Laboratorium Re... > Sekta > Ania odchodzi z "Rodziny"  

Rozmowa z Anią, byłą członkinią sekty "Rodzina"

Ania odchodzi z "Rodziny"

Zuzanna Talar

Nie mogłam się ze sobą dogadać. Właściwie bardziej z ludźmi niż ze sobą. Po prostu byłam odludkiem. Dobrze czułam się sama z sobą. Lubiłam czytać i chodzić na niemiłosiernie długie spacery z psem Andreą. Uwielbiałam też chodzić do teatru.

Kim byłaś zanim wstąpiłaś do sekty?
Nikim szczególnym. Naprawdę. Nie mogłam się ze sobą dogadać. Właściwie bardziej z ludźmi niż ze sobą. Po prostu byłam odludkiem. Dobrze czułam się sama z sobą. Lubiłam czytać i chodzić na niemiłosiernie długie spacery z psem Andreą. Uwielbiałam też chodzić do teatru. Najczęściej sama, bo ludzie z mojej klasy chodzili do tego przybytku tylko z panią od polskiego, kiedy wyjście było obowiązkowe. Czasem chodziłam też z mamą. Ale rzadko. Ona była ciągle zajęta. Imprezy do rana mnie nie ciągnęły ani dyskoteki, na których dziewczyny prezentowały swoje gołe brzuchy. Oczywiście bardzo lubiłam muzykę, ale chyba nieco inną niż moi rówieśnicy.

A jaką?
Rock progresywny. Często słuchałam też poezji śpiewanej. No i muzyki klasycznej, ale to bardziej z powodu mamy. Ona w niedzielę, kiedy się relaksowała, puszczała Bacha albo Mozarta, a ja chcąc nie chcąc osłuchałam się.

Czy miałaś jakichś przyjaciół?
Właściwie nie. W klasie z nikim nie byłam blisko. Na początku kiedy zaczęłam liceum i nikt nikogo nie znał, trzymałam się z dwiema dziewczynami. One ciągle gdzieś latały, ciągle chciały się bawić. Czasem jak szły do kina, na film, który mi odpowiadał, szłam z nimi, ale na te głupie dyskoteki już nie dawałam się namówić. Na klasowe imprezy na początku chodziłam, ale szybko znudziły mnie. Każda prywatka była taka sama. Chłopcy próbowali dobierać się do dziewczyn, a one były dumne, że się im podobają. Ja się tym brzydziłam. Wszyscy szybko się upijali. Doczekiwali rana, jakby to był konieczny punkt imprezy i dopiero wracali do domu. Na początku wykręcałam się, że nie mogę, albo że źle się czuję, ale potem coraz częściej mówiłam po prostu, że nie mam ochoty. Po pewnym czasie dziewczyny zorientowały się, że jestem dziwna. Mówiły, że jestem jakaś inna. Nie przeszkadzało mi to. Nie będę się przecież zmuszać. Ale oczywiście dziewczyny zżyły się z innymi osobami i zostałam sama. Potem już nikt mi nie proponował dyskotek ani imprez. Może było mi trochę przykro, ale nie dlatego, że nie chcą mojego towarzystwa, ale że mnie nie rozumieją.

Czy nie miałaś nikogo bliskiego skoro nie przyjaźniłaś się z kolegami z klasy?
Kiedyś miałam. Marta - córka przyjaciółki mojej mamy. Świetnie się rozumiałyśmy. Ale ona zginęła w wypadku samochodowym kiedy miała 15 lat. Bardzo to przeżyłam, długo nie mogłam się z tym pogodzić.

Dlaczego Twoja mama nie miała dla Ciebie czasu?
Mama była bizneswoman. Panią z pomalowanymi paznokciami i farbowanymi włosami. Ładna była, zawsze elegancka. Pracowała jako wice prezes firmy, którą założyła z dwojgiem znajomych, kiedy komuna się skończyła. Firma szybko zaczęła prosperować, ale wymagała też nakładów czasowych. Miała dużo pracy i dużo wyrzutów sumienia. Czułam to. Ciągle zajęta i ciągle przepraszająca. Wiedziała, że powinno być inaczej. Próbowała się rehabilitować. Kupowała mi drogie książki, zabierała do sklepu z ciuchami. Czasem nawet chodziłyśmy do restauracji. Wtedy czułam się jak księżniczka. Mimo to było mi smutno. Bo co z tego, że jesteśmy razem przez całą niedzielę, skoro jutro zacznie się kolejny tydzień, kiedy będę zupełnie sama. I kolejny, kolejny...

A co z Twoim ojcem?
Taty nie mam. Był tylko przez pierwsze cztery lata mojego życia. Potem nagle zostawił wszystko i wszystkich. Wyjechał za granicę. Podobno bez słowa. Przysyłał mi paczki. Mama na początku je wyrzucała, ale potem machnęła ręką. Szkoda jej było tego co w środku. I zaczęłam dostawać lalki, kolorowe sukienki i słodycze. W Polsce wtedy jeszcze nic nie było. Potem czasy się zmieniły i kiedy mama założyła firmę i zaczęła dobrze zarabiać, paczki przestały przychodzić. Nie wiem czy tata przestał je wysyłać sam z siebie, czy mama mu zabroniła. Nie potrzebowała już jego pomocy. W końcu teraz świetnie sobie radziła, życie zmusiło ją do samodzielności i udało jej się. Nie pytałam co z ojcem. Nie chciałam jej robić przykrości. Wiedziałam, że jest jej ciężko samej.

Czy byłaś religijna?
Nie. W moim domu nie przywiązywało się zbyt dużej wagi do tego problemu. Pamiętam, że początkowa mama próbowała wprowadzić trochę wiary w nasz dom, ale to było sztuczne. Robiła to tylko z poczucia powinności, tylko dlatego, że ja się pojawiłam w jej życiu. Wcześniej chyba w ogóle nie chodziła do kościoła. Ale nie wkładała w to serca, więc mnie nie przekonała. W końcu zrezygnowała, bo sama się męczyła, a ja byłam niechętna.

Jak to się stało, że weszłaś do sekty?
To było w wakacje. Pojechałam na koncert rocka progresywnego do Kielc. Mamie powiedziałam, że jadę z ludźmi z klasy. Nie zgodziłaby się, żebym jechała sama. Nawet nie wiedziała, że moi koledzy nie słuchają takiej muzyki. Przyjechałam rano. Koncerty miały trwać przez dwa dni non stop. Pierwszy dzień spędziłam zupełnie sama. Drugiego pojawił się Miro. Powiedział, że obserwuje mnie od wczoraj i zauważył, że jestem sama. Zapytał czy może mi towarzyszyć. Początkowo byłam niechętna, ale potem pomyślałam, że może jest fajny i inny od moich kolegów. Wyglądał bardzo sympatycznie. Zachowywał się szarmancko. Poczułam się ważna i pewna siebie.

Nie zdziwiło Cię jego imię?
Trochę tak. Ale nie chciałam pytać, bo niektórzy ludzie są bardzo wrażliwi na swoim punkcie. Nie chciałam mu zrobić przykrości. Po prostu pomyślałam, że to zdrobnienie od Mirek.

Co działo się dalej?
Resztę dnia spędziliśmy razem. Czas upłynął nam na słuchaniu muzyki i rozmowach. Wiesz, ja przyzwyczaiłam się do tego, że rzadko jestem rozgadana, więc z początku byłam spięta, ale on jakby mi pomagał mówić i rozluźniłam się. Od słowa do słowa powiedziałam mu, że chyba jestem dziwna, bo nie umiem żyć z ludźmi blisko. Że dobrze się czuję sama z sobą i trudno jest mi znaleźć porozumienie z rówieśnikami. Powiedziałam mu, że moi znajomi zaczęli się ode mnie odcinać, bo nie jestem dobrym kompanem do zabaw i plotek. Mi to nie przeszkadza, bo nie potrzebuję towarzystwa ludzi, z którymi nie mam o czym rozmawiać, ale nie ma co ukrywać - jestem przez to sama.

Jak Miro na to zareagował?
Zareagował bardzo ciepło. Powiedział, że wcale nie jestem dziwakiem, ale skarbem. Że to piękne, że nie jestem konformistką, ale osobą, która zna swoją wartość i pozostaje sobą. Było mi miło to usłyszeć, ale on chyba mnie nie zrozumiał. Przecież to odcinanie się od ludzi nie dawało mi tak naprawdę szczęścia. Przecież mówi się, że człowiek to istota społeczna. Cały czas żyłam tak, jak śpiewał Rysiek Riedel: ?Kiedy jestem sam chciałbym być z wami, kiedy jestem z wami, chciałbym być sam?.

Powiedziałaś mu to?
Tak. A on mi na to powiedział, że to co czuję jest normalne i że on ma pomysł...Powiedział, że zna grupę wspaniałych ludzi, którzy też nie lubią otaczać się byle kim i szukają swojego miejsca w świecie. Są jak ja indywidualistami. Powiedział, że na pewno by mi się spodobali. Zaproponował, żebym ich poznała.

Jak zareagowałaś?
Pierwsze co poczułam to opór. Bo wiesz., ja nauczyłam się nie lubić ludzi. Byłam na nich jakby uczulona...Ale potem pojawiło się miłe uczucie, że w końcu nie jestem sama. Zapytałam, czy sądzi, że dobrze czułabym się w ich towarzystwie. Powiedział, że jest pewien, bo ich nie dziwią tacy jak ja, ponoć nawet lubią takich odmieńców, w dobrym tego słowa znaczeniu oczywiście.

Zapytałaś go kim są ci ludzie?
Tak. Powiedział, że to są jego przyjaciele z różnych stron Polski. Poznał ich kiedy miał problemy. Wtedy mu pomogli. Podobno tylko oni go wysłuchali, zrozumieli i wsparli. Jest im za to bardzo wdzięczny. Stali się mu bliscy, bliżsi nawet niż rodzice. Powiedział, że może za nich ręczyć, bo są niczym jego rodzina. Nic więcej o nich nie mówił. Miałam wrażenie, że zmienia temat, kiedy chciałam o nich jeszcze porozmawiać. Wtedy ci ludzie zaczęli mnie frapować. W końcu zapytałam jak mogłabym się z tymi ludźmi spotkać.

Co wtedy powiedział?
Że mogę pojechać z nim, to mi ich przedstawi. Powiedział, że to blisko Warszawy, w Rawie Mazowieckiej, więc nie będę wiele później w domu. Wiedziałam, ze mogę sobie na to pozwolić, bo mam jeden dzień w zapasie. Powiedziałam mamie, że będę w poniedziałek wieczorem, a to była niedziela.

Co pomyślałaś?
Że to znaczy, że mieszkają razem, i że to dziwne. Ale po pewnym czasie naszły mnie myśli, że może lepiej jest mieszkać wśród ludzi, którzy się szanują i rozumieją, niż tak jak ja - ciągle sama. Rozmawiająca z mamą przede wszystkim przez telefon. Wtedy też pojawił się żal do mamy. Wyobraziłam sobie, jak ci ludzie muszą być szczęśliwi, znajdując w sobie oparcie. Bardzo kochałam mamę i zawsze kiedy byłyśmy blisko czułam się szczęśliwa, ale to zawsze trwało moment. A tamci ludzie byli tak szczęśliwi zawsze. Poczułam się zazdrosna.

Kiedy zadecydowałaś, że jedziesz z Miro?
To dojrzewało we mnie do końca dnia. Miro nie dopytywał się czy z nim pojadę. Po prostu wieczorem, kiedy koncert skończył się, zapytał jaka jest moja decyzja. Wtedy byłam już pewna. Jadę z Miro!

Co było dalej?
Pojechaliśmy do Rawy Mazowieckiej. Mały drewniany domek. Drzwi były otwarte, jakby domownicy czekali na gości. Już od samego wejścia czułam miłą, ciepłą atmosferę. W hallu wisiały duże, kolorowe fotografie wszystkich przyjaciół Miro. Byli uśmiechnięci, wszyscy obejmowali się. Mięli coś przyjaznego w spojrzeniu, widać było, że są szczęśliwi. Zaraz zjawiła się obok nas młoda, ładna kobieta. Przywitała się serdecznie z Miro i zostałyśmy sobie przedstawione. Nina. Zaprosiła mnie do bogato urządzonego salonu. Rozsiadłam się wygodnie w skórzanym fotelu. Nawet nie wiem, kiedy minął czas. Potem poznałam kilkoro następnych domowników. Było mi dobrze w tym domu i w towarzystwie tych ludzi. Już pierwszy kontakt z nimi stworzył we mnie przekonanie, że są moimi przyjaciółmi. Okazało się, że wszyscy członkowie "Rodziny" zmieniają imiona, ponoć na znak zerwania z dawnym grzesznym życiem i zapoczątkowania nowego dobrego. To wywołało we mnie całkiem nowe widzenie świata. Nina opowiedziała o ich życiu na wzór pierwszych chrześcijan, bez nadużywania alkoholu, narkotyków, nawet palenia papierosów. Wyjaśniła mi, że w tym domu żyje się zupełnie inaczej, niż w tradycyjnej rodzinie. Że trzeba zmienić swoje grzeszne przyzwyczajenia, aby być naprawdę szczęśliwym. Wszyscy mieszkańcy wzajemnie się wspierają i pomagają sobie, łączy ich szczere uczucie oddania i miłości. Ten dom był przepełniony wiarą i Chrystusem.

Czy nie przeszkadzało Ci to? Przecież powiedziałaś, że nie byłaś wierząca.
Nie byłam wierząca, bo tak naprawdę nikt mi Boga nie pokazał. Mama robiła to beznamiętnie, bez własnego zainteresowania. W tamtym domu zobaczyłam Boga w zupełnie innym świetle. Mnie to nie zniechęciło. Mnie to zainteresowało. Ci ludzie pokazali mi sprawy wiary w zupełnie innym świetle. Powiedziałabym, że w pociągającym świetle.

Czy próbowali przekonywać Cię do swojej religii i swojego stylu życia, indagowali Cię?
Nie. Robili wrażenie, jakby ich życie było wspaniałą drogą przez modlitwę. Dopiero później okazało się, że głoszą naukę, której centralnym punktem była doktryna o zbawieniu. Twierdzili, że wystarczy powiedzieć: Drogi Jezu, przebacz mi moje grzechy, wejdź do mojego serca i daj mi swój bezpłatny dar życia wiecznego. W imieniu Jezusa. Amen, by otrzymać dar życia wiecznego. Dowiedziałam się od nich, że pomysłodawcą "Rodziny" jest David Berg, ale używa imienia Moses David ? po Polsku Mojżesz Dawid. Wtedy chyba nawet oni nie wiedzieli, że był poszukiwany przez Interpol listem gończym. Nikt nie miał bezpośredniego kontaktu z guru. Powiedzieli mi, że prowadzi ?Rodzinę? za pośrednictwem namiestników. Ale kto nim jest, pozostaje tajemnicą, żeby panowało poczucie równości. Zauważyłam, że osoba przywódcy nie podlega żadnej krytyce. Nikt nie mówił o jakichś jego wadach.

Co zadecydowało, że zapragnęłaś się z tymi ludźmi połączyć?
Nie wiem. Po prostu wszyscy byli czarujący i nigdy nie czułam się tak komfortowo, jak wśród nich. Wszyscy byli tak uśmiechnięci i szczęśliwi, że zaczęłam im zazdrościć. W tym domu była cudowna atmosfera, jakby wspólnoty i pojednania, mimo, że byłam z zewnątrz. Nagle wyrwało mi się: Chciałabym być z wami. Nina powiedziała, że muszę jeszcze zaczekać. W ich rodzinie, jak nazwała ludzi, zamieszkujących ten dom, mogą zamieszkać ludzie w pełni świadomi czyli pełnoletni. Poza tym muszę się dobrze zastanowić i przygotować. Powiedziała, że muszę mieć czas na załatwienie swoich spraw.

A jak zareagowałaś na informację, że musi minąć jeszcze trochę czasu zanim mogłabyś zamieszkać w tym domu?
W pierwszym momencie poczuła się trochę zawiedziona, ale potem pomyślałam, że Nina ma rację. Pomyślałam, że to dobre miejsce, że to dobrzy ludzie. Nie tylko otwarci i akceptujący, ale i mądrzy, rozsądni. Nigdy nie byłam zbyt wierząca, ale po tym, jak zobaczyłam tych ludzi i ich dom, poczułam, że to może być piękna droga. Wyczułam, że to miejsce jest szczególe, więc nie powinno być tak, że może tu zamieszkać każdy, w każdej chwili. Dopiero w pociągu w drodze powrotnej do domu zaczęłam się zastanawiać. Obleciał mnie strach. Czy mam zostawić mamę? Wyprowadzić się z mojego domu? Wszystko w moim życiu zmienić? Ale zaraz miałam gotową odpowiedź - tak, przecież nie byłam, szczęśliwa.

Jak miał wyglądać Twój kontakt z sektą do momentu ukończenia pełnoletności?
Nina powiedziała mi, żebym skupiła się przez ten czas na sobie. Miałam dużo się modlić. Ostrzeżono mnie, że jeśli nie będę gorliwa w modlitwie, nie uda mi się zaadoptować w "Rodzinie". Nina powiedziała, żebym nie próbowała się z nią kontaktować. Teraz po czasie wiem, że oni mnie sprawdzali. Sprawdzali kim jestem, szukali informacji na mój temat w szkole, wśród znajomych. Chcieli przekonać się, czy łatwo ulegnę ich wpływom. Nina powiedziała, że kiedy skończę 18 lat, wyśle po mnie Miro. Oczywiście gdybym okazała się niezbyt dobrym materiałem, po prostu nikt by się nie zjawił.

Jak się rozstaliście?
Było późno, nie chcieli, żebym jechała nocą sama do Warszawy. Zatrzymali mnie, ale Nina zapowiedziała, że nikt obcy nie może dłużej przebywać w "Rodzinie", bo to rozbija rytm dnia mieszkańców. Więc dopóki nie zdecyduję się na zamieszkanie tam, nie mogą mnie gościć. Następnego dnia skoro świt musiałam iść na dworzec.

Jak zmieniło się Twoje życie po decyzji wstąpienia do sekty?
Ja wcale nie traktowałam tego jak wstępowanie do sekty. Widziałam w tym miejscu spokój, zrozumienie, cel. Zaczęłam odmierzać czas. Urodziny miałam za pięć miesięcy. Czekałam i przygotowywałam się. Zaczęłam się modlić. W końcu miałam do kogo mówić. Kupiłam sobie krzyżyk i trzymałam go w ukryciu. Nie chciałam, żeby mama go zobaczyła. Wstydziłam się tych uczuć, które tak nagle się we mnie pojawiły. Pewnie mama by nie zrozumiała. Przestało mi przeszkadzać, że mamy ciągle nie ma, a do rówieśników trudno jest mi się zbliżyć. Zaczęłam nawet patrzeć na nich z pewnym politowaniem. Ciągle pili, robili imprezy, na których ćpali. Mój przyszły świat miał być lepszy. I muszę ci powiedzieć, że już teraz poczułam się szczęśliwsza. Było mi coraz lepiej i żyłam w przeświadczeniu, że będzie jeszcze lepiej.

Czy nikt się nie zorientował, nikt nie dostrzegł zmiany?
Kto? No powiedz, kto? Koledzy z klasy, z którymi i tak wiele nie rozmawiałam? Albo mama, która więcej czasu spędzała ze swoimi wspólnikami, niż ze mną? Poza tym nawet jeśli ktoś by się zorientował, to była przecież zmiana na lepsze... Chrystus... co w tym złego?

Czy powiedziałaś mamie o swoich planach?
Nie. Pomyślałam, że zachowa się egoistycznie i będzie chciała zatrzymać mnie dla siebie. Miała swoją szansę ale nie skorzystała!

Co wydarzyło się, kiedy skończyłaś 18 lat?
Leżałam na łóżku i czekałam. Nie poszłam do szkoły. Mamie powiedziałam, że źle się czuję. Pozwoliła mi zostać w domu. Miro zjawił się, jak obiecywali. Byłam już gotowa. Chciałam jeszcze zadzwonić do mamy, jakoś tak głupio mi było bez słowa odejść. Ale Miro odradził mi to. Pojechaliśmy.

Jak wyglądał Twój pierwszy dzień w sekcie?
Zostałam oprowadzona po całym domu i przedstawiona wszystkim jego mieszkańcom. Było tam około dwudziestu osób. Wszyscy byli dla mnie nadzwyczaj mili. Zobaczyłam pokoje mieszkalne i sale wykładowe dla dzieci. Sypialnie były bardzo skromne w porównaniu do wystroju salonów na dole domu. Sale wykładowe dzieci to miejsce zabaw i nauki. Dzieci miały też wyznaczone pokoiki do spania. Potem oglądałam obejście domu. Bardzo zadbane, bez jednego chwastu, czy śmiecia. W tym czasie ktoś impregnował płot, ktoś inny przycinał żywopłot, kobiety pieliły grządki z warzywami, kilka innych myło okna. Nic dziwnego, że obejście było tak dopieszczone, skoro wszyscy mieszkańcy nic innego nie robili, tylko dbali i dbali.
Dowiedziałam się wtedy od Niny, że obowiązuje tu zasada kooperacji. Każdy robi to, co potrafi. Wszyscy gotują i utrzymują porządek. Spodobało mi się, że rzadko oglądało się tam telewizję. Prędzej wideo i to w celach edukacyjnych, podobnie jak komputer. Całemu poznawaniu domu towarzyszyła miła atmosfera. Nina powiedziała mi również, że na początku muszę się uzbroić w cierpliwość, bo moje życie będzie ściśle kontrolowane. Kazała mi nawet podpisać zobowiązanie, że pozwalam na kontrolowanie osobistej poczty i że będę podporządkowywać się wszystkim przepisom i zaleceniom. Wyjaśniła, że to dla mojego dobra, bo na początku mogę przeżyć szok związany z totalną zmianą stylu życia, a ?Rodzina? pomoże mi to przetrwać, ale musi mieć podstawę. Wtedy nie widziałam w tym nic dziwnego.

Czy tego dnia zdarzyło się coś szczególnego?
Nie. Czas upłynął mi bardzo miło. Wieczorem zorganizowano na moją cześć przyjęcie. Wszyscy witali mnie i cieszyli się z mojego przybycia.

A co z Miro?
Był wśród nich, ale nie szukał ze mną szczególnego kontaktu. Rozmawiał ze mną tyle co inni. Dopiero potem zrozumiałam, że miał mnie tylko ściągnąć do sekty. Potem zabraniali mu ze mną zbyt długo rozmawiać.

Czy było coś na co zwróciłaś uwagę kiedy weszłaś do sekty?
Tak. Dzieci. Przebywały w grupach wiekowych, a z rodzicami miały kontakt dwie godziny w ciągu dnia. Nie mieszkały razem z rodzicami, tylko w weekend mogły spać w ich sypialniach. Trochę mnie zdziwiło, że dzieci izoluje się od najbliższych, ale wtedy nie było we mnie krytycyzmu, więc pomyślałam, że to prawie jak przedszkole. Rodzice mają czas na pracę dla domu i mieszkańców. Za to zaskoczyło mnie, że dzieci nie chodzą do szkoły, tylko edukowane są w domu. Nie mają przez to możliwości kontaktu z rówieśnikami. Nina powiedziała mi, że rodzice chronią w ten sposób dzieci przed negatywnych wpływem świata. Wyjaśniała, że edukacja jest u nich prowadzona na wysokim poziomie, bo już niemowlętom pokazuje się białe tablice z czerwonymi napisami. Dzieci uczą się czytać na Biblii, a trzylatki potrafią już pisać. Uwierzyłam, że tak jest dobrze. Zastanawiały mnie również biegające wokół nas dzieci różnej narodowości, w różnym wieku. Zapytałam dlaczego większość maluchów jest obcego pochodzenia. Nina powiedziała, że ich rodzina otwarta jest na wszystkich ludzi świata i jeśli w ich rodzinie chce mieszkać ktoś z Indii, Irlandii czy Szkocji albo Niemiec, to nie ma przeszkód. Wręcz odwrotnie. To wspaniałe. Nie wystarczyło mi to jednak, bo polskich dzieci było znacznie mniej. Zaczęłam się dopytywać. Nina powiedziała, że na razie taka wiedza musi mi wystarczyć. Okazało się, że są pytania, których nie wolno zadawać. Potem dowiedziałam się, że wywożone są za granicę. Podejrzewam, że polskie niemowlaki były sprzedawane. A... jeszcze jedno. Wszystkie kobiety w sekcie miały długie włosy. To też mnie zdziwiło. Zapytałam oczywiście dlaczego. Nina odpowiedziała: takie podobają się naszym mężczyznom.

A co działo się potem?
Włączyłam się w życie "Rodziny", zrywając z dotychczasowym życiem. Pierwszym etapem była zmiana imienia. Wybrałam imię Tara. Nie przepadałam za swoim dawnym imieniem Ania. Cieszyłam się więc z mojego nowego imienia. Wstawaliśmy bardzo wcześnie rano. Wspólnie modliliśmy się przez trzy godziny. Potem był skromny posiłek i każdy rozchodził się do swoich obowiązków. O tym co kto robił, decydowała Nina. Niektórzy jechali do miasta rozdawać ulotki, czy plakaty. Niektórzy szukali sponsorów dla sekty, inni pracowali w domu, z dziećmi, czy ogrodzie. W połowie dnia spotykaliśmy się na wykładach. Prowadziła je Nina. Czytaliśmy wtedy spisane słowa naszego guru, chwaliliśmy jego mądrość. Literatura, którą proponowali oparta była na proroctwach założyciela sekty, mówiących o bliskim końcu świata i Nowej Erze, która później nastanie. Wyobrażenia te były zaczerpnięte w dużej mierze ze snów przywódcy "Rodziny", które podawał jako objawienia od Boga. Wieczorem zbieraliśmy się na wspólnym, ciepłym posiłku. Po kolacji znowu modliliśmy się tym razem dwie godziny. Zaangażowałam się, chciałam dać z siebie jak najwięcej. Przez pierwsze dwa miesiące wszyscy czuwali nad moim samopoczuciem, starali się, bym się nie przemęczała, wyręczali mnie w różnych drobnych pracach. Wspólne modlitwy i przebywanie z członkami sekty sprawiało mi ogromną radość. Potem wszystko diametralnie się zmieniło. Nie od razu oczywiście, ale powoli sielanka zaczęła się kończyć. Stopniowo zaczęto wywierać na mnie coraz większą presję. Grupa skłaniała mnie do częstego dawania świadectwa bezsensowności dotychczasowego życia i wartości teraźniejszego. Oczekiwano ode mnie, że "oficjalnie" zrzeknę się mojego domu, rodziny, wszystkich swoich dotychczasowych przyzwyczajeń. Okazało się, że moja codzienność będzie odtąd wypełniona pracą w pralni, kuchni, szukaniem sponsorów lub zajmowaniem się dziećmi. Mimo ciężkiej pracy wciąż wywoływano we mnie poczucie winy, że pracuję niezbyt dobrze, że nie jestem gorliwa. Im bardziej się starałam i męczyłam, tym mniej podziwu ze strony grupy zauważałam. Jakby te wysiłki były czymś oczywistym, co grupie z mojej strony się należy. Nie miałam swojego czasu ani swojej prywatności. Cały dzień był zajęty, zorganizowany. Spałam kilka godzin dziennie i jadłam mało. Byłam coraz bardziej wyczerpana. Większość czasu spędzałam w domu, czasem na mieście, rozdając plakaty. Często jedyną możliwością odetchnięcia świeżym powietrzem był spacer po podwórku, na który jako nowicjuszka też nie zawsze otrzymywałam pozwolenie. Wyjście poza posesję było możliwe tylko w grupie ze względu na bezpieczeństwo. Dostałam ostrzeżenie, że nie wolno mi rozmawiać z ludźmi podczas rozdawania plakatów, jeśli wypowiadają się negatywnie o "Rodzinie", bo przesyła ich szatan. Powiedzieli, że prześladowania są potwierdzeniem szczególności misji "Rodziny", gdyż szatan działa z największą przebiegłością przeciwko tym, którzy skutecznie walczą, by wyrwać dusze ludzkie spod jego władzy. Dlatego zarzuty i ataki z zewnątrz utwierdzać mają członków w przekonaniu o realności walki, jaką sekta toczy przeciwko Królestwu Diabła. Oczywiście zetknęłam się z negatywnym stosunkiem do mnie, jako członkini sekty, ale to tylko utwierdzało mnie, że jestem po właściwej stronie. Przestrzegali mnie również, że już teraz nie mogę się wycofać. Zaczęłam walkę z szatanem i jeśli odejdę z "Rodziny", szatan zapanuje nade mną. Bałam się tego, naprawdę. Wierzyłam im i bałam się.

Jakie były główne założenia "Rodziny"?
Nauka głoszona przez sektę była własną interpretacją Pisma Świętego. Założyciela sekty jej członkowie uważali za ostatniego biblijnego proroka przed końcem świata. Członkowie ślepo podążali za doktrynami guru, spisanymi w kilku księgach, dostępnych jedynie wewnątrz sekty. Uważają je za Słowo Boże na dzisiejszy czas. Swoje przekonania próbował uprawomocnić powołując się na słowa Pisma Świętego, zmieniając całkowicie jego sens. Członkowie "Rodziny" wierzą, że niedługo światem zawładnie Antychryst. Każdy człowiek będzie miał wszczepiony do mózgu komputerowy chip z numerem 666 połączony z ogólnoświatowym komputerem sterującym całą ludzkością. Bez tego znamienia nikt nie będzie musiał egzystować. W najdramatyczniejszym momencie Chrystus przyjdzie powtórnie, by wyratować tych, którzy go oczekują. Wszyscy zbawieni w nowych, duchowych ciałach udadzą się z Chrystusem na Wielką Ucztę Baranka. Wtedy nastanie 1000-letnie panowanie Chrystusa i jego świętych na Ziemi. Kulminacyjnym punktem ma być zstąpienie z nieba Złotej Piramidy, zbudowanej przez Boga dla swoich dzieci. Na każdym jej piętrze mają znajdować się wille, kurorty wypoczynkowe, rajskie ogrody, im wyżej, tym bardziej luksusowe. Ta piramida ma być teraz ukryta na Księżycu, który w stosownym czasie rozleci się na kawałki.

Z czego utrzymywała się sekta?
Członkowie rodziny uważają, że służby Bogu nie można łączyć z pracą zawodową. Uniemożliwiłoby to głoszenie Ewangelii, czemu chcą poświecić całe życie. Większość z nich spędzała czas wewnątrz grupy. Każdy, kto wstępuje do komuny, musi podpisać zobowiązanie, że przyrzeka oddać "Rodzinie" wszystkie swoje nieruchomości i inne dobra materialne. Jednak nie robi tego od razu, bo przecież spłoszyłoby to nowicjusza. Dopiero po pewnym czasie, kiedy człowiek jest już schwytany w macki sekty i głęboko wierzy w sens trwania w niej, zostaje zobowiązany do "podzielenia się" swoimi dobrami. Starali się o środki na utrzymanie dzwoniąc do spółek i hurtowni, prosząc o pomoc finansową, przeterminowane jedzenie lub przedmioty codziennego użytku. Przedstawiali się jako "Chrześcijańska Służba Misyjna", która szerzy Ewangelię i pomaga charytatywnie. Zwracali się o wsparcie finansowe prezentując albumy ze zdjęciami ze swoich występów muzycznych i z odwiedzin w różnych ośrodkach społecznych. Miały one wywrzeć pozytywne wrażenie na ofiarodawcach. Ale występy te organizowane były sporadycznie, i służyły tylko późniejszym staraniom o pieniądze. Dochody pochodziły także z rozprowadzania kaset audio i wideo produkowanych w ośrodku sekty w Japonii oraz swoich publikacji, jako bardzo cenne materiały edukacyjne o treści chrześcijańskiej dla dzieci i młodzieży. Wiele firm i osób prywatnych wspierało sektę, nie zdając sobie sprawy, że nauka głoszona przez "Rodzinę" to tylko wymysły jej założyciela.

Jakie podejście mieli członkowie sekty do problematyki seksu?
Muszę podkreślić, że nasz guru był zafascynowany kobietami, więc duża część jego literatury miła podtekst erotyczny. Niemal wprost mówił tam, że utrzymuje kontakty seksualne z wieloma kobietami. Dla członków sekty zazdrość o współmałżonka była grzechem. Pozamałżeńskie kontakty miały być wyrazem "chrześcijańskiej miłości". Było więc dobrze widziane dawanie dowodów owej miłości bliźnim. Ja na początku nie musiałam tego robić. Może nie chcieli mnie zniechęcać. Mówili, że to byłoby niemoralne, żebym współżyła z kimś, kto nie jest mi bliski. Potem dopiero okazało się, że bliski nie znaczy mój chłopak, czy mąż, ale każdy mężczyzna należący do sekty. Później musiałam to robić, choć nie byłam przecież mężatką. Wiadomo było, że wcześniej czy później zwiąże się z jakimś mężczyzna z sekty, którego już znałam, albo który dopiero do sekty dołączy. Dozwolone były tylko związki zakładane w obrębie członków "Rodziny". Czasem dochodziło do sesji, podczas których uprawialiśmy zbiorowy seks. Nie odczuwałam wtedy żadnych emocji, byłam już wyprana.

W jakim stanie psychicznym byłaś po pewnym czasie przebywania w sekcie?
Moja świadomość została opanowana przez poczucie zagrożenia prześladowaniami, które mogły rozpocząć się w każdej chwili, jako ostateczny znak końca świata. Całe moje myślenie skupione było wokół sekty. Dotychczas wyznawane wartości wydawały mi się śmieszne. Ludzie, z którymi do tej pory byłam jakoś związana, stali się ludźmi z innej planety. Nigdy z nikim nie byłam naprawdę blisko, ale teraz wydawali mi się jeszcze odleglejsi. Czułam się zależna od "Rodziny". Z czasem czułam się coraz bardziej związana z grupą. Był to rodzaj wewnętrznego przymusu. Wydawało mi się, że tylko ona da mi bezpieczeństwo. Czułam się zagubiona. Bałam się wolności. Czułam, że nie umiem już żyć samodzielnie. Wykonywałam polecenia, nie myślałam. Odpowiedzialność za siebie i swoje czyny pozostawiłam sekcie. Chciałam, żeby podejmowano za mnie decyzje. Sama nie wiedziałam czego chce. Z resztą grupa dawała gotowe odpowiedzi. Nie zachęcała wcale do myślenia i poszukiwań. Wszyscy członkowie "pomagali" myśleć, mówili jakby te same rzeczy, tyle, że innym językiem. Powiedziałabym nawet, że każda najdrobniejsza decyzja wymagała rozeznania przez kierownictwo grupy, czyli przez Ninę i pewnie jeszcze kilka osób, które nigdy nie ujawniały się. Zaczęłam żyć z ciągłym uczuciem napięcia. Największą nagrodą była dla mnie akceptacja ze strony grupy. Rzeczą najgorszą ? dezaprobata. Oni byli dla mnie najważniejsi. Byli dla mnie wszystkim. Wobec obcych, których spotykałam na ulicy, podczas rozdawania ulotek, byłam bardzo podejrzliwa. Zaczęłam zaniedbywać swój wygląd zewnętrzny, nie troszczyłam się o zdrowie. Nie miałam siły i nie zależało mi.

Kiedy zdecydowałaś, że odejdziesz z sekty?
Kiedy rozdawałam ulotki pewna kobieta przyjęła ją ode mnie, a po jakimś czasie wróciła z Biblią. Pokazała mi, że nauka, którą głosi "Rodzina" jest fałszywa. Wtedy zaczęłam zastanawiać się nad "prawdami" przywódcy sekty. Zrozumiałam, że jestem na błędnej drodze. Zawsze reagowałam agresywnie na próby pomocy mi, ale teraz zobaczyłam prawdę czarno na białym. Przez miesiąc myślałam o tym. Być może zabrało mi to zbyt dużo czasu, ale jak już mówiłam, byłam wyczerpana, a wtedy myśli się wolniej. Na szczęście nikt nie zauważył mojego wahania. Starałam się zachowywać jak dotąd. Oczywiście myślałam o groźbach członków sekty, że zawładnie mną szatan, ale zaraz przychodziła świadomość, że to wszystko jest nieprawdziwe, niemożliwe. Po miesiącu rozmyślań, które zachowałam w głębokiej tajemnicy, zdecydowałam, że uciekam. Poszłam jak zwykle na rozdawanie ulotek i uciekłam. Wróciłam do domu. Wychudzona, zahukana, przestraszona. Spałam trzy dni bez przerwy. Nie muszę mówić, jak szczęśliwa była moja mama. Podobno szukała mnie cały ten czas. Całe osiem miesięcy. Była załamana, ale podobno nie traciła nadziei. Wiedziała, że żyję i wrócę. Potem powiedziała mi, że domyślała się, że uciekłam, bo ona mnie zaniedbała.

Komentarze

 poezja

Autor: d.polczynski@elblag24.pl (Piątek 15-07-2005 10:11)

przeczytalem od deski do deski i dla mnie jest to cos wspanialego. Nic dodac nic ujac.

 schemat ?

Autor: LaTro <ccocc@wp.pl> (Sobota 23-07-2005 20:16)

To jest bardzo smutna i przykra historia... tylko szkoda że nie pisana przez byłego członka sekty.. no albo pisana długo po czasie

Dlaczego ? ponieważ żadnej osobie będącej byłym członkiem sekty nie jest łatwo wypowiadać się tak "obietywnie" i dosłwnie źle na ich temat.. Łatwo jest mówić dobrze lub szczegóły ale nie w ten sposób..
)-:
poprostu jest to materiał spisany prosto z książki..

http://adomas.yh.pl/kriszna/kriszna.html#1

 Historia ???

Autor: Maciek (Środa 31-05-2006 10:15)

To wyssane z palca opowiadanie oparte na kilku artykółach z gazet. Znam życie w Rodzinie od środak i nie jaest tak jak to przedstawione było tu.
Sorry, czysta fikcja.

 Bajeczka!

Autor: ania (Niedziela 07-01-2007 15:00)

Jestem przeciwniczką sekciarstwa, równiez katolickiego(neokatechumenat). Ale nie lubie kłamstwa .Jeśli sekta zajmowała "mały drewniany domek" to skąd nagle się wzięły "pokoje mieszkalne i sale wykładowe dla dzieci. Sypialnie były bardzo skromne w porównaniu do wystroju salonów na dole domu. Sale wykładowe dzieci to miejsce zabaw i nauki. Dzieci miały też wyznaczone pokoiki do spania."Cos tu sie kupy nie trzyma!

 Refleksja

Autor: dziadek43 (Czwartek 24-04-2008 12:01)

Coz.Kazdy moze pomarzyc o ekscytujacych przezyciach Nawet grzeczna dziewczynka.FIKCJA.

 sekta rodzina

Autor: maja (Piątek 25-04-2008 21:34)

W Polsce działa bardziej zmodyfikowana forma tej sekty. Niestety nigdzie na ten temat nie ma wiadomosci

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl