M jak Misianka

Hanna Rydlewska

Dawny szalet miejski w Parku Skaryszewskim, niegdyś gejowska "pikieta", dzisiaj jedna z najsłynniejszych cukierni w mieście. Na styku dwóch światów- eleganckiej Saskiej Kępy oraz pełnego tandety Stadionu Dziesięciolecia- Misia Zielińska, córka wybitnego tłumacza literatury amerykańskiej, realizuje swoje marzenia. Nie tylko te kulinarne.

fot. Hanna Rydlewska

Nazwa "Misianka" pochodzi od imienia właścielki Misi Zielińskiej

Żelazne okiennice, boazeria, wiklinowe meble, plastikowe naczynia. Zieleń wokół cukierni też nie jest urozmaicona, front obsadzono niecierpkami, takimi, jakie rosną na parkowych klombach. Wystrój Misianki różni się bardzo od modnych, wyłożonych ciemnym drewnem i przystrojonych szkłem, knajpek po drugiej stronie Wisły. Misia Zielińska, która jest estetką, bardzo nad tym ubolewa. W tym niezbyt wyszukanym otoczeniu mieszkańcy Saskiej Kępy odnajdują się jednak świetnie. Siedzę w kawiarni około 13, zajadam szarlotkę i obserwuję zgromadzone wewnątrz Misianki towarzystwo. Jest środek października, wieje już chłodny wiatr, dlatego ludzie tłoczą się w środku. Przez całą wiosnę oraz lato klienci cukierni wysiadują na powietrzu. Wewnątrz oblężenie: matka z dwójką dzieci, para nastolatków, która przyszła tu chyba na wagary, a także dwójka staruszków, którzy kosztują tortu makowego. Zagaduję ich, czy często tu zaglądają. Staruszka uśmiecha się figlarnie i mówi, że wpada tu przynajmniej raz na tydzień.

Pani Misia uważa, że Misianka świetnie wpasowała się w krajobraz Saskiej Kępy. Nie narzeka też na snobizm jej mieszkańców. Mimo że była "spoza"przyjęli ją bardzo ciepło.-Wydaje mi się, że legendy o hermetycznym towarzystwie mieszkańców Saskiej Kępy są już dzisiaj nieaktualne. Niegdyś faktycznie tworzyli oni zwartą grupę, do której ciężko było przeniknąć. Teraz część z nich już nie żyje, inni są chorzy i wyłączyli się z życia towarzyskiego. Sporo mieszkań na Saskiej zostało wynajętych, dużo jest ludności napływowej, młodych ludzi, którzy nie posiadają tutaj swoich korzeni- przekonuje Misia Zielińska.

Komu bije dzwon
A jednak początki nie były łatwe. Na pomysł stworzenia kawiarenki córka Bronisława Zielińskiego- tego, który przetłumaczył Polakom całego Hemingwaya- wpadła przez przypadek. Była wtedy na życiowym zakręcie. W 1991 roku wróciła z Australii. Przebywała tam stale od 1984 roku.
- Prowadziłam do spółki z Żydem polskiego pochodzenia kawiarnię, mieściła się w samym sercu Sydney. Lokal był typu "take away", mieliśmy doskonałego kucharza, ludzie wpadali do nas codziennie na lunch, ale kasy na tym nie zbiliśmy. Żona wspólnika powiedziała mi w przypływie szczerości, że on ostatniego dolara zarobił w 1946 roku. Niestety, powiedziała mi to za późno. Nie wiodło nam się najlepiej pod koniec, czekałam tylko aż syn zda maturę, żeby wrócić do Polski.

Misia Zielińska wróciła do kraju i zaraz po powrocie rozstała się z mężem. Nie miała żadnych oszczędności, przekroczyła właśnie czterdziestkę. Szukała pomysłu na to, co ma dalej robić. Pomysł sam spadł jej z nieba.
- Dosyć przypadkowo poznałam panią, która wówczas była kierowniczką Parku Skaryszewskiego. Ona poprosiła swoich znajomych, prowadzących miejscowy klub tenisowy, żeby zaadoptowali jakoś zdewastowany parkowy szalet. Wszyscy się pukali w czoła. Lokal w kiblu? To dla wielu osób brzmiało abstrakcyjnie. Wówczas w parkach, oprócz Łazienek, nic się nie działo. Stał co najwyżej wózek z watą cukrową i oranżadą w torebkach- wspomina pani Misia. Dla niej wizja parkowej kawiarni była ekscytująca. Niemal natychmiast postanowiła ją zrealizować. - W Sydney każda kawiarenka wystawia swoje stoliki na ulicę. Ludzie uwielbiają się tam bawić na powietrzu. Wyobraziłam sobie, że założę podobne miejsce w Warszawie. Cukierenkę, w której w cieniu drzew będzie można napić się kawy, poczytać gazetę, zjeść lody, spotkać zawsze jakichś znajomych, sąsiadów.

fot. Hanna Rydlewska

Kiedyś szalet i miejsce schadzek gejów, a dziś kultowa kawiarnia

 

Ciotoland
Zapału pani Misi nie ostudziły nawet przeszkody, które wnet zaczęły się piętrzyć. Długo dochodziła do tego, kto jest formalnym właścicielem budynku, użerała się z Sanepidem. Przy okazji poznała przeszłość samego szaletu. - Był miejscem schadzek gejów z całej Saskiej Kępy. Podobno figurował nawet w jakimś międzynarodowym przewodniku jako miejsce homoseksualnych uciech - mówi bez ogródek Zielińska.- Na samym początku, nim ruszyła przebudowa budyneczku, chciałam się przekonać, ile osób kręci się po parku. Siadałam na ławce i obserwowałam, co się dzieje. To były moje badania marketingowe. No i napatrzyłam się na to, jak homoseksualne pary zabawiają się po krzakach. Schodzili też do szaletu. Dzielnicowy opowiadał mi, że "na gorącym uczynku" zatrzymywano tam ludzi w każdym wieku i z każdej warstwy społecznej: od księży, przez artystów i znanych uniwersyteckich profesorów, po okoliczne menelstwo.

"Rezydentom" dawnego szaletu ciężko było się pogodzić z jego likwidacją. Na samym początku do Misianki przychodziło kilku panów. Być może mieli sentyment do tego miejsca. - Próbowali się z nami zaprzyjaźnić. Chcieli, żeby Misianka nabrała gejowskiego klimatu. Zdarzało się też, że ktoś nie słyszał o remoncie szaletu. Przychodził i był wyraźnie niezadowolony, że miejsce schadzek przerobiono na cukiernię. Z resztą geje z Parku Skaryszewskiego wcale nie znikli- mówi pani Misia.

Szalet w parku spotkał podobny los, jak inne słynne "pikiety" w Warszawie. Pod toaletą w kształcie grzybka na Placu Trzech Krzyży, zamkniętą kilka lat temu, do dzisiaj palą się znicze. Na znak protestu. Miano kultowej zyskała też miejska łaźnia przy Krakowskim Przedmieściu, obecnie włączona do Hotelu Bristol. Jednak "pikieta" na Saskiej Kępie w pewnych ramach była wyjątkowa, z uwagi na jej bywalców. Inteligentów, artystów, partyjnych dygnitarzy. Homoseksualizm w PRLu był tematem tabu. Nie istniały, przynajmniej oficjalnie, gejowskie kluby. Amatorska na Nowym Świecie, Lajonik na Placu Trzech Krzyży, Ambasador w Alejach Ujazdowskich. To, jak się dzisiaj określa, ówczesne lokale "gay friendly". W tej siermiężnej rzeczywistości homoseksualiści z wyższych sfer zakładali sekretne salony, w mieszkaniach prywatnych. Działały one również na Saskiej Kępie. Jak wieść gminna niesie, ich gwiazdą była sama Agnieszka Osiecka. Na imprezach pojawiała się też Kalina Jędrusik.

Salony były od dyskusji, tańców, flirtów. Park był od uprawiania seksu. Szaletu już nie ma, ale Skaryszak wciąż udziela schronienia tym, którzy tego potrzebują. Po zapadnięciu zmroku wśród drzew zaczynają się przemykać cienie. Pracownice Misianki dobrze wiedzą, kto jest stałym gościem okolicznych krzaków. Śmieją się, że na chłopaków z parku nie zwracają uwagi, bo jak któryś przystojniejszy, to gej. Podobno jeden pan pojawia się na ścieżce nieopodal Misianki codziennie wieczorem, nawet w dwudziestostopniowy mróz. Zdarzają się też "znane twarze". Na przykład aktor grający w telenoweli, który pokazuje się w towarzystwie młodych chłopców.

- Słyszałem o Parku Skaryszewskim. Jednak na portalach internetowych dla gejów rzadko pojawia się propozycja spotkania właśnie tam. Największą popularnością cieszą się okolice parku przy Książęcej: ciągnie się od Muzeum Narodowego aż do Sejmu- mówi Janusz, dwudziestosześciolatek, zdeklarowany homoseksualista. Chociaż nie mieszka na Saskiej Kępie, często tam bywa. Jego znajomi wynajmują mieszkania w okolicy. I organizują domowe imprezy, na których bywają ludzie z "branży", jak sam to określa.
- Kiedyś rozmawiałem z weteranem takich "pikiet". A właściwie weteranką, bo ona każe o sobie mówić w rodzaju żeńskim. Mówiła mi, że w szalecie w Skaryszaku panowały spartańskie warunki. Brak bieżącej wody. I dziurki w ścianach oddzielających boksy, które zapewniały anonimowość. W sumie taką opcję można dzisiaj spotkać w bardziej hardkorowych branżowych klubach- opowiada Janusz. - Park Skaryszewski to typowy ciotoland, jak z książki Michała Witkowskiego "Lubiewo". Tam eleganccy panowie z Saskiej chodzili zabawić się z lujami- dodaje.
Za białym budyneczkiem w parku ciągnęła się zatem w okolicy określona opinia. Misia Zielińska nie należy jednak do osób, które łatwo się poddają. Wierzyła, że jest w stanie zerwać z tego miejsca starą etykietkę i przyczepić własną. Kazała ekipie remontowej wszystko skuć, nawet tynki z podłogi, ścian i sufitu. Cały budynek został wydrążony od środka. Tak, jakby w ten sposób próbowała wyskrobać z niego przeszłość. Postanowiła, że przywróci mu dawną przedwojenną świetność. I wypełni zapachem świeżo zmielonej kawy oraz ciasta.

- W kontaktach z ludźmi pomogło mi chyba wychowanie, które otrzymałam w domu. Dobrymi manierami zjednałam sobie nawet tych starszych, bardziej wymagających klientów. Zawsze ciepło ich witałam, znałam imiona ich wnuków, pamiętałam o chorobach i codziennych problemach, z których mi się zwierzali. W tamtym czasie obsługa w sklepach i kawiarniach nie była wcale równie miła, jak teraz- opowiada pani Misia. Jednak tym, co przede wszystkim przysporzyło jej klientów i zapracowało na sukces Misianki, były wyjątkowe wypieki. Tort ormiański, mocca, macedoński- bogactwo smaków misiankowych specjałów przyprawia o zawrót głowy. Tymczasem pierwotnie Misia Zielińska nie zamierzała sprzedawać własnych wypieków, pierwsze ciasta w Misiance były kupne. Od czasu do czasu do zwykłego asortymentu dodawała od siebie "coś ekstra". Klienci szybko poznali się na jej tortach i już innych jeść nie chcieli. Pani Misia piekła w domu, a Anna Pazdej, jej ówczesna wspólniczka, sprzedawała je w Misiance.

Warszawiacy Misiankę znają. Znaleźć ją jednak wcale nie tak łatwo.

fot. Hanna Rydlewska

 

Historia pewnej przyjaźni
W wielu tekstach, które ukazują się w prasie i w Internecie na temat Misianki, nadal możemy przeczytać, że kawiarenkę w Parku Skaryszewskim prowadzą dwie panie: Misia Zielińska oraz Anna Pazdej. Tyczasem ich współpraca zakończyła się już 4 lata temu. Obecna właścicielka cukierni mówi o tym niechętnie, pewnie przez wzgląd na dawną zażyłość:
- Misianka, to mój autorski pomysł. Pani Pazdej była moją bardzo bliską przyjaciółką, więc zaproponowałam jej, żebyśmy zostały wspólniczkami. Obie byłyśmy w trudnej sytuacji, ona nigdy nie pracowała. Od początku to ja piekłam, pani Pazdej trochę mi pomagała, ale głównie urzędowała w Misiance. Uważałam wtedy, że łatwiej mieć partnera w interesie, bo stres związany z pracą można podzielić przez dwa.

Wszystko działo się, jak w bajce. Dwie przyjaciółki, zmagające się z osobistymi problemami, rozkręcają udany biznes w oparciu o ciasta, wypiekane w domu. Pani Misia dobrze wspomina ten okres, mimo, że nie było łatwo. Często ślęczała nad piekarnikiem do 2 czy 3 w nocy. Czasy też były inne, wciąż ciężko było kupić niektóre składniki, musiała biegać po mieście z siatkami. A jednak na myśl o tamtych dniach jej twarz się rozpromienia. Potem coś zaczęło się psuć. - Niestety pani Pazdej nie potrafiła poradzić sobie z pewnymi sprawami, zaczęły się kłopoty. Finalnie nasze drogi się rozeszły- mówi enigmatycznie Zielińska. - Spłaciłam ją, mimo że nie wymagał tego kodeks handlowy. Uznałam, że tak będzie przyzwoicie. Teraz nie mamy ze sobą kontaktu- dodaje zaraz.

Pachnące banknoty
Żeby porozmawiać z panią Misią w kawiarence, trzeba się z nią umówić telefonicznie. Sama od dłuższego czasu dogląda pracowni, produkującej ciasta. Najpierw mieściła się ona na Francuskiej w wynajętym lokalu, a od 3 lat działa w Marysinie. Oprócz cukierenki na Saskiej Kępie, zaopatruje też w wypieki wszystkie kawiarnie Tchibo w Polsce. Zielińską w parku zastępuje 5 młodych dziewczyn: Wiola, Kasia, Agnieszka, Beata i jej siostra Dagmara. Pracują parami, choć w zasadzie jedna osoba jest nadprogramowa. Pani Misia opłaca ją, żeby tej drugiej było raźniej. Nie chodzi o realne zagrożenie, ale o komfort psychiczny,

Panie sprzedające w kawiarence mają naprawdę emocjonującą pracę. Mogą obserwować klientów, nawiązują z nimi bliższy kontakt, poznają ich codzienne problemy i sekrety. Czasami muszą zabawić się w psychologa. Pani Agnieszka, która pracuje w Misiance od 7 lat, twierdzi, że najwięcej dzieje się latem, gdy przychodzi mnóstwo zaprzyjaźnionych matek z dziećmi: -Siadamy sobie z nimi, gadamy, wysłuchujemy czasem narzekań na mężów, na teściowe (śmiech). Były też w Misiance romanse, jedna z naszych koleżanek kochała się w policjancie. Mieliśmy wśród gości trójkąt miłosny, dziewczynę i dwóch zakochanych w niej facetów. Przychodzili do parku na spacery, a potem do nas. Maciek "kulawy" Pół- Chińczyk i Kinga. W końcu nic z tego nie wyszło. Obserwujemy zaloty między klientami, same jednak mężów znalazłyśmy sobie gdzie indziej. W cukierence atmosferę podgrzewają także wizyty osób znanych ze szklanego ekranu. Każda z pań ma swojego ulubieńca, któremu koniecznie chce sprzedać ciasto. - Pamiętam Piotra Fronczewskiego, który kupił u nas tort ormiański. Banknot stuzłotowy, który mi wręczył, tak pachniał jego perfumami, że potem jeszcze na zapleczu z dziewczynami go wąchałam- opowiada pani Beata. Misia Zielińska również podkreśla, że na ciastku w jej kawiarni można spotkać aktorskie gwiazdy: - Przez 11 lat działania Misianki ani razu nie zareklamowaliśmy się za pieniądze. Wieść o nas rozeszła się sama, pocztą pantoflową. Mam wielu znajomych w środowisku artystyczno- filmowym, więc znane osoby też do Misianki zaglądają. Regularnie wpada Joanna Szczepkowska, która mieszka na Saskiej Kępie, a w dodatku ma teraz 2 psy. Przychodzi też Alicja Majewska, Janusz Gajos, Stefan Kopiczyński.

Ciasnota i wiklinowe meble nie zrażają klientów, a wręcz przeciwnie.

fot. Hanna Rydlewska

 

Przedwojenny materiał
Do Misianki wciąż zaglądają jeszcze przedstawiciele starszego pokolenia. - Przychodzą do nas dwie panie w kapeluszach i boa, które zawsze narzekają na jednorazówki, ale i tak piją kawę i zajadają się ciastkami. Dwie inne staruszki, przemiłe, mają swój rytuał i latem co wieczór wpadają na mrożoną kawę- opowiada pani Agnieszka.

Misia Zielińska stworzyła w swojej cukierence taką atmosferę, że dystyngowane damy przestały zwracać uwagę na ciasnotę i wiklinowe stołki. Poczuły się, jakby były z wizytą u znajomych. Dziś, kiedy sama już nie obsługuje, pani Misia wciąż uczy swoje pracownice dobrych manier. I cały czas przekonuje je, jak wielka jest różnica między zwykłym "dzień dobry" a "dzień dobry pani/panu". - Dla starszej klienteli uprzejma rozmowa, zachowanie form grzecznościowych było i jest ważniejsze, niż wystrój czy porcelanowa zastawa.

Niestety ten świat dobrych manier z Saskiej systematycznie odchodzi.- Starsza klientela powoli się wykrusza. Widzę, że sporo naszych klientów przestało tu zaglądać. Domyślam się, że niestety poumierali- mówi pani Misia. - Pamiętam dwie takie cudowne siwiutkie panie, chyba siostry. Na kilometr było widać, że to przedwojenny dobry materiał. Zaglądały tu przynajmniej raz w tygodniu, a teraz się nie pokazują. Była też kobieta, która zawsze chodziła w kapelusiku, z małą torebeczką i w nicianych rękawiczkach. Wyglądała rozkosznie, jak z obrazka. Od dawna jej nie widziałam.

Powód coraz rzadszych wizyt starszych ludzi może być też inny. Kilka osób w podeszłym wieku, które zaczepiłam na spacerze w Parku Skaryszewskim, wyznały mi, że nie stać ich na wizyty w Misiance. Ciastko za 6 złotych, to dla emeryta spory wydatek. Jedna z pań powiedziała, że na tort z cukierni szarpnęła się tylko raz, kiedy zabrała wnuka na urodzinowy poczęstunek. Zamówili tort macedoński i bardzo im smakował. Pani Misia zdaje sobie z tego sprawę. - Wzruszające są czasem takie widoki, gdy para staruszków siedzi pod drzewem kilka godzin przy jednej kawie albo zamawia po jednej kulce lodów- przyznaje.
Lecz cen i tak nie może obniżyć. Kluczem do sukcesu Misianki była w końcu jakość, także produktów, z których wyrabiane są ciasta. A za jakość trzeba płacić.

O dwóch takich, co ukradły piernik
-Jedynym sztucznym aromatem, którego używam, jest aromat waniliowy. Wszystko inne pozyskuję z naturalnych składników. Nie korzystam z gotowych cukierniczych półproduktów. Nie kupuję rzeczy do masowej produkcji, na przykład bloku masła. Już to przerabiałam i wiem, że smaku normalnego masła, kupowanego w kostkach, nie da się podrobić. Zachowuję też domowy wygląd moich ciast. Unikam cukrowych różyczek i sztucznych dodatków- opowiada pani Misia.

Mimo że rozgłosu i wiernej klienteli mógłby Misi Zielińskiej pozazdrościć niejeden zawodowy cukiernik, ona sama nie ma wykształcenia gastronomicznego. Twierdzi, że kulinarne talenty zawdzięcza rodzicom, a szczególnie ojcu, który lubił dobrze zjeść. W domu u Zielińskich przywiązywało się dużo wagę do tego, co się je, jak się je. Pani Misia tuż po maturze urodziła dziecko, więc teraz żartuje, że ukończyła pediatrię. Mimo to wykonywała w życiu chyba ze 30 zawodów. Pracowała najpierw w telewizji jako asystent kostiumografa, potem w przedstawicielstwie francuskiej firmy, miała też swoje audycje w radiu, była konferansjerką na koncertach Czesława Niemena, Czerwonych Gitar i innych znanych artystów. Potem nastał czas Australii. Dopiero w Misiance Misia Zielińska zdołała się zadomowić, okiełznać swój pęd za tym, co nieznane. I została.

Przepisy na ciasta wzięła od mamy, różnych ciotek, przyjaciółek. Przywozi też sobie nadal książki kucharskie z zagranicznych wyjazdów. Ma dar rozszyfrowywania potraw. Zje coś, no i jest w stanie sama to ugotować. Nie brakuje jej kulinarnej wyobraźni. - Kiedy czytam kilka przepisów, potrafię twórczo je połączyć. Z każdego wybieram to, co najciekawsze. Umiem przewidzieć, jakie smaki i zapachy dobrze się ze sobą komponują.

Autorskie receptury wymagają ochrony. Dlatego pracownicy Misianki podpisują "lojalki" na których poświadczają, że nie wyniosą przepisów poza pracownię. - I tak nie uchroniło mnie to przed kradzieżą- mówi z goryczą Misia Zielińska. - Dwie panie zatrudnione w mojej pracowni okradły mnie z przepisów, wynajęły piwnicę na Francuskiej i zaczęły produkować ciasta identyczne, jak z Misianki. Nazwały się podobnie- Morlinka. Udawały, że są naszą filią. Zachowały autorskie nazwy wypieków, na przykład "tort macedoński' nazwały "macedonia". Działają do dziś, a część klientów nabiera się na ich oszustwo. Niedawno przyszedł do nas pan, który powiedział, że jak nie ma czasu przyjeżdżać do nas, to kupuje ciasta w Landzie. Tymczasem tamtejsza kawiarnia sprzedaje ciasta z Morlinki. Menedżer kumpluje się z moimi byłymi pracownicami i świadomie sprzedaje wypieki według ukradzionych przepisów.

fot. Hanna Rydlewska

właścicielka Misianki - Misia Zielińska

Kiedy powiem sobie dość

Pytam panią Misię, czy kiedykolwiek poważnie zastanawiała się nad tym, żeby zrezygnować. Natychmiast odpowiada, że nigdy. Widać, że energia wprost z niej kipi. Kawę idzie sobie zrobić do kuchni sama, a w drodze powrotnej sprawdza jeszcze, czy pracownice dokładnie pościerały kurze z lodówek. Nawet do gorszych momentów potrafi podejść z dystansem. Jest zakochana w Parku Skaryszewskim, okolicznych mieszkańcach i uważa, że gdzie indziej nie dałoby się stworzyć takiego klimatu. Nie zraziło jej ani 10 kradzieży, ani fakt, że przynajmniej raz do roku ktoś składa na nią donos. Chodzi o samochód, którym wjeżdża przez park do Misianki, aby dostarczyć ciasta.

Panie pracujące w Misiance także wydają się być zadowolone. Pani Beata, w Misiance od 8 lat, wcześniej pracowała w kawiarni, ale na nocną zmianę i była wieczne zmęczona. Tutaj ma więcej luzu i rodzinną atmosferę. Zdarzają się jednak i nieprzyjemne sytuacje. Klienci często zagadują dziewczyny, które ciasto mogą im polecić. Przez te kilka lat pracy w Misiance nauczyły się one, że trzeba proponować kilka gatunków ciasta. Najlepiej wypytać wcześniej o preferencje, o to, czy dana osoba woli smak słodki, czy wytrawny, torty ciężkie, czy lekkie. - Parę razy klient był niezadowolony z naszych propozycji. Kiedyś pewien pan kupił na przyjęcie dla żony tort macedoński. To przebój, jak chodzi o imprezy i rocznice. Szybko doszło jednak do reklamacji. Żona przyszła do Misianki z tortem, bo uznała, że jest "okropny i nie do zjedzenia". Okazało się, że przepada za tortem mocca, który ma kompletnie inny typ kremu. Pani była oburzona, że możemy w ogóle sprzedawać tort macedoński. Tymczasem większość klientów za nim przepada. Został stworzony według pomysłu rodowitej Jugosłowianki- opowiada pani Beata.

Wylęgarnia drobiazgów
Przaśny wystrój cukierenki też jest solą w oku pani Misi. Jednak to jedyny sposób, aby obronić się przez kradzieżami. Z Misianki znikały najzwyklejsze krzesła. Pani Misia chciała zamontować przed budynkiem drewniane ławy, na stałe przytwierdzone do podłoża. Tymczasem złodzieje wykręcili nawet huśtawkę z betonowymi zaczepami. Stąd plastikowe meble na zewnątrz, niczym z supermarketu. Misianka figurowała w różnych rankingach ciekawych miejsc w Warszawie, między innymi dwa lata z rzędu w "Newsweeku", ale za wystrój zawsze otrzymywała niewiele punktów.

Nie znaczy to jednak, że przedmioty zgromadzone w cukierence nie posiadają duszy.
Proszę panią Misię, żeby opowiedziała mi o Misiance poprzez zgromadzone w niej przedmioty. - Obraz olejny, który wisi obok kredensu, to prezent jeszcze z czasów szkolnych. Chodziłam do liceum plastycznego w Łazienkach, miałam w klasie kolegę, który się we mnie kochał. Obraz podarował mi na pamiątkę jednego z plenerów. Wstyd powiedzieć, ile ten obraz ma lat, pomału robi się z niego antyk- opowiada z zapałem Misia Zielińska.
- Od mojego syna dostałam serię zdjęć, które zrobił w Japonii. Wciąż namawiam go, żeby urządził jakąś wystawę, a póki co pokazuję kilka jego fotografii właśnie w Misiance.
Kredens odkupiłam od pani Beatki, mojej pracownicy. Wyciągnęła go podobno z piwnicy swoich znajomych. Jej mąż go odnowił, pomalował, no i teraz służy jako przechowalnia rozmaitych drobiazgów- kontynuuje.

Jednak najbardziej charakterystyczne dla Misianki są patchworki ze zdjęć przyniesionych przez klientów. Zaczęło się od tego, że stały gość przyniósł fotografię Kiwi, swojego pieska. Klienci wciąż przynoszą swoje portrety z czworonogami. Są wszędzie: na ścianach, parapetach, nawet pod szkłem na kawiarnianych blatach. Od razu widać, że cukiernia jest przyjazna czworonogom. Na środku stoi miska ze świeżą wodą, a także talerzyk z psimi przysmakami. Pod sufitem wiszą obrazki Bożeny Wahl, właścicielki słynnego schroniska dla zwierząt. Na ladzie stoi puszka, do której klienci wrzucają datki na wsparcie przytuliska.

Psów po Misiance kręci się mnóstwo. Mieszkańcy Saskiej przychodzą z nimi na spacery do parku, a potem wpadają do cukierni na kawkę. Czasem dojdzie do drobnej psiej sprzeczki, ale na szczekaniu się kończy. Panie, pracujące w Misiance, znają większość tych czworonogów po imieniu. Parę razy zdarzyło się, że któryś uciekł właścicielowi, no i pomagały w poszukiwaniach. Jednak nie zawsze jest wesoło. Pani Beata relacjonuje: - Mieliśmy tu dużo dramatów związanych ze zwierzakami. Rozeszła się fama, że jesteśmy przyjaźni zwierzętom i ludzie zaczęli nam podrzucać rozmaite stworzonka. Kiedyś znaleźliśmy w kontenerze na śmieci małego jamnika. Innym razem w kartonie, który ktoś postawił pod wejściem, odkryłyśmy 8 małych kotków.
Misianka kontra McŚwiat
Pod koniec mojej rozmowy z Misią Zielińską, do cukierenki wchodzi kobieta z dwójką dzieci. Pani Misia wita ją serdecznym "dzień dobry pani Agnieszko". Okazuje się, że to stała klientka, która przychodzi do Misianki od 9 lat. Dzieciom kupuje tym razem pierogi, sama zamawia sernik. Pytam ją, czemu lubi to miejsce. Jednak odpowiedź nasuwa się sama. Jej córeczka biega w najlepsze po całej kawiarni, a pani Misia z rozczuleniem zagaduje ją: - Ile ty masz już latek? Masz ochotę na bananowca (od red. tort bananowy)? W cukierni urządzono też urodziny syna pani Agnieszki. Latem, na powietrzu. Ciasto specjalnie na tę okazję udekorowano owocami. Przyszli zaproszeni goście, ale szybko dołączyli do nich napotkani znajomi.

Misianka to miejsce, w którym nie ma zadęcia i modniarskiego klimatu. Być może amatorom pół- litrowych kaw z sieciówek na Nowym Świecie nie przypadłoby to do gustu. Jednak stali goście kochają Misiankę właśnie za to, że jest bezpretensjonalna. Czas uroczo przecieka tu przez palce. Pani Misia mówi o tym krótko: - Jesteśmy swoistą alternatywą dla plastikowych kawiarni, w których króluje anonimowość, pośpiech, tłok, a wszystkie ciasta smakują tak samo.

Komentarze

 misianka

Autor: joanna (Środa 21-12-2005 16:00)

Swietny tekst! gratuluję!

 Misianka ;)

Autor: marchefka27 (Wtorek 03-01-2006 17:45)

Zgadzam sie - tekst swietny, nie moglam oderwac sie od lekury A ciasta z Misianki - mmmm szkoda tylko, ze teraz zimno, a w srodku mało miejsca Oby do wiosny !

 adopca-adaptacja

Autor: profesor (Piątek 07-07-2006 10:45)

szalet można zaadAptować na cukiernię. AdOptować można dziecko. Poza tym wszystko ok.
P.

 MISIANKA

Autor: MOLINKA (Środa 31-01-2007 09:45)

W związku z oszczerstwami ze strony właścicielki kawiarni ,,Misianka'' na temat konkurencyjnej firmy ,,Molinka''jesteśmy zmuszeni ogłosić o niewiarygodnych kłamstwach pani Zielińskiej.Firma ,,Molinka'' nigdy nie podawała się za filię Misianki jak również nie miała nic wspólnego z firmą Misianka.Kradzież przepisów jest bzdurą gdyż przepisy te są dostępne w literaturze kucharskiej i każdy ma prawo do wypieku i sprzedaży takich ciast.Przykro że właścicielka nie potrafi pogodzić się z konkurencją ,największym szokiem zapewne było to że nie może już sobie pozwolić na windowanie cen,które i tak są astronomiczne ponieważ zaistniała KONKURENCJA która sobie nieżle radzi mimo wysiłku i chęci zniszczenia przez panią Zielińską,i przykro że nie potrafi uczciwie walczyć o klienta,tylko za pomocą kłamstw i wizerunku skrzywdzonej.Mimo wszystko pozdrawiamy firmę Misianka, jak również wszystkich czytających.MOLINKA.

 Misianka

Autor: Klient (Niedziela 15-04-2007 11:00)

Jako stała klientka Misianki, po likwidacji pracowni na ul. Francuskiej około dwóch lat temu trafiłam na pracownię Molinka, która podawała się za filię Misianki. Wprawdzie tort Ormiański nazywano tam "Ormian" a Macedoński "Macedonia" ale dałam wiarę, że jest to filia mojej ulubionej firmy, tort kupiłam. Poza wyglądem nie przypominał oryginału. Nigdy więcej moja noga tam nie postała. Dziś przypadkowo mam okazję,przekonać się o nieuczciwości firmy Molinka. Komentarz tej firmy do artykułu o Misiance, kompletnie odbiega od prawdy.

 Nie tylko ach i och

Autor: Zbulwersowana (Poniedziałek 23-04-2007 08:45)

"...pani Misia wciąż uczy swoje pracownice dobrych manier..."

"sprawdza jeszcze, czy pracownice dokładnie pościerały kurze z lodówek."

"Misianka to miejsce, w którym nie ma zadęcia i modniarskiego klimatu "

Ale bez przesady!!!
Ach'ow i och'ów na temat Misianki naczytałam sie wiele, sama często wpadam na tam na kawę, ciacho czy pierogi, ale nie mogę zrozumieć:
1.brudu i smrodu w WC!!!!!!!!!!!
2. brud i bałaganu wokół dziecięcej piaskownicy

Większość stacji benzynowych dysponuje czyściejszym WC'etem niż osławiona Misianka. To zgroza aby miejsce do którego przychodzą w większosci mamy z dziećmi miało toalete w tak ochydnym stanie. Już nawet nie mówię o braku papieru toaletowego, czy mydla, ale kran z wyrwanym pokrętłem do ciepłej wody i kosz do śmieci wysypujący się na mokrą i zabłoconą podłogę. Obrzydliwość!!!Ciekawe czy p. Misia w swoim domu też ma taką toaletę???
Piaskownica też odstrasza. Nie wierzę, że to straszny problem aby nawet kilka razy w sezonie wymienić tam piasek. Tak jak wygląda to już chyba lepiej aby jej w ogóle nie było. Na dodatek betonowe skrzynki na kwiaty, które zostaly postawione w ogródku parę lat temu proszą się tylko o to aby jakiś maluch rozbił sobie o nie głowę. Po za tym nie wiadomo po co tam są.
Mam nadzieję, że kiedyś jednsk będzie lepiej

 irena

Autor: romek (Piątek 16-11-2007 10:49)

DROGIE i niedobre ciastka oraz niemiła obsługa w cukierni IRENA.

 Irenka

Autor: ANIA (Piątek 16-11-2007 10:58)

Dzisiaj byłam w cukierni Irena z moją koleżanką z Holandii, która przyjechała do mnie na kilka dni. Myślałam,że zjemy po konkretnym ciachu a tu wielkie rozczarowanie CIASTKA BYŁY NIEŚWIEŻE A OBSŁUGA NIEMIŁA !!!!!!!

 Paskudne ciastka

Autor: Prezes (Niedziela 16-12-2007 19:18)

Faktycznie - we wrześniu miale nieszczęście trafić z przyjaciółką do tej meliny - ciastka absolutnie nie nadawały się do spożycia, były robione chyba na trocinach, psim smalcu i barwnikach przemysłowych, a lody to po prostu zamrożona woda z cukrem i tylko kolorów jest kilka do wyboru.. Tragedia - a fuj!!

 NIEŚWIEŻE CIASTKA W IRENIE

Autor: wieloletni mieszkaniec saskiej kępy (Wtorek 12-02-2008 13:21)

To co oni produkują w tej cukierni to nawet mój pies by do mordy nie wzioł. Ciastka te powinny trafić do sanepidu a nie do sprzedaży!!! Miałem zaszczyt(po wielu prośbach) porozmawiać z właścicielami tej wytwórni starych ciastek i okazało się, że te osoby są tak samo hamskie jak obsługa!!!

 Cukiernia Irena

Autor: Smakosz (Niedziela 17-02-2008 15:33)

Cukiernia Irena
pyszne ciastka polecam wszystkim,zawsze świeże ,obsługa sympatyczne ,miła atmosfera .
Po przeczytaniu bzdurnych komentaży ,aż specjalnie sie wybrałem na ciacha i kawkę.Pycha!! Nic sie nie zmieniło

 Nieświeżych ciasteczek cd.

Autor: poziomka (Poniedziałek 31-03-2008 22:51)

Mieszkam na Kępie od urodzenia i mniej więcej tyle też czasu opycham się ciastkami z " Ireny". Na tyle czasu tylko dwa razy trafiłam na nieświeży lub nieudany wyrób. Niestety te nieświeże cistka kupiłam na imprezę sylwestrową - chciałam się popisać przed Gośćmi saskokępskimi tradycjami - a była kompromitacja...

 Kawiarnia "Bistro" na Francuskiej

Autor: Alexandra (Poniedziałek 07-04-2008 20:43)

Przeczytalam ciekawa reklame ksiazki pani Hanny Faryny-Paszkiewicz na temat Saskiej Kepy. Zasmucil mnie fakt, ze duzo napisano o kawiarence "Sultan", a zupelnie zapomniano o pierwszej prywatnej kawiarence "Bistro" na ul.Francuskiej 6. Ciagle pamietam sliczna piosenke:
Na Francuskiej, na Francuskiej, jest malenka kawiarenka......

Jezeli sie nie myle zostala otworzona w koncu lat 50 przez znana pare tancerzy i aktorow scen polskich: Pania Irene i jej meza pana Eugeniusza. Ciagle pamietam ich mlodziutka, urodziwa ,ze wspanialymi dlugimi nogami i czarnymi oczami, corke Basie. Za ta dziewczyna latalo polowa chlopakow z Saskiej Kepy. Basia miala duzo szczescia i udalo sie jej wyjechac do Francji, gdzie wedlug jej mamy, pani Ireny wyszla za maz za jakiegos znanego prawnika. Potem kawiarenka zostala sprzedana, chyba w latach 70 i slad zaginal po pani Irenie. Az jednego dnia w roku 1999 znalazlam nekrolog, ze nie zyje.
Ciagle pamietam defilade aktorow, piosenkarzy, pisarzy, malarzy, poetow, ktorzy defilowali przec cudowny, maly tarasik "Bistro". Agnieszka Osiecka, Koniuszy, Cybis, Maja Wachowicz z narzeczonym panem Gustawem, Loda Halama, masa znanych dziuennikarzy z Zbyszkiem Rogowskim z Przekroju - nazwiska uciekaja mi z pamieci. I Basie, piekna Basie, z jej najlepszymi przyjacielami Dudusiem Pawlikowskim, kompozytorem Piotrem Perkowskim, aktorem Kozakiewiczem oraz malarzem i autorem piosenek Kaziem Szemiothem z zona.
Tort mokka, slawna mokka od Pani Ireny byl nie do pobicia....a truskawki z kremem...pycha.

 Wkońcu jest portal Saskiej Kępy!:)

Autor: Karol (Poniedziałek 05-05-2008 16:07)

Witam wszystkich sympatyków i mieszkańców Saskiej Kępy!
Jeśli szukacie źródła bieżących informacji na temat dzielnicy, informacji gdzie można dobrze zjeść, spędzić wieczór ze znajomymi, pograć w piłkę, naprawić zegarek, kupić gazetę itp to odwiedźcie portal www.e-saskakepa.pl !!
Możecie tu także m.in. ocenić każde miejsce z bazy podmiotów naszego serwisu, zamieścić własne ogłoszenie, skomentować dowolny artykuł a przede wszystkim podyskutować wspólnie na naszym forum !!
Serdecznie zapraszamy

 Misianka super a w Irenie drogo

Autor: lerek (Wtorek 15-07-2008 11:42)

Obsługa miła poprostu misianka jest super A co do cukierni Irena to jest to jedna wielka porażka. Jak można sprzedawać ciastka, które mają 4 lub 5 dni i jeszcze wmawiać, że to z wczorajszego wypieku. Proszę także zauważyć, że coraz nmiej klientów ma Irena, więc musi to być czymś spowodowane. Polecam Misiankę a Irenę odradzam

 Andrzej Kopiczynski

Autor: annaS (Środa 30-07-2008 14:53)

a nie Stefan!
Aktpor, grał wprawdzie Stefana Karwowskiego, ale.......

 Torty Misianki są boskie

Autor: Kasia (Wtorek 18-11-2008 19:47)

A Mocca to już Mistrzostwo Świata. Nie mogę bez niej żyć. Najgorsze jest to, że nie mieszkam już na Saskiej Kępie tylko pod Piasecznem i do Parku Skaryszewskiego mam szmat drogi w korkach. Może warto byłoby się zastanowić nad otworzeniem jeszcze jednej kawiarenki np. w Piasecznie?
pozdrawiam serdecznie Panią Misię
Kasia

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl