzanił o zachodnich korporacjach, i że w ogóle fajki, alkohol, narkotyki powodują, że człowiek przestaje myśleć i zaczyna być bezwolną marionetką... powiedział, że rzucał palenie cztery razy w ciągu półtora roku. Trochę to trwało. Ale w końcu udało mu się. Powiedziałem mu, że mam syna. On nie założył rodziny, trochę pracuje, podróżuje, pisze. Byłem troszkę pijany, więc wyznałem mu, że pracuję dla rządu no i on wyciągnął to ode mnie...że zajmuję się sprzedażą broni dla krajów trzeciego świata. A on na to czy pamiętam Jarocin, to o czym się wtedy mówiło. Pacyfizm, anarchia te sprawy...To było kiedyś dobre. Teraz musze robić kasę. Wiesz mam syna, który choruje trochę... ucho go boli. Pytałem się Janusza co on robi. Czy udało mu się zachować te młodzieńcze ideały... On na to, że jest nauczycielem. Od razu się wyrwałem, że może chciałby uczyć mojego dzieciaka. I zapytałem, czego właściwie uczy? A on spojrzał na mnie dziwnie i wiecie, co mi powiedział? Że uczy młodych, jak się nie upodabniać do swoich ojców... |







