Laboratorium Re... > Studia > Nie podają się na tacy  

Studenci Laboratorium Reportażu - rocznik 2006

Nie podają się na tacy

O życiowych wyborach, o nie kręceniu się w kółko, o niezwykłości życia, o miłości do kina, o podróżach do Rosji i Libanu, o liczbach - piszą w swoich biogramach nowi studenci Laboratorium Reportażu (rocznik 2006).

Karolina Garwacka

Leroy Paul (1860-1942)

Kiedy byłam dzieckiem moim ulubionym wierszykiem był „Dyzio marzyciel” Juliana Tuwima. Nadal lubię wymyślać niemożliwe historie leżąc na łące. Nadal też lubię czekoladę i lody malinowe. Najbardziej jednak lubię, kiedy rozmowa płynie jak czyste źródło i kiedy stanąć na szczycie mi przyjdzie i przyjrzeć się sprawie z innej perspektywy.
Lubię się dziwić i żart uroczo złośliwy lubię.
Zdecydowanie nie lubię kręcić się w kółko.


Szymon Majewski

Wychowałem się w Żyrardowie – robotniczym mieście pod Warszawą, które w międzyczasie zmieniło się w miasto gigantycznego bezrobocia i korupcji rodem z Gogola. Żyrardów - opisany przez Głowackiego w reportażu o zabójstwie członka Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej - gdzie rozwody odbywały się „za pomocą siekiery”, dalej pracował na swą czarną legendę. Ja miałem to szczęście, że mogłem robić teatr. Graliśmy Jerofiejewa, Gombrowicza, Hellera i przedstawienia oparte na surrealistycznych improwizacjach. Próbowaliśmy całymi dniami, jeździliśmy na festiwale i eksperymentowaliśmy z różnymi specyfikami. W szarym mieście szarych podwórek, gdzie kolor miał naprawdę nielekko, teatr pozwolił mi żyć kolorowo.

Potem była Polonistyka, z której przerażony uciekłem przed gramatyką opisową i perspektywą zgłębiania niezapomnianych dzieł naszych Wielkich Wieszczów i niemniej wielkich prozaików epoki Pozytywizmu.
Potem studiowałem na Slawistyce. Uczyłem się serbskiego, chorwackiego (kiedyś jeden język, ale po wojnie okazało się, ze są to dwa zupełnie inne języki) i czeskiego. Czytałem Kiša, Hrabala, Kovačevića, Haška i kilka innych interesujących rzeczy. Podróżowałem po Bałkanach i Czechach, poznawałem inne kultury, inną mentalność, wyzbyłem się – mam nadzieje – prowincjonalizmu w myśleniu. Po skończeniu studiów umierałem ze strachu przed bezrobociem. Krótko, bo Powiatowy Urząd Pracy zaproponował mi kilkumiesięczny staż w biurze prasowym Ministerstwa Środowiska. Zostałem na etat. Spodziewałem się atmosfery z Kafki, a znalazłem się w groteskowej rzeczywistości bardziej z Mrożka. To była jednak szkoła życia. Obserwowałem świat rozpięty na paradoksach. Z jednej strony profesjonaliści i wielbiciele przyrody, z drugiej nadęci ministrowie i „ich zaplecze polityczne”, marazm biurowy, pisma czekające kilka dni na podpis i „brak decyzyjności” następujący zawsze po szumnych deklaracjach. W resorcie poznałem zasady działania (i nie-działania) machiny państwowej, zainteresowałem się przyrodą, na której uroki wcześniej byłem dość obojętny,mogłem pracować z wieloma profesjonalnymi dziennikarzami (współpraca z tabloidami też była dość pouczająca). W dniu zawiązania egzotycznej koalicji uznałem, że czas najwyższy brać nogi za pas. Teraz pracuję gdzie indziej.
Lubię: melanże w dobrym towarzystwie, podróże , literaturę, ptaki szponiaste, cietrzewie i żargon przestępczy. Nie lubię: PKP, gawronów, kieszonkowych Napoleonów, śmieci w lasach i aptekarza, u którego Romeo kupował truciznę.


Emilia Okołotowicz

Urodziłam się w Poznaniu 7 września 1978 roku z Marii z domu Gołębiowskiej i Konstantego Okołotowicza. Mama pochodzi z Włocławka, zaś tata z Mućkiewicz pod Baranowiczami (dzisiejsza Białoruś). Od piątego roku życia mieszkam w Warszawie.
Z wykształcenia jestem etnologiem. Studia magisterskie w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Warszawskim ukończyłam z wynikiem bardzo dobrym we wrześniu 2004 roku pracą dyplomową pt. „Białoruscy szeptuni” poświęconą praktyce magicznego zamawiania chorób i zjawisku znachorstwa na Białorusi. Generalnie podczas studiów zajmowałam się kulturą duchową społeczeństw wiejskich, a zwłaszcza synkretyzmem religijnym, prowadząc badania przede wszystkim na terenie Białorusi Zachodniej. Podczas rozlicznych etnograficznych wędrówek zawsze najistotniejszą wartość miały dla mnie spotkania z konkretnymi ludźmi, ich osobiste uczestnictwo w religii, kulturze i społeczeństwie. Uwielbiam włóczyć się po świecie i słuchać opowieści. Dzięki pracy terenowej, wykorzystując przy tym swoją czujność, dociekliwość i namiętność słuchania, zdobyłam rzetelną umiejętność prowadzenia rozmowy z drugim człowiekiem, przedzierania się przez obojętność i nieufność, wydobywania najgłębszych tajemnic.
Od wielu lat współpracuję ze Stowarzyszeniem na Rzecz Kultury Tradycyjnej „Dom Tańca”, zajmującym się badaniem, dokumentacją oraz upowszechnianiem polskiej tradycyjnej kultury muzycznej (zarówno wiejskiej, jak i miejskiej) „in crudo” - autentycznej, czystej, dzikiej, wolnej od folklorystycznych stylizacji i wypaczeń. Brałam udział w organizacji i realizacji wielu imprez i projektów kulturalnych w kraju i za granicą (zabaw tanecznych, koncertów, seminariów z udziałem wiejskich kapel, tancerzy i śpiewaków, projektów edukacyjnych), prowadziłam warsztaty polskich tańców podczas czterech edycji letniej szkoły muzyki tradycyjnej „Tabor Domu Tańca” na Radomszczyźnie, a także w ramach całorocznych zajęć dla studentów Instytutu Kultury Polskiej UW. Od lat prowadzę także działalność artystyczną: grałam i śpiewałam w dwóch zespołach folkowych ( Wędrowiec, Kołowrót – laureaci festiwalu Nowa Tradycja organizowanego przez Polskie Radio), współpracowałam z Niezależną Grupą Teatralną Dariusza Kunowskiego, twórcy praskiej sceny „Lubelska 30/32”, a obecnie gram na barabanie i bębenku w kapeli Czarne Motyle (przedwojenne walczyki, fokstroty i tanga).
Podróżuję, wędruję, obserwuję, oglądam, rozmawiam, czytam, fotografuję, piszę listy, pamiętniki, czasem wiersze. Myślę, jestem ciekawa świata, lubię ludzi, lubię słuchać i poznawać. Uwielbiam śnić, żyć równolegle. Interesuje mnie różnorodność społeczeństw, kultur i religii, relacja między jednostką a społeczeństwem, miejsce człowieka w kulturze, jego narodowa, kulturowa i religijna tożsamość, lokalność i wielokulturowość, problem za- i wy- korzenienia, miejsce człowieka w rodzinie i przestrzeni (naturalnej i kulturowej), rodzinne mitologie.
Dwa dni w tygodniu pracuję w przedszkolu. W dzieciach fascynuje mnie spontaniczność, bezpośredniość, dzikość, bezwzględność, upór i niebywała kreatywność. Wkrótce wychodzę za mąż.
Lubię czekoladę.
I mięso.
Nasz wielki, drewniany dom w Baranowiczach uwielbiam.


Urszula Ginalska

Baśnie i bajeczki
Poczęto mnie na majówce. Na świat przyszłam w dzień po Walentynkach, wówczas jeszcze nieznanych, a już poważnie determinujących moje zainteresowania, pięknego 1975 roku pańskiego w dumnym mieście Wrocław.
Miałam być Norbertem, lecz z braku wersji żeńskiej tegoż, imię, dzięki babci dostałam po ukochanej córeczce Jana Kochanowskiego.
W 1987 roku, gdy przyszedł na świat mój brat Kuba, imię Norbert było już mocno nieatrakcyjne, podczas, gdy Urszula do tej pory brzmi uroczo;)).
Od jednej babci dostałam literackie imię, druga, co wieczór obdarowywała mnie i moich kuzynów baśniami.
Jako półtoraroczne dziecię nie protestowałam, gdy rodzice przywieźli mnie do stolicy, gdzie zamieszkaliśmy na warszawskiej Pradze, na siódmym piętrze z widokiem na rzekę. To cud nad Wisłą, że tato miał strzec polskich granic w samym środku Polski, na lotnisku Okęcie. Mogły mnie przecież kształtować kętrzyńskie lasy i jeziora lub inne graniczne klimaty, a nie most Śląsko Dąbrowski, Bazar Różyckiego i pobliska Starówka.
„Poczytaj mi Mamo” panoszyły się po pokoju, a magiczne radiowe słuchowiska oswajały ciemność i samotne noce w dziecięcym pokoju.

Dzieci z Bullerbyn*11
Podstawówka to arkadia młodości, niekończące się imprezy na trzepaku, pierwsze wypady pomiędzy zakurzone półki z książkami i marzenie o pracy bibliotekarki, pełne adrenaliny wycieczki do praskiego ZOO przez dziurę w płocie i ciepłe letnie wieczory nad rzeką, zabawa w dwa ognie, praca w gazetce szkolnej i pierwsze docenione wypracowania, sadzenie drzewek pokoju w Asyżu, pierwsza miłość, pierwsze potajemne pocałunki na schodach pomiędzy piętrami.

Mistrz i Małgorzata
Naukę w żeńskim liceum, które nie wiedzieć, czemu, sama sobie wybrałam, przypłaciłam poważnymi gastrycznymi dolegliwościami i totalną odrazą do zajęć z języka polskiego.
Pomimo żołądka jak u palącej, 59 letniej, ciężarnej kobiety– tak stwierdził specjalista po gastroskopii - z bolącymi trzewiami pochłaniałam książki.
Potajemnie prowadzony wraz z przyjaciółką zeszyt pełen opowiadań i wprawek przetrwał i do dziś kurzy się na szczycie szafy. Jeszcze tylko to fatalne pytanie o archaizmy Bogurodzicy na maturze i ulga.

Fortepian
Studia ekonomiczne na SGH wybrałam drogą eliminacji. Bardziej niż Statystyka kręcił mnie Świat Islamu, bardziej niż Ekonometria pociągały Negocjacje, bardziej od Ekonomii interesował Film. Miłosne dzienniki prowadzone wówczas z Ukochanym nr 2 pełne są wklejanych biletów z ŚP kina Moskwa, Capitol i z innych zaginionych sal kinowych. 97 filmów w ciągu roku to niebanalne osiągnięcie.

Hamlet
Pierwsza praca, pierwsze pieniądze, i znowu te same pytania. Być albo nie być.
Laboratorium Reportażu.
Happy End


Anna Rzeszutek

WSTĘP DO MNIE
W ciągu kilku ostatnich lat niejednokrotnie przekonałam się, że „nigdy nie mów nigdy” może okazać się całkiem przydatnym powiedzeniem, co więcej – sprawdza się.
Urodziłam się w Rzeszowie dwadzieścia cztery lata i ponad cztery miesiące temu.
Po kilku dniach spędzonych w stolicy Podkarpacia zostałam dosyć nieświadomie przetransportowana do niewielkiej lubelskiej (dzisiaj lubelskiej, kiedyś tarnobrzeskiej– ach, te podziały administracyjne) wioski, aby po kilku miesiącach przewędrować do kolejnej, oddalonej o siedem kilometrów od poprzedniej. Skończyłam szkołę podstawową i liceum mieszkając w tej samej miejscowości, co nie oznacza jednak, że uniknęłam kolejnych przeprowadzek. Wraz ze zmieniającą się sytuacją ekonomiczną w kraju, zmieniały się moje warunki mieszkaniowe (dzięki trosce i staraniom rodziców oczywiście). Po piętnastu latach spędzonych w komnatach klasycystycznego pałacu Prażmowskich (ostatni właściciel - hrabia Suchodolski umierając bezpotomnie przeznaczył go na cel dobroczynny – utworzono w nim Dom Opieki Społecznej dla dzieci pokrzywdzonych przez los, dotkniętych upośledzeniem różnego stopnia; z racji zawodu taty zostało nam przydzielone jedno z mieszczących się w nim mieszkań – naprawdę osobliwe doświadczenie!) miałam okazję przekonać się jak to jest mieszkać drzwi w drzwi z najlepszą przyjaciółką, a to z tej przyczyny, że nasi rodzice postanowili wynająć mieszkania w tym samym budynku. W ten sposób spełniło się jedno z moich nastoletnich marzeń, zawsze chciałam mieć siostrę i przez chwilę było tak, jakbym ją miała. Żeby uniknąć zbyt szczegółowych, zawikłanych i nudnych opisów przejdę do mety rodzinnych przenosin – uroczego, ciepłego i własnego domku, do którego zawsze chętnie wracam. Bardzo chętnie. A co najważniejsze – mam dzięki niemu ostoję, miejsce, w którym klarują się wszystkie myśli.
Dużo w moim życiu prze-, przeprowadzki, przeciwieństwa, przechadzki, przejażdżki, przewroty. Jednym z taki przewrotów był wyjazd na studia. Wybrałam filologię polską na nowopowstałym Uniwersytecie Rzeszowskim, dzięki niej zaczęłam podróż w głąb siebie. Chociaż studia minęły, o podroży nadal mogę powiedzieć przede wszystkim to, że się zaczęła, no może jeszcze – że mam nadzieję, że upłynie dużo czasu nim się zakończy.
Od zawsze bliższe mi były zajęcia językowe, ubóstwiałam przebierać w różnych formach językowych, szpiegować błędy, węszyć tautologie, rozwiązywać leksykalne zagadki, do serca przypadła mi nawet gramatyka historyczna. I tak różnego rodzaju słowniki stały się pasjonującą lekturą. Jedne studia przeminęły zanim zdążyłam się zorientować, że na dobre się zaczęły, więc poczułam pustkę, którą musiałam natychmiast wypełnić. Nie od początku wiedziałam czym…
Zamiłowanie do poszukiwań było chyba głównym powodem tego, że zdecydowałam się na Laboratorium, liczę na to, że pomoże mi zacząć solidne przeszukiwanie mojego wnętrza, które czasem wydaje mi się pokryte cienką (a dokuczliwie gryzącą) warstwą pyłu, składającego się głównie z niepewności i obawy. Że pozwoli mi przekonać się, czy coś we mnie drzemie, czy tak mi się tylko wydaje.
Kiedyś (nie tak bardzo dawno) postanowiłam sobie – i nie omieszkałam tego ogłosić moim najbliższym – że nigdy nie będę miała nic wspólnego z Warszawą (nie było w tym żadnej butności, po prostu zupełnie gdzie indziej wyobrażałam sobie moje miejsce, nie wyobrażałam sobie siebie itd.). Życie jednak potoczyło się tak, że teraz tu mieszkam, studiuję i robię wiele innych (mniej i bardziej pożytecznych) rzeczy. Jestem szczęśliwa i tym razem postanowiłam niczego się już nie zarzekać. Przeprowadzki są najprawdopodobniej na stałe wpisane w mój życiorys. Ciekawe dokąd następnym razem?
„… mieszka się w sobie, jak w więzieniu. Jeżeli inni z nas kpią, to dlatego, że nie przenikają w naszą duszę.”
Z „Doliny Issy” Miłosza najbardziej utkwiło mi w pamięci to zdanie. (Często zapamiętuję książki zdaniami). I chociaż nie zawsze mi się to udaje, staram się wnikać w ludzkie dusze. Uwielbiam słuchać. Słuchając uważnie można uniknąć wielu pomyłek. Życie dało mi możliwość (jakkolwiek to brzmi, choć w zasadzie nie brzmi, więc jakkolwiek to wygląda) obserwowania ludzi w trudnych sytuacjach, uważam, że to prawdziwa lekcja pokory. Składając dokumenty do Laboratorium napisałam, że doceniam ludzi, którzy dostrzegają wagę każdej chwili i że do duszy przylgnął mi jeszcze jeden cytat:
„Natura jest dana przez Boga, więc jest doskonała. Susze, upały, puste studnie i śmierć w drodze też są doskonałe. Bez nich człowiek nie odczułby potem prawdziwej rozkoszy deszczu, boskiego smaku wody i życiodajnej słodyczy mleka. Zwierzę nie umiałoby się cieszyć soczystą trawą, upajać zapachem łąki. Człowiek nie wiedziałby, co to takiego stanąć w strumieniu chłodnej, krystalicznej wody. Nawet nie przyszłoby mu do głowy, że to po prostu znaczy być w niebie”. (Ryszard Kapuściński, „Heban”).
Lubię sernik na zimno, byle bez rodzynek i herbatę z cytryną przy dobrej książce, krótsze i dłuższe spacery, filmy o wnętrzu i kwiatowe nuty zapachowe. Odgłos deszczu dzwoniącego o szyby,sprzeczność ludzkiej natury i brzmienie słów wypowiadanych przez osoby o dobrej dykcji. Muzyka nie zawsze jest mi potrzebna, choć bywa remedium. Remedium na dzisiejsze czasy jest mi potrzebne częściej. Lubię pisać listy, chociaż ostatnio trochę się zaniedbałam. Przyzwyczaiłam się do takiej formy oczyszczenia i szczerze ja polecam.
Nie lubię – podawać się na tacy.


Marzena Kozłowska

Urodziłam się 30 kwietnia 1980 roku w Brzesku, w województwie małopolskim. Z wykształcenia jestem psychologiem społecznym. W trakcie studiów nabawiłam się podejrzeń, że pozostając wyłącznie nim nigdy nie uczynię zadość swoim pasjom. I wtedy powrócił do mnie pomysł na kształtowanie swojej biografii poprzez dziennikarstwo. Wrócił, bo po raz pierwszy zaniepokoił mnie już w czasach szkoły podstawowej. Na tamten okres datują się moje pierwsze próby żurnalistyczne (redakcja gazetki szkolnej, założonej zresztą z własnej inicjatywy). Lata liceum były ich kontynuacją. Wybór kierunku studiów, który na tle wyżej zasygnalizowanych poczynań wydaje się stanowić niekonsekwencję, podyktowany był zainteresowaniami intelektualnymi, potrzebą znalezienia odpowiedzi pewne pytania i eksploracji pewnego rejestru rzeczywistości, bardzo skądinąd rozległego i rozciągliwego – rzeczywistości ludzkiej. Szkolne próby redakcyjne to natomiast ekspresja raczej zainteresowań literackich niż społecznych. Od października 2006 jestem studentką Laboratorium Reportażu. Jak sądzę, jest to miejsce, gdzie mają szansę twórczo przenikać się oba nurty moich zainteresowań. Dlatego tutaj jestem…


Julitta Klama

Mam 24 lata. Urodziłam się w Łomży 16 września 1982 roku. Jestem absolwentką Uniwersytetu w Białymstoku, po pięciu latach studiowania uzyskałam stopień magistra filologii polskiej dwóch specjalizacji: pedagogicznej i kulturoznawczej. W trakcie studiów odbyłam praktyki nauczycielskie na różnych szczeblach edukacji a także w Miejskim Domu Kultury w Łomży.
Studia umożliwiły mi również aktywne uczestnictwo w studenckich kołach naukowych: kulturoznawczym oraz kole „Integra”. Występowałam w studenckim alternatywnym teatrze „Snu Tworzywo” a także w białostockim Teatrze Tańca Współczesnego. Aktualnie musiałam rozstać się ze swoim hobby, ze względu na bardzo poważną kontuzję kolana.
Interesuję się teatrem (tradycyjnym i alternatywnym), tańcem (współczesnym nowoczesnym oraz flamenco), muzyką, śpiewem, sztuką współczesną, kinem krótkometrażowym. Uczestniczę w licznych wydarzeniach kulturalnych i muzycznych. Lubię czytać książki, głównie o tematyce psychologicznej i filozoficznej. Sama także piszę (wiersze, opowiadania, scenariusze), ale jak na razie jedynie do szuflady.
Kolejna moją pasją są podróże: zarówno w dalekie strony świata, jak i w najbliższe okolice, z których przywożę nie tylko wspomnienia, ale też fotografie. Kocham naturę, przyrodę, nie jem mięsa. Prowadzę zdrowy tryb życia: uprawiam jogę i różne sporty (jazda na rowerze, rolkach, jogging, wędrówki górskie). Znam dwa języki obce: angielski i rosyjski, w przyszłości zamierzam nauczyć się również innych języków, co ułatwi mi podróże oraz poznawanie obcych kultur.
Mam nadzieję, że nowo rozpoczęte studia w Laboratorium Reportażu umożliwią mi rozwój i pogłębienie pisarskich umiejętności, a także rozbudzą we mnie nowe pasje i poszukiwania.


Andrzej Berezowski

Skopałem mamie woreczek żółciowy i wydostałem się na świat dnia 28 listopada 1979 roku w szpitalu kolejowym w Międzylesiu koło Warszawy. Sukces.
Cztery lata później w tym samym szpitalu, na tym samym piętrze urodził się brat Wiktor, dziewięć lat później siostra Joanna.
Narodziny Wiktora nie uratowały małżeństwa rodziców. Po jednej z kłótni tata wyszedł przez zamknięte drzwi. Szarpnął klamką z taką siłą, że rygiel wyskoczył ze skobla. Gdy zamykał z trzaskiem, sztabka metalu uderzając o zewnętrzną stronę skobla wygięła się. Zamek nie nadawał się do naprawy. Dopóki tam mieszkaliśmy, próbowałem powtórzyć wyczyn – bezskutecznie. Myślę, że tata też nie potrafił. Odtąd widywaliśmy się raz na tydzień.
Miałem 6 lat jak mama wysłała mnie do poradni psychologicznej. Psycholog roztoczyła przede mną cudowny świat oparty na zaufaniu i możliwości rozmów w cztery oczy; po czym włączyła nagrywanie na magnetofonie. Nie byłem wylewny. Stwierdziła brak umiejętności nawiązywania kontaktów z rówieśnikami, czy coś w tym guście. Za jej namową posłano mnie do szkoły o rok później.
W nałóg czytania wpadłem w drugiej klasie podstawówki. Winna była moja babcia, która pozwalała szperać na półkach pełnych książek w swoim mieszkaniu. Pozwalała też pożyczać i rzadko upominała się o zwrot. Nie starała się wpłynąć na rodzaj lektury. Czytałem głównie sensację, a nazwiska na okładkach: MacLean, Follet, Forsyth, wzbudzały we mnie dreszcz emocji.
Pewnej nocy w ukryciu przed mamą, pod kołdrą, wertowałem Paragraf 22. Tekst oświetlała lampa, pozbawiona klosza, a dotykająca flanelowej powłoczki. Nie trzeba wielkiej wyobraźni by przewidzieć następstwa. Ja okazałem się skończonym idiotą. Książka przetrwała. Znowu sukces.
Szkołę podstawową ukończyłem planowo. Na rozdaniu świadectw moja klasa, 32 osoby, obiecała sobie, że będzie spotykać się co parę miesięcy. Nie udało się ani razu. Chciałem wykształcić się na pilota. Nie przeszedłem badań lekarskich. Nie wyraźnie mówię. Nic z tym nie zrobiłem. Poszedłem do ogólniaka. Jego przedwczesne opuszczenie sugerowano mi tylko raz, gdy na pięć dni przed zakończeniem pierwszej klasy, nie miałem zaliczonej matematyki, fizyki i chemii. Do dziś nie jestem pewien, czy między przedmiotami ścisłymi zachodzi jakakolwiek różnica i pewno nigdy się tego nie dowiem. Przeszedłem do następnej klasy dzięki życzliwości nauczycieli. Znowu sukces.
W liceum napisałem pierwsze teksty. Wtedy jawiły mi się jako wspaniałe. Poprosiłem polonistę o ocenę. Skrytykował. Chciałem go zabić. Dziś czytając te parę zdań myślę o samobójstwie. Aby nie psuć sobie humoru w ogóle nie powinienem czytać własnych słów.
Niepokój rodziców o moją przyszłość; tata wrócił do palenia; zmobilizował do zdania matury. Był rok 1999. Znowu sukces.
Studia historyczne zapisały się w pamięci jako piękny okres. Może dlatego, że tak rzadko padało pytanie o przyszłość, co potem? Włóczyliśmy się po barach i lokalach. Wymienialiśmy słowa, czasem nawet myśli. Tych ostatnich z biegiem lat coraz mniej. Poznałem Edytę. Stukając kolanami o kolana Edyty na ławce w parku, poderwałem. Tak mi się wydawało, że ja. Znowu sukces.
Po skończeniu studiów pracowałem u Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, teraz pracuje w Muzeum Techniki.
W ósmej klasie podstawówki, namówiony przez przyjaciela z jednej ławki, kupiłem gitarę z popękanym pudłem. Mieliśmy grać jak Nirvana. Fascynowała nas Nirvana, fascynowała, bardziej niż muzyka, śmierć Kurta Cobaina.
Następne dwanaście lat szwendałem się po kapelach garażowych. Jedną założyłem sam. Grałem koncerty w pubach i domach kultury za zwrot kosztów. Nie wydałem oficjalnej płyty. Te wszystkie riffy jakie stworzyłem wydają mi się dziś naiwne. Po dwunastu latach pracy z instrumentem zrozumiałem dźwięki innych, co wyrażają i jak budują utwory. Potrzeba było na to dwunastu lat. Przez kolejne może pojmę malarstwo albo inną gałąź sztuki. Odkryje nową prawdę. Swoją. A po wielu latach, gdy już będę sporo wiedzącym starym człowiekiem może znajdę drogę, która była mi przeznaczona. Znowu sukces.


Emilia Nyka

Od czerwca 2005 roku jestem magistrem sztuki. Skończyłam Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, Wydział Grafiki. Zrobiłam dyplom w Pracowni Projektowania Książki profesora Macieja Buszewicza (z aneksem w pracowni multimedialnej – film “Park”). Pracuję jako grafik na pół etatu, a drugie pół poświęcam malowaniu obrazów (wiosną wystawa) i studia reporterskie.
Razem z moim mężem Jasiem staramy się jak najczęściej i jak najdalej podróżować, z wyjazdów właśnie wziął się pomysł na studia w Laboratorium Reportażu. Podczas ostatniej wyprawy (Syria, Liban) zrozumiałam, że powinnam się inaczej przygotowywać do takich podróży. Liczy się nie tylko przewodnik, sprzęt i lekarstwa, ale przede wszystkim wiedza na temat danego kraju. Do tej pory z wyjazdów przywoziłam tylko rysunki i materiał wideo – ale pełnometrażowego filmu jeszcze nie zmontowałam!
W Warszawie kursuję pomiędzy teatrami, kinami a wystawami.
Latem jeżdżę na bałtycką plażę, zimą jeżdżę na nartach.
Jestem w ciąży – na początku stycznia urodzi się moja córeczka – Milena. Mieszkam w domku na obrzeżach Warszawy. Mam dwóch braci: jeden jest montażystą, a drugi hiphopowcem freestyle'owcem (nie wiem co on sam powiedziałby na to określenie), mama jest kardiologiem, tata ma co roku nowy pomysł na pracę, mój teść jest dziennikarzem - specjalistą od gór, teściowa – polonistką w podstawówce, jeden z dziadków był piekarzem, drugi produkował organy do filharmonii i kościołów, babcia była modystką a druga mnie niańczyła.
Mam męża – Jaś jest grafikiem i fotografem, malarzem i podróżnikiem, obecnie usiłuje zdać egzamin na prawo jazdy. Mam również dwa psy – Tygrysa i Laikę i dwa koty – Tradycję i Hecę.


Alicja Puchała

Urodzona w 1981 roku, w Częstochowie. Absolwentka Instytutu Psychologii UJ. Pisze i fotografuje. Uczestniczyła w projekcie ZONA zorganizowanym przez Willę Decjusza dla młodych dziennikarzy z Europy Środkowej i Wschodniej.
Obszary zainteresowań: życie na styku kultur, prawa człowieka, islam i kobieta w kulturze muzułmańskiej. Podróżowała samotnie po Indonezji i Maroku.
Ważniejsze publikacje: Miesięcznik ZNAK, Charaktery.


Ania Grzywacz

Przyszłam na świat 24 czerwca 1979 roku w zgierskim szpitalu. Od tamtego czasu kilkanaście razy udało mi się zmienić miejsce zamieszkania, skończyć różne szkoły. W tej ostatniej studiowałam Filologię Angielską i Amerykanistykę.
Mogłabym jeszcze wspomnieć o paru wydarzeniach z mojego dwudziestosiedmioletniego życia, wymienić ulubione książki, filmy i wyjątkowych dla mnie ludzi… Ale nie lubię pisać osobie więc dodam tylko, że od ponad roku mieszkam w Warszawie.


Bartosz Kowaliński

Jestem absolwentem Wydziału Elektrycznego Politechniki Szczecińskiej. Ukończyłem również Studia Podyplomowe w zakresie Technologii WWW na Wydziale Elektrycznym Politechniki Szczecińskiej oraz Pomaturalne Studium Zawodowe w Zespole Szkół Artystycznych „TOP-ART” w Szczecinie w zakresie fotografii. Obecnie jestem słuchaczem studiów podyplomowych „Laboratorium Reportażu” na Uniwersytecie Warszawskim. Od wielu lat współpracuję przy produkcji filmów dokumentalnych (m.in. „Begegnungen an polnischen Flüssen“ 2003, „Die Rückkehr der Seeadler” 2005, „Kraj Mojej Matki” 2005), oraz programów telewizyjnych dla stacji publicznej telewizji niemieckiej (Arte, ZDF, NDR, WDR, ARD, Deutsche Welle).
Szczególnym miastem w mojej twórczości jest Berlin, zarówno moje eksperymenty filmowe jak i fotografie związane są przede wszystkim ze stolicą Niemiec. W październiku 2005 roku w berlińskiej siedzibie telewizji ZDF w galerii „Testbild” odbyła się wystawa moich fotografii „Berlin”.
Moje zainteresowania to przede wszystkim fotografia, turystyka wysokogórska oraz żeglarstwo.


Joanna Molik

Urodziłam się i wychowałam w Poznaniu. Mam straszną słabość do tego miasta, w którym spędziłam dwadzieścia trzy lata mojego życia. Później były dwa lata w Łodzi (której nie pokochałam) i ostatnie trzy w Warszawie – do tej ostatniej mam na razie stosunek nieokreślony, choć chyba ją lubię. Troszkę. Z każdym dniem coraz bardziej.
Byłam dziwnym dzieckiem, które nad towarzystwo rówieśników przedkładało książki. Potem byłam nieco mniej dziwną nastolatką, ale miłość do książek mi pozostała. I słabość do cyferek. Równań, wykresów i rachunku prawdopodobieństwa. I algorytmów. I to się raczej nie zmieni.
Gdy zaczynałam studia informatyczne moja wiedza w tej dziedzinie ograniczała się do znajomości podstaw Q-BASICa i komend DOSa, nie miałam nawet własnego komputera. Ale za to miałam mocne przeświadczenie, że dam sobie radę. I nie myliłam się J
Po pięciu latach studiów czekała na mnie propozycja nie do odrzucenia od międzynarodowej korporacji i tak od ponad pięciu lat wdrażam systemy bankowe. Moja mama do dziś nie wie, na czym polega moja praca, wszystkim mówi że „Asia pracuje w amerykańskiej firmie i ma laptopa”. Kochana mama J
Popijając ze znajomymi kolejny kubek korporacyjnej kawy zadawałam sobie nie raz pytanie: czy to już wszystko, na co mnie stać? Dziesiątki mniej lub bardziej twórczych dokumentów, specyfikacji, prezentacji. Prowadzenie szkoleń i rozmów z klientem. Mozolne wspinanie się po szczebelkach kariery, planowanie kolejnych studiów, może MBA w Londynie, może lepsza praca w jeszcze fajniejszej korporacji…
Jednak zamiast zdobywać wiedzę z dziedziny finansów i bankowości zdecydowałam się na Laboratorium Reportażu. Po raz kolejny pomimo braku wiedzy i doświadczenia zaczynam kolejne studia z mocnym przeświadczeniem, że dam sobie radę.
Może dzięki temu uda mi się w końcu przelać na papier te wszystkie historie, które siedzą w mojej głowie, pilnie strzeżone przez złośliwego chochlika szepczącego „nie umiesz, nie znasz się, ty grafomanie jeden ty!”. Mam w zanadrzu sporo treści – czas najwyższy zadbać o ich formę i przelać je na papier. Albo na dokument w formacie elektronicznym. Albo na taśmę wideo. Albo na kartę pamięci w cyfrowym aparacie…
Moje dotychczasowe próby pisarskie to licealne bajki o znerwicowanych królewnach, dziwaczne opowiadania i alternatywne zakończenia przeczytanych książek – „stety” albo i nie zapodziały się gdzieś w przepastnych pudłach ze szkolnymi zeszytami, których moja mama za nic w świecie nie pozwala mi wyrzucić. Mamy już tak mają. Może kiedyś je odnajdę.
Oprócz tego mam setki zdjęć z wypraw do krajów dalekich i bliskich oraz jeden film z podróży czerwonym Mustangiem po Kalifornii.
Ale chyba nic z tego nie nadaje się do wrzucenia do teczki z napisem „portfolio”.
Kiedy składałam podanie o przyjęcie mnie na studia w Instytucie Dziennikarstwa, kobieta która je ode mnie przyjmowała obejrzała mój dyplom magistra informatyki, uśmiechnęła się do siebie i powiedziała „Hmm, ciekawe”. Mam nadzieję, że właśnie tak będzie. Ciekawie.
Post scriptum.
Na jednych z pierwszych zajęć wydało się, że nie jestem jedynym informatykiem w grupie. Co więcej – na ten sam pomysł na zagospodarowanie weekendów wpadł jeszcze mój firmowy kolega. Może nie jestem aż tak wyjątkowa, jak mi się wcześniej zdawało…? A może niezwykli ludzie nieświadomie podążają podobnymi ścieżkami ;-)


Patrycja Mic

Na początku był bezruch. I przyszłam na świat dziesiątego dnia jesieni 1978 roku w Skwierzynie, w rodzinie żołnierza zawodowego. Wyrastałam w środowisku skazanym na życie według zasad wojskowej bohemy. Ojciec, którego zawód wyznaczał rodzinną migrację do coraz to innych jednostek wojskowych; matka podległa decyzjom jego zwierzchników; babcia - niezłomna podróżniczka, której nawet na stare lata momentalnie się poprawiało, gdy słyszała: „jedziemy?”; pies reagujący równie nadpobudliwie, z ulubioną miejscówką na tylnej szybie samochodu; koleżanki i koledzy, którzy znikali z mojego otoczenia tak gwałtownie jak w nim się pojawiali.
Każdą szkołę kończyłam gdzie indziej. Skwierzyna, Gubin, Kożuchów, Nowa Sól, Poznań – pięć różnych miast, epizodów, środowisk, pięć różnych opowieści. Zmienny krajobraz za oknem stał się moim sensem, uzależnieniem i moim przekleństwem. Nie potrafię „zagrzewać miejsca”, muszę się przemieszczać. Formą idealną jest autostop - uprawianie go urosło w moich oczach do rangi ideologii, postawy, metody eksploracji rzeczywistości, sposobu na życie.
W liceum, podczas jednej z chorób przeleżanych w łóżku, wygrzebałam w szuflady stary rosyjski aparat dziadka i tak zaczęła istnieć dla mnie fotografia. Od tej pory minęło sporo lat, zanim trafiłam na biografię Patricka Chauvel’a „Fotoreporter wojenny” a później na film „War photographer” i zaczęłam niejasno przeczuwać, co być może w fotografii kręci mnie najbardziej. I jak połączyć dwie najsilniejsze pasje – podróże i robienie zdjęć - w jedno.
Rok 1997 - Poznań i studia na UAMie były momentem przełomowym w procesie wychodzenia z cienia małych miasteczek. Zdawałam na politologię z myślą o specjalizacji dziennikarskiej, wylądowałam na pedagogice medialnej, uważając wtedy, że to kiepski substytut. Teraz nie żałuję. Z tych pięciu lat wyciągnęłam przygodę z radiem, telewizją, gazetą studencką, z kilkoma wydawnictwami, szalone podróże autostopem po Europie wschodniej i zachodniej, miłość do kina, pogłębienie fotograficznego bakcyla, niebanalną szansę pisania pracy magisterskiej ze.. sportów ekstremalnych... oraz frajdę otarcia się o zawód nauczyciela. W tym czasie również odkryłam dla siebie Bieszczady – miejsce o niewytłumaczalnej mocy przyciągania i inspiracji, do tej pory jedyne takie na świecie, które usprawiedliwia mój ewentualny bezruch, jedyne o którym potrafię realnie myśleć - zamieszkać tam i zdjąć wreszcie nogę z gazu. Tam powstał mój pierwszy reportaż – o mało komu znanym jeszcze wtedy zakapiorskim playboju z Cisnej.
Koniec studiów i rok 2002 to czas trochę niechcianej retrospekcji - powrotu z wielkomiejskiego światka do pipidówy i narzuconego przez program stażu absolwenckiego uczestnictwa w organizacji kampanii „Moja Gmina w UE”. Po jej zakończeniu, przy próbach odpowiedzi na pytanie – „co dalej?” słyszałam w sobie tylko niemą ciszę, wyrwanie z kontekstu, brak poczucia posiadania własnej drogi i rozczarowanie polskim rynkiem pracy.
Któregoś październikowego dnia 2003 roku kupiłam bilet do Londynu. Wyjechałam bez konkretnego celu, bez znajomości angielskiego. Tempo życia oraz ciągły atak niespodziewanie szerokiego spektrum doświadczeń były tak ogromne, że nie pamiętam już, kiedy i jak upłynęły 3 lata. Zapamiętane pozostało oszałamiające i znieczulające jednocześnie poczucie skurczenia się świata i nieograniczonych możliwości jego eksplorowania - bycia wszędzie i funkcjonowania z nieznaną do tej pory elastycznością. Ale również niesmak braku odpowiedzi na najważniejsze pytania.
Podczas pierwszych wakacji w Polsce – idąc Nowym Światem w Warszawie natknęłam się na afisz Laboratorium Reportażu z informacją o rekrutacji. Zaiskrzyło. Wróciłam do Londynu z gotowym planem – zarobić na studia i wrócić do kraju.
W te wakacje udało mi się zrealizować to i jeszcze jedno marzenie – podróż po Rosji i Mongolii. Ze zdjęć, które przywiozłam, zrobiłam pierwszą w moim życiu wystawę.


Anna Pieniążek

Urodziłam się w 1978 r. w Kielcach, i choć od kilku lat mieszkam na stałe w Warszawie, to właśnie Kielce na zawsze pozostaną dla mnie miejscem ważnym, szczególnym. To właśnie w tym mieście nawiązałam pierwsze, prawdziwe przyjaźnie, które przetrwały do dziś. To w murach kieleckiego I LO im. Stefana Żeromskiego nauczyłam się niezależnego patrzenia na świat i doceniłam wartość indywidualizmu. W tym miejscu ukształtowały się podwaliny mojego jestestwa, na bazie którego budowałam w kolejnych latach siebie. Rodzinne miasto było również świadkiem moich pierwszych prób literackich – wtedy jeszcze na płaszczyźnie poetyckiej. Rodzina, przyjaciele, szkoła – dzięki tym elementom jestem taka, jaką mnie znacie.
Szeroko pojęta „nauka”, którą wyniosłam z mojej małej ojczyzny, stanowi podstawowy bagaż najcenniejszych doświadczeń. Wszystko to, co przyswoiłam później, jest logicznym uzupełnieniem wartości wpojonych mi na kieleckim etapie życia.
Gdy nadszedł czas wyboru dalszej drogi kształcenia, podjęłam decyzję kontrowersyjną – nie patrząc na humanistyczne predyspozycje rozwijane w liceum w klasie o profilu klasycznym, zdecydowałam się na Stosunki Międzynarodowe w Szkole Głównej Handlowej. Teraz z perspektywy czasu widzę, że być może mogłam wybrać lepiej. Ale z drugiej strony, dzięki tym studiom rozpoczęło się wiele bardzo ważnych wątków w moim życiu: miłość, nowa przyjaźń, fascynacja Ukrainą. Dzięki nauce na uczelni ekonomicznej otworzyły się przede mną zupełnie nowe, nieznane światy, leżące po drugiej strony skali moich dotychczasowych zainteresowań. Jednocześnie jednak okres studencki to czas powolnego uświadomienia sobie straty, jaką była rezygnacja z tej części osobowości, która czerpała czystą radość z udanego wiersza, lektury dzieł Dostojewskiego czy Hrabala. W pewnym momencie pojawiło się pytanie o sens drogi, którą wybrałam. Czy nie zrezygnowałam zbyt pochopnie ze swoich humanistycznych zainteresowań i czy nie zbagatelizowałam drzemiących we mnie predyspozycji? Konsekwencją tych przemyśleń był powrót do pisania – już nie poezji, lecz opowiadań. Czując rosnącą satysfakcję z tworzenia własnych, niepowtarzalnych rzeczywistości, zaczęłam zastanawiać się nad korektą obranej tropy. Punktem kulminacyjnym tych rozważań stała się decyzja o podjęciu studiów podyplomowych w Laboratorium Reportażu. Tym samym, w październiku 2006 r., historia zakorzenionego we mnie pierwiastka humanistycznego zatoczyła koło.
Wewnętrzne rozterki i sprzeczności powodują, że wciąż poszukuję swojego miejsca w świecie. Jeszcze nie odnalazłam życiowej drogi, dającej satysfakcję oraz poczucie twórczej realizacji. Mam nadzieję, że studia w Laboratorium Reportażu pomogą mi zdiagnozować swoje możliwości i wskażą kierunek rozwoju.


Monika Tarnowska

Jestem absolwentką wydziału Polonistyki UW (2006) specjalizacje: upowszechnianie kultury, językoznawstwo, literaturoznawstwo, w tym roku kończę wydział Filozofii specjalizacja: edytorsko-translatorska. Obecnie studiuję podyplomowo na wydziale Geografii w Instytucie „Krajów Rozwijających się” oraz na wydziale dziennikarstwa w podyplomowym studium ”Laboratorium Reportażu”. Interesuje mnie szeroko pojęta problematyka krajów rozwijających się. Interesuję się także kulturą wysoką: malarstwem, maluję od pięciu lat, fotografią dokumentalną i artystyczną, najbardziej sobie cenię zdjęcia dokumentalne o wysokim walorze artystycznym. Moim ulubionym reżyserem teatralnym jest Krystian Lupa a autorytetem w dziedzinie literatury faktu Ryszard Kapuściński.


Tomasz Borowski

Słów kilka i przemyśleń parę o mnie i reszcie świata.
6 miliardów... czegokolwiek dotyczy ta liczba, jest ona imponująca, olbrzymia i nie do ogarnięcia, a zwłaszcza jeżeli określa liczbę ludzi żyjących na ziemi. 6 miliardów, 6 miliardów dusz, umysłów, uczuć, historii, głosów, myśli, marzeń i oddechów. Próbując to ogarnąć paradoksalnie ogarnia mnie pustka, bo przecież ja sam dla siebie jestem zagadką, a moja najbliższa rodzina skrywa przede mną wiele tajemnic, więc jak mam myśleć o tych 6 miliardach, gdy nic nie wiem o moim najbliższym otoczeniu, a miliard jest dla mnie synonimem abstrakcji! Lecz myślenie się nasila, próbuję to wszystko podzielić, zorganizować i zrozumieć... Zastanawiając się nad sobą i wszystkimi ludźmi dochodzę do wniosku, że jesteśmy tacy sami, przecież pochodzimy, w zależności od teorii, od jednego ojca Adama lub od przysłowiowej małpy. Każdy z nas posiada jeden mózg, którym myśli i jedno serce, którym czuje. Każdy z nas potrzebuje tego samego aby żyć, czyli powietrza, wody i pożywienia, ale czy to znaczy, że jesteśmy tacy sami? Mój myślący mózg i czujące serce wzbija się na intelektualno–emocjonalne wyżyny i stwierdza, że przecież tyle nas różni...
Różnimy się wszyscy: ja od mojego brata, mój brat od mojego taty, moja mama od mojego dziadka, mój dziadek od pradziadka, a przecież mamy być tacy sami z jednym umysłem i bijącym sercem...
W końcu!! Wiem!! Różnice są piękne!!
Różnice dotyczą naszych oczu i koloru skóry, naszej duszy i bardziej skomplikowanej struktury, takiej jak zjawisko kultury. Wszystko to nas odróżnia od siebie i czyni wyjątkowymi jak gwiazdy na niebie J. Ale skończymy z tym rymem i przejdźmy do następnego akapitu. Nie da się opisać na w kilku słowach wszystkich podobieństw, różnic i problemów, które dotykają współczesnych ludzi, i ja nie mam zamiaru próbować, chcę tylko podkreślić, że mimo różnic, które są naszym największym skarbem wszyscy jesteśmy tacy sami, jesteśmy jedną wielką rodziną ludzkości, która od kilkudziesięciu tysięcy lat nie potrafi się ze sobą porozumieć. Lecz aby zrozumieć ludzkość i jej problemy, musimy najpierw poznać samego siebie i to właśnie spróbuję uczynić, zapraszam więc w krótką podróż po moim umyśle, którego myśli chaotycznie przelałem w słowa.

Jestem:
-wysoki acz niski, przecież niektórzy mają ponad 2 metry wzrostu !!,
-odpowiedzialnie nieodpowiedzialny, przecież czasem robię coś z sensem a czasem tracę kontakt z rzeczywistością,
-stary ale jeszcze młody, 24 lata to koniec pewnej drogi a początek następnej,
-sympatyczny ale złośliwy, nie zawsze można być aniołem ;),
-słonecznie deszczowy, każdy z nas ma lepsze i gorsze dni,
-leniwie zaangażowany, a może zaangażowany w lenistwo?,
-stanowczy i uległy zarazem, upartym być to być osłem podobno,
-artystycznie pedantyczny, to zrozumieć tylko ja mogę,
-romantycznie zakręcony, o tym dowie się ta jedyna,
-czarno – biały? życie postrzegam tylko w kolorach,
-wrażliwie nieczuły, wrażliwy bardzo, nieczuły rzadko,
-sportowo – techniczny – cyborg metafizyczny,
-gadatliwie milczący, czasem nawet za bardzo,
-zwyczajnie niezwyczajny, czyli taki jak wszyscy a jednak zupełnie wyjątkowy.
Koniec.


Aleksandra Nagel

Cóż mogę o sobie powiedzieć, zwykle najwięcej wiedzą o Tobie inni...
Zachwyca mnie życie i to wszystko, co pozwala nam istnieć poza czasem, czyli sztuka, kultura i pamięć - ludzkość.
Urodziłam się 23 października 1982r. w małym miasteczku położonym gdzieś na granicy Mazur i Podlasia, w Szczuczynie.
Tam dorastałam, tam marzyłam po raz pierwszy i odkrywałam kim naprawdę jestem.
Tam skończyłam Liceum Ogólnokształcące.
Lubię poezję i piszę wiersze, tak mi łatwiej przyswajać świat.
W drugiej klasie Liceum Ogólnokształcącego otrzymałam drugą nagrodę w Konkursie Poezji im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Lubię świat dźwięków i kiedyś grałam na flecie poprzecznym. Dziś została miłość do muzyki i radia, w którym pracuję od dwóch miesięcy oraz śpiew w chórze.
Lubię film, bo jest jak nasze sny – nieprzewidywalny. W Radiu Pin pracuję przy programie Karoliny Korwin Piotrowskiej „W kinie i na kanapie”, ucząc się filmowego spojrzenia na rzeczywistość, spojrzenia oczami reżyserów, scenografów i aktorów.
Pracę magisterską na Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie na kierunku historii sztuki obroniłam w październiku tego roku właśnie z pogranicza filmu i malarstwa: Inspiracje plastyczne w wybranych dziełach filmowych Wojciecha Jerzego Hasa. Dzięki tej pracy moje życie nabrało zupełnie innych kształtów i tak już zostanie.
Cóż jeszcze... Kiedyś myślałam, że będę flecistką, potem, że zostanę poetką niczym Agnieszka Osiecka. W międzyczasie miałam wielkie plany związane z malarstwem, skończyło się na historii sztuki, dzięki której poznałam świat obrazów i filmu.
Kiedyś chciałam opowiadać dzieciom poprzez ilustracje książkowe o pięknie i tym, co dobre i wspaniałe. Kiedyś chciałam grać w teatrze.
Kiedyś chciałam mieszkać w Krakowie, mieście Grechuty, Hasa i wielkich dzieł sztuki.
Od pięciu lat mieszkam w Warszawie.
Dziś jestem tu, na Laboratorium Reportażu, poszerzając horyzonty i sposoby patrzenia.
Dziś biorę od czasu do czasu aparat i wyruszam na miasto.
Dziś więcej piszę, mniej maluję, ale to może się zmienić...
Dziś myślę głównie o radiu i filmach.
A co będzie dalej?
Życie zmienia się jak kierunki wiatru, a ja lubię czekać na jego podmuch.


Marzena Indra

Urodziłam się 31 października 1980 r. w Warszawie. Studiowałam w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L.Koźmińskiego, którą ukończyłam w listopadzie 2005 roku uzyskawszy tytuł magistra w dziedzinie, która fascynowała mnie od dawna - Zarządzaniu Zasobami Ludzkimi. W ciągu następnych czterech miesięcy poddawana testom i najbardziej wymyślnym procesom rekrutacyjnym otrzymałam angaż w jednej z instytucji bankowych, która obiecała zapewnić stały rozwój w sferze Zasobów Ludzkich. Niestety obietnicy nie dotrzymała, tak więc bez żalu porzuciłam bankowe obowiązki na rzecz koordynowania studiów międzynarodowych na rodzimej uczelni, którą to funkcję sprawuję z entuzjazmem do dzisiaj.
Moim hobby jest przede wszystkim literatura: jej czytanie i nieśmiałe próby tworzenia własnych utworów. Kilka opublikowanych recenzji książkowych, krótkie opowiadanie i wreszcie główna wygrana w konkursie na najlepszego bloga o tematyce pierwszej pracy sprawiły, iż w październiku 2006 roku zdecydowałam się podjąć naukę warsztatu u profesjonalistów w zakresie dziennikarstwa, w Laboratorium Reportażu. Wierzę, że to była dobra decyzja.


Marcjanna Filipińska

Najłatwiej jest zawsze zacząć od samego początku, więc i ja tak zrobię. Urodziłam się w pięknym miesiącu listopadzie, w 1978 roku. Był to piątek i być może, dlatego tak bardzo lubię ten dzień. Mam wiele cech skorpiona, ale ten, kto mnie zna nie do końca potwierdzi, że to co piszą w horoskopie to prawda.
Dorastałam w Tomaszowie Mazowieckim. Nadal tu mieszkam, chociaż miałam dwuletnią przerwę. Po ukończeniu geografii na Uniwersytecie Łódzkim, rodzinne miasto zamieniłam na Hillsborough, gdzie spędziłam rok w kalifornijskim słońcu. Kiedy wróciłam do domu, nie mogłam znaleźć sobie miejsca i nie mając większych zobowiązań wobec ojczyzny wyjechałam do pochmurnej Anglii. Tam spędziłam kolejny rok swojego życia.
W obu krajach mieszkałam z rodzinami i zajmowałam się dziećmi. Doświadczenia zebrane w czasie tych długich miesięcy na pewno zmieniły moje patrzenie na świat. Zetknęłam się z różnymi ludźmi, z którymi żyłam przez ścianę, dzieliłam ich troski i obowiązki. Nasiąkałam ich kulturą i codziennymi zwyczajami. Niektóre z nich pozostały mi do dziś. W wolnych chwilach oddawałam się zamiłowaniu do pieszych i samochodowych wędrówek. A kiedy pogoda nie bardzo sprzyjała włóczeniu się po mieście, zasiadywałam w sali kinowej o dziesiątej rano i wychodziłam z niej po dwudziestej.
Choć lubię godzinami wpatrywać się w niebo i przemykające po nim chmury, to jednak na co dzień nie błądzę w obłokach. Twardo stąpam po ziemi, a dokładniej po korytarzach gimnazjum, w którym uczę angielskiego. Praca nauczycielki nie jest lekka, ale lubię ją i dużo satysfakcji daje mi każdy, nawet najmniejszy sukces moich podopiecznych.
Między pracą a snem poświęcam kilka chwil mojej kotce „Szyszu”, która wypełnia wszystkie luki, te w domu i te w sercu. A ponieważ świata poza nią nie widzę, została bohaterkę mojej książki, która powoli nabiera kształtów.
Ostatnio poczułam, że moje życie spowszedniało. Ruszyłam więc na stolicę i znalazłam się w Laboratorium Reportażu. Czy wiążę z tym jakieś nadzieje? Tak, chociażby te, że przez następne dwa lata wzbogacę się o nowe doświadczenia.


Marcin Krysiak

W 1990 roku miałem dziesięć lat. Mieszkałem pół godziny drogi od Nowego Jorku, uczyłem się w podstawówce w New Jersey, stale oglądałem programy na Discovery Channel i utrzymywałem, że gdy dorosnę, zostanę odkrywcą. W moim 10-letnim życiu był jeden moment przełomowy, który zaowocował zainteresowaniem światem – dwa lata wcześniej na pokładzie „Jumbo Jeta” pokonałem Atlantyk. Oto rzeczywistością stał się globus z dziecinnego pokoju, a mną – palec wielokrotnie pokonujący dystans między kropką „Warszawa” a plamką „Nowy Jork”. Gdy ujrzałem wyśniony Manhattan, dziecinne wyobrażenia traktujące go jako „miasto przyszłości” utonęły w uczuciu, że stoję w najzwyklejszym z miast, tylko znacznie większym. Jednak bujna wyobraźnia dziesięciolatka zaczęła kreować nowe marzenia i szlaki na mapie świata. Amazonia, Himalaje i Serengeti. Jak dotąd nie dotarłem do tych miejsc, traktuję to jednak jako stan przejściowy.
Powrót do Polski w 1993 roku to dla mnie początek nowego życia. Życia, w którym powoli musiałem się uczyć twardo stąpać po ziemi, wyznaczać sobie cele i je realizować. Duże wymagania, z jakimi miałem do czynienia w domu zdecydowanie pomogły mi nadrobić zaległości w języku polskim i zdać do liceum im. Stanisława Staszica w Warszawie. Potem nastąpił pewien kryzys – w kluczowym momencie nie potrafiłem określić, co dalej, z trudem odpowiadałem nawet na pytanie o swoje zainteresowania. Moje liceum ma pewną specyfikę – jego uczniowie tradycyjnie wykazują duży talent w przedmiotach ścisłych i przeważnie kończą studia na Politechnice Warszawskiej. Pod koniec liceum byłem poważnie zniechęcony nadmiarem matematyki i fizyki, postanowiłem więc jednak nadać swej przyszłej edukacji pewien rys humanistyczny. Ostatecznie poszedłem w ślady rodziców – w 1999 roku zdałem na architekturę.
Moja własna decyzja była dla mnie sporym zaskoczeniem. Od dziecka miałem możliwość podglądania pracy architekta i nigdy nie widziałem się w tym zawodzie. W czasie pobytu w Stanach ciągnęło mnie w oglądane na Discovery Channel zakątki świata, po powrocie do Polski miałem trochę sukcesów w matematyce – skąd więc taki a nie inny pomysł? Zdecydowało… niezdecydowanie. Wydział Architektury łączy naukowców żywo zainteresowanych różnorodnością kultur na świecie, tęgie głowy twardo rozwiązujące matematyczne łamigłówki, jakimi są projekty budowlane oraz wrażliwych artystów, potrafiących za pomocą ołówka lub aparatu fotograficznego uchwycić ulotne chwile. Ponieważ jestem każdym z powyższych po trochu, a nie wiem kim najbardziej, Wydział Architektury – nie wymagający ode mnie nieodwracalnej deklaracji – wydał mi się odpowiedni.
Początek studiów dał mi sporą satysfakcję z mego wyboru. Dobra szkoła rysunku na Wydziale Architektury pomogła mi odkryć duże zdolności i właściwie je ukształtować. Wciągnęło mnie projektowanie - chciałem tworzyć rzeczy nieprzeciętne, a swymi pracami budzić kontrowersje i zmuszać do dyskusji. Wszystkie kąty w moim pokoju zapełniły się teczkami z rysunkami i projektami. Czując wiatr w żaglach zapragnąłem sięgnąć po więcej i wyrwać się z zamkniętego kręgu „uczelnia – dom – miasto”. Te same miejsca, ci sami ludzie, a przecież na świecie jest coś więcej – należy to zobaczyć i poczuć. Wkrótce idea ta przybrała wymiar dramatyczny – stała się „odnajdywaniem samego siebie” i „poszukiwaniem życiowej pasji”. Brakowało mi wyraźnego celu, ale to plus – dzięki temu okres studiów był dla mnie prawdziwym „studiowaniem” – próbowaniem i eksperymentowaniem.
Jednym z eksperymentów bezpośrednio związanych z nauką na Wydziale Architektury była moja praca dyplomowa. Założyłem, że w Polsce może powstać akademia kształcąca ludzi kultury i sztuki o szerokiej wiedzy – od architektury po film; ludzi poszukujących, tworzących za styku różnych dziedzin sztuki i swobodnie wyznaczających swą drogę w świecie nauk humanistycznych. Mając pomysł, zaprojektowałem kampus tejże „Akademii Sztuk”. Pracę obroniłem w marcu 2006 roku.
W czasie studiów zdążyłem zobaczyć wiele krajów Europy. Odkryłem swą pasję w podróżowaniu. Szczególnie ciągnęły mnie miejsca mało znane, nie zalewane przez turystów. Wielkim sentymentem obdarzyłem góry – długie wędrówki stały się moim ulubionym zajęciem. Na czwartym roku wyjechałem na stypendium do Finlandii i zobaczyłem północne krańce Europy. Stale szukam przerwy w zajęciach – by wyznaczać nowe szlaki i realizować je. Powoli gromadzone – od ostatnich lat studiów – doświadczenie zawodowe nie daje mi tej satysfakcji.
Każdy student Wydziału Architektury marzy o realizacji własnego projektu. Ja też czekam na ten niewątpliwy sukces, ale bez entuzjazmu. W głębi duszy wciąż mam dziesięć lat i myślę o odkrywaniu najdalszych zakątków świata. Z tą różnicą, że teraz to jest naprawdę na wyciągnięcie ręki. Marzenia stają się planami.


Adam Planeta

Rok 1980. Ruskie w Kabulu.
W Polsce, ku niezadowoleniu Breżniewa i całego Imperium, nad którym słońce nie zachodzi, formuje się Solidarność. Tymczasem mudżahedini zdążyli już przekonać Sowietów, że inwazja na Afganistan to jednak nie był najlepszy pomysł. Brzeziński z Carterem zacierają ręce. W polskich barach mlecznych, studenci pytają o „ruskie w kabulu”, by usłyszeć, że Ruskich w Kabulu nie ma, nie było i nie będzie. NATO warczy „wara od Polski!” i jednocześnie wysyła karabiny afgańskim bojownikom. Miłosz otrzymuje Nobla. Zaczynają się zmiany, ale jeszcze nie przemiany.
24 grudnia w Nowym Sączu rodzę się ja, Adam, całkiem oczekiwany gość przy wigilijnym stole, i z miejsca mam swój polski kontekst.

Rok 1986. Bój się Niemca!
Zdarłem już niejedną zelówkę na włóczęgach ze starszym bratem po Beskidzie Sądeckim. Podczas pierwszej podróży samochodowej z rodzicami, z przerażeniem odkrywam, że za Krakowem ktoś wysadził w powietrze góry. Jestem przekonany, że wrócili Niemcy, którymi straszył mnie dziadek. Okazuje się jednak, że Polska to po prostu kraj nizinny, a południe kraju to wyjątek od reguły. W przedszkolu idzie nieźle.

Rok 1990. Lekcja demokracji.
Bardzo lubię Indian i dlatego odczuwam pewien żal, kiedy Pierwszą Damą Rzeczpospolitej nie zostaje Peruwianka, żona Stana Tymińskiego. Tymczasem większość narodu wyniki wyborów prezydenckich przyjmuje z wyraźną ulgą. Pierwsze próby detektywistyczno-reporterskie wśród sądeckich bloków. Rozwikłuję sprawy kradzieży resorówek i obrazków z rakotwórczych gum Turbo. Równolegle rodzi się fascynacja Kukuczką, ale zamiast ekwipunku alpinisty przywdziewam komżę ministranta.

Rok 1994. Wolny rynek.
Giełda szaleje, więc i ja włączam się do światowej gospodarki uruchamiając osiedlowe przedsiębiorstwo obracające „szklanym złotem”, czyli butelkami po cytruskach. Monstrualna klapa. Dochód pożerają automaty do gry. Rzucam interesy, zaciągam się do Strzelca jako kadet ulegając urokowi „Zośki i Parasola” Kamińskiego. Pięćdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego uświetniam zaprezentowaniem światu swojej twórczości podczas olimpiady z języka polskiego. Bez powodzenia.

Rok 1999. Evviva l'arte?La mort de l'art…
Młoda Polska. Impresjonizm. Kubizm. Futuryści. Surrealizm. Postmodernizm. Potem wniosek, że w sztuce wszystko zostało już powiedziane. Rozgoryczony postanawiam zostać witkacowskim technokratą. Udaję się na studia do świątyni techniki, krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej.

Rok 2004. „Ciągłość parków”.
Genialny pomysł, zrodzony w Finlandii, zrewolucjonizowania światowej telekomunikacji w oparciu o proste założenia teorii chaosu okazuje się niewypałem. Skreślam Einsteina z listy swoich idoli. Wyjeżdżam do Warszawy za chlebem. Tymczasem wraca głód pisania.

Rok 2006. Reporter?.
Kończę ekspresowe studia podyplomowe w centrum badań latynoamerykańskich na Uniwersytecie Warszawskim. Mało mi. Poznaję kobietę swojego życia, objeżdżam Bałkany, jadę na Zakaukazie. Trafiam do Laboratorium Reportażu. Piszę swój pierwszy biorytm w życiu. Co dalej?


Magdalena Juszczyk

„Hej, Morze, moje Morze, wdzięczny Ci jestem bardzo,Toś Ty mnie wychowało, toś Ty mnie wychowało,Szkołeś mi dało twardą”
Nazywam się Magdalena Juszczyk. Urodziłam się i wychowałam w Słupsku. Miasto położone jest w odległości 20 kilometrów od morza i być może dzięki tej bliskości bardzo się z nim zżyłam i ciągle za nim tęsknie, gdziekolwiek bym nie była. Od wielu lat żegluje po jeziorach, mam za sobą dwa rejsy morskie na s/y Zawisza Czarny i s/y Fryderyk Chopin oraz udział w regatach.

„Śpiewam i tańczę i jem pomarańcze”
Muzyka od najmłodszych lat jest wpisana w moje życie. Skończyłam klasę fortepianu, w liceum wraz z przyjaciółmi mieliśmy zespół i graliśmy poezję śpiewaną, ana studiach przez rok grałam w Teatrze Akademickim Uniwersytetu Warszawskiego. Taniec jest moim żywiołem, tańczę salsę.

"Łapię chwile ulotne jak fotka"
Gdzieś po drodze obok żeglarstwa fotografia stała się moją pasją. Od dziecka marzyłam, żeby robić coś co sprawiałby ludziom radość, wywoływało emocje. Po części się udało.

„ A ja cóż, włóczęga niespokojny duch...”
Faktem jest, że ciągle mnie gdzieś goni, uwielbiam podróże i zmiany. Lubię poznawać i chłonąć klimat nowych miejsc i ludzi.

„Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą,
i piórem”
Z wykształcenia jestem prawnikiem, co zdecydowanie nie jest moją pasją. Szukam swojej drogi…a ta… „Droga kręta jest, niewiadomo czy ma kres, kamieni mnóstwo...”


Piotr Kała

Mam 26 lat i wrażenie, że będę fotografował dopóki będą istniały w moim wyobrażeniu miejsca i ludzie, które warto opisać. Bo moja fotografia to nieprzerwana chęć udowodnienia, przede wszystkim sobie, że zwykła codzienna rzeczywistość jest ciekawsza od najciekawszej zmyślonej historii... Przynajmniej na moich zdjęciach!

Komentarze

 :)

Autor: Najeli (Środa 13-12-2006 16:00)

Bardzo mi się podoba w jaki sposob piszecie o swoich pasjach, o swojej przeszłosci, i oczywiscie o sobie.
Tak trzymać

 opowieści

Autor: najeli (Środa 13-12-2006 16:00)

rożni sa ludzie tu widać tu to doskonale jednak kazdy darzy do czegoś.
Karzdy ma inny okreslony cel widać tu doskonale czas w którym te cele rodziły się w tych osobach.

 Ola

Autor: KaSTa (Niedziela 31-12-2006 15:00)

Jestem bardzo dumna, że są tacy ludzie jak WY- kochani.
Nie tracę nadziei i wiary w "człowieka".
Wiem, że pomimo wszystko warto chcieć.
Olu życzę Ci wiatru we włosach, iskierki w oczach, szerokiej i zielonej drogi oraz swojego miejsca miejsca na Ziemi.

 słowo na niedzielę

Autor: były (Poniedziałek 07-05-2007 17:00)

a potem pojedziecie na obóz do OBOZU i Wam przejdzie
ale na razie - powodzenia!

 patrz-góra

Autor: Merysia (Sobota 05-04-2008 19:04)

Ja odnośnie gościa nazywającego siebie Adam Planeta. Z tego biogramu odrazu bije po oczach ciekawe operowanie słowem i coś intrugującego, co możesz przekazać w tekstach, albo znow poprostu lekkość myśli, a przy tym ciekawa osobowość. Jeśli coś wydasz, to ja chcę to przeczytać.

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl