Realny człowiek wobec wirtualnego świata
Kim jest stający wobec wirtualnego świata "realny człowiek"? Kim jest człowiek? Kiedy określać go może przymiotnik "realny"? Obydwa człony tego określenia wymagają dalszych rozważań, odpowiedzi na pytanie, w jakim stopniu wieloznaczny rzeczownik "człowiek" jest tu na miejscu. A do tego przecież nie każdy człowiek ma, czy może mieć, czy będzie miał, dostęp do wirtualnego świata. Są dane pozwalające przypuszczać, że jesteśmy w sytuacji zaczynającego się rozdwojenia gatunku homo sapiens na dwa podgatunki - homo sapiens virtualis i homo sapiens ruralis. Wyobraźmy sobie dwoje ludzi - oto pani redaktor jednego z kanałów polskiej TV widzi na ekranie satelitarny przekaz z pielgrzymki papieskiej na Ukrainę. W kadrze pojawia się przekazany przy pomocy technik elektronicznych obraz staruszki w biednej sukience podnoszącej nad głową ikonę na powitanie.
Wyobraźmy sobie drugą parę ludzi - która widzi się rzeczywiście i naocznie. Na ciężarówce 19-letni ukraiński żołnierz. Jest przemoczony, głodny, zmęczony i trochę zamroczony alkoholem. Całą noc w tłumie tysięcy innych żołnierzy kubłem sprzątał wodę z terenów lwowskiego hipodromu. Nie powiedziano mu, w jakich przygotowaniach bierze udział. Rano dostał ćwiartkę chleba i kubek wódki. Teraz z ciężarówki widzi grupę polskich harcerek, które maszerują w stronę hipodromu, będą pełniły służbę sanitarną. Są w czystych mundurkach, dobrze odżywione, roześmiane, rozśpiewane. W oczach żołnierza są jednak równie nierzeczywiste jak aktorki amerykańskich filmów z telewizji satelitarnej oglądanych w koszarowej świetlicy.
Powstał już w USA pierwszy film pełnometrażowy, w którym grająca główną rolę gra tajemnicza aktorka. Jest nie tylko pociągająca erotycznie, jej wielkie oczy o tajemniczym blasku, jej skupiona twarz sygnalizują intrygującą osobowość. Tej aktorki nie ma w rzeczywistości, została stworzona przy pomocy elektronicznych technik kreacji obrazów, podobnie jak gady ze znanego filmu "Jurasic Park" Stevena Spielberga.
Samuel Huttington pisząc "Zderzenie cywilizacji" nakreślił granicę tnącą Ukrainę na część należącą do kręgu europejsko-łacińskiego i drugą, należącą już do świata bizantyjsko-rosyjskiego, sięgającą aż po Kamczatkę, Sachalin, Wyspy Kurylskie. W swoich rozważaniach o ograniczeniach, na jakie spotyka westernizacja i modernizacja globalna Huttington zatrzymał się na krok przed przepaścią. Nie doszedł do stwierdzenia, że jesteśmy w sytuacji zaczynającego się rozdwojenia gatunku Homo sapiens na dwa podgatunki - Homo sapiens virtualis i Homo sapiens ruralis. Pani redaktor i harcerki można uznać za osobniki podgatunku virtualis. Nieistniejąca, ale robiąca wrażenie realnej osoby aktorka zrodzona w komputerach również zapewne dałaby się zaliczyć do tego podgatunku, chociaż nie jest bytem, a tylko zjawiskiem.
Staruszka z ikoną, która pojawiła się na ekranie, żołnierzyk w ciężarówce należą do drugiego podgatunku. Bardziej to przekonywające niż akcentowanie skrajności. Nie trzeba szukać jednych przykładów w Krzemowej Dolinie, a drugich w lasach Nowej Gwinei. Bliscy sąsiedzi są już daleko od siebie.
Linie podziału tylko w pierwszym przybliżeniu mogą być definiowane geograficznie. Cywilizacja euroatlantycka jest sobą aż do granic własnych slumsów, faweli, dzielnic nędzy. Tam żyje "człowiek wiejski".
Podgatunek "człowieka wirtualnego" obejmuje za to sytych, wykształconych, bogatych mieszkających bezpiecznie w miastach krajów ubogich, odtrąconych. Podgatunek "człowieka wirtualnego" to populacja osobników bardziej ruchliwych, odżywiających się pokarmami wysokobiałkowymi. Podgatunek ten uczestniczy w samorekonstrukcji genetycznej, przeważnie żyje w środowisku sztucznym, ma aktywny dostęp do quasirzeczywistości kreowanej za pomocą elektronicznych technik przetwarzania informacji pozagenetycznej. Typową niszą ekologiczną osobników tego tworzącego się podgatunku są pomieszczenia klimatyzowane zaopatrzone w ekrany i głośniki i położone w przestrzeniach i strefach strzeżonych. Wysokorozwinięta higiena, medycyna, etyka i systemy ubezpieczeń ograniczają naturalną selekcję w tym podgatunku. Charakteryzuje się on wysokim zużyciem energii pochodzącej spoza jego organizmu i obfitą produkcją odpadków, których masa przekracza wielokrotnie jego naturalne ekskrementy.
Drugi podgatunek to ogólnie mówiąc - reszta gatunku homo sapiens. Ukraińscy żołnierze sprzątający wiaderkami wodę z lwowskiego hipodromu to zapewne protoplaści pokoleń należących już do zmodyfikowanej biologicznie odmiany ruralis. Ta biedna, ale liczna reszta ma ograniczony, limitowany dostęp do wnętrza niszy ekologicznej poprzednio zdefiniowanego podgatunku, co minimalizuje wzajemną wymianę informacji genetycznej. Osobniki podgatunku ruralis - człowiek wiejski przeważnie mają trudności ze zdobyciem wystarczającej ilości pokarmu, odżywiają się pokarmami zawierającymi dużo skrobi i błonnika. Naturalna selekcja tego podgatunku tylko w niewielkim stopniu ograniczana jest przez czynniki higieny, medycyny, etyki i ubezpieczeń. Informacja pozagenetyczna pochodząca z niszy homo virtualis, w tym specjalnie przygotowana informacja mitotroniczna steruje osobnikami i grupami podgatunku niedożywionych w sposób utrwalający i przyspieszający bifurkację, czyli rozdzielenie strumienia bytu gatunkowego na dwie niezależnie odnogi. Czas procesu bifurkacji w przypadku gatunków zwierzęcych i roślinnych to setki tysięcy lat, miliony, dziesiątki milionów - różnie to bywało, zależało od wielu czynników jak od częstości występowania mutantów w populacji, od dynamiki zmian środowiska. Jesteśmy takim dziwnym gatunkiem, który sam powoduje przyspieszenia swojej ewolucji przez majstrowanie przy genach, podniesienie stopnia napromieniowania środowiska ( a to stymuluje mutacje) i naruszanie równowagi ekologicznej i klimatycznej. Jednocześnie następuje instytucjonalne wzmacnianie barier odgradzających wielostopniowo (system dekompresji kaskadowej) nisze ekologiczne obydwu podgatunków - przykład takiej kaskady - potrójny system domofonów broniących coraz bardziej zewnętrznych stref - mieszkania - budynku - osiedla wzmocniony obecnością strażników agencji ochrony, a na zewnątrz jeszcze granice, których szczelność wzmocniona jest ustaleniami układu z Schengen. Nie czujemy tych barier, póki nie musimy ich przełamywać, upowszechnia się jednak świadomość odgrodzenia.
Młody niemiecki publicysta zauważył: "System schengenowski dawno już przybrał wymiar globalny. O tym, gdzie i komu wolno mieszkać, nie powinien decydować przypadek ani los jednostkowy. Po zawarciu niemiecko-rumuńskiego "porozumienia o powrocie" z roku 1991 Europa schengenowska dąży do zawarcia wielu takich umów z potencjalnymi krajami tranzytowmi i krajami pochodzenia. W zamian za prawne ułatwienia w Kontaktach z Unią Europejską lub za bezpośrednią pomoc finansową, rządy zobowiązują się do przyjęcia każdego wydalonego obywatela swojego kraju. Takie porozumienia zostały zawarte z ponad 100 państwami; chodzi tu przede wszystkim o państwa afrykańskie i azjatyckie, które od czasu umowy amsterdamskiej podlegają ogólnemu obowiązkowi wizowemu." Ponieważ minimalizowane są kontakty wzajemne tworzących się podgatunków, wiedzą one nawzajem o sobie coraz mniej, wiedza pochodzi coraz bardziej z mediów, z zapisu elektronicznego, w jakimś stopniu jedna część ludzkości staje się dla drugiej rzeczywistością wirtualną. Ludzie dla ludzi stają się zjawiskami, tracą konkretność bytu. Obrazy ludzi z krwi i kości i obrazy ludzi wykreowanych przez komputer różnią się coraz mniej.
Człowiek wirtualny zmierza do życia w bezpiecznej kapsule, człowiek wiejski pozostanie na wsi, ale ta wieś będzie w coraz większym stopniu śmietniskiem zalewanym ściekami, będzie nękana skażeniami powietrza i katastrofami klimatycznymi powodowanymi przez "braci z kapsuły". Bidonville, fawele, slumsy to nic innego jak zwyrodniałe przez koncentrację i oderwanie od zajęć rolniczych środowiska wiejskie. Kto będzie "człowiekiem realnym" ten wiejski czy ten wirtualny? Realny człowiek - kto to jest? Człowiek rzeczywisty, uznawany za rzeczywistego, czujący swoją rzeczywistość, identyczność, tożsamość. To zjawisko uznania, rozpoznania, nazwania własnej czy wzajemnej rzeczywistości ma zawsze charakter społeczny. W języku Biblii "poznać" jest identyczne ze "współżyć" - współżyć w małżeńskim, czy choćby plemiennym wymiarze. O ile podgatunek ruralis często związany jest jeszcze silnymi relacjami plemiennymi i rodzinnymi, o tyle podgatunek homo sapienis virtualis coraz częściej żyje samotnie lub czuje się samotny.
Nie tak dawno czytałem w "Rzeczpospolitej" informacje o sytuacji we Francji, gdzie ustabilizowała się tendencja do wzrostu liczby "jednoosobowych gospodarstw rodzinnych".
Syty człowiek miejski, człowiek sprzed ekranu, ma poczucie uwikłania w liczne role społeczne - pracownika, nabywcy, dłużnika, wyborcy, pracodawcy, konsumenta, posiadacza, mieszkańca - ma jednocześnie poczucie, że w kolejnych sytuacjach społecznych oczekuje się od niego pełnienia roli, a nie bycia sobą. Aby zakomunikować komukolwiek swoje pojedyncze i całościowe istnienie, musi wynająć psychoterapeutę. Kultura w posttotalitarnym, postmodernistycznym, post-oświeceniowym kryzysie nie żywi go poczuciem sensu, nie wzywa go do uczestnictwa we wspólnocie. Nakazuje mu bycie wolnym, wzywa go, aby bronił się przed manipulacją, a jednocześnie sygnalizuje, że wolność jest udręką dokonywanych w pustce i samotności wyborów, a przed potęgą coraz bardziej wyszukanej socjotechnicznie manipulacji - nie ma ucieczki.
Biedne ukraińskie żołnierzyki są może bardziej manipulowane niż ja, ale myślę, że to nie jest ich życiowy problem. I zamartwianie się problemem wolności dopada ich raczej tylko wtedy, gdy trafiają do aresztu. Mają za to mocne poczucie, że to wszystko prawda - że realna jest ćwiartka chleba, błoto w butach, mokre ciuchy na grzbiecie. Że sami są realni aż do bólu urobionych czerpaniem rąk i pochylonego grzbietu. W koszarach mają pewnie świetlicę z telewizorem. Może nawet mają jakieś poczucie wolności wybierając między rosyjskimi i ukraińskimi kanałami. Czy filmy amerykańskie nie są dla nich rzeczywistością wirtualną?
Wewnątrz "kapsuły sytych" kontakty osobiste ulegają stopniowej redukcji i formalizacji, bierzemy pieniądze z bankomatu i wydajemy w supermarkecie, gdzie pomiędzy ludźmi stoją formalności kodu kreskowego, karty kredytowej, kasy fiskalnej, systemu elektronicznych zabezpieczeń przed kradzieżą. Potem zaczynamy kupować przez internet. Rzeczywistość dematerializuje się i materializuje ponownie dopiero w kontakcie z naszym ciałem - wtedy mydło się pieni, pokarm ma smak, muzyka brzmienie, partner seksualny swoje odruchy i identyczność. Długotrwałe kontakty z rzeczywistością wirtualną próbuje nas jednak przekonać, że mydło z ekranu pieniło się lepiej, chipsy były smaczniejsze, a partnerzy seksualni piękni jak bogowie i boginie. Pożądamy tego, co pokazuje ekran i jako surogat przyjmujemy nasze realne życie. Unieważniamy teraźniejszość z obsesyjną, technologiczną nadzieją na to, że w przyszłości uda się nam przejść na drugą stronę ekranu, do wirtualnego raju. Ludzie realni czują się gorsi od zjaw z ekranu. Podświadomie chcieliby już być zjawami. W tym czasie homo sapiens ruralis może jeszcze na bazarze wymieniać towar za towar, targując się, patrząc sobie w oczy, próbując towarów, przybijając dłonią zawarcie transakcji, widząc się wzajem, wąchając zapach potu, zapamiętując twarze do następnego, już nie anonimowego spotkania. Tu cierpi się, ale ceni sobie każdą przyjemność teraźniejszą w ponurym i często uzasadnionym przeczuciu, że jutro będzie gorsze.
Zetknięcie z rzeczywistością wirtualną w tych dwu podgatunkach ma odmienny stopień stężenia i odmienny charakter. Gdyby porównać z czytelnictwem - można by powiedzieć, że w pierwszej strefie są osoby, które same kompletują sobie biblioteki, w drugiej - osoby, które mają ograniczony dostęp do starannie przebranych księgozbiorów. Gdyby porównać je z zatruciem - można by powiedzieć, że w pierwszej strefie są osoby same wybierające sobie narkotyki i sięgające stopniowo ku coraz bardziej "twardym" halucygenom, w drugiej - osoby skazane na przebywanie w strefie skażonej, zatruwające się wbrew swojej woli, często bezwiednie.
Nawet wolność słowa, swoboda prasy, systemy telewizji satelitarnej nie są gwarancją swobodnego przepływu informacji. Elity polityczne, a przede wszystkim elity ekonomiczne decydują, co nadawać, komu do proponować. Rzadziej decyduje wolność wyboru, częściej skuteczność promocji. Skoro gęstnieje bariera, rośnie dystans, przepływ informacji pomiędzy niszami ekologicznymi zamieszkiwanymi przez dwa inicjujące swoje istnienie podgatunki musi być ważnym interesem dla decydentów zarządzających barierami podziału. "Wiejscy" będą przedstawiani "braciom z kapsuły" w sposób zmitologizowany i wzajemnie - jeszcze więcej elementów sterowania czyli manipulacji będzie w wizji "ludzi wirtualnych" przedstawianej tłumom z faweli. Model tego widać analizując działy plotek o świecie filmu, muzyki rozrywkowej, mediów w kolorowej popularnej prasie. To jest prawda o "górze" spreparowana na użytek "nizin", wersja wirtualna nie tylko na sprzedaż, ale i dla wymuszenia określonych zachowań w rolach nabywców, wyborców, pracowników. Programy typu Big Borther to przykład, jak "góra" preparuje dla "nizin" wiedzę o "nizinach" czyli samowiedzę. Coraz bardziej w cenie są realni ludzie dobrze udający idealne zjawiska ekranowe.
Elity globalnych nadawców to przede wszystkim osobniki Homo sapiens virtualis. To te elity wytwarzają rzeczywistości wirtualne dla obydwu podgatunków, przy czym do wielu osobników odmiany ruralis przenoszona nośnikami elektronicznymi rzeczywistość wirtualna nie dociera wcale, a do pozostałych dociera już wyselekcjonowana, a więc mniej zróżnicowana, często użyta jako narzędzie manipulacji mitotronicznej.
Wydawać by się mogło, że istotnym zjawiskiem w świadomości stanie się dramat podziału ludzkości na podgatunki, dramat rozdarcia. Tymczasem samo rozdarcie nie jest bynajmniej doświadczeniem powszechnym. Wirtualni żyjący wśród ekranów i innych wirtualnych osobników nie przeżywają dramatu rozdarcia, tak samo jak odrzuceni mający wokół siebie odrzuconych. Ból pojawia się w strefie przejściowej, zmieszanej. Dramat wydarza się tam, gdzie do oddalających się bezpowrotnie wyciąga się ręce, aby ich zatrzymać. Można więc powiedzieć, że proces bifurkacyjnego podziału już teraz wytwarza trzy strefy różnych świadomości - wewnątrz strefy virtulanej przeważać będzie odczuwanie równowagi świata przez optykę Francisa Fukuyamy, odczuwanie, że wszystko zmierza z mniejszymi czy większymi zaburzeniami do sytuacji wolnego rynku, rządów demokratycznych, przestrzegania praw człowieka z jednoczesnym macdonaldyzowaniem kultury. W strefie rozdarcia dominować będzie świadomość napięcia, zderzenia, pokrewna hipotezom Samuela Huttingtona z jego "Zderzenia cywilizacji". W skrajnych przypadkach może ta świadomość być świadomością dżichadu, świętej wojny. W wewnętrznej, głębokiej strefie slumsów, biedy, wsi zdecydowana samoświadomość budowana będzie wokół mieszaniny dawnych religii i mitów zbełtanych z mitotronicznym przekazem pochodzącym z mediów sterowanych przez strefę virtualis. Każdy obszar świadomości wytworzyć może własne pojęcie tego czym jest "człowiek realny".
Tak się szczęśliwie stało, dotarł do mnie głos jednego z panelistów, który odczytałem jako wyraźny przekaz ze strefy wirtualnej, jako przykład takiego osobnego pojęcia "człowieka realnego". Myślę tu o głosie Jakuba Chabika, który pisze o sobie "Ja, homo virtualis", ale pisze tak ironizując, bo w tekście zaprzecza mojej diagnozie: Ludzie nie dzielą się bowiem na wirtualnych i rzeczywistych. Ludzie dzielą się na ciekawych i nieciekawych, a także na mądrych i głupich. W moim bloku mieszka grupka młodzieży na oko szesnastoletniej, może trochę starszej. Ich świat to rozmowy na korytarzu o niczym, oglądanie telewizji, słuchanie techno i hip-hopu, a także zwykłe nudzenie się w domu. Nie mają pieniędzy na rozrywki, ani nie mają rozbudzonych żadnych potrzeb poza podstawową konsumpcją.[...] To właśnie infoproletariat, o którym pisze Piotr Wojciechowski w swoim eseju, a także Umberto Eco w felietonach. Tylko dość specyficzny, bo całkowicie pozbawiony dostępu do technologii.
Ja żyję w strefie rozdarcia, w świadomości rozdarcia, nic więc dziwnego, że punkt widzenia mojego polemisty różni się znacznie od mojego. W jego jaźni pojęcia, obrazy, oceny pochodzące z internetu stanowią ogromny, dobrze wewnętrznie skoordynowany obszar, tym istotniejszy, że jest on homo virtualis z internetowego interioru, zadowolony z przyjaźni zawartych w wirtualnym środowisku, wdzięczny internetowi za dostarczenie środka do kontynuowania znajomości zakończonej małżeństwem, a dziś pokazujący właśnie w internecie swojemu dziecku rośliny i zwierzątka opisane w książkach. Sądzi o sobie nie bez słusznej dumy, że jest z tych "mądrych", z tych "ciekawych", sądzi, że jest wirtualny - czyli jeszcze bardziej rzeczywisty. I ma rację. Z tym, że rzeczywistość nie jest już oczywista. Wymaga dopowiedzenia - czyja rzeczywistość. Na infoproletariat ze swojego bloku patrzy pan Jakub jak na porosty na dalekiej planecie. Nie dostrzega problemu odrzuconych i skazanych przez globalizację, bo jest daleko od krawędzi swojego ekosystemu, jest w interiorze, w którym rzeczywistość danych statystycznych, agencyjnych newsów, faktów medialnych tak przesiąkła i duszę, i szarą substancję mózgu, że świadomość jest już częścią technosfery. Nie mogę podważyć szczerości kogoś, kto pisze: Trudno jest mi więc przyjąć za dobra monetę stwierdzenia o postępującej alienacji osób nadmiernie korzystających z dobrodziejstw cyberświata. Przeciwnie, nigdy jeszcze nie prowadziłem tak ożywionej dyskusji z tak wieloma osobami, nigdy też nie miałem sposobności poznać tylu ciekawych ludzi - z szanownymi panelistami na czele.[...]Moi cyber-przyjaciele to właśnie realni ludzie w wirtualnym świecie. [...]Kontakty za pomocą Internetu nie stają się więc substytutem kontaktów rzeczywistych. Wspomagają je jedynie, dają nowe medium i narzędzie, ale nie przewartościowują naszych uczuć i myśli. One bowiem pochodzą z samej istoty naszego człowieczeństwa - i ten czy inny wynalazek techniczny nie zmienia ich wcale albo prawie wcale.
Jedyne co mogę przeciwstawić tej optymistycznej subiektywności kognitariusza - to stwierdzenie, że jest związek między uczuciami i myślami w głowie a tymi uczuciami i myślami, które wzmocnione i powielone jako teksty piosenek hip-hopowych, obyczaje subkultury techno, wzory osobowe z telewizji są codziennym chlebem jego młodych sąsiadów z bloku, starszych kolegów, starszych koleżanek jego córeczki. Zagłębiony umysłem w interior internetu fizycznie nie żyje on jeszcze w bezpiecznej kapsule chronionych osiedli, fizycznie żyje wśród infoproletariuszy i to tych bliskich frustracji, bo znających obrazy bogactwa, karier, globalnych możliwości.
Zresztą bezpieczeństwo zamkniętych osiedli (z własną siłownią, sauną i basenem) staje się coraz bardziej iluzoryczne. Lawinowo narasta ilość wiadomości o przestępczych działaniach pracowników firm ochroniarskich. Rabują banki, okradają sklepy, wymuszają haracze, porywają dla okupu. Przybywa ich (w Polsce jest ich już ponad 200 tysięcy), a więc z rozkładu normalnego Gaussa wynika, że rośnie prawdopodobieństwo ubrania w mundur strażnika człowieka związanego ze środowiskami przestępczymi, podatnego na demoralizację, obciążonego charakteropatią czy psychozą. Nie tylko statystykę trzeba tu mieć na uwadze. Ochroniarz to człowiek bliski "strefy rozdarcia", człowiek słabo wykształcony, zarabiający stosunkowo skromnie, ale na co dzień żyjący na krawędzi, na styku z bogactwem, sukcesem, blichtrem. A do tego często godziny dyżurowania spędzający na oglądaniu TV, nie czyta przecież wtedy Konopnickiej ani Pascala. Jego system decyzyjny, jego moralność poddane są ciągłemu napięciu pokus i stałemu masażowi cyniczną bzdurą. Czy i o nim można bezpiecznie mówić, że jego uczucia i myśli pochodzą z "samej istoty człowieczeństwa" - czy jeszcze wiemy co jest tą istotą? Skąd wiemy kiedy wypowie nam "święta wojnę"? Ludzie tacy jak Alvin Toffler widzą przyszłość w tym, że informacja staje się nie tylko najważniejszym, najbardziej pożądanym towarem, ale również bogactwem rodzącym bogactwo, towarem, którego nie ubywa w akcie sprzedaży. Mniej pisze się o tym, kto potrafi wydobywać z informacji bogactwo - i czyim kosztem. Sprawy informacji, która jest towarem, bogactwa, które ona przynosi, zamazują inną, bardziej intymną sprawę. Ja jestem informacją. Moja świadomość, mój charakter, moja dusza, moje sumienie - to wszystko nazwy jakichś zbiorów informacji przyporządkowanych mojej osobie. Bodźce wpływające przez moje zmysły, natchnienie idące od Boga, diable kuszenia, informacje z mediów, obrazy świata wirtualnego i realnego, treści i formy z dzieł kultury, to też informacje, które we mnie dodają się do już istniejących we mnie informacji, sumują się, częściowo w mózgu, częściowo w Świętych Obcowaniu informacji. Czy jeśli się to wszystko weźmie w klamrę nawiasu, można będzie coś sądzić o uczestnictwie osoby, człowieka realnego, w czymkolwiek stadnym, plemiennym, społecznym, wspólnotowym? Bogać tam. Przecież jest jeszcze informacja zawarta w fizjologii, w moim kodzie genetycznym, w stanie organizmu łącznie z enzymami trawiennymi, działaniem wszystkich gruczołów dokrewnych, specyfiką budowy mózgu. To, co jest we mnie, jest równie skomplikowane, dziwne, niepoznawalne jak reszta świata. Znane po łebkach, z przekłamaniami, odpryskami takiej czy innej mitologii i przesądów. To, że sam dla siebie jestem realny, to nie wynik poznania, ale przyjęcie pewnej hipotezy roboczej. Tylko realność cierpienia na zawsze wiąże mnie z rzeczywistością. Czy jednak na zawsze? Rozwój medycyny, chirurgicznych i farmakologicznych środków walki z bólem może oderwać mnie od cierpień fizycznych. A cierpienia duchowe? Czy realne byłoby cierpienie wywołane zakochaniem się w wirtualnej zjawie ekranowej?
A moje współczucie wobec ginących w katastrofie ludzi i ich osieroconych rodzin? Co jest etycznie warte takie współczucie, jeśli pokazano mi doskonale wykreowany komputerowo obraz powodzi czy pożaru?
Mówiąc "jestem" - niewiele więc wiem, kim i jak jestem. Stoję jak bocian w ruczaju w strudze świadomości. Wiedza niepewna o oddalającej się części ludzkości jest jakimś wątkiem tej strugi. Innym wątkiem mojej świadomości jest wiara - a z niej wynika przecież, że Bóg chce, abyśmy byli jedno. Czy możemy być jedno, nie będąc razem? Czy można kochać bliźniego znając tylko jego obraz wirtualny? Daleki jestem od tego, aby widzieć jakieś zło w technologiach elektronicznego przetwarzania danych, albo w kreowanych przez urządzenia rzeczywistościach wirtualnych. Maszyny, narzędzia, instalacje nie mogą być winne - wina wiąże się z pojęciem ludzkiego sumienia. Jeśli więc jest coś istotnego w relacji człowieka realnego do świata, również do wirtualnego świata, to tym elementem jest osąd sumienia. Znakiem realnej obecności jest granica dzieląca zło i dobro.
Tekst został odczytany podczas corocznej konferencji Polskiego Towarzystwa Informatycznego "Realny człowiek wobec wirtualnego świata", która odbyła się w 2001 roku.







