Na czym stoi świat?
Piotr Skrzynecki powiedział mi kiedyś – cała Polska trzyma się na kilkunastu gwoździach. Na tych gwoździach, na których od ponad stu lat w paru krakowskich mieszkaniach wiszą ciągle te same obrazy.
Myślałem o tym, gdy w jakieś ankiecie kazano mi jako pisarzowi określić sytuację literatury. A potem myślałem o tym znowu wysłuchując żalów kolegów po piórze na zjeździe Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Żalili się na to, że czytelnictwo upada, że sztuka wypisała się z kultury i zapisała do rynku, hurtownie książek nie lubią poetyckich tomików, a Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa nie ma dość pieniędzy i dobrych chęci jakby za mało.
Nic to. W paru krakowskich mieszkaniach stare obrazy wiszą od stu lat na tych samych gwoździach. Póki na straży rodzina, mieszkanie trwa, gwoździe siedzą w ścianach. A rodzina trwa, póki syn czyta książki z biblioteki ojca, póki córka odnajduje w tomiku poezji po babci zasuszony kwiat z łąki pod Howerlą czy zakładkę uplecioną z sitowia znad Tyśmienicy.
Rodzina trwa poprzez wewnętrzną narrację – narzeczony opowiedział siebie narzeczonej, potem mąż żonie opowiada, co było w pracy, dzieci przychodzą i opowiadają, co było w szkole, dziadek opowiada „historie o starych Polakach”. To, co mówią, żywi codzienność, ale także buduje tkankę rodzinnego mitu, który jest już ponad prawdą i nieprawdą, który miesza mity rodzinne, mity narodowe, mity kultury.
Zaprosili mnie ostatnio do telewizji, abym skomentował sprawę pokazaną w „Ekspresie reporterów”. Ekspres zatrzymał się w Dobrzyniu nad Wisłą, a sprawa dotyczyła rodziny sklepikarza. Chcieli żyć jak ludzie, założyli sklep i bar. A społeczność, która znosi, że ma nad sobą burmistrza i komendanta policji, nie mogła znieść, że ktoś z dołu wygrzebuje się z biedy. Bezrobocie w Dobrzyniu ponad 30%, procent rozpicia i rozpaczy zapewne dwukrotnie większe. Sklepikarzowi wybito szyby, rozkradziono sklep, bito i prześladowano dzieci w szkole. Chciał być lepszy, nie dawał pić na kredyt, sam nie pił. Zrozpaczony sklepikarz chciał pomocy od władz, chciał pracy. W rozpaczy zagroził burmistrzowi samospaleniem w jego gabinecie. Przesiedział za to 83 dni w areszcie, bo był społecznym zagrożeniem, przed nim jeszcze proces, może dostać do 3 lat więzienia. A chyba najgorsze w tym wszystkim, że pan redaktor w telewizji, chciał, aby pokazać sklepikarza jako odmieńca, aby powiedzieć, że każda społeczność musi odrzucać ludzi zbyt innych od siebie.
A ten sklepikarz to po prostu dzielny człowiek. Potencjalny lider miejscowej przedsiębiorczości. Odrzuciła go społeczność odrzuconych, tych, o których Maria Dąbrowska pisała kiedyś, że są „odsunięci od stołu kultury”. Ludzie, którzy wypadli z tkanki mitów przez biedę, alkohol, rozpaczliwy brak pracy, mogą próbować pozostać wspólnotą tylko łącząc się w subkulturę nienawiści, zawiści, zamknięcia na inność i innowację. Pustka kulturowa zapełnia się wrzaskiem pogoni za kozłem ofiarnym. Z Dobrzynia nie widać tych kilku gwoździ w krakowskich mieszkaniach, o których pouczył mnie prorok z Piwnicy pod Baranami. W Dobrzyniu sprawa dziedziczenia rodzinnych bibliotek nie jest problemem.
Kiedy wychodziłem z gmachu telewizji dognał mnie kudłaty mężczyzna słusznej tuszy. Panie, to ja jestem autorem tego reportażu. Wie pan, to jeszcze nie było na antenie, ale ten sklepikarz już odbił się od dna, dlatego, że przyjechaliśmy go filmować. Wie pan, on wysunął swoją kandydaturę na burmistrza. Ma jakieś szanse.
Pomyślałem sobie – niech mu się powiedzie. Niech w jego rodzinie trwa mit o ojcu, potem dziadku, pradziadku, przodku legendarnym, który wdarł się z butelką benzyny pod połą marynarki do gabinetu zastępcy burmistrza. Bo burmistrz zdążył uciec. Tak może być, mit może się zrodzić, przez szklany ekran poczułem ciepło kultury. Wtedy, kiedy żona sklepikarza (a trzęsła się jej broda od tamowanego płaczu) mówiła o godności. Wtedy, kiedy ośmioletni chłopczyk, syn sklepikarza mówił, jak go koledzy chcieli przerzucić przez płot. To były dobrze budowane zdania, sprawna w narracji polszczyzna. Kto wyrośnie z tego chłopaka?
Piszę o tym świadomy swojej działalności mitotwórczej. Piszę o tej rodzinie sklepikarza jakbym się za nią modlił. Pamiętam: mity są społecznym, ponadhistorycznym źródłem sensu. Pisarz musi mieć słuch do mitów, musi wychwytywać je z tego, co widzi, śni, czyta, słyszy. Musi mieć zamiłowanie do majstrowania w mitologiach, musi nieustannie próbować puszczać w społeczny obieg mity które obrabia, konstruuje, zmienia.
Wśród mitów, które są duchowym środowiskiem pisarza jest jakiś „mit o Polsce” – o zacofanej czy europejskiej, postbolszewickiej albo katolickiej, skrzywdzonej czy zasłużonej, prowincjonalnej czy śródziemnomorskiej. Ten własny mit pisarz konfrontuje z mitami mediów, historiozofów, proroków, polityków. Pisarz jest chałupnikiem, który musi dziś stawiać czoło potężnej konkurencji. Mój mit o sklepikarzu z Dobrzynia musi się zmierzyć z mitem, jaki opowie telewizja – a opowie z moim udziałem, z moim komentarzem, który mogą pociąć, zmontować jak chcą.
Pisarz musi być natomiast szamanem pewnego kulturowego mitu. Jakże bez tego oddawałby się rytuałowi twórczości?
Pisząc czuję, że jestem krawcem szyjącym mity na miarę moich czytelników, ale tuż za ścianą huczą wielkie szwalnie mitów pret-a-porter, wytwórnie mitów promocji, reklamy, propagandy i manipulacji politycznej, rozrywki, kultury masowej.
Literatura kreuje światy – nawet ta, która odżegnuje się od tego, pręży się w służbie prawdy, dawania świadectwa. Nawet Odojewski i Nowakowski kreują światy swojej prozy. A cóż dopiero Hanna Krall?
Tuż obok pisarskiego chałupnictwa wielkie machiny mediów, rynku i polityki budują swoje wieże i imperia.
„...reklama jest spadkobierczynią tradycji literatury utopijnej. Jest wizją absolutnie doskonałej rzeczywistości.(...) Jest opowieścią o tym, w jaki sposób Bóg stworzyłby „najdoskonalszy ze światów”, gdyby ktoś zatrudnił go na etacie w agencji reklamowej.”
Pisarzowi potrzebna jest od czytelnika trojaka zapłata za pracę – potrzebuje pieniędzy, czasu i myśli. Cóż bowiem z tego, że czytelnik kupi książkę, skoro nie znajdzie czasu na jej przeczytanie? I cóż z tego, że przeczyta, jeśli natychmiast zapomni?
Imperia reklamy, wieże propagandy, wiatraki rozrywki odbierają czytelnikowi pieniądze, czas i myśli. Czynią to sprawnie i hurtowo. Cóż więc dziwnego, że pisarz czuje się wobec tych potęg smutnym rycerzem z Manchy?
Podczas przygotowań do zeszłorocznego Kongresu Kultury usłyszałem od jednego z zatroskanych malarzy. „Sztuka wypisała się z kultury i zapisała do rynku”. Na niedawnym zjeździe Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, podobna teza wracała jak stary bumerang, którego nie sposób wyrzucić na śmietnik. I tu napotykam pierwszy z mitów, jakie nawiedzają pracownie pisarzy – mit rynku.
Tak pojawia się złudzenie, że literaturę może uratować mimikra. Niech moje książki staną się towarem! Udawać rozrywkę, udawać publicystykę polityczną, udawać poradnik. Mizdrzyć się do wszystkiego, co ma duże nakłady, wysoką oglądalność, poparcie potęg politycznych, finansowych, medialnych. Daj nam, Dobry Boże każdemu po sponsorze, a nim przyjdą wakacje, na pomoc spuść fundację....
Ten mit prowadzi ku rytuałom spełnienia, tyle, że są to rytuały samobójcze. Literatura jest plastyczna, może udawać wszystko. Jednak jej zasada jest delikatna, pisanie łatwo przestaje być literaturą.
Innym obiegowym mitem jest wiara w to, że literatura przegrywa, bo nie nadąża za jakąś „siłą przodującą”, za postmodernizmem czy Zachodem.
Napisała mi kiedyś z Paryża Ewa Kuryluk, że „Polska jest przez swoją nieszczęsną historię zapóźniona”. Tak, jakby Rosja nie była przez swoją nieszczęsną historię zapóźniona, gdy tworzyli w niej Tołstoj, Dostojewski, Turgieniew, Bunin.
Zapóźnienie jest istotne w np. w domenie urządzeń kanalizacyjnych. Nie w sztuce. Gdybym uwierzył w samobójczy mit zapóźnienia, musiałbym od razu przyznać, że moje książki są zapóźnione też. Względem kogo? Jeana d’ Oremesson? Kundery? Proszę o nazwiska! Ja z pokora widzę, się spóźniam względem siebie. Spóźniam się, ale inaczej nie nadążyłbym za Koheletem.
Mit spóźnienia miesza się z wiarą w awangardę. Awangarda jest zjawiskiem naturalnym, pisał już o tym Hytz : „Każdy Ciemnogród ma swoja awangardę, ale i każda awangarda ma swój Ciemnogród”
Kolejny mit to mit naukowości. Wiara w to, że pisarzowi pomoże wiedza o języku, o strukturach, modelach, semiotyka, semantyka, hermeneutyka. Jak się nauczy, będzie wiedział jak pisać, dogoni czytelnika i posiądzie go duchowo.
Spokojnie, spokojnie. Ja sam staram się szczerze uzupełniać wiedzę, ale nie wiem, głupieję z tego czy mądrzeję, czytam właśnie Georga Steinera „Rzeczywiste obecności” kolczaste te jego wywody, ale jak drugi raz czytam zdanie, pojmuję, że coś tam sobie myślał, jak piętrzył te słowa. „ W słowach i zdaniach nie ma żadnego wcześniej ustanowionego pokrewieństwa z przedmiotami, żadnej tajemniczej zgody ze światem. Żadna figura rzeczy, postrzegana lub czekająca na odkrycie, nie stanowi integralnej części (całkowicie arbitralnej) artykulacji składni. Żaden znak fonetyczny, z wyjątkiem rudymentarnego, ściśle mówiąc prelingwistycznego poziomu imitacji wokalnej (onomatopei), nie ma jakiegokolwiek substancjalnego związku ani wspólnej natury z tym, do czego konwencjonalnie i tymczasowo, ma się odnosić. Znacznik językowo jest tak samo ”zakodowany” jak symbol algebraiczny. Także dla Mallarmego, dla Rimbauda w jego badaniach nad kolorem i konotacjami samogłosek, jakiekolwiek założenie zewnętrznej referencji było sztuczne. Tymczasem wewnątrz universum języka słowa zachowały swoją oczywistą magię, swą specyficzną gęstość i energię inwokacji. Naukowe językoznawstwo, samo obecnie będące gałęzią bardziej ogólnej semiotyki czy nauki o „dźwiękach i wyznacznikach, wyklucza takie fantazje.
Jak wytrwać przy tej lekturze, gdy podejrzewam, że to jednak marnowanie słów i mojego czasu, a wszystko, co tu nie jest banałem, jest fałszem.
Jak mam kontynuować lekturę tego Steinera, jak brać go poważnie, gdy twierdzi, że „To właśnie załamanie przymierza między słowem a światem stanowi jedną z niewielu rewolucji ducha w historii Zachodu i określa naszą współczesność.”
Pleni się arogancki „determinizm kulturowy”. Jeśli ja chcę i muszę pisać podtrzymując przymierze między słowem a światem, to taki Steiner mnie i moich czytelników wyrzuciłby ze współczesności, z Zachodu. Jak ja mam się nie pieklić? Jak mam być spokojny, gdy mówią mi „Nastała era postmodernizmu”? Jeszcze mi w uszach dźwięczą utrapione imperatywy „W dobie imperializmu musi nastąpić zaostrzenie walki klasowej”.
Pleni się mit szczerości i atrakcyjnego autotematyzmu. Cenię szczerość (w zasadzie; szczerość podchmielonego ćwierćinteligenta nieraz doprowadzała mnie do rozpaczy), indywidualizm szanuję (o ile nie nazywa się tak agresywnego egoizmu albo egotyzmu). Tyle, że jako kryteria w ocenie sztuki to narzędzia bezsilne, a jako wskazówki twórcze – zasady tak elementarne, że bez znaczenia. Wierzą ci szczerzy, że receptą jest „mieć życiorys”. I w służbie tej oczywistości usiłują wywatować sobie życiorys, co źle się kończy, bo gdy życiorys staje cię celem, życie traci treść i wartość.
Nazwała mnie prywatnie, w liście, Ewa Kuryluk (a to jedyna postmodernistka, jaką czytuję) przedstawicielem „wczorajszej awangardy, która dziś chciałaby iść pod ramię z zaściankową reakcją”? Boże, to prawda! Tak chciałbym iść pod ramię z zaściankową reakcją! Wychowałem się wśród przyzwoitych ludzi, których nazywano reakcjonistami i Niebu dziękuję za tych ludzi, ich wdzięk, wiedzę, wspomnienia i biblioteki. To reakcjoniści bronią tych paru gwoździ w ścianach krakowskich mieszkań, jakby nie bronili, już by ktoś powiesił tam modne instalacje, a stare obrazy sprzedał. Zaściankowość milsza mojemu sercu niż hałas giełdy, czy „techno-parade”. Piwo na ganeczku przed parterowym krzywym drewnianym domem wśród bzów i jaśminów – ach, zaściankowość. Zmierzch. Krowy nie spieszą się z pastwiska, gra harmonia u sąsiadów... Drzemka na leżaku z tomikiem Asnyka na kolanach. Nie wiem, co to reakcja dzisiaj. To etykietka z frontu „walki ideologicznej”.
Wydaje się, że kluczem do pytania o stan literatury dzisiaj jest spojrzenie na dzieje bibliotek tych przyzwoitych, kulturalnych ludzi, którzy przez ostatnie półtora wieku byli ostoją czytelnictwa. Oni nie tylko przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie zamiłowanie do ksiąg i rudymentarny smak literacki, oni potrafili rozmawiać o książkach. Ten dar czerpania nauki i przyjemności z takiej rozmowy przenieśli z salonów na prycze oflagów, z werandy dworku do wspólnej kuchni, z promenady w Biarritz do schroniska „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej w Tatrach.
Ludzie, którzy chcieli żyć wśród książek wymierają coraz gęściej – a co z bibliotekami? Kiedyś kwestią honoru było mieć bibliotekę, obowiązkiem narodowym było gromadzić, chronić, zbierać książki. Teraz to stało się mniej ważne. Synowie i córki zakłopotani stają wobec stert zadrukowanego papieru zgromadzonego przez pokolenia odchodzące. Książki próbuje się rozdawać, ludzie nie biorą. Więc pakuje się je w kartony, porzuca, skazuje na zsyłkę na strych, na działkę, wtrąca w kazamaty piwnic.
A od tego krok, aby wypadły ze ścian te gwoździe, które trzymają Polskę, te parę gwoździ w starych krakowskich mieszkaniach. Co stało się z mieszkaniem Kuby Nedeli i Hesi Nedelowej na ulicy Gertrudy, co stało się z legendarnym krakowskim mieszkaniem mojego dzieciństwa? Czy biblioteka trafiła do mieszkania doktora Piotra Niżgorodcewa w Rzymie? Czy jego dzieci znają polski?
Literatura staje się nieaktualna. Wiedza jest w internecie, rozrywka w pismach, wiadomości bieżące w prasie. A mimo to książka jest ciągle bardzo dochodowym towarem. Przedziwna inercja utrzymuje w działaniu łańcuch prowadzący od stołu pisarza na biurko wydawcy, do drukarni, hurtowni, księgarni – aż wreszcie w ręce czytelnika. To jeszcze działa, chociaż mechanizmy rynku, promocji, systemu nagród literackich stopniowo zmieniają definicję literatury, zbliżając ją pod względem treści do periodyków o wielkim nakładzie. Literatura jest krwiobiegiem kultury, nic też dziwnego, że dzieli losy kultury współczesnej. Malarstwu potrzebne są książki o malarstwie, teatrowi książki o teatrze, muzyce książki o muzyce. Gdy odpływa krew, odpływa życie. Kultura bez książek może żyć o tyle, o ile żyje wypchany orzeł. Wygląda dekoracyjnie przez pewien czas, ale nie zerwie się do lotu. A potem mole zrobią swoje.
Profesor Lech Witkowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego, jeden z prelegentów Kongresu Kultury z 2000 roku mówiąc o wychowaniu do kultury zwrócił uwagę na cztery nurty dające się wyróżnić we współczesnej kulturze. Każdy z tych nurtów (transmisja, transformacja, transgresja, trans) przejawia się w literaturze jako mityczna dyrektywa twórcza, jako jakieś „tak trzeba”. Tylko argument tego „tak trzeba” zmienia się płynnie od – „tak jest godnie i rozumnie” do „tak się wygrywa i zarabia”.
Mit transmisji zachęca mnie, abym pisząc przywracał istnienie minionemu pięknu, blask wartościom wyznawanym przez odchodzące pokolenia.
Mit transformacji wskazuje, że mam czytelnika przemieniać, aby stawał się lepszym Polakiem lub Europejczykiem, świadomym obywatelem, tolerancyjnym konsumentem, dzieckiem Boga czy sympatycznym sąsiadem.
Mit transgresji każe mi postawić „nowe” na ołtarzu i składać nowemu bałwochwalcze ofiary ze starych konwencji, dawnych poetyk, uznanych wartości, sprawdzonych przyjaźni. Wszelkie granice mam przekraczać, wszelkie tabu obalać. I wreszcie mit transu wskazuje, że czytelnik będzie mi wdzięczny za chwile zapomnienia, zawrócenia w głowie erotyką, melodramatem, zacietrzewieniem etnicznym, religijnym, politycznym.
Mogę wybierać w mojej twórczej wolności, ale przecież mam też świadomość, że pytanie jak i co pisać staje się mniej ważnie, ważniejsze jest – kogo teraz będzie się promować. Mogę wybierać proporcje i kierunki, włączać się w ten, czy inny nurt, ale nie mogę ignorować tego, że spośród czterech nurtów specjalnie hołubione i promowane są dwa, zgodne z tendencjami globalizmu i kosumeryzmu – transgresji i transu. Układy polityczne, koneksje towarzyskie nabierają znaczenia i tracą je znowu, kalkulacje handlowców mieszają się z imperatywami mody. A zarazem pewne snobizmy działające w dość ograniczonych kręgach podtrzymują oddech literatury, obieg myśli, jak sztuczne płuco-serce. Czasem i bez promocji błyska jakaś gwiazda.
Harry Potter i jego autorka, podobnie jak rynkowe kariery marnych melodramatów, są nowymi dowodami na to, że za wcześnie mówić o agonii, o schodzeniu ze sceny. Literatura wymyka się z rąk pisarzom, a jednocześnie łudzi ich, że niesie w sobie tajemnicę zdrowia i mocy. Ledwie człowiek wejdzie za próg internetu, a już proponują mu książki na dowolny temat – pyta o rzeźby Maorysów, pyta o choroby trzody chlewnej, pyta o diety top modelek, proszę, są książki na ten temat, podaj numer swojej karty kredytowej, wyślemy ci książki.
Cała ta zabawa nie jest dla spokojnych oraczy pióra, to świetny czas dla ryzykantów, awanturników, szarlatanów i graczy. Wydrwigrosze, Janki-Muzykanty, samotni jeźdźcy, nawiedzeni prorocy nie boją się tego zwariowanego czasu, nie przeraża ich przepaść, krawędź wyznaczona śmiercią ostatniego inteligenta, bezdomnością jego księgozbioru.
Jest czas niekochanych ksiąg. Inteligenckie biblioteki butwieją w piwnicach, albo idą na przemiał. Nic to! Księgarnie mienią się pstrokacizną okładek, wołają tysiącami tytułów. Wzdłuż regałów w antykwariatach krążą łowcy, starcy, w sile wieku, młodzi. Kiedy dotykają grzbietów książek, przez ich palce płynie niepojęta energia. Może ona napędza świat?
Duch może polne kamienie przemienić w inteligentów, gdy będą mu potrzebni. A słowo jest z ducha.







