Z Włodzimierzem Cimoszewiczem, byłym premierem, ministrem spraw zagranicznych oraz marszałkiem Sejmu RP rozmawia Hanna Rydlewska
W oparach polityki
W paleniu nie przeszkadzały mi nawet zakazy obowiązujące w gmachach rządowych. Ostatecznie to ja podejmowałem tego typu decyzje. Tam gdzie przychodziłem, przystawiałem karteczkę: tu wolno palić.
Czy pamięta Pan swojego pierwszego papierosa?
Miałem wtedy 10, góra 11 lat. To się często zdarza chłopakom w tym wieku. Mieszkałem wówczas z rodzicami w Warszawie, przy ulicy Chłodnej. Po drugiej stronie ulicy, przy której stały nasze domy, wybudowane już po wojnie, aż do ulicy Pańskiej ciągnęły się pozostałości po getcie warszawskim. Dla nas, dzieciaków, to był plac zabaw. Pamiętam nawet, jak z kolegami kupowaliśmy te pierwsze papierosy. Sprzedawano wtedy małe paczki, po dziesięć sztuk. Poprosiliśmy o najtańsze i pobiegliśmy we trzech palić na tym gruzowisku. Skończyło się wszystko poważną chorobą. Wystarczyło mi tego wspomnienia na kilkanaście lat, do czasu studiów.
Czyli przez całą szkołę średnią nie zapalił Pan ani razu?
Tak, obyło się bez przygód nikotynowych.
Czemu złamał się Pan na studiach?
Studiowałem prawo. Tam, w starym gmachu prawa, palił nawet ten, kto de facto nie palił. Stężenie dymu było zawsze i wszędzie tak wielkie, że bierne palenie było niemal tożsame z czynnym. Zacząłem wtedy palić.
Studia były tak stresujące?
Raczej nie, przyznam, że studiowanie przychodziło mi bez specjalnego wysiłku. Myślę, że większe znaczenie miały tu typowe pobudki, czyli chęć bycia w grupie, papieros jako smak dorosłości. Przyznam jednak, że rozpaliłem się na dobre i paliłem bardzo długo. Przez wiele lat wcale nie próbowałem rzucać.
Ile dziennie papierosów Pan wypalał?
Nigdy przesadnie dużo, ale regularnie. Około dwudziestu papierosów, a więc paczkę dziennie.
Był Pan wierny konkretnej marce?
Początkowo zmuszałem się do palenia Ekstra Mocnych, które wydawały mi się szalenie męskie. Bolały mnie jednak po nich płuca. Potem przerzuciłem się na słabsze papierosy. Nie pamiętam tych wszystkich marek. Zmieniały się wraz z modą.
Marki się zmieniały, ale papierosy wciąż Panu towarzyszyły. Kiedy powiedział Pan sobie "dość"?
Paliłem do 1985 roku, czyli do 35. roku życia. Wówczas podjąłem ważne decyzje, postanowiłem uporządkować swoje życie. Wyjechałem z Warszawy, opuściłem uniwersytet, zająłem się rolnictwem. Palenie nie pasowało do zdrowego trybu życia, który zamierzałem prowadzić. W ten wyjazd była wpisana pewna odnowa, chciałem ją przeprowadzić radykalnie. Rzuciłem papierosy na 7 lat.
Przyjemnie było bez papierosów?
Było bardzo dobrze, chociaż po latach odczuwałem wszystkie objawy, świadczące o tym, że uzależnienie jest jednak chorobą. Jak mawiał Marek Kotański, człowiek z uzależnienia nigdy się nie może wyleczyć, może je tylko zaleczyć. Ze mną było podobnie. Po paru latach od momentu rzucenia wciąż ciągnęło mnie do papierosów. Czasami przybierało to wręcz formę fantazji. Usiłowałem sobie na przykład przypomnieć zapach dymu. Ten dym był tak zakorzeniony w mojej psychice.
Kiedy przestał Pan sobie wyobrażać papierosy?
Kiedy zacząłem ponownie palić. Na początku lat 90. zająłem się znowu działalnością polityczną i było to tak obciążające dla moich nerwów, że przestałem się w końcu wzbraniać. W paleniu nie przeszkadzały mi nawet zakazy obowiązujące w gmachach rządowych. Ostatecznie to ja podejmowałem tego typu decyzje. Tam gdzie przychodziłem, przystawiałem karteczkę: tu wolno palić. Paliłem tak nieprzerwanie do 1997 roku.
Czyli zaczynał Pan palić zawsze wtedy, kiedy wracał Pan do polityki, a rzucał w momencie wycofywania się z niej?
Rzeczywiście historia mojego palenia przeplata się ściśle z historią mojej politycznej działalności. W 1997 roku, w okresie słynnej powodzi, przeżywałem bardzo trudny emocjonalnie okres. Poziom stresu sięgnął zenitu. Wtedy paliłem dosłownie wszystko: fajkę, papierosy i cygara. Paliłem nieustannie cały dzień. Tego było zdecydowanie za dużo. Po wyborach wygranych przez prawicę zyskałem znacznie więcej wolnego czasu. Łatwo mi było rzucić palenie, bo miałem naprawdę przepalony organizm.
A teraz, kiedy znów jest Pan na szczytach władzy?
No cóż, wróciłem do palenia, ale postanowiłem przełamać regułę, która dotąd rządziła moim nałogiem. Będąc głęboko zaangażowany w sprawy politycznie, na jesieni zeszłego roku postanowiłem ostatecznie zerwać z papierosami. Chcę w ten sposób udowodnić sobie i innym, że z politycznym stresem nie trzeba sobie radzić za pomocą dymka. Zrobiłem to wyłącznie ze świadomego wyboru, gdyż tym razem nie odczuwałem żadnych fizycznych konsekwencji palenia. Od dawna staram się aktywnie spędzać weekendy, dbam o kondycję, więc nie cierpię na tak zwany syndrom zadyszki. Denerwowało mnie po prostu, że palę i nic z tym nie umiem zrobić. Doszedłem do wniosku, że palenie jest bez sensu. Mam nadzieję, że tym razem mi się uda.
Życzę Panu wytrwałości.







