Laboratorium Re... > PaleNIE > Powieść dokumen... > Dzika kaczka cz. 2  

Dzika kaczka cz. 2

Jest dobrze

Edek Wielopski

Inaczej smakuje pierwszy papieros rano, a inaczej ostatni przed zaśnięciem. Inaczej smakuje papieros po jedzeniu i przed jedzeniem. Inny ma smak po kłótni i inny po seksie. Czasami jest ważny, czasami nie. Ale jest.

Piotr Mezik

Odczuwa się taki lekki szum w głowie. Trochę inny niż po alkoholu. Ale to w zasadzie przyjemne uczucie, chyba, że przesadzisz. Papieros relaksuje. Pozostaje tylko niesmak w ustach, ale do tego człowiek się przyzwyczaja. Wystarczy zjeść tiktaka, albo popić czymś.

Weronika Czyż

Dla mnie papieros był dopełnieniem jedzenia. Codziennie rano, po śniadaniu parzyłam sobie kawkę i zapalałam papieroska. To była niesamowita przyjemność.

Roma Godzińska

Po przebudzeniu pojawiała się myśl, że za chwilę z przyjemnością zapalę i napiję się kawy. Kiedy kawa była już zaparzona, zapalałam papierosa. Potem jadłam na śniadanie jakiś drobiazg - owoc, kawałek ciastka... Na porządne śniadanie miałam ochotę dopiero w pracy. Wieczorem, przed pójściem spać, musiał być jeszcze ten ostatni papierosek.

Mirosława Karska

Nigdy nie rozumiałam moich koleżanek, które gotowały zupę i jedną ręką mieszały w garnku, a drugą paliły papierosa. Czegoś takiego u mnie nigdy nie było. Dla mnie komfort palenia polegał na tym, że wieczorkiem, już po wszystkich zajęciach, siadałam w fotelu, zapalałam papierosa. I to był ten rytuał, ten gest ręki.

Ewa Janeczek

Bardzo się do tego przywiązałam. Mam charakter nałogowca czyli lubię powtarzać rzeczy, które mi się podobają. A to mi się podobało. Nie wiem czy smak papierosów, czy cała otoczka palenia, gestykulowania z papierosem. Na pewno każda z tych rzeczy po troszeczku. Nie wyobrażałam sobie kolejnego dnia bez papierosa.

Roma Godzińska

Lubiłam atmosferę towarzyszącą paleniu. To, że się wdycha i wypuszcza dym. To było miłe, że można było usiąść przy kawie w studenckim barze, w kawiarni i zapalić papierosa. Albo palić ze znajomymi na tarasie, w ciepły letni wieczór, przy świeczkach na stoliku. To było bardzo przyjemne.

Aleksandra Joźniak

Paliłam, gdy stałam sama podczas przerwy między zajęciami, paliłam, gdy czekałam na autobus, paliłam, gdy szłam na spotkanie ze znajomą - również wyciągałam papierosa. Wyobrażałam sobie siebie jako kogoś kto jest nieustannie filmowany: w kadrze byłam ja, a za mną jakieś tło. Zamyślona powoli zaciągałam się papierosem. Tak jak to wygląda w filmach.

Uważałam siedząc na ławce (czy gdziekolwiek) bezczynnie, że nie jestem postacią pełną. Papieros stał się magicznym atrybutem pełnym konotacji. Koniecznym dopełnieniem wydawało mi się, iż papieros przynosi mi szczęście. Jak talizman. Moja najlepsza koleżanka podeszła do mnie i poprosiła o papierosa, dałam jej mojego ostatniego. Stałyśmy na mrozie. Poczucie solidarności jest dla palacza bardzo ważne. Jak widzisz kogoś, kto podchodzi do ciebie i wyczytujesz z jego oczu, że chce tylko jednego: papierosa. Coś się stało, może coś złego, może od jakiegoś czasu ta osoba nie paliła. Ty rozumiesz tą silną potrzebę. Ten ktoś siada przy tobie i zapala papierosa. Pali w błogim stanie ukojenia. Nie potrzebne są słowa, obydwoje delektujecie się smakiem papierosa i milczeniem.

Henryk Rydkowski

Za papierosami łatwo jest się ukryć. Kiedy siedzisz przy stole z innymi, ale palisz papierosa, to możesz milczeć. Wtedy to milczenie nie ciąży. Wyglądasz na wyluzowanego, robisz kółeczka z dymu, coś tam sobie myślisz. Papieros wręcz dosłownie odgradza Cię od ludzi. Robi wokół Ciebie dymną zasłonę. Daje możliwość ucieczki, kiedy tylko ma się na to ochotę.

Kora Jackowska

Paląc, jesteś w takiej ciasnej, zadymionej kulce. Taka mocna, chwilowa autonomia. Wydaje mi się, że między innymi dlatego palą robotnicy, którzy pracują fizycznie niczym maszyny. Ile razy można siadać i jeść albo pić? Ale siadać i palić można setki razy, bo to jest moment dla siebie 1.

Justyna Krondberg

Palenie pełni mnóstwo bardzo ważnych funkcji. Pomaga nawiązywać kontakty towarzyskie i je później podtrzymywać, jest lekiem na nudę i zdenerwowanie. Poza tym palący potrzebują mocniejszych wrażeń, stymulacji, są też zwykle osobami bardziej towarzyskimi.

Malina Rulikowska

Po pierwsze masz czym zająć ręce, po drugie przez chwile koncentrujesz się na czymś. Musisz papierosa wyjąć, zapalić...Przez chwilę przestajesz się koncentrować na swoich emocjach, na tym, co przeżywasz. Jeśli jesteś na kogoś zła, to przez chwilę ta złość jakby staje się mniejsza. To trochę tak jak z liczeniem do dziesięciu. Już nie mówiąc o tym, jakie przydatne jest palenie, kiedy np. siedzisz w jakiejś knajpie i na kogoś czekasz. Albo jak jesteś na imprezie i nie masz co ze sobą zrobić.

Czarek Walczewski

Ludzie, którzy nie palą, są mniej otwarci na innych ludzi, więc z takimi ludźmi nie chce się utrzymywać kontaktu, bo jest to bardzo trudne. Często papierosa pali się w nowej grupie, kiedy asymilujesz się z tą grupą, obserwujesz jej zachowania, jej reguły i papieros pomaga ci w tym, że nie musisz ciągle mówić, bo coś robisz. To jest po prostu tarcza, zasłona dymna, puszczasz dym, trzymasz coś w dłoni, w momencie, kiedy ktoś zadaje pytanie, ty się po prostu zaciągasz. Nie jestem nałogowym palaczem, bo nigdy nie jest tak, że budzę się rano z przekonaniem, że muszę zapalić papierosa. Zapalam go dopiero wtedy, kiedy spotkam znajomych. Wyciągamy wtedy papierosy, częstujemy się i palimy. To też jest bardzo przyjemne, kiedy ktoś wyciąga papierosa, żeby zapalić z tobą, porozmawiać.

Anna Pawik

Oczywiście, że palenie pomaga na przykład w sytuacjach nie komfortowych. Moment dystansowania się w rozmowie stresującej. Kreowanie siebie. Pokazywanie siebie. Pokazywanie, że ma się wszystko gdzieś "będę robić, co mi się podoba". Bardzo urokliwe jest też towarzysko, szczególnie tam gdzie palić nie wolno i trzeba wychodzić po kilka osób na papierosa. Jest teoria, która mówi, że palenie papierosów jest nawiązaniem do ssania piersi matki. Jest w papierosach coś uspokajającego. Pociąganie i wypuszczanie dymu. Palę dla wizerunku. U mnie to jest wizerunek mówiący, że akceptuję i lubię siebie taką, jaką jestem.

Czarek Walczewski

Kiedy nie mogłem zapewnić sobie czegoś na rozładowanie napięcia, a coś się nagle stało i nie miałem z kim porozmawiać, to wtedy uciekałem do papierosa. Wychodziłem na moment, żeby zapalić. Nie odczuwałem nigdy potrzeby fizycznej, zawsze to była potrzeba emocjonalna.

Wanda Wróblewska

Na obozie żeglarskim schodziliśmy z jachtów na obiad zmęczeni. Po obiedzie siadaliśmy wokół popiołu, który wczoraj był ogniskiem i paliliśmy. Był las, czyste mazurskie jezioro, upał i papierosy. Rano paliliśmy zaraz po wyjściu z namiotu. Wilgotne poranne powietrze, mgła, rosa na trawie i papierosy. Wieczorem przy ognisku i piwie też się paliło. Kiedy ze znajomymi zaczęliśmy sami pływać po Mazurach, uważałam palenie na jachcie za jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w życiu. Kiedy pracowałam ze swoim chłopakiem w Norwegii przy zbiorze truskawek to przez całe lato padał deszcz. Papieros na polu truskawkowym na zboczu z widokiem na jezioro i góry, dawał mi złudzenie, że panuję nad tym wszystkim. Zmięty, wilgotny papieros trzymany zabłoconą ręką dawał mi czystą przyjemność obcowania z materią. Podczas przerw w pracy paliłam z Łotyszami, z którymi nie łączył mnie żaden język.

Monika Wiernikowska

Lubię papierosy. Papierosy to kontemplacja. A piwo to wspomożenie wiernych. Są ludzie wierni kontestatorskim klimatom. Piją dużo piwa i palą dużo papierosów. Papierosy czynią atmosferę, a piwo jest takim środkiem, który ją rasuje. Kiedy uciekałem od świata to najlepiej było zamknąć się w bańce wypełnionej dymem i alkoholem. Mam teorię, która zasadza się na twierdzeniu, że w życiu jest tylko kilka podstawowych przyjemności, które każdy rozpoznaje. Należy zauważyć, że każdej z tych przyjemności towarzyszy palenie papierosów. Niezależnie od tego czy to jest przyjemność analna, oralna, mistyczna czy intelektualna. Wszędzie tam jest papieros. Później pali się po to by przywołać tą przyjemność. Warunkowanie Pawłowa. Paląc papierosy wymyśliłem, że bez papierosów moja dusza nie może oddychać.

Anna Duleba

Papierosy są elementem wizerunku dekadenckiej postaci. Pamiętam, że razem z Karoliną prowadziłyśmy taki właśnie dekadencki styl życia. Ona piła zawsze gin z tonikiem, a ja - whisky z colą. W klubach, na imprezach, uwielbiałam też pić wiskacza prosto z butelki. I w ogóle zgrywałam się na femme fatale. Chyba nawet nieźle mi to wychodziło. Pamiętam śmieszną historię. Kiedyś, jadąc na wycieczkę, powiedziałam do mojego ówczesnego chłopaka, że muszę zrobić kanapki. Był w szoku, ze JA robię kanapki, taką przyziemną rzecz! Bo jemu się wydawało, że ja to tylko: kawa, papierosy i whisky, a tu - kanapki. I powiedział, że jak myślał o mnie krojącej pomidora, to w ogóle nie mógł sobie wyobrazić, że ja mogę robić coś takiego. W wieku 16 lat wychodziłam na całą noc do klubu, a wracałam rano-pijana i śmierdząca od fajek...

Iza Koińska

Zero wyrzutów sumienia. Lubiłam palić. Uważałam, że papieros w ustach kobiety jest trendy, dorobek feminizmu. Kompletnie nie obchodziło mnie, że się truję i organizm flaczeje, a moje płuca wyglądają jak zdarta gąbka. Używki przyczyniają się do szybszej śmierci, ale kto powiedział, że świat mi się podoba na tyle, że żyć chciałabym jak najdłużej. Nic z tego. Życie jako takie jest nudne. Poza tym Alzheimer, starcze trzęsawki, wiotkie kości, pomarszczona do granic możliwości skóra, cienka jak papier. Wolałabym uniknąć tego mało przyjemnego widoku mojej osoby w lustrze. Boję się starości i to jest jakaś fobia, bo z tego strachu ukułam sobie swoją filozofię. Byłam przekonana, że tytoń i alkohol pomogłyby mi uniknąć tego przykrego obowiązku, jakim jest starość. Eutanazja nie wchodzi w grę z powodów czysto technicznych. Jest nielegalna, a ja jestem legalistką do bólu.

Marek Gwarek

Ja bardzo lubiłem zapach i smak papierosa. Dziwię się, że nie powstały perfumy, które by miały zapach Marlboro albo Pall Mall. To jest genialny zapach po prostu. To jest asemantyczne. Zapach jest asemantyczny. Drażni moje zmysły, pobudza mnie. Cholera, jak tak mówię, to aż chce mi się palić. To pobudza też wspomnienia. Jak paliłem pierwszego papierosa rankiem zawsze miałem retrospekcję nocy - snu. Strasznie dużo jest takich metafizycznych rzeczy związanych z papierosem... chociażby ten żar... jak się odpala papierosa i widzisz jak ktoś oddycha z papierosem. Jest mnóstwo takich rzeczy, które tworzą otoczkę... Najważniejsze są rzeczy, które dają papierosy. I plusy przewyższają minusy, które wynikają z palenia (może poza rakiem - śmiech). Ale ja jestem walnięty (przepraszam za kolokwializm) jeśli chodzi o poczucie wewnętrznej wolności, stąd u mnie wynika potrzeba zostawienia tego. Czuję się wolny. To zabrzmi po frommowsku, ale zaczynam rozumieć, że ważniejsza od "wolności od" jest "wolność do". Wolność zawsze wynika ze spełnienia satysfakcji.

[1]s. 19 - Anna Mentlewicz "Klub niepalących", Wydawnictwo książkowe, Twój Styl, Warszawa 1999 r.

Chyba rzucę

Anna Selewska

Jednak korci, żeby się papierosów pozbyć. Żeby się pozbyć i żeby zostawić sobie. Zawsze lubiłam samodzielność, przez co moje życie było dosyć niespokojne. Na przykład przeprowadzałam się dwanaście razy. Zatem papieros zawsze był na miejscu. Jednocześnie zawsze pragnęłam systematyczności i spokoju. Ale nawet w wyobrażeniach, w których wiodę takie spokojne życie papieros zawsze był obecny. Papieros był elementem twórczości. Przykładałam się do rzucenia palenia, czytałam książki o rzucaniu palenia. Byłam pilna tak bardzo, że nie paliłam kiedyś cztery miesiące. Żeby udowodnić sobie, że mogę, że to ja jestem tu panem.
W ogóle to rzucałam palenie z dziesięć razy, ale te cztery miesiące to było najdłużej. Codziennie myślałam o papierosach. Wstawałam i kładłam się spać z myślą o papierosie. Wszyscy mówili, że już niedługo mi przejdzie. Nie przeszło. Ciągle, ciągle myślałam, co chwilę, co minutę. Nie mogłam niczego zrobić porządnie, bo nie mogłam się na niczym skupić. Zrezygnowałam z wielu sytuacji, które sprzyjają paleniu. Przestałam pić kawę, bo bez papierosa straciła sens. Tu przypomina mi się historia mojego kolegi, który nie palił już dwa lata, przestał myśleć o papierosach. Po dwóch latach pojechał w góry. Wchodzili kilka godzin na szczyt, osiągnęli go, usiedli na kamieniu i... zachciało mu się palić. Poczuł tak straszny głód jak w pierwszym czy drugim tygodniu po rzuceniu. Każdy ma cały szereg sytuacji, w których papieros stanowi integralną część. On wtedy nie zapalił, ale mówił, że ten szczyt nie został dla niego zdobyty.
Po tych czterech miesiącach, któregoś ranka wstałam i powiedziałam sobie "i to wystarczy". Położyłam na stole paczkę, bo przez ten cały czas miałam papierosy w domu, zrobiłam sobie śniadanko, zaparzyłam kawkę i zapaliłam. Nie kojarzy mi się to z przegraną walką - nie chciało mi się już męczyć. Miałam dużo spraw na głowie, musiałam się na nich skupić i miałam dosyć tego rzucania. Tak szczerze mówiąc to myślę, że to był nieodpowiedni moment. W tym odpowiednim momencie jest łatwiej. Dopóki ma się bałagan w życiu to trudno jest rzucić palenie.
Nie uważam, że odstawienie papierosów mogłoby by być tym pierwszym motywem porządkującym. Sądzę, że to wręcz hamuje inne rzeczy zamiast układać. Doskonaleto widziałam innym razem, gdy przez trzy miesiące robiłam sobie odnowę biologiczną, chodziłam na basen i prowadziłam dietę oczyszczającą. Żeby to wszystko miało jakiś sens ograniczyłam papierosy do trzech dziennie - po jednym rano przy kawie, po obiedzie i wieczorem. Przez całe trzy miesiące oczyszczającej odnowy liczyły się tylko te trzy momenty w ciągu dnia. Reszta była bladym czekaniem. Palę tak, żeby mi to sprawiało maksymalną przyjemność, zatem doskonale to pamiętam. Nie wypalam przypadkowych papierosów, nie palę bez sensu. Uznałam, że jeśli już palę, to ważne jest dla mnie żeby to robić świadomie i z klasą.

Zjazd

Justyna Krondberg

Na początku liczyłam, ile papierosów wypaliłam. Moja pierwsza kupiona paczka to było wydarzenie. Po czwartej zaczęłam tracić rachubę. Ale dopiero jak przeprowadziłam się do akademika, zaczęła się ostra jazda. Weszłam tu w nowy etap uzależnienia. Przez pierwsze dwa lata studiów uważałam się za osobę niepalącą. Na pierwszym roku paliłam po kilka papierosów dziennie, na drugim pół paczki, na trzecim była to już cała paczka, w czasie sesji półtora.

Ewa Janeczek

Na początku to było powiedzmy pięć, sześć dziennie, ale doszło do tego, że paliłam później dwadzieścia... no, może nawet ponad. Jak każdy, niezbyt systematycznie się uczyłam. A sesje mieliśmy bardzo ciężkie. Było po sześć, siedem egzaminów i to cegieł. Wtedy jednego przedmiotu uczyłam się praktycznie trzy, cztery dni, w związku z tym paliłam cały dzień, całą noc i nad ranem język kołkiem stawał, bez żadnej przesady. Oczywiście mało się wtedy jadło podczas takiego maratonu. Dużo się piło kawy, więc to wszystko razem pomieszane... Myślę, że czterdzieści to na pewno był dobowy rekord.

Mariusz Cębowski

Papieros to była pierwsza rzecz po przebudzeniu, nie wyobrażałem sobie innego rozpoczęcia dnia. Niektórzy muszą rano wypić kawę, ja musiałem zapalić: rano, a potem przez cały dzień niemal przy każdej czynności. To nie jest tak, że ktoś pali tylko wtedy, kiedy jest mu dobrze albo tylko wtedy, kiedy jest mu źle - kiedy się denerwuje, kiedy jest wkurzony, kiedy boi się czegoś. Ja sięgałem po papierosa w obu sytuacjach: przed egzaminami i po nich, kiedy uciekł mi pociąg, obowiązkowo w czasie spotkań z kolegami, kiedy moja dziewczyna (obecnie żona), zgodziła się za mnie wyjść, i kiedy czekałem na narodziny naszej córki. Wydawało mi się, że nie paląc nie będę mógł się skupić. Wypalałem całe paczki sprawdzając klasówki moich uczniów i między lekcjami w szkole. O czym myślałem paląc papierosa w wolnej chwili? Trudno powiedzieć. Palenie nie pociągało za sobą jakiejś szczególnej refleksji. Stało się raczej niekontrolowanym odruchem, czynnością, która towarzyszyła wielu innym. Cały czas wydawało mi się jednak, że panuję nad tym i że to ja rządzę swoim nałogiem, a nie odwrotnie. Powoli jednak zacząłem sobie zdawać sprawę z istniejącej sytuacji. Dotarło do mnie, że nie mogę zapanować nad swoim paleniem. Zaczęło mnie to złościć. Chodzi o to, że ja nie znoszę czuć się podporządkowany i zależny od czegoś, a tak właśnie zacząłem się czuć. Na dodatek moja żona uparcie walczyła z moim nałogiem. Ale ona miała rację - zarzucała mi słabość. Dużo mówiłem, a nie byłem w stanie nic zrobić. To było silniejsze ode mnie. Już po dwóch, trzech dniach odstawienia papierosów sięgałem po nie z powrotem. Nie pomagały żadne plastry i tym podobne specyfiki. Budziłem się w nocy i myślałem, że jak zaraz nie zapalę, to chyba koniec ze mną. I w końcu zapalałem. Rzucałem chyba z pięć razy, za każdym razem tak na trochę - na trzy dni, na dwa tygodnie, najdłużej na półtora miesiąca. Nie owijałem pudełek taśmą klejącą ani nie trzymałem niedopałków w słoiku z wodą. Słyszałem o tych wszystkich metodach, ale nie wierzyłem w ich skuteczność. To siedzi w człowieku, nie w pudełku czy w papierosie.

Marta Wesołowska

W 1993 roku moja teściowa, która była strasznym palaczem, zachorowała na raka płuc. Nigdy wcześniej nie myślałam w swoim życiu o takich rzeczach, jak śmierć i cierpienie. Żyłam życiem bieżącym. Po dwóch latach teściowa zmarła. W tym samym czasie zachorował też mój ojciec - również nałogowy palacz. To był rak noso - gardzieli. Byłam przez cały czas choroby blisko nich, codziennie stykałam się z cierpieniem. Dotarło do mnie wtedy, że ja też narażam się na straszne niebezpieczeństwo, a mam jeszcze małe dzieci, jeszcze tyle chciałabym zrobić, zobaczyć! Przestraszyłam się. Niebawem okazało się, że choruję na tarczycę. Leczenie trwało kilka lat. Powoli dojrzewałam do tego, by skończyć z papierosami. Jednak cały czas palenie sprawiało mi przyjemność. Przed pójściem do szpitala byłam gotowa je rzucić, ale gdy wróciłam i okazało się, że z moim zdrowiem nie jest jeszcze tak źle, znów odłożyłam to "na później". Coś się już jednak zmieniło. Powoli ta myśl - o rzuceniu palenia - zaczynała mnie prześladować. Codziennie rano budziłam się z postanowieniem, że rzucę i codziennie wieczorem kładłam się spać z głębokim wyrzutem, że znowu tego nie zrobiłam. Katowałam sama siebie. Przestałam palić dopiero, gdy zaszłam w ciążę. Wychodząc od lekarza, idąc przez miasto czułam się prawdziwą Matką Polką, myślałam, że wszyscy widzą - ja jestem w ciąży! Zaczęłam prowadzić zdrowy tryb życia. Jednak, gdy urodziłam Martę i przestałam ją karmić, natychmiast z powrotem sięgnęłam po papierosa. Potem było już gorzej. Muszę przyznać, że w ciąży z Andrzejem trochę popalałam pomimo świadomości, że to niezdrowe i pomimo tej całej wizji Matki Polki. Byłam strasznie gruba i wydawało mi się, że to wystarczająca bariera. Człowiek buduje sobie takie opowiastki, by się usprawiedliwić...
Największą akcję antynikotynową prowadziły nasze dzieci. Nie można było palić w domu od godziny 8 rano do 9 wieczorem. Dozwolonym miejscem była tylko piwnica. Musieliśmy podpisać z mężem specjalną umowę. Marta była wtedy chyba w ósmej klasie, Andrzej na początku podstawówki. Na parapecie pod oknem stał ogromny słoik po ogórkach, do którego w razie złamania zakazu wrzucało się karnie odpowiednią sumę pieniędzy. Andrzej był bardzo dokładny - notował zaległości i potem przedstawiał je tacie. Pieniądze szły na jakieś zbożne cele. Nawet czasem przychodzący do nas goście, śmiejąc się, płacili za cały wieczór z góry. Niektórzy dziwili się, dlaczego dajemy się terroryzować dzieciom, ale trudno było się sprzeciwić! Chcieliśmy przecież być świadomymi i otwartymi rodzicami... Pomimo tych wszystkich zabiegów i ja i mój mąż paliliśmy coraz więcej. Miałam już tak zwane kace nikotynowe - po nocnych nasiadówach ze znajomymi budziłam się z potwornym bólem głowy i jakimś ogromnym kamieniem, który zdawał się leżeć na moich piersiach.

Rzucanie

Marek Miller

Zacząłem się solidnie przygotowywać. Poczułem się jak "Szakal" czyniący przygotowania do zamachu na de Gaulle`a. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że prezydent, którego autorytet był ogromny wystąpił w telewizji i powiedział Francuzom, że postanowił zerwać raz na zawsze z kopceniem tytoniu, nałogiem głupim i odrażającym. I tak zrobił. Poradnia Odwykowa przy ul. Piotrkowskiej 194 w Łodzi. Takich poradni w Paryżu było czterdzieści. W Warszawie jedna. W Łodzi też jedna. Ich klientele stanowiła młodzież poniżej 25 roku życia - zdopingowani do przyjścia wyraźnym spadkiem kondycji. Druga grupa odwykowców to ludzie po 50-tce - sterani chorobami, którym lekarz zabronił palić. Poradnie przy ul. Batorego w Warszawie odwiedzało miesięcznie ok. 80 osób. Tłum natomiast walił zaraz po papierosowych podwyżkach. Zdarza się również, że zgłaszały się całe brygady techników, inżynierów, robotników wyjeżdżających np. do Afryki. Papierosy są tam drogie i przepuściłbym z dymem samochód, który pragnę przywieźć - mówili często. Trzeciego marca 1998 roku zgłosiłem się na leczenie. Ciśnienie podwyższone, ale to może być z emocji - powiedziała pani doktor. Potem dmuchałem w spirometr i musiałem wybrać: leczenie farmakologiczne (Tabek, płukanie), psychoterapię albo akupunkturę. Wybieram psychoterapię.
- Czy ma pan takie dolegliwości jak: bóle głowy, żołądka, b. serca, b. łydek, kaszel, chrypa, duszność, bezsenność inne, jakie? Ile średnio na dobę pali pan obecnie, do 5 szt., 11-15, 16-20, 21-26, 31-35, 36-40, ponad 40. Ile lat temu zaczął pan systematycznie palić papierosy?... Dlaczego tak naprawdę pan pali?
- Palę, bo mi czegoś brakuje, palę żeby przezwyciężyć niepokój...Powiedziałem i zastrząsnąłem się. Często myślałem nad tym, dlaczego palę.

Moim zdaniem najbliżej istoty rzeczy znalazł się Witkiewicz. W "Narkotykach - Niemytych Duszach" napisał: "Jest w człowieku pewne nienasycenie istnieniem samym, nienasycenie pierwotne, wiązane z samym faktem koniecznym istnienia osobowości, które nazywam metafizycznym i które, o ile nie jest zabite nasyceniem nadmiernym uczuć życiowych, pracą, wykonywaniem władzy twórczością itp. może być złagodzone jedynie przy pomocy narkotyku." Więc ja się czuję nienasycony. Czuję, że żyję byle jak i boję się, że zapomnę, o co mi chodziło. Jak o tym myślę to od razu chce mi się palić. A im więcej palę, tym czuję się gorzej. "O prawdziwym skupieniu się mowy być nie może - praca odbywa się gorączkowo jest pracą pozorną a nie efektywną - znikotyzowany człowiek udaje się przed sobą, że pracuje oszukując bezczelnie siebie i innych zewnętrznym czysto "szastaniem się" i "krzątaniem" - w istocie daje fałszywy towar za zmarnowane bezpowrotnie dary Boże: czas i energię. Istotniej załatwi się to wszystko jutro, a każde jutro jest jeszcze gorsze. W ten sposób na marne idą wszelkie pomysły i projekty, unoszone ze śmierdzącym dymem w sferę niewykonalnego! A potem jeszcze długo w noc oglądam telewizję by nazajutrz obudzić się z głową jak kubeł pomyj, z niesmakiem w ustach i niesmakiem do życia, który da się jeszcze pokonać nową porcją śmierdzącej trucizny. Papieros przytępia zdenerwowanego współczesnego człowieka, powoli niszcząc w nim osobowość, ale nie rujnując w ten sposób, aby niezdolnym być do spełniania mechanicznych funkcji. Otumaniony I ogłupiały mechaniczną pracą musi szukać jeszcze mocniejszych rozrywek: wódka, głupie kino, głupi sport, głupia dyskoteka, gazeta codzienna - jedyny poważny wysiłek umysłowy. Nie poszanowanie dla siebie tkwi na dnie tego wszystkiego. "Palacz przyzwyczają się brać nienaturalne, bezpłodne podniecenie za stan twórczy, przestaje rozróżniać między istotą rzeczy a maską, traci wszelką zdolność wartościowania. Plugawe własne dowcipy bierze za najczystsze "espirit", ekstremalne spod ciemnej gwiazdy wymysły uważa za objawienie a dupowate ględzenia za ostatni wybłysk "autorstwa". Wymagania jego maleją i szuka tylko kupy durniów, wśród których mógłby jeszcze brelować swoim zaćmionym mózgiem a towarzystwo wyższej marki nudzi go i męczy. Wszelki umysłowy wysiłek i skupienie staje się prawdziwą torturą i gnuśny, gnijąca w śmierdzącym własnym stosie. Nikotynista śmieje się cynicznie z własnego upadku i myśli sobie: E, jakoś to będzie. Żyjemy tylko raz. Po co sobie czegoś odmawiać? I tak jest mało przyjemności." Mimo, że gdzieś na dnie duszy bełkoce w nim jeszcze, tajemny głos o innym lepszym życiu, które w sobie beznadziejnie zaprzepaszcza. Stara się nie słuchać tego głosu, nienawidzi tych, którzy budzą w nim, jakie takie wątpliwości". Jeszcze jedno, tytoń bezwzględnie odbiera odwagę i odporność na życie... A czyż pierwszym obowiązkiem mężczyzny nie jest poskromienie strachu? Pomyślałem, ale nie powiedziałem tego wszystkiego tej miłej sympatycznej pani.

Bałem się, że pomyśli o mnie, że jestem czubkiem.

- Z jakich powodów chce pan rzucić palenie? Materialnych, zdrowotnych, innych?

- Innych. I znów się zatrząsnąłem. Nieakceptuję siebie, kiedy pale. Można powiedzieć, że nawet momentami nienawidzę. Mężczyzna powinien znać swojego wroga, swojego Biesa. Chce rzucić palenie, bo on by chciał żeby nie rzucił. On chętnie widzi mnie ogłupiałego otumianonego, na kolanach. Kiedy wie, że nie jestem już niebezpieczony, kiedy może mną rządzić i manipulować. Nieraz powtarzałem sobie - każdy niewypalony papieros to cios w mojego wroga. Poza tym papierosy nie pozwalają przejść do dojrzałości, utrzymując człowieka w wiecznym zdziecinnieniu, które obserwuje dookoła - krótkie harcerskie spodnie, wiecznie zdziwione oczy zrobionego w konia Dyzia, coś pomiędzy naiwnością ą infantylizmem - czysto polski niespotykany nigdzie indziej wytwór. Poza tym ciało. Nie zdrowie, ale właśnie ciało. Kiedy palę ono jest gnuśne, jakieś uśpione, amebowate. Czuję się jak żaba. Nie chce mi się śmiać, wygłupiać, wstawać rano. To okropne, bo kiedyś lubiłem biegać, pływać wygłupiać się. Chcę znów wygłupiać się i biegać. Poza tym mój ojciec palił cale życie. Widziałem jak się męczył. Więc pytam się czy mamy być tylko prostą reprodukcją naszych rodziców? Czy nigdy nic się nie zmieni, nie posunie do przodu. Poza tym mam dość życia, które jest erzatzcem. Palenie to substytut. To tak jak stosunek w prezerwatywie albo wąchanie kwiatka przez maskę gazową. To upokarzające poczucie. Wszystko zamiast. Wszystko odłożone na niewiadomo kiedy. Zamiast pracować - palę. Zamiast zrelaksować się - palę. Zamiast kochać się - palę. Zamiast... Chcę żyć naprawdę. Dlaczego chcę rzucić palenie? Bo chciałbym zmienić swoje życie! Czy pani mnie rozumie?

- Trudno z nikotyną zerwać powiedziała pani psychoterapeuta, bo to część naszego stylu życia, obyczaju, kultury. Nawet jednak przy słabej woli można rzucić palenie, jeśli tylko wystarczająco silne będą motywy. Nie siła woli, a siła motywów jest najważniejsza! Im częściej się próbuje tym większe jest prawdopodobieństwo, że w końcu się uda. Jak wynika z ankiety pan już dwa razy próbował...

***

Z dnia na dzień przybywało mi danych faktów i świadomości. A świadomość boli. W Polsce paliło się tak samo prymitywnie jak piło. Alkohol to choroba duszy, a papierosy? Z czego wynika ta choroba? Z ciężkiego życia szarości, beznadziei? Dlaczego Bułgar pali rocznie 1500 na głowę, a my musieliśmy dwa razy tyle? Uczeni w piśmie mówią, że to nasze palenie wynikało z większej niż przeciętna skłonności do ryzyka. Ale ja miałem gdzieś skłonność do ryzyka, która szła w głupotę i otumanienie. Dość! Nie chciałem palić w kraju, gdzie miliony pseudoindywidualistów zaczadziałych otępiałych i zjełopiałych dokonywało systematycznego duchowego samobójstwa, ratami, sami o tym nie wiedząc, pozbawiając każde przeżycie barw i blasków, niszcząc rzeczy najcenniejsze: intelekt i serce. Nie chciałem palić w kraju, gdzie papierosy stały się produktem pierwszej potrzeby obok mięsa, kaszy, mąki, cukru, masła, mydła i alkoholu, a wartość sprzedaży wyrobów tytoniowych znacznie przekroczyła sprzedaż środków do prania i mycia. To upokarzające. Nie chciałem robić z siebie durnia przez resztę życia, jaka mi jeszcze została! Dość! Amen. Kropka. W końcu już wtedy żyło w Polsce 2 miliony eks-palaczy!

Ewa Janeczek

Przyszła sobota, 10 września. Poprzedniego dnia poszliśmy z mężem na wieczorną posiadówkę do znajomych. We trzy osoby wypaliliśmy 2 paczki... Do tego 3 kieliszki wina. Kiedy wróciłam rano do domu, byłam tak przepalona, miałam tak potwornego kaca nikotynowego, że w gardle dosłownie tarka. Poczułam tak ogromny wstręt do papierosów, że postanowiłam sobie w sercu, że tym razem musi się udać. Ale nikomu nic nie powiedziałam, bo bałam się - znając siebie, że jak powiem, że nie palę, a zachce mi się, to znowu będzie presja otoczenia, żebym zapaliła. Tak więc nie mówiąc nic nikomu, cieszyłam się kolejnymi dniami bez papierosa. Byłam naprawdę szczęśliwa. W wieku 41 lat udało mi się!

Dygot

Aneta Krycznik

Rzeczywistą siłę palenia dostrzegliśmy po rzuceniu. Zobaczyliśmy, że nasze życie można określić jako to, co jest, co było, pomiędzy papierosami.

Adam Makuch

Mój znajomy, który strasznie dużo pali, powiedział sobie, że ograniczy się do jednego papierosa na godzinę. Co 60 minut - papieros. I wiecie co, nic nie robił tylko gapił się na zegarek. Żeby już minęła ta godzina i żeby mógł zapalić.

Tomasz Janowski

Któregoś dnia powiedziałem sobie: koniec. Będę silny, to ja rządzę. Pudełko fajek nie będzie decydowało o moim życiu.
Łatwo tak mówić! Męczyłem się okropnie. W pracy sprawę postawiłem jasno, nie przebywałem wśród znajomych, kiedy palili. Przechodząc koło kiosku czułem, że aż mnie skręca. W nocy śniły mi się koszmary, w dzień czułem się rozdrażniony i trudno mi było opanować zdenerwowanie. Złość mi kipiła uszami, mogłem wziąć siekierę i zarąbać każdą napotkaną osobę. Telepiało mnie tak, że mało co nie podskakiwałem. Podświadomie przesuwało mnie do kiosku. Nie mam siekiery. Są "Carmeny".

Weronika Czyż

Mną szarpało, targało. Ledwo chodziłam po domu. Mówiłam do męża. Misiek, palić mi się chce, a on na to wytrzymaj, dasz radę. Potem przyszedł czas na imprezy. Ktoś cię częstuje, a ty mówisz dziękuję, nie palę. Ale przychodzi alkohol, wszyscy dookoła palą, a ty siedzisz i myślisz tylko o jednym - zapalić, nie zapalić. I nie możesz im zwrócić uwagi; proszę nie palić przy mnie - bo tam wszyscy palą.

Adam Makuch

Trudno nam się było ułożyćze sobą. Chodziliśmy ciągle podenerwowani, trzaskania drzwiami, kłótnie. Tak było przez miesiąc.

Aneta Krycznik

Ten miesiąc był straszny. Jak była awantura i trzaskając drzwiami wybiegałam z domu, to pierwsza myśl była, żeby zapalić. Mam to wszystko gdzieś. Ale potem przychodziła refleksja, że jak ja zapalę, to on też. Czułam się odpowiedzialna za niego.

Agnieszka Chylińska

Początkowo ciągle myślałam o papierosie, cierpiałam. Poza tym strasznie mnie męczyło tłumaczenie ludziom, że nie palę. Przychodziło mi nawet do głowy, żeby dać sobie z tym spokój i mieć z głowy wyjaśnianie. Bardzo mi pomógł w tym okresie mój chłopak. Dopingował mnie, cieszył się z każdego mojego dnia bez papierosa. On sam nie pali, wyobrażam sobie, jakie musiał przeżywać katusze, kiedy ja paliłam. Wtedy, jak w wielu innych życiowych sytuacjach, był naprawdę cudowny w dodawaniu mi sił, w przekonywaniu, że wytrzymam [2].

Maria Zbirowiak

Tak mi się chciało jarać, że aż mnie wszystko w środku bolało. Byłam wredna. Moją córka powiedziała - mamo, ty już lepiej pal, bo nie można z tobą wytrzymać. Ja albo się wściekałam, albo ryczałam. Przeżywałam taki zwielokrotniony zespół napięcia przedmiesiączkowego, który ciągnął się dwa miesiące. Któregoś dnia nie wytrzymałam, wpadłam do gabinetu kolegi, który zafundował mi rzucanie palenia, uklękłam mu w drzwiach i powiedziałam - daj mi tylko pociągnąć, ja przysięgam, że później nie będę palić.

Monika Olejnik

Znajomych zadręczałam opowieściami o tym, jak rzuciłam palenie. Teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo mogło ich to męczyć, ale dla mnie wtedy było niezwykle ważne, że jestem papierosowym abstynentem. Potwornie cierpiałam, Miałam drgawki, robiło mi się słabo, pociły mi się ręce. Okropne. W moim przypadku musiało to być ogromne zaburzenie dla organizmu. Straszne w tym okresie były moje sny papierosowe - śniłam, że palę, i... budziłam się przerażona [3].

Jarek Waik

Trzeciego dnia miałem bardzo poważny kryzys. Jechałem z córką samochodem. Zatrzymał mnie policjant, bo chciał sprawdzić, czy mam w porządku dokumenty. Wyskoczyłem z auta, napadłem na niego słownie. W końcu zostawiłem otwarty samochód, jego z moimi dokumentami i szarpiąc dziecko, chciałam iść nie wiem dokąd. Facet poprosił mnie, żebym wrócił. Przeprosiłem go, mówiąc, że rzuciłem palenie, on stwierdził, że w takim stanie nie powinienem prowadzić samochodu. Rzeczywiście, byłem totalnie rozwalony [4].

Edward Wojciechowski

Boję się, że będzie powrót. Dwa miesiące temu miałem taką sytuację, że skubnęli mi samochód, byłem z kolegą palącym. Myślałem cały czas, że to żart ze strony kolegi, flaszkę wypiliśmy i myślałem - może mi przestawił. Ale niestety, patrzę rzeczywiście nie ma tego samochodu, samochód wcięło, skubnęli i właśnie kolega wyciągnął białe Malboro, które paliłem ostatnimi czasy i tak mi łapa poszła. Ale mój rozsądek - mimo że na kacu byłem - wziął górę, i mówię; "jedno nieszczęście starczy."

Edek Wielopski

Ciężko przestać kochać ten moment każdego ranka kiedy zapala się pierwszego papierosa. Ale starałem się. Chciałem wygrać.

Tomek Kijański

Tydzień czy dwa później po rzuceniu palenia była ostra impreza. Tzn. z wódką, ziołem etc. Przeszłam ją bez papierosa. Choć nie bez chęci na niego. Zresztą często mam ochotę zapalić. Dym mi nie przeszkadza. Kurczę, w sumie lubię ten zapach. Kiedyś siedziałyśmy sobie na ławce, paliłyśmy i piłyśmy piwo. A tak, samo piwo? Siedzieć i nie palić - to beznadziejne. Albo na przystanku. Masz 10 min. do autobusu i co? Stać i nic nie robić? To też beznadziejne. Poza tym po zapaleniu zawsze szybciej autobus przyjeżdżał.

Weronika Czyż

Kondycja mi się nie polepszyła. Cera też nie. Paznokci i tak nie miałam żółtych. Nie piję kawy, bo kupowałam ją sobie tylko pod fajkę. Ją też de facto rzuciłam. Za to herbatę zaczęłam pić hektolitrami. Czasem nie mam co z rękoma zrobić. Przestałam prowadzać się po pubach. Po co pić, skoro nie można palić...?

Tomek Bikont

Człowiek zrobi wszystko żeby tylko przestać myśleć o paleniu. A telewizja jak wiadomo, robi ludziom wodę z mózgu bardzo skutecznie. Zobaczyłem gdzieś reklamę pastylek, które likwidują głód nikotyny. Nie paliłem wtedy od prawie tygodnia i czułem się jak wrak. Jeszcze tego samego dnia zjadłem całą paczkę. Trzydzieści drażetek. Kupiłem następne, a potem jeszcze inne. Zjadałem po kilkadziesiąt dziennie, żeby tylko nie myśleć o paleniu, bo nie myślałem o niczym innym. Ale po pewnym czasie zauważyłem, że samo myślenie mi wystarcza. Przestałem chcieć zapalić. Wystarczały mi drażetki i wyobrażenie, że palę. Prawdę mówiąc to było dużo gorsze... Po kilku miesiącach myślałem, że jestem wolny od nałogu, że papierosy i nikotyna nie są mi już do niczego potrzebne, i wtedy nagle przekonałem się, że nie potrafię zrezygnowaćz tych cholernych drażetek. Było jeszcze gorzej niż z papierosami. Zjadałem po dwadzieścia - trzydzieści pastylek dziennie. Uzależniłem się od tabletek pomagających rzucić palenie. Prawda, że głupio to brzmi? Finansowo moja sytuacja wcale się nie poprawiła - wydawałem prawie tyle samo, tyle że na coś innego. Co mogłem zrobić? Nie ma tabletek odzwyczajających od jedzenia innych tabletek. Próbowałem poradzić sobie z tym sam, ale znów nie potrafiłem. Wszystkie akcje, które miałem przy rzucaniu papierosów powtarzały się - zawsze miałem setkę wytłumaczeń, dlaczego jeszcze dziś zjem kilka drażetek. Pomyślałem sobie, że chyba po prostu jestem podatny na uzależnienia... Stwierdziłem, że przecież mi to tak bardzo nie przeszkadza. Nauczyłem się jeść ich dużo mniej. Poza tym znalazłem robotę i teraz stać mnie na drobną słabość. Powiem szczerze, nie chce mi się z tym walczyć. Rzucenie fajek kosztowało mnie sporo zdrowia i nerwów. Jak sobie pomyślę, że miałbym przez to wszystko znów przechodzić, to wolę jeść te cholerne tabletki. Ten "drażetkowy nałóg" trwał już ponad rok... może trochę dłużej.Zresztą nie nazwałbym tego aż nałogiem...Po prostu sprawia mi to przyjemność. Jedni piją codziennie browar, inni jedzą jogurt. Ja łykamsobie tabletki. Każdy ma coś, co lubi. Dlaczego sobie tego odmawiać?

Monika Olejnik

Nie paliłam już jakieś osiem miesięcy, kiedy pojechałam z mamą i dzieckiem na wakacje, na Sycylię. Zapaliłam jednego papierosa, bardzo mi zasmakował. Wtedy stwierdziłam, że mogę palić jednego papierosa dziennie, bo już nie jestem nałogowcem. A przestrzegał mnie jeden z polityków, że jeśli zapalę jednego, to wrócę do palenia. Nie posłuchałam go jednak. Wróciłam do kraju, do redakcji, i znowu zaczęłam palić straszne ilości papierosów, czyli wróciłam do punktu wyjścia. W tym samym czasie w jednym z pism kobiecych ukazał się artykuł o mnie jako o osobie, która rzuciła palenie. Ta rozmowa była przeprowadzona w czasie, kiedy wydawało mi się, że problem mam już za sobą. Grażyna Dobrań powiedziała wtedy do mnie: "Monika, mówiłaś, że nie palisz, a ja cię znowu widzę z papierosem. Wstyd". Poczułam się po tych słowach tak sobie. Na domiar złego wybrałam się do jakiegoś dużego sklepu i pech chciał, że kilka kobiet zaczepiło mnie, pytając, jak ja to zrobiłam, że nie palę. Wtedy naprawdę poczułam się byle jak i sama z siebie, bez żadnych nakłuć, rzuciłam palenie [5].

[2] s. 52, 53 - Anna Mentlewicz "Klub niepalących", Wydawnictwo książkowe, Twój Styl, Warszawa 1999 r.
[3] s. 51, 52 - Anna Mentlewicz "Klub niepalących", Wydawnictwo książkowe, Twój Styl, Warszawa 1999 r.
[4] s. 52 - Anna Mentlewicz "Klub niepalących", Wydawnictwo książkowe, Twój Styl, Warszawa 1999 r.
[5] s. 69 - Anna Mentlewicz "Klub niepalących", Wydawnictwo książkowe, Twój Styl, Warszawa 1999 r.

Love Smoke Story

Joanna Karczyńska

Byłam w piątej klasie podstawówki. Tą inicjację palenia połączyłam z inicjacją picia alkoholu. Zebrałam dziewczyny z mojej klasy i postanowiłam, że wprowadzę je w świat osób dorosłych. Kupiłyśmy ćwiartkę cytrynówki, paczkę mentolowych i poszłyśmy na wagary do Łazienek. Była cudowna wiosna i kwitły róże wokół pomnika Szopena, wobec czego tam się ulokowałyśmy. Każda zaciągnęła się po kilka razy, wzięła kilka łyków wódki prosto z gwinta i wszystkie miałyśmy dosyć. Papierosy były duszące, a alkoholem się krztusiłyśmy. Później. Udałyśmy się pod Belweder, żeby wręczyć resztkę wódki i papierosy żołnierzom stojącym na straży. Oni nie chcieli tego od nas wziąć, więc skończyło się na tym, że i papierosy, i wódkę wyrzuciłyśmy do śmietnika. Po tym incydencie bardzo długo nie ciągnęło mnie do papierosów. Sięgnęłam po nie dopiero po maturze, jak dostałam się na studia. Traktowałam to jako akt dorosłości - pójście na zajęcia i kupienie papierosów. Kenty kupiłam od portiera w Hotelu Europejskim. Nie można ich było kupić normalnie, w kiosku, więc zawsze chodziłam do Europejskiego albo Bristolu i brałam od portierów i szatniarzy.
Na spotkania w studenckim groniechadzaliśmy do Harendy albo do Bristolu. Z tym, że Bristol w niczym nie przypominał dzisiejszego Bristolu, bo był dużo ładniejszy. Zazwyczaj się tam uczyliśmy. Łączyło się dwa - trzy stoliki i zamawiało wody mineralne, na co wściekle patrzyły kelnerki. Ale za to zawsze dawaliśmy im suty napiwek, który znacznie przewyższał cenę tych wód. Robiliśmy to tylko po to, żeby je zszokować. Przesiadywało się tam godzinami, paląc oczywiście. Mieliśmy swój system. Na każdą taką sesję kilka osób przynosiło swoje papierosy, a reszta paliła ich papierosy. Na następnym spotkaniu była zmiana. Ja wtedy paliłam kolejną mutację mentolowych - Zefiry. Ubóstwiałam zmieniać, co jakiś czas markę papierosów. Tak jak dziś kobiety, żeby dokonać małej zmiany, idą do fryzjera i zmieniają fryzurę, tak ja wtedy zmieniałam papierosy.
Paliłam jeszcze Dunhille. To było na trzecim - czwartym roku studiów, kiedy zaczęłam zarabiać. Dawałam korepetycje z historii, ale głównym źródłem zarobków było przepisywanie tekstów na maszynie. Przepisywanie prac magisterskich było wówczas bardzo poszukiwane. Pamiętam jak przytaszczyłam do domu pierwszą pracę, z nadzieją na pomoc rodziców. Oboje umieli pisać na maszynie. A ojciec wtedy powiedział: "Ja matce nie pozwolę, żeby ci to przepisywała. Wzięłaś to pisz!". A że grałam wtedy na pianinie, to też bardzo szybko nauczyłam się stukać w klawiaturę. I wtedy to właśnie przeszłam na Danhile, granatowe albo wiśniowe. Pamiętam, że miałam manię - jak się ubierałam na granatowo, to zabierałam granatowe Dunhille, czasem kupowałam zielone, mentolowe i zakładałam zieloną sukienkę. Na bordowo się nie ubierałam, więc kiedy paliłam bordowe Danhile, wyglądałam trochę gorzej. Miałam do tego jeszcze elegancką zapalniczkę, która mnie bardzo rajcowała. To była niewielka zapalniczka gazowa, prostokątna, z drewnem i miała złote paski. Jak szłam do kawiarni, to kładłam paczkę papierosów z zapalniczką i bawiłam się nimi na zmianę.

Przyuważył mnie z tą zapalniczką w Szczawnicy Janusz. Przyjechał do Szczawnicy leczyć gardło od papierosów, ale i tak tam palił. Ja uciekałam od koszmaru byłego chłopaka. Lesio miał na imię i był niebywałym babiarzem. Mieliśmy jechać ze znajomymi do Zakopanego. W pociągu popijaliśmy trochę i Lesio na dobre przykleił się do Eluni, koleżanki z wydziału. Już sobie wyobrażałam, co się w tym Zakopanem będzie działo. Więc jak tylko pociąg stanął w Nowym Targu, to ja złapałam swoją walizkę i wysiadłam. Wszyscy myśleli, ze zwariowałam do reszty. Pojechałam z Nowego Targu do Szczawnicy, tam znalazłam tani pensjonat i zaczęłam leczyć złamane serce, albo raczej urażoną dumę. Poznaliśmy się na Briarce, dzień przed moim powrotem do Warszawy. Któregoś dnia weszłam na górę i w ramach odpoczynku, już na szczycie, chciałam zapalić papierosa. Próbowałam go podpalić, ale nie działała mi zapalniczka. I nagle podszedł on, trzymając w ręku zapałki i zaoferował, że podpali mi tego nieszczęsnego papierosa, jeśli dam się zaprosić wieczorem na wódkę do swojego pensjonatu, gdzie będzie pić z grupką znajomych. A mnie poraziło i pomyślałam wtedy: ten albo żaden inny! I oczywiście dałam się zaprosić. Całą noc piliśmy wódkę z dwójką jego znajomych z Uniwersytetu. Janusz był pracownikiem naukowym. Był ode mnie grubo starszy, równo o dwadzieścia lat. Kiedy ja robiłam dyplom, on robił habilitację. W każdym razie tamtej nocy postawił pół litra i tak piliśmy we czwórkę. Jego znajomi poszli dość szybko spać, a myśmy poszli na spacer, kupiliśmy jeszcze połówkę "Z Czerwoną Kartką" i bombonierkę czekoladek. Znaleźliśmy opuszczoną melinę, do której wczołgaliśmy się przez okno i dalej piliśmy. Nad ranem, głodni, poszliśmy do mojego pensjonatu, zjeść kanapki, które miałam przygotowane na podróż. Rano przyjechały po mnie sanie i zawiozły kompletnie pijaną na dworzec.

Biegałam za nim przez kolejne dwa lata, czatując pod wydziałem, na którym wykładał, w godzinach, kiedy wiedziałam, że będzie tamtędy przechodzić, żeby spotkać go zupełnie przypadkiem. A po tych dwóch latach stał się moim życiowym partnerem na kolejne trzydzieści lat. To była miłość jak z książkowego romansu. To był istny szał! Pełne porozumienie, pełna jedność pomiędzy dwojgiem kompletnych wariatów. No i jak to szaleńcom się zdarza, potrafiliśmy się też dziko kłócić. W ciągu tych trzydziestu lat rozstawaliśmy się chyba ze trzy razy, wracając jednak do siebie i zakochując w sobie na nowo. Uwielbiałam te powroty. Przyjeżdżał zawsze do mnie w najmniej oczekiwanym momencie, z kwiatami i butelką wina, a potem padaliśmy sobie w objęcia, nic już nawet nie mówiąc. Kochaliśmy się do rana, w przerwach ćmiąc papierosy. Leżał koło mnie na poduszce i wypuszczał dym w kształcie kółek. Mnie nigdy nie wychodziły, więc bardzo mi to imponowało. Pani nawet nie wie, jakie bzdury mogą zachwycić zakochaną kobietę. Mnie bardzo imponowało to, że on był starszy, dojrzalszy, bardziej doświadczony. Wydawało mi się, że ja jestem ta głupia, a on ten mądry. Zawsze mogłam się poradzić, zapytać o zdanie, porozmawiać o polityce, ale nigdy nie dał mi odczuć różnicy wieku. Nigdy nie poczułam się przy nim jak dziecko, no może poza momentami, kiedy mówił, żebym rzuciła palenie. Hipokryta! Sam palił potworne ilości, a mi nie było wolno, wiec zawsze, kiedy sięgałam po papierosa dostawałam po łapach. Mówił mi za każdym razem: "Kiciuś, rzuć to! Mówię ci, rzuć to!". A ja nie rzucałam tylko kupowałam w Delikatesach na Świętokrzyskiej kolejne paczki dla siebie i dla niego. Zazwyczaj Cezary, w niebieskim opakowaniu, a czasami Dunhille. On sam kupował sobie Extra Mocne, a mi się wydawało, że jak będzie palił lepsze papierosy, to mniej mu będzie szkodzić. Przynosiłam je do domu, albo wręczałam mu jako prezent, jeśli spotykaliśmy się na mieście, w knajpie. Często chodziliśmy do restauracji rybnej na Puławskiej, niedaleko Rakowieckiej. To było blisko szkoły, w której zaczęłam pracować zaraz po studiach. Chodziliśmy tam na śledzika albo marynowane minogi i do tego piliśmy czystą. On wtedy wyjmował swojego Extra Mocnego, a ja mówiłam: "Kochanie, dziś palisz coś lepszego." Może gdybym go posłuchała i rzuciła palenie, to on by też rzucił i dalej bylibyśmy razem. A tak umarł. Zaczął miewać ataki kaszlu, które nie zdarzały się wcześniej, więc wysłałam go do lekarza, bo nie mogłam tego słuchać. Zrobiono mu badania i postawiono ostateczną diagnozę. Miał raka płuc w zaawansowanym stadium. Potem do kaszlu doszło jeszcze plucie krwią, duszności i cały ten koszmar. Podjęliśmy leczenie, ale to było już tylko sztuczne podtrzymywanie go przy życiu. Po pół roku od pierwszej wizyty u lekarza zmarł. Najgorsze w tym całym jego paleniu było to, że on nie wyobrażał sobie życia bez papierosa. Był z pokolenia, w którym wszyscy palili. Paliły ekspedientki w sklepach, palili ludzie na ulicy, w tym, bardzo dużo kobiet. Kiedy obserwowało się ludzi wychodzących z zakładów pracy, to każdy wychodził z papierosem. Moi koledzy z liceum, w którym uczyłam, palili nawet przy uczniach na lekcji. Niepalący byli w mniejszości. Papieros był powszedniością, to był jakiś ersatz przy braku innych rzeczy. Każdy międlił papierosa w ustach. Byli mężczyźni, którzy nie wyjmowali papierosów z ust. Pamiętam, że mieliśmy znajomego, który paląc, nie korzystał z ręki. Najpierw trzymał papierosa w prawym kąciku, potem w lewym, tak trochę gestem Himilsbacha. Januszowi to się nawet podobało i sam tak próbował palić. Głupi.
Chciałam rzucić zaraz po tym jak mi powiedział o chorobie. Wrzuciłam teatralnym gestem zgniecioną paczkę papierosów do kosza i powiedziałam sobie, że nigdy więcej już ani jednego. Ale nie dałam rady, bo kiedy patrzyłam jak on umiera, to musiałam palić, żeby... Sama nie wiem, żeby co? Żeby zająć sobie myśli czymś przez chwilę. Dopiero po jego śmierci, długo po pogrzebie, rzuciłam, kiedy doszłam do siebie. Skoro jego nie ma, to ja muszę żyć, żeby pamiętać i wspominać go jak najdłużej.

Lidia Przesmycka

Rok 1984. Moja mama paliła około dwóch paczek dziennie. Papierosy były wszędzie, więc mogłam sobie po cichu podbierać. W tym samym czasie zaczęłam uczyć angielskiego- miałam własne fundusze. A że mam w genach palenie po mojej mamie, to mnie szybko złapało i dużo paliłam. Spotkałam wtedy największą miłość mojej młodości. To był sportowiec z AWF. Facet miał obsesję na punkcie papierosów. Zapalenie papierosa było dla niego największym przestępstwem. Każde wyciągnięcie papierosa z paczki kończyło się awanturą. Właściwie był to jedyny powód naszych kłótni. A ja się w nim kochałam bez opamiętania, więc przestałam palić. Dla niego. Rzuciłam z dnia na dzień. Ponieważ dużo się widywaliśmy, on zawsze po zapachu wiedział, kiedy paliłam. Dlatego miałam bardzo silną motywację. Potem wyjechałam do Stanów na 10 lat. Rozstaliśmy się przed moim wyjazdem. Kochałam go bardzo, ale jeszcze bardziej nie dawała mi spokoju ciekawość świata. Podjęłam taką decyzję po trzech latach trwania tej znajomości. To były ciężkie czasy. Wszystko na kartki, stan wojenny. Byłam na anglistyce. Mój cały rok wyjechał. Tego przyjaciela z lat młodości nie widziałam. Spotkaliśmy się po moim powrocie do Polski. I to był szok. Zobaczyłam go z papierosem. Palił niesamowite ilości. Zaczął zaraz po moim wyjeździe. Aczkolwiek on ma w tej chwili dzieci, żonę, udane małżeństwo.

Dzika kaczka

Anna Mentlewicz

Myśl o zapaleniu pojawia się, zatrzymuje na kilka minut i... znika. Nie dręczy mnie ani nadmierne rozdrażnienie, ani zbyt wielka chęć sięgnięcia po mojego ukochanego mentolowego. Znajomi patrzą na mnie z niedowierzaniem. Ba, niektórzy z nich podejrzewają, że muszę palić po kątach, skoro nie cierpię.

Kiedy nachodzi mnie chęć na dymka, piję ogromne ilości kawy. To dziwne. Dotychczas do kawy niezbędny mi był papieros. Teraz smak kawy jest w stanie zabić apetyt na papierosa. Poza tym chrupię ogromne ilości marchewki. Pozwalam sobie w związku z tym na pewną rozpustę. Jeżdżę po młode marchewki na słynny warszawski bazar, na Polną. Są drogie, ale rozgrzeszam się, kiedy sobie uświadamiam, że dotychczas tyle samo pieniędzy wydawałam na papierosy. Czuję się cudownie. Szczególnie piękne są poranki, kiedy budzę się bez smaku papierosów w ustach, i... wieczory, kiedy zasypiam szczęśliwa, że kolejny dzień upłynął mi bez papierosa. Poza tym zauważam, że mam dużo więcej czasu dla siebie. Dzisiaj wyliczyłam, że rzucając palenie dostałam od losu w prezencie dwa tygodnie, z którymi i mogę zrobić wszystko (paląc paczkę dziennie, przeznaczałam w ciągu roku na palenie 14 dni). Dotarło również do mnie, że potrzebujęmniej godzin snu niż dotychczas i po nocy budzę się cudownie wypoczęta. Z pracy wracam mniej zmęczona. Czuję, że życie nabiera innych barw. Zrobiłam jeszcze jeden krok do prawdziwej wolności [6].

Marek Miller

A jeżeli kiedyś głupota znów odbierze mi rozum i wrócę do nałogu? To co? To będę tylko głupi! Ale nikt mi już nie odbierze tych miesięcy bez nikotyny, kiedy byłem wolnym człowiekiem i kiedy zobaczyłem rzeczy, jakimi są i jak mogłyby być i że na swój sposób byłem szczęśliwy...
Dzień. Dwa. Trzy. Tydzień. Miesiąc - bez papierosa. Wszystko to nieprawda, co na ten temat mówią. Wierzcie mi. "Kto nie przestawał nigdy palić, nie wie, jak cudowne jest dalsze przedłużanie tego stanu aż do chwili wspaniałego zwycięstwa nad nałogiem, kiedy praca zaczyna iść lepiej niż w stanie znarkotyzowania, kiedy wzmaga się wydajność, a stan bezpłodnego zdenerwowania, objawiającego się w niespokojnych ruchach, błędnie latających spojrzeniach i drgawkach niepewnych rąk, ustępuję miejsca poczuciu kierowanej czystą wolą siły" - pisał Stanisław Ignacy Witkiewicz. Któregoś wieczoru wróciłem do książki, od której wszystko się zaczęło i znalazłem tam następujący fragment: "Jest rzeczą łatwą oprzeć ład jakiejś społeczności na zasadzie poddania każdego jej członka ustalonym raz na zawsze prawom. Jest rzeczą wygodną urobić tak człowieka, by ślepo, bez protestu poddawał się rozkazom władcy czy przepisom Koranu. Ale osiągnięcie o wiele wyższe polega na tym, by nauczyć go rządzić sobą i przez to uczynić go wolnym. Co to znaczy jednak uczynić kogoś wolnym? Jeżeli na pustyni uwalnia się człowieka, który nie odczuwa żadnych pragnień, jakie znaczenie ma jego wolność? Wolny może być tylko ktoś, kto do czegoś dąży, a zatem uwolnić tego człowieka, znaczyłoby obudzić w nim pragnienie i wskazać drogę do studni" - pisał Saint-Exupery. Nie mogłem zasnąć. To dopiero zaczęło mnie nakręcać. Ani wóda, a ni nikotyna, ani marihuana, ani kokaina, ani nic, co zdarzyło mi się już w życiu spróbować, nie dało m podobnego haju...

"Zacznij działać, a przekonasz się zrazu, kim jesteś i do czegoś zdolny" - pisał Goethe. Prywatna wojna zawsze mnie pociągała. Z podziemi domu handlowego "Central" w Łodzi wziąłem wielkie tekturowe pudło po telewizorze. W domu znalazłem trochę nylonowej żyłki. Następnego dnia rano stałem przed wytwórnią papierosów.

[6]s. 47, 48, 50 - Anna Mentlewicz "Klub niepalących", Wydawnictwo książkowe, Twój Styl, Warszawa 1999 r.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl