Laboratorium Re... > Projekt Montresor > Arystokraci o s... > Rozmowa o arystokracji  

Z Tomaszem Tarnowskim rozmawia Kinga Grafa, studentka Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa UW

Rozmowa o arystokracji

Pamięć o tzw. „starych dobrych czasach” może rozpieszczać. Rozpamiętywanie zdjęć, posiadłości, wnętrz, sreber rodowych czyni człowieka marzycielem.

Co oznacza dla Pana Pańskie pochodzenie? Czy do czegoś zobowiązuje, czy daje poczucie przynależności, ciągłości?

- Z pewnością tak. W pewnym momencie pojawia się poczucie odpowiedzialności i to nie tylko za samego siebie. Pochodzenie pozwala spojrzeć z innej perspektywy na swoje przebywanie w dzisiejszym świecie - wydłuża się w czasie historycznym. Pochodzenie daje poczucie, że będą następne pokolenia, które moje postępowanie i życie, jeżeli będzie cokolwiek znaczyło, będą oceniały i wspominały. Zatem -świadomość ciągłości, daje poczucie odpowiedzialności co zdecydowanie determinuje postępowanie.

Jak daleko sięga ta pamięć?

-Do zapisów historycznych, które chyba najdalej sięgają w przypadku rodziny Tarnowskich i są udokumentowane w drzewach genealogicznych. Nasze pierwsze ślady odnajdujemy u Spytka z Melsztyna w roku ok. 1320 roku.

Czy ta wiedza – o przeszłości, o tradycji, o korzeniachkonsoliduje Pańską rodzinę? Czy podczas rodzinnych spotkań poruszacie tematy dotyczące Państwa historii, przodków?

-Życie jest dziś tak intensywne i tak bogate, że najzwyczajniej brakuje czasu, żeby zanurzać się i kultywować to nabieżąco. Co pewien czas aktualizujemy naszą wiedzę i przynajmniej ja, musze ją pogłębiać. Przy różnych okazjach dowiadujemy się nowych faktów na temat naszej rodziny a raczej rodu. Próby odzyskiwania fragmentów majątku bezprawnie zabranego jest dobrą okazja do uporządkowania wiedzy. Natomiast nie ma „bieżącego cieszenia się” ze swojego pochodzenia. Jest dzisiejsza rzeczywistość. To pochodzenia bardziej nas ogranicza, skłania do rezygnacji z czynienia rzeczy, które dlawielu są obojętne, a w świecie stały się akceptowanym standardem.Czy wspominamy? Wspominamy, najczęściej w przypadku takich wydarzeń jak śluby, czy pogrzeby. Oprócz tego, co kilka lat mamy zjazdy rodzinne w Dzikowie, to zamek na obrzeżach Tarnobrzega gdzie siedziba rodzinna istnieje nieprzerwanie od pierwszej połowy XVI wieku. I tam mamy okazję spotkania rodziny z całego świata: z Ameryki, z Australii, z różnych zakątków Europy, i to jest moment kiedy faktycznie staramy się zostawić za sobą wszystkie sprawy bieżące. Wspólnie zastanawiamy się, kto gdzie i jak istnieje, kto od kogo pochodzi, jaką drogę przeszliśmy. W rodzinie tej rozpiętości, nie zawsze jest to łatwe. Sądzę, że rodzinne zjazdy są dobrym momentem by sprawy historii rodu ożywały tym bardziej, że teraźniejszość jest wówczas wypełniona, jak nigdy, naszą obecnością. W naszej rodzinie są, na szczęście osoby, które pamięć i wiedzę historyczną mają, myślę o moim kuzynie, historyku z wykształcenia, Adamie Tarnowskim z Krakowa, jest genialny w znajomości i opowiadaniu szczegółów, zna daty, przyczyny, skutki, takich czy innych wydarzeń w historii naszej rodziny na tle historii Polski.

Czy utrzymuje Pan kontakty z innymi arystokratycznymi rodzinami? Na przykład poprzez działalność w organizacjach skupiających arystokrację?

-Istnieją organizacje, ziemiańskie, szlacheckie mające m.in. na celu przechować dobre polskie tradycje, ja do nich nie należę, natomiast w Polskim Związku Kawalerów Maltańskich do którego należę (również mój Ojciec i brat) prowadzącym charytatywne dzieło szpitalniczespotykam przedstawicieli największych rodów arystokratycznych i magnackich. Ale nie potrzebujemy zewnętrznych organizacji - wszyscy spotykamy się z tej prostej przyczyny, że łączą nas koligacje rodzinne z dalekiej i bliskiej przeszłości. To powoduje, że jeżeli wśród Radziwiłłów, Zamoyskich, Potockich, Tyszkiewiczów i innych rodów, spotykam starszą osobę, to najczęściej nie mówię per „proszę Pani, Pana”, tylko – „ciociu, wuju”. To może nie jest najbliższa rodzina, ale stosujemy tę formułę, zupełnie w naszym przypadku uzasadnioną. Te spotykania mają miejsce podczas uroczystości rodzinnych, zazwyczaj podczas ślubów i pogrzebów, o czym mówiłem wcześniej.

Od jakiegoś czasu zaczęto ponownie organizować bale. Na początku odbywały się przy okazji większych ślubów, teraz spotykamy się również na balach charytatywnych o bardziej otwartej formule gdzie zapraszane są również osoby spoza arystokratycznego środowiska.

Wczoraj był 13 grudnia. Ważna rocznica. Jak udało się Państwu przetrwać okres komunizmu? Czy komunizm spowodował rozproszenie, czy konsolidację i jeszcze silniejsze poczucie przynależności i wspólnoty?

-Po II wojnie światowej gros ludzi z rodów arystokratycznych musiało emigrować - niewielu zostało. Prowadzili oni życie skromne, trudne. Mój ojciec nie miał szans dostania się w Krakowie na jakiekolwiek studia, miał tzw. „wilczy bilet”. Musiał przeprowadzić się do Gdańska. Podobnie moja mama, uciekając z Wilna przed bolszewikami, przybyła do Sopotu. Jak trzeba było wpisać w rubryce czym się zajmują rodzice, wpisywali że tata jest leśnikiem. To taki mały eufemizm, małe kłamstwo konieczne w tamtych czasach (dziadek posiadał kilkanaście tys. ha lasów). Życie toczyło się skromnie, we trójkę z rodzeństwem -mam starszego brata i młodszą siostrę - mieszkaliśmy, w 63 m kw. w 4-o piętrowym bloku. O swoim pochodzeniu dowiedziałem się mając kilkanaście lat. Nigdy rodzice o tym nie mówili. Oboje pracowali w Polskiej Akademii Nauk, w Instytucie Budownictwa Wodnego. Brali prace zlecone, skromna pensja inżynierów. Opowiadali, że w tamtych czasach wielu szło na skróty, próbowało rozjaśnić szarzyznę komuny, poprawić choć trochę życie, zapisując się do partii, idąc na pewne ustępstwa, akceptując pewne rzeczy. Moi rodzice nigdy. Partia robiła od czasu do czasu prezenty, przyznając medale i w owym czasie znaczące nagrody pieniężne, np. z okazji dwudziesto-pięciolecia istnienia Instytutu. Moi rodzice odmówili przyjęcia tych nagród. Pracowali uczciwie, ale nie robili kariery naukowej kończąc na doktoratach. Zawsze podkreślali, że praca wykonywana uczciwie i rzetelnie jest najważniejszą rzeczą w życiu dorosłej osoby. Komunizm choć parszywie zdemolował nasz kraj naszą mentalność, wszelką zasobność i bogactwo, wygnał wielu z Polski to według mnie nie spowodował ani rozproszenia ani specjalnej konsolidacji tego środowiska. Blisko 600-700 lat tradycji ma zupełnie inną wagę.

To, o czym Pan mówi można określić jako jeden z przejawów patriotyzmu. Jakie były inne?

- Mając rozległe kontakty międzynarodowe, chociaż szalenie ograniczane przez komunizm, członkowie naszego środowiska zajmowali się koordynowaniem pomocy z zagranicy. Byli osobami wiarygodnymi. Zapewniali pomoc rodzinom, których członkowie byli internowani lub, które z powodu bezpośredniej walki z komunizmem miały poważne kłopoty i pozbawione były źródeł utrzymania. Trzeba było w rozsądny sposób odebrać i przekazać tę czy inną formę wsparcia. Oprócz tego była praca, o której już wspominałem – rzetelna, uczciwa. Nam kazali się uczyć, również przedmiotów, które powszechnie nie były lubiane, np. języka rosyjskiego, ale muszę przyznać, że fanami dyscypliny nie byli co pozwalało nam na szeroką i dość swobodną walkę z głupotami takimi jak PO czy fałszywa historia, czy wiersze naszych piewców komunizmu. Patriotyzmem w czasach moich rodziców było: nie wchodzenie w żadne relacje, nawet delikatne i uzasadnione pracą zawodową z systemem, nawet kosztem pogorszenia życia rodziny, uczciwe wykonywanie swojej pracy i bardzo rzetelne wykształcenie swoich dzieci.

A za granicą? Wielu organizowało pomoc, zbiórkę pieniędzy, leków, pracę dla uciekinierów. Pamiętam takie zdarzenie – podczas proszonego obiadu w Paryżu zadzwonił telefon do Adama Czartoryskiego z prośbą o pomoc w zorganizowaniu stypendium dla zdolnego polskiego doktoranta (okulista) w Stanach. Po obiedzie starszy Pan wykonał telefon do Ameryki, prosząc skutecznie w kilku zdaniach o 2-u letnie stypendium. Takich form pomocy które były możliwe dzięki niekwestionowanemu autorytetowi i rozległym koneksjom X Adama Czartoryskiego było więcej

A pamięć i trwanie?

-Pamięć o tzw. „starych dobrych czasach” może rozpieszczać. Warto pamiętać, że różnica w relatywnym poziomie życia i w możliwościach dzisiaj i dawniej była przeogromna. My byliśmy wychowywani przez rodziców bez kultywowania takiej pamięci. Rozpamiętywanie zdjęć, posiadłości, wnętrz, sreber rodowych czyni człowieka marzycielem. Muszę jednak wspomnieć o innym rodzaju pamięci, który zawiera się w haśle: Bóg, Honor, Ojczyna. Ja taki rodzaj edukacji otrzymałem od rodziców, bo taki i oni otrzymali. Ja staram się również przekazać tę wartość dalej, moim dzieciom. Jednakże przychodzi moment, kiedy człowiek musi dostrzec, że życie może być kolorowe, wesołe. Inaczej komuna, zaborca lub inny kataklizm triumfowałaby czyniąc nasze życie uciążliwe ograniczone ale i … smutne. Trwanie to po prostu prowadzenie jak najbardziej normalnego życia w każdych warunkach! Świadomość tego, ze życie potrafi smakować.

Osią projektu, jego spoiwem jest zamek Montresor. Naszym zamiarem jest poznanie jego historii, mieszkańców, sposobu funkcjonowania, perspektyw. Jaka jest Pana wiedza o tym ostatnim dworze polskim, położonym we Francji? Czy jest Pan spokrewniony z właścicielami zamku? Wiem, o pokrewieństwie profesora Stanisława Tarnowskiego z Zygmuntem Krasińskim.

-Ja mam też inną ścieżkę. Profesor Stanisław Tarnowski to bratmojego pradziada Juliusza. Mama mojego ojca była z domu Wielopolska, a jej matka Branicka, czyli właściciele zamku Montresor byli moimi przodkami.Hrabia Branicki, który zakupił Montresor w połowie XIX wieku to mój antenat. Miał on jedną z największych fortun w Europie. Był rzutkim przedsiębiorcą, lepiej funkcjonował niż pozostała finansjera. Uciekł do Francji spod intensywnej „opieki” Carycy Katarzyny II dając pod zastaw bankowy gigantyczną fortunę na Ukrainie. Pożyczał pieniądze Napoleonowi, Burbonom, założył giełdę paryską. Finansował również Legiony Mickiewicza, działalność wydawniczą Joachima Lelewela. Zamek Montresor to gniazdo polskiej emigracji po powstaniu styczniowym i jednocześnie po części działalność charytatywna Branickiego.Warto pójść na cmentarz i popatrzeć na stare groby oficerów i żołnierzy, którzy po powstaniu styczniowym osiedli w majątku Montresor. On ich tam przyjmował, dawał pracę, życie. Osiemdziesiąt lat później ci, którzy w okresie II wojny światowej musieli uciekać, również mogli znaleźć tam schronienie. Dzisiaj zamek jest w rękach Reyów i dzięki nim utrzymuje polski charakter.

Dla mnie Montresor, to tzw. polskie pied-a-terre we Francji, czyli punkt oparcia. Przyjechałam tam pierwszy raz gdy miałem osiemnaście lat. Pracowałem 90 km dalej na budowie, oczywiście „na czarno”. Będąc w sąsiedztwie często odwiedzałem Montresor. Takie typowe wiejskie życie – szorty, lokalne czerwone wino, łąka z widokiem na Zamek, absolutny luz. A w środku, piękne historyczne przedmioty, niesamowite wnętrza, pamiątki, zbiory biblioteczne …w pewnym sensie „pachniało domem”. Tam poznawałem moich kuzynów, którzy urodzili się ze związków polsko-francuskich, polsko – angielskich czy innych.Widziałem podobieństwa i różnice. Odebraliśmy podobne wychowanie, żyliśmy w innych światach. Mimo różnych krajów, języków wiele rzeczy jak np.: sposób podawania ręki, siedzenie przy stole, czyli ogólnie kinderstube, odebraliśmy podobną – po tym też możemy się rozpoznawać. Różne było to, że to byli ludzie żyjący w otwartym świecie, a ja pochodziłem z kraju zamkniętego – i to w niektórych sytuacjach było widoczne. Ale wracając do pytań … Funkcjonowanie Montresor nie jest łatwe z punktu widzenia ekonomicznego, świat się zmienił i nie ma wielu chętnych do siedzenia na wsi … Świat pędzi obok Zamku Montresor. Ale w tym pędzącym świecie, Montresor może jeszcze odegrać rolę miejsca, gdzie będziemy mogli pokazać inny sens i wymiar życia.

-Moi kuzyni mieli świadomość polskości, wpojoną przez rodziców, którzy zawsze byli i czuli się Polakami. Interesowali się, natomiast było to zainteresowanie, które za sobą nic więcej nie pociąga. Mieli zupełnie inne życie i całe szczęście. W pewnym momencie przestawałem opowiadać o Polsce, ponieważ nie chciałem budować zbyt czarnego obrazu. Z drugiej strony czułem, że nie powinienem się żalić, ponieważ i tak miałem lepiej niż wielu innych bez szans na wyjazd za granicę. Mogłem wyjechać, odetchnąć, wzbogacić się intelektualnie, towarzysko także finansowo.

Czy ta więź zacieśniła się po 1989 roku? Kiedy wizy przestały być potrzebne i kontakty mogły być swobodne?

-Doroślejemy. Pojawiają się nowe obowiązki i tak naprawdę ciężko jest znaleźć czas na to zacieśnianie stosunków. Życie toczy się normalnie, raczej bez szczególnego nadrabiania zaległości rodzinnych. Ja ukończyłem studia we Francji i nie spędzałem wówczas wiele czasu z moją rodziną, która jest we Francji liczna. Natomiast mam tę świadomość, że ich drzwi są zawsze dla mnie otwarte. I wiem, że gdybym odwiedził ludzi, których nigdy przedtem nie spotkałem, to byłbym witany jak stary dobry znajomy, jak członek rodziny. I to jest bardzo ważne – żadnego dystansu od pierwszych minut, jak u siebie w domu.

Co Pan sądzi o projekcie, który realizujemy?

-Materia jest znana, pytanie – co się z niej zrobi. Może pojawić się pewnego rodzaju trudność bariery milczenia. Przez okres komuny, przez dziesiątki lat był budowany jedynie negatywny obraz arystokracji. Jednak to Ci ludzie współtworzyli państwo: zbrojnie, kulturowo, organizacyjnie. Przez komunistyczną historię ta warstwa społeczna została solidnie poturbowana – wszystko co złe zostało jej przypisane. A zatem, co z tego projektu wyjdzie? Nie wiem. Jeśli materiał będzie o nas personalnie, to jesteśmy do dyspozycji, jeśli o naszej grupie społecznej to będzie to spotkanie z historią.

Mówi się o konieczności odnowy moralnej w Polsce. Arystokracja może tworzyć grupę, która poprzez kultywowanie tradycji, pamięci rozumianej w sposób mądry i konstruktywny, żyje wciąż w poszanowaniu zasad, które stają się obecnie lekceważone. Poprzez swą wyjątkowość i pewną odrębność mogła zachować ten fundament, który w moim przekonaniu dziś trzeba odbudować. Czy nie uważa Pan, że chociaż nie jest łatwo mówić o sprawach nierzadko bardzo osobistych, to jednak warto to udźwignąć, ponieważ cel jest ważny i wart podjęcia wysiłku?

- Mówi Pani o etosie. Całkowicie się zgadzam, że go brakuje a jest on obecnie niezbędny. Przez lata starano się to w ludziach zagłuszyć, wykarczować nawet dzisiaj pewne rzeczy są wyśmiewane – chociażby przywiązanie do tradycji, religii. Jeżeli zatem projekt ma tego dotyczyć, to chętnie wskażę osoby z mojej najbliższej rodziny, które mogą się mądrze na ten temat wypowiedzieć. Są to osoby starsze, które wiele przeżyły. Ich wybory, ich życie wpisują się jak najbardziej w ten temat.

Dziękuję za rozmowę

Tomasz Tarnowski urodził się w 1966 roku w Gdańsku. Tytuł magistra oceanografii biologicznej obronił w 1992 na Uniwersytecie Gdańskim. Brał udział w Programme Copernic, programie kształcenia menadżerów w oparciu o renomowane szkoły francuskie Ecole Nationale des Ponts et Chaussées, Institut d’Etudes Politiques de Paris, College des Ingénieurs, Ecole des Mines de Paris. Współtworzył Radio Plus w Gdańsku oraz projekt ogólnopolskiej sieci radiowej PLUS od strony marketingu.Obecnie jest dyrektorem Agencji FM, działającej w zakresie reklamy, public relations oraz marketingu. Jest Kawalerem Maltańskim. W latach 1983-87 został dwukrotnym brązowym medalistą Mistrzostw Polski w 10-cioboju lekkoatletycznym. W 1987 roku zdobył srebrny medal Akademickich Mistrzostw Polski w Narciarstwie Alpejskim.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl