Miałam takie wielkie pragnienie Boga
Witamy Cię tu, Jezus! - dziewczyna prowadząca podnosi w górę wyprostowane ramię -Witamy Cię! Ty, Jezus, jesteś najlepszy, najpotężniejszy!Chcemy cię czcic, chciemy Cię uwielbiać, Jezus! I żeby każdy tutaj wiedział, że tylko w Tobie, Jezus jest potęga, tylko w Tobie jest moc...
MIAŁAM TAKIE WIELKIE PRAGNIENIE BOGA
sobotnie popołudnie
Sobota. Słoneczne popołudnie. Dzień wyjątkowo ciepły, choć to w zasadzie dopiero początek wiosny. Ludzie odświętnie wystrojeni, z bukietami kwiatów. Ciekawe czy jest jakiś kościół w Warszawie, w którym dziś nie ma ślubu?
Ludzie z kwiatami, wysiadający na moim przystanku szybko rozpraszają się we wszystkich kierunkach - jest tu kilka świątyń. Niektórzy biegną. Dochodzi czternasta. Ci, co idą spokojnie zapewne zaczynają o 14.30. Tak jak my. Ciekawe, czy idące przede mną małżeństwo z różą zmierza również na ślub Moniki i Czarka. Nie, skręcają wcześniej. A jednak grupa idąca w moim kierunku jest wciąż całkiem spora. Czy to mogą być ludzie z ich Kościoła.
Wchodzimy. Jeden ze zborów chrześcijańskich zgodził się użyczyć sali małej grupce wyznaniowej, która ukonstytuowała się jakieś 4 lata temu wokół charyzmatycznego przywódcy. W tej sali będzie się dziś odbywała ceremonia zaślubin. Wnętrze nie różni się chyba specjalnie od standardowego warszawskiego kościoła. Podwyższenie, kamienny ołtarz, ambonka do czytań. Jedyne, co można zauważyc to brak charakterystycznej pomarańczowej lampki. A jednak ceremonia ta nie będzie zwyczajna. Z rzędów równych sosnowych ławek patrzymy na podwyższenie jak na barwną scenę. Na razie to dopiero wstęp - rozbrzmiewa delikatna nastrojowa muzyka wykonywana przez młodzieżowy zespół. Wokół ołtarza kołyszą się trzy wysokie dziewczyny powiewając olbrzymimi kolorowymi flagami. Monika sama wymyśliła jak to ma wszystko wyglądać; nie musiała krępować się żadną konwencją.
-Witam was wszystkich w imieniu Jezusa! - ceremonię rozpoczyna jedna z dziewczyn z muzycznego zespołu - Cudownie, że jesteście, żeby śpiewać i tańczyć dla Jezusa w tym radosnym dniu!
Oklaski! Wśród ostrych solówek gitarowych wstajemy by powitać Monikę i Czarka, którzy przechodzą procesjonalnie przez środek zgromadzenia i stają z boku, naprzeciw prowadzącej grupy. Czarek - wysoki, szczupły brunet patrzy na swoją narzeczoną jak w obrazek. W białej sukni, z upiętymi na karku blond włosami, błyskiem radości w brązowych oczach, stoi obok niego jego wyśniona, tak długo niedostępna - chrześcijańska kobieta.
witamy Cię tu, Jezus
- Nie chciałam za niego wyjść. W ogóle nie dopuszczałam takiej myśli. Przez wiele lat marzyłam o innym mężczyźnie, byłam "śmiertelnie" zakochana. Czarek wydawał mi się za prosty. Sympatyczny, dobry, ale bez wykształcenia i bez "tego czegoś", co tak kochałam w tamtym. Za tamtym mogłam skoczyć w ogień. Kiedyś Pan Bóg powiedział mi na modlitwie: "Monika, ja ciebie mu daję za żonę, ale on cię nie chce wziąć". Tak było. Zawsze ja o niego zabiegałam i wiedziałam, że nawet gdyby chciał być ze mną, nie spełniałabym wszystkich jego oczekiwań. Z Czarkiem było dokładnie odwrotnie. Akceptował mnie bez żadnych warunków, nie miał żadnych wymagań. Tylko ja wciąż nie chciałam.
- Witamy Cię tu, Jezus! - dziewczyna prowadząca podnosi w górę wyprostowane ramię - Witamy Cię! Ty, Jezus, jesteś najlepszy, najpotężniejszy! Chcemy cię czcic, chciemy Cię uwielbiać, Jezus! I żeby każdy tutaj wiedział, że tylko w Tobie, Jezus jest potęga, tylko w Tobie jest moc...
Głos jest silny, rytmiczny. Wyraźnie skandowane sylaby słychać gdy już nawet treść staje się nieczytelna przez narastający szum. Muzyka rozbrzmiewa coraz silniej. Ludzie podnoszą ręce, wstają z miejsc, modlą się na głos własnymi słowami. Dla Moniki najważniejszą na świecie sprawą jest osobista relacja z Bogiem. To było jedno z największych odkryć życia.
najważniejsza na świecie-relacja z Bogiem
- Mój ojciec był alkoholikiem. Jeszcze przed mamą miał żonę i dzieci. Z mamą zresztą rozwiódł się po roku, ale zawsze jak przychodził to ona się cieszyła, gotowała mu obiad itp. Ale on robił kosmiczne awantury. Ja nie wiem, co to było, chyba diabeł w niego wstępował. Jakieś opętanie. Wrzaski. Leciały sprzęty, talerze. Pamiętam, że raz dosłownie wszystko w mieszkaniu poszło w drzazgi. Byli zresztą i inni mężczyźni. Przychodzili do mamy na seks. Jej było ciężko;musiała to jakoś odreagować i odreagowywała na nas. Pamiętam, że moja siostra raz miała podejrzenie krwiaka mózgu z pobicia. Miała mieć operację, ale mama się modliła, żeby ją Pan Bóg uzdrowił i krwiak zniknął. Obie z siostrą jeździłyśmy przez siedem lat regularnie do szpitala psychiatrycznego. Brałyśmy leki na uspokojenie. Lekarze mówili, że to raczej mama powinna przyjeżdżać, ale jej chyba było tak wygodniej. Zresztą zawsze strasznie rozpaczała, kiedy nas tam trzeba było zostawić. Płakała i to ja ją musiałam pocieszać. Taka była niedojrzała. O takich rzeczach jak pranie i prasowanie w domu to też ja musiałam myśleć.
Kiedyś w szpitalu spotkałam dziewczynę, która znała Jezusa. Było w niej coś innego, niezwykłego - wyczuwałam w niej życie. To ona powiedziała mi,że Jezus mnie kocha, teraz, w tej sytuacji, w której jestem. I że dla mnie również jest szansa na nowe życie. On własnie po to umarł na krzyżu i zmartwychwstał - dla mnie. Powiedziała, żebym u siebie w mieście poszukała przy jakimś kościele wspólnoty.
zaczęłam mówić językami
Tak trafiłam do oazy. Trudno opisać, czym to dla mnie było! Jakby deszcz wreszcie spadł na wyschłą ziemię. Czułam, że oddycham, że powoli krew zaczyna we mnie krążyć. Widziałam, że obietnica się realizuje! Rzuciłam się na to życie. Brałam pełnymi garściami. Miałam takie wielkie pragnienie Boga!Śmiertelny głód Boga! Przeszłam przez wszystkie stopnie formacji, jeździłam na rekolekcje, czytałam Biblię. W końcu zostałam animatorką - mogłam sama prowadzić małą grupkę, w której ludzie modlą się i dzielą doświadczeniem kontaktu z Panem Bogiem w codziennym życiu. To był taki mój mały sukces. Dziewczyny uwielbiały nasze spotkania. Zastanawiałyśmy się nad problemami wiary, ale nie tak "sucho", tylko w odniesieniu do naszego życia. Konkretnie. Przedstawiałyśmy Panu Bogu nasze sprawy. Na przykład, że czyjś ojciec leży zapity na trawniku przed szkołą i koledzy i koleżanki to widzą. Modliłysmy się o rozwiązanie tej sytuacji. Czasem takie rozwiązania przychodziły.
W oazie chodziłam na spotkania modlitewne, spotkania dla animatorów, prowadziłam własną grupkę, uczestniczyłam w próbach scholi i przygotowywałam oprawę niedzielnej Eucharystii. Wszystko z tygodnia na tydzień. Ile to zabierało godzin - można sobie obliczyć. Ale w tym samym czasie byłam też we wspólnocie neokatechumenalnej. Spotkania dwa razy w tygodniu, czytanie Pisma św.,dzielenie. Przygotowanie do takiego spotkania zajmowało mi pięć godzin, ale ja traktowałam tę sprawę poważnie i dlatego na jednym z wyjazdów zostałam wybrana odpowiedzialną małej grupki. Miałam wtedy szesnaście lat. To dziwne? Ja wolałam modlitwę od wszystkiego innego. Nie musiałam się z nikim spotykać, nigdzie wychodzić, ani oglądać telewizji. Chciałam tylko rozmawiać o moim Jezusie i przede wszystkim rozmawiać z Nim.To jeszcze nie wszystko. Zaczęłam również chodzić na spotkania Odnowy w Duchu Świętym. Raz w tygodniu, ale stamtąd czerpałam najwięcej. Bardzo często klękałam na środku, żeby inni się nade mną pomodlili, w różnych moich intencjach.
To, że przy tym wszystkim zdałam maturę, to jest tylko interwencja Boża! I to jeszcze jak zdałam - dostałam szóstkę z historii. Pojechałam do Warszawy na studia teologiczne i psychologiczne - te dwie rzeczy właśnie mnie pasjonowały.
W zasadzie w Kościele Katolickim otrzymałam wszystko. Zaczęłam mówić językami podczas jednego ze spotkań charyzmatycznych w Częstochowie. Dar języków jest wielokrotnie wspominany w Biblii - człowiek pod wpływem Ducha św. mówi na modlitwie słowa, które nie są dla innych, ani nawet dla niego samego zrozumiałe. Chyba, że ktoś z obecnych posiada dar tłumaczenia. Na spotkania charyzmatyczne do Częstochowy jeździłam bardzo często. Zawsze z księżmi, z biskupami; to były zresztą olbrzymie zgromadzenia.
Pamiętam, raz Prymas Glemp powiedział, że osoby, które mają szczególne pragnienie poświęcenia swego życia służbie Jezusowi mogą wstać i podejść do stóp ołtarza. Ja też wtedy szłam wraz z innymi. Prymas włożył na mnie ręce i otrzymałam od niego specjalne błogosławieństwo. Na teologii na ATK byłam najlepsza. Czasem zadawałam takie pytania, że wszyscy się dziwili - "Ta Monika, skąd ona wie takie rzeczy". A ja po prostu żyłam Biblią. Jest taki przedmiot - apologetyka chrześcijańska. W tym też byłam nie do pobicia Znam wszystkie argumenty, jak obronić swoją wiarę, katolicyzm, kiedy się rozmawia z kimś z innej religii. Z kimś z sekty...
Włodek-ten,który zna Jezusa
Modlitwa trwa. Raz głośna, żywiołowa niemal taneczna, to znów cichy szept i kontemplacja delikatnych dźwięków. Wszystko prowadzi zespół. On w zasadzie wypełnia główną treść liturgii. Oczywiście do momentu pojawienia się Włodka. To pastor - lider grupy, która skupiła się w istocie wokół niego. Na początku byli jedną z katolickich wspólnot charyzmatycznych działających przy warszawskich parafiach. Może tylko wyróżniali się swoim wyjątkowym zaangażowaniem i tym, że głosili SŁowo Boże ze szczególną mocą. Jak bardzo to było potrzebne! Na teologii w Warszawie Monika zetknęła się z objętnością wobec Jezusa. Wiedzieć o Bogu to nie to samo, co znać Go. To ją przerażało. Wraz z kolegą założyła tam wspólnotę modlitewną. Prowadzili ewngelizację na wydziale. Ludzie śmieli się - "wozicie drewno do lasu", ale wspólnota była żywa i rozwijała się coraz bardziej. Być może istnieje dotąd. Monika nie wie, nie ma już z nimi kontaktu. Całe szczęście wśród studentów byli też tacy ludzie jak Włodek. On znał Jezusa i był otwarty na działanie Ducha św. Koledzy omijali go szerokim łukiem, bo był czasem w stanie powiedzieć komuś z mocą: "źle czynisz". Miał wielki dar słowa i, jak mówi Monika, charyzmat poznania ludzkich grzechów.
- Jego powołaniem było głosić Ewangelię. Pamiętam, raz siedzę sobie w akademiku, a tu dzwoni Włodek. Pyta, czy może przyjechać z jedną dziewczyną, której trzeba głosić Słowo Boże. "Przyjeżdżaj!" Dziewczyna laska nieziemska, z jakiejś uczelni artystycznej. Nazywa się Julia. Chyba w ogóle nie wie, co tu robi. Włodek prosi: "powiedz jej coś o Jezusie". No to ja mówię, ale czuję, że to brzmi idiotycznie, że ona w ogóle nie chwyta i że to chyba nie ma sensu. Włodek wstaje. "Czy chcesz mieć w sobie żywego Boga? Decyduj - tak czy nie?!" Dziewczyna klęka. Modlimy się. Chyba ponad godzinę. Widzę, że Włodek dosłownie spływa potem! Tak prosił, tak błagał za nią! W końcu z dołu szept modlitwy oddania życia Panu Jezusowi. Alleluja! Julia mówiła, że już wcześniej coś chciała powiedzieć, ale nie mogła, bo jakaś siła trzymała ją za gardło. Potem się dowiedziałam, że ona przez wiele lat prowadziła strasznie rozwiązłe życie. Bez żadnych hamulców. Była nawet znana z tego na swoim osiedlu. A od tego czasu została razem z Włodkiem we wspólnocie.
Ceremonia
Włodek może mieć około 35 lat. Jest wysoki, potężnie zbudowany, może nawet trochę otyły. Bladość twarzy, podkreślona jeszcze przez rozległą już łysinę, dziwnie kontrastuje z ciemnym przenikliwym spojrzeniem. Ubrany jest w szary garnitur. Podchodzi do mównicy. Cisza.
- To jest szczególny dzień, dzień zaślubin. Na ten świety czas ogłaszam panowanie Ducha św. w całym mieście! Zło nie będzie miało w żaden sposób przystępu do najbliższej okolicy Oświadczam, że dziś pozostajemy w obrębie tajemnicy działania samego Boga!
Nie tyle mówi, co woła. Każde słowo ważone z osobna, ale pełne niesamowitej ekspresji. To zmusza do słuchania. Intrygujący jest również akcent. Czyżby przyjechał z Rosji?
- Może kogoś zdziwi to, co tu będę mówić. Że tu niby ślub, to się powinno o ślubie. Ale ja nie będę mówić o slubie! I nie dziwcie się, bo tak własnie dziś mi Pan kazał. Mam ogłosić twarde słowo, ostre jak miecz obosieczny. Ci wszyscy, którzy pokładają ufność w sobie, w pieniądzach, w pracy, w swoich dobrych uczynkach, w papieżu, w kościele, w księżach, w tym, że pójdą do spowiedzi i ksiądz im wszystko odpuści - będą przeklęci!
Dlaczego odeszli z Kościoła Katolickiego?Przypominam sobie opowieść z czasów kiedy Włodek prowadził jeszcze spotkania w jednej z warszawskich parafii. Kilkonastoletnia Joanna była parę razy na tych modlitwach. Przychodziło tam mnóstwo ludzi, tańczyli, śpiewali, potem Włodek wkładał na nich ręce i wypowiadał słowa poznania. Joanna chciała się modlić, ale trudno jej było odnaleźć się w tego rodzaju żywiołowej formie. Słowo poznania było dla niej miażdżace - usłyszała, że jest zamknięta na działanie Ducha św., ponieważ zapewne ma na sumieniu jakieś bardzo ciężkie winy...
Ten ksiądz-czy on w ogóle znał Jezusa
- Rzeczywiście, był konflikt z proboszczem w parafii - że skupiają się za bardzo na charyzmatach, na emocjach, że brakuje im "ortodoksji", takie tam. Pozwolono im nadal spotykać się na modlitwie, ale bez charyzmatów i daru języków. Mieli klęczeć na kolanach i odmawiać różaniec. Początkowo nawet klepali ten różaniec przed obrazem, ale w końcu powiedzieli sobie -"dość!" To nie miało sensu. Jak można się tak modlić, jak można hamować działanie Boga, zabijać w sobie Ducha Świętego! No tak, pokora... ale pokornym można być tylko przed Bogiem, nie przed księdzem! Oni już potem nawet nie chcieli być w tym kościele. Wiedzieli, że to nie jest wolą Pana.
To się czuje, ja też coś takiego rozpoznawałam. Byłam niby we wspólnocie, chodziłam na Mszę świętą, ale to mi nie wystarczało. Miałam wrażenie, że znam już wszystko, że wyczerpałam już w Kościele Katolickim wszystkie możliwości, dosięgłam "sufitu" Zastanawiałam się, czy mogę z siebie jeszcze więcej dać, czy mogę jeszcze więcej przyjąć, czy możliwy jest tu jeszcze jakikolwiek rozwój. Czy nie jest to przypadkiem powolne zastyganie w schematach, których na pewnym poziomie nie da się już zmienić.
Bardzo pragnęłam ożywić Kościół, ale wydawało mi się, że dotknęłam już granicy, za którą znaleźć można tylko posłuszeństwo skostniałej strukturze... Nie mogłam się z tym pogodzić! Szukałam, chodziłam na spotkania, na nabożeństwa. Tyle jest przecież kościołów w Warszawie - Zielonoświątkowcy, Baptyści, Kościół Chrystusowy.
Kiedyś zupełnie przez przypadek trafiłam na spotkanie modlitewne grupy Włodka. Wtedy też dowiedziałam się, że odeszli od katolicyzmu. Wynajmowali salę w pomieszczeniach jednego z Kościołów chrześcijańskich. I to był przełom! Na tym spotkaniu zrozumiałam, że wreszcie odnalazłam to, czego szukałam, że to są ludzie, których Pan Bóg powołuje tak jak mnie, do czegoś więcej, do wyjścia w stronę nieskrępowanego życia według Ducha! Już następnego dnia spotkaliśmy się na całonocnym czuwaniu. Było mocne! Czułam znowu, że idę drogą Pana. Początkowo jeszcze chodziłam na mszę, ale w pewnym momencie zdecydowałam, że nie ma to sensu. Pamiętam, jak stałam słuchając jakiegoś kazania. Nie wiem, o czym mówił ten ksiądz! To była jakaś mieszanina literatury, poezji i filozofi ze wskazówkami moralnymi. Czy on w ogóle znał Jezusa?! czy Go spotkał?! czy sam wiedział o czym mówi?! Ogarnęła mnie wściekłość! Wstałam i demonstracyjnie wyszłam z Kościoła.
- Nie będzie lepiej! Dopóki Polacy nie uznają Jezusa jako króla Polski, nie pomogą żadni politycy, żadna Unia Europejska, żadni biskupi i papież i Matka Boska! To bałwochwalstwo! Ci, co szukają oparcia poza Bogiem są pod władzą diabła! Odpowie ktoś Amen?
- Amen! - odkrzykuje gromko wspólnota akcentując w charakterystyczny sposób ostatnią sylabę. Pojedyncze głosy "Amen" słychać było zresztą z różnych stron podczas całej przemowy.
Czy chcesz? Czy już wreszcie jesteś pewna
Zbliża się moment zaślubin. Narzeczeni stają na środku. Włodek żartuje - czy są zdenerwowani? czy ten kwiat w klapie jes prawdziwy? czy narzeczony przypadkiem komuś czegoś nie obiecał i czy jakaś dziewczyna nie przyjdzie zaraz, żeby zaprotestować? Czarek jest poważny. Bierze Monikę za rękę i patrząc jej w oczy wymawia słowa przysięgi. Pragnął tego już od momentu kiedy się poznali w kościele Włodka. Dzięki tej wspólnocie nareszcie uwierzył w Boga, doświadczył cudowności. Potem chciał już tylko dzielić to doświadczenie- z kimś, kto spotyka Jezusa naprawdę i w dodatku z kimś tak bardzo drogim.
Teraz przychodzi kolej na Monikę.
- Czy chcesz? Czy już wreszcie jesteś pewna? - zgromadzeni uśmiechają się lekko - chyba znają tę historię.
- Bardzo długo nawet nie chciałam się z nim umówić. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Ale pamiętam, że kiedyś nieoczekiwanie przyszła mi do głowy dziwna myśl: " a może wolą Boga jest to, żebym była z tym właśnie człowiekiem; który mnie kocha, przed którym nie będę musiała niczego udawać? może Bóg chce, żebym stworzyła szczęśliwą rodzinę, a nie osiągnę tego przez szukanie martwych ideałów?" To był początek mojej decyzji, która zresztą przyszła bardzo szybko. Powiedziałam Czarkowi: "Jeśli chcesz, zostanę twoją żoną". Myślałam, że padnie z wrażenia! Ale najbardziej zdumiewająca rzecz zdarzyła się później.
Nigdy bym tego nie przypuszczała! Bóg obdarzył mnie ogromną milością do tego człowieka. Zakochałam się! Teraz ciężko mi rozstać się z nim choćby na jeden dzień.
Czy to nie jest cud?!
Ceremonia dobiega końca.Na wyjście zespół wykonuje w wersji rockowej marsz Mendelsona. Ustawiamy się z kwiatami w kolejce do składania życzeń. Wszysto wydaje się takie zwyczajne... Patrzę na nich i mam głębokie przekonanie, że będą szczęśliwi. Może jednak czekają ich jeszcze jakieś kolejne odkrycia?







