Laboratorium Re... > Poezja faktu > Kulturalny chłam  

Kulturalny chłam

Magda Sikorska

Nowe miejsce, stara jakość. Slam, który po raz pierwszy gościł w Cafe Kulturalnej przyciągnął jak zwykle grupę zwolenników, ale zaskoczenia nie było. Poetyckich odkryć też niestety nie.

Coraz popularniejsza, amerykańska wersja „wieczorków poetyckich” zagościła na dobre w Warszawie. Po kilkumiesięcznej przerwie i zmianie miejsca ze Starej Prochoffni na Cafe Kulturalną, w połowie grudnia znów odbył się slam.
Amerykański przepis
Jak przezwyciężyć nudę tradycyjnych wieczorów autorskich? Jak zrzucić z cokołów i postumentów jaśnie panów poetów i natchnionych artystów? Jak wreszcie zapewnić publiczności tych spotkań dobrą, żywiołową zabawę? Urządzić slam! Pierwszy na taki pomysł wpadł już w 1984r. Marc Kelly Smith, robotnik i poeta z Chicago. Zorganizował serię odczytów poezji w jazz-klubie. W przeciwieństwie do obrosłych w zmurszałą formę wieczorów poetyckich, wierszy recytowanych monotonnym głosem w grobowej atmosferze, były to spontaniczne, wesołe imprezy. Oficjalnie pierwszy występ pod nazwą slam odbył się w 1986r.. Odtąd poezja wyprowadzona z hermetycznych twórczych środowisk, podana w formie performensu, zyskuje popularność na całym świecie. Wszędzie obowiązują te same zasady: jury wybierane spośród publiczności, nagrody pieniężne dla zwycięzcy i trzy minuty na zaimprowizowanie czegoś, co poruszy zebranych. I najważniejsze: żywiołowa, niczym nieskrępowana reakcja na recytowane utwory. W Ameryce slam cieszy się tak dużą popularnością, że organizuje się tam już ogólnokrajowe mistrzostwa. W Polsce slam po raz pierwszy odbył się w 2003 roku w Starej Prochoffni.
Polski bigos
Wypełniona po brzegi sala Kulturalnej wyraźnie świadczy o rosnącej popularności tego gatunku. Coraz częściej pojawiają się też informacje o slamach organizowanych w innych miastach Polski, na przykład w Katowicach. Ale trudno na razie mówić o powszechnym zainteresowaniu. Może z niszy wyprowadziłby slam wyjść wyższy paziom?
Polskie imprezy ciągle odbiegają od zagranicznych standardów, co można było zobaczyć i usłyszeć podczas zeszłorocznych występów slamerów z USA.
Grudniowe spotkanie nie różniło się pod tym względem od innych. Dopisała zarówno publiczność, która nie gardziła nawet miejscami na podłodze, jak i liczni wykonawcy. Pojawili się starzy wyjadacze - mowa głównie o Macieju Kaczce i Wojtku Cichoniu, i debiutanci. Szkoda, że niewielu wykonawców decyduje się na improwizacje, trudniejsze, ale zgodne z zasadami slamu. Odczytywanie utworów z kartki odbiera imprezie moc. Bardzo nierówny jest poziom samych tekstów- od wierszy żartów po ideologiczne manifesty. Różnią się też wykonawcy- czasami są to zdenerwowani, ze wzrokiem wbitym w podłogę, mamroczący pod nosem chłopcy, czasami showmani, którzy opowiadając o makaronie w rosole są w stanie porwać publiczność. Zwycięzca ostatniego wieczoru z nieśmiałości uczynił broń, którą pokonał wszystkich przeciwników. Nie uczynił tego zapewne samym tekstem, który w prostej, dosadnej formie opowiadał „że źle i mnie się nie podoba”.
Co za Slam!
Mylną droga podążą ci, którzy pójdą na slam szukać poezji przez duże P. Przynajmniej na razie. Imprezy wyraźnie nabierają rozpędu. Wśród żałosnych, grafomańskich wygłupów można czasami odnaleźć rymowaną perłę. Ale nawet utwory mówiące banalnie o banale mogą bawić. I chyba o to chodzi. Pokazać, że poezja czy rymowanie może być rozrywką.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl