dyskusje o karze śmierci z udziałem Janusza Korwin-Mikke
Co matematyka na wspólnego z morderstwem
Jeśli nawet nie widzieliście filmu “Słoń” Gus Van Santa, to znacie na pewno z mediów historie młodocianych morderców, którzy urządzają krwawe masakry w amerykańskich szkołach.
Tomasz Man w dramacie “111” zainspirował się tragedią zza oceanu, ale akcję dramatu osadził w polskich realiach. Wziął na warsztat historię życia dziecka, pozornie nie wyróżniającego się wśród rówieśników, które w wieku kilkunastu lat popełnia zbrodnię – morduje własnych rodziców.
W Laboratorium Dramatu sztukę wyreżyserował Redbad Klynstra. Spektakl ma oszczędną formę; cztery osoby siedzą na plastikowych, ogrodowych krzesełkach vis a vis widowni, popijając herbatę. W tle: muzyka i slajdy. Rodzice, Syn i Córka – reprezentują klasyczny model rodziny, opowiadają nam swoją historię rodzinną – od momentu pojawienia się młodszego dziecka – Syna.
Zakwalifikowałabym dramat do nurtu sztuki krytycznej, społecznie zaangażowanej. W sztukach wizualnych reprezentowany przez Liberę, Kozyrę, Althamera, Żmijewskiego. Do teatru czy galerii nie chodzimy dla rozrywki, czystej frajdy. Teatr potrafi zmusić nas do myślenia o niewygodnych, niesympatycznych rzeczach. Kiedy przymusza do myślenia nie daje odprężenia, a w zamian mocno wzrusza, wstrząsa.
Ludzie lubią oglądać nieszczęścia i sensacje, ale inaczej podane – dziecko z patologicznej rodziny, zabijające matkę i ojca to świetny temat do wieczornych programów w telewizji, ale czy do sztuki wystawianej w teatrze?
Tomasz Man wybiera temat i pewne elementy historii z gazet, pism w stylu “Detektywa”, z sensacyjno–policyjnych programów. Dramaturg stara się zbliżyć do problemów ludzi z opisywanych sensacji, jest bardziej reporterem, socjologiem. Stara się udowodnić jak niebezpiecznie podobni są bohaterowie sztuki do nas samych i naszych znajomych. Że okrucieństwo potrafi być świetnie zakamuflowane.
Można mu zarzucić nawet zbytnie przywiązanie do treści z gazet. Nie wznosi się specjalnie ponad banalną rzeczywistość.
Wystarczy kolaż z grzechów rodziców wobec dzieci, o których donosi prasa i mamy gotowy szkic dramatu. Jedynie zabójstwo, które jest tutaj przecież głównym wątkiem, zdaje się najmniej prawdopodobnym rozwiązaniem konfliktu.
Temat zamknięty jest w ładną formę – któryś z krytyków porównywał rytm wygłaszanych na zmianę, krótkich kwestii do wystrzałów z karabinu.
Dramat mógłby stać się przyczynkiem do dyskusji o kondycji rodziny w Polsce (takie było chyba założenie reżysera).
Jednak organizatorzy przeglądu Laboratorium Dramatu zdecydowali się zaprosić na dyskusję po spektaklu Janusza Korwina Mikke, a tematem dyskusji uczynili – karę śmierci. Stąd i w moim krótkim tekście jestem zmuszona poruszyć co najmniej dwa gigantyczne tematy (kara śmierci i przemoc w rodzinie) i żadnego z nich nie rozwinąć. W rozmowie uczestniczyli również reżyser i aktorzy.
Temat kary śmierci nie łączy się bezpośrednio i w oczywisty sposób z treścią sztuki. Część widowni i Janusz Korwin Mikke, zakończenie spektaklu odebrała jako wykonanie wyroku. Syn mówi o jasności i przestrzeni, która się przed nim otwiera. Man posłużył się ograną figurą – kazał bohaterowi podążać świetlistym tunelem (ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno mordercy wstępują do takich tuneli?). Alternatywna interpretacja zakończenia to samobójstwo – skok z okna.
Dyskusja zanim się na dobre rozpoczęła zdążyła utknąć w martwym punkcie. Korwin Mikke zaczął swoją wypowiedź (nie było pytań z sali) z której wynikało, iż uważa Syna, bohatera dramatu, za nic ponad “roślinę” i gdyby to od niego zależało – eliminowano by takich osobników. Dopiero wtedy sala ożyła i posypały się gromy i ataki, które pan Mikke przyjmował absolutnie spokojnie, odbijając zgrabnie piłeczkę.
Widownia była jednomyślna w sprzeciwie wobec najwyższej kary. Syn wzbudził sympatię i współczucie widowni, nie próbowano jednak usprawiedliwiać jego działania. Autor dramatu (Tomasz Man nie zjawił się mimo zaproszenia) celowo robił z chłopca ofiarę, która powoli ewoluuje w oprawcę swoich krzywdzicieli. (Myślę, że urok osobisty aktora też nie był obojętny.)
Chłopak oczywiście był systematycznie dręczony przez swoją rodzinę, ale nie bardziej niż tysiące dzieci w Polsce. Socjolożka obecna na spotkaniu po spektaklu, powiedziała, że rodzin takich jak ta – jest w Polsce bardzo, bardzo dużo! A przecież dzieci podobnie traktowane, mimo zaburzeń psychicznych, nie posuwają się do zabójstw. Musi tu więc wchodzić w grę jakiś indywidualny problem, predyspozycja zapisana w genach.
Reżyser podkreśla, że w inscenizacji sztuki nie morderstwo i kara jest clue, a to co do niej prowadzi. W naszej zachodniej cywilizacji obserwujemy zjawisko nazywane (szczególnie w środowiskach prawicowych) – kryzysem rodziny. Chodzi o zatracanie umiejętności porozumienia między ludźmi, którzy żyją pod jednym dachem. Tracimy kontakt z członkami najbliższej rodziny. Spędzamy ze sobą mało czasu, nie rozmawiamy. Dzieci wcześnie odchodzą z domów i często nie czują potrzeby powrotów. To jest temat spektaklu.
Główny bohater sztuki “111” mógłby na koniec – zamiast strzelać - zerwać wszelkie kontakty z Rodzicami, wyprowadzić się z domu. Syn nie potrafi podjąć takiej decyzji, jest za mało dojrzały, zbyt słaby i wrażliwy, mocno uzależniony od rodziców. Nie podejmuje próby samodzielnego życia. Dlaczego uwalnia się od rodziny w taki kategoryczny, nieodwracalny i szalony sposób? Dlaczego musi dojść do tzw. aktu absolutnego?
Rozmowa na temat kary śmierci z panem Korwinem Mikke przybrała groteskową formę. Poglądy pana Mikke tak bardzo odbiegały od poglądów większości osób na sali (nie odważę się napisać, że wszystkich obecnych, ale odniosłam takie wrażenie), że rozmowa wydawała się momentami wymianą abstrakcyjnych haseł nie mających związku ze spektaklem i z rzeczywistością. Ludzie przekrzykiwali się wzajemnie, atakowali bezpodstawnie, nie słuchali ani Korwina Mikke ani pozostałych rozmówców. Na temat kary śmierci, każdy ma wyrobiony własny pogląd. Miałam wrażenie, że każda z osób zabierających głos ma ochotę wygłosić głośno co myśli na ten temat, nawet jeśli nie miałoby to większego związku z dyskusją.
Prosta zasada Korwina Mikke, że dla morderców jest jedna kara, jest aż nazbyt prosta. Okazało się mianowicie, że w niektórych okolicznościach mordercy mogą być przez pana Mikke usprawiedliwieni! Może nie byłoby w tym nic dziwnego, a nawet wydawałoby się to całkiem naturalne i pocieszające, że nawet Korwin Mikke nie jest taki twardy i niezłomny. Co ciekawe - znowu, ma on zgoła odmienne, od całej sali widzów, zdanie na temat tego KTO mógłby być usprawiedliwiony, ułaskawiony.
Otóż, uwaga!, osoby wyjątkowe, genialne, posiadające władzę, na przykład takie jak Pinochet.
Pinochet jest odpowiedzialny za śmierć kilku tysięcy opozycjonistów. Teoretycznie powinien był zostać skazany na karę śmierci, ale pan Korwin Mikke usprawiedliwia jego postępowanie. Twierdzi, że wprawdzie opozycjoniści zginęli, ale dzięki temu Pinochet mógł swobodnie przeprowadzać reformy gospodarki, co za tym idzie – uratować miliony od śmierci głodowej. Rachunek bardzo prosty.
Nie muszę chyba dodawać, że na widowni zawrzało.
Korwin Mikke tłumaczy – politycy działają na innym poziomie – nie prywatnym a społecznym. Życie ludzkie na poziome prywatnym jest nieskończenie cenne. Jeśli chodzi o poziom społeczny to wartość jednostki nie jest brana pod uwagę. Polityk podejmuje decyzję, że kilka osób zginie, ale tym samym uratuje 10 razy więcej (nawet jeśli założymy, że nie pomyli się w rachunkach i przewidywaniach – co to w ogóle za matematyka? Jedno życie za kilka innych istnień? Tu jeden człowiek mniej a tam pięciu więcej?)
Czy nawet prawdziwy cud gospodarczy (zakładając optymistycznie, że Pinochet takiego dokonał) mógłby usprawiedliwić wymordowanie tysięcy ludzi, tortury i prześladowania?
Inne matematyczne działanie Korwina Mikke, które znalazłam na jego blogu:
“Przypuśćmy, że obowiązek (noszenia przez pieszych kamizelek odblaskowych na drogach szybkiego ruchu) zostanie wprowadzony. I przypuśćmy, że wskutek tego zginie na drogach o 15 osób rocznie mniej. Osób skrajnie niedbałych – nie dbających nawet o własne bezpieczeństwo! Przecież nie tylko nie założyli czegoś odblaskowego, ale szwendali się po niewłaściwej stronie jezdni i nie usunęli przed jadącym samochodem. I przypuśćmy nawet, że nie wystąpi zjawisko (nieuniknione – zapewniam nie jako polityk, lecz jako uczony) iż wskutek wydania pieniędzy na kamizelki ileś tysięcy kierowców później zmieniło opony na mniej łyse – w wyniku czego zginie rocznie o 20 osób więcej... I później przeczytamy, że wskutek niedbałości np. operatora suwnicy spadł ciężar zabijając 20 robotników. Takich wypadków są w Polsce tysiące. Wypadków popełnianych przez ludzi niedbałych. Pytanie: czy nie byłoby dobrze, by ten operator suwnicy pół roku wcześniej został rozjechany przez samochód? Innymi słowy: ludzi na świecie jest raczej za dużo, niż za mało. Jeśli ginie niedbaluch, idiota, nadmierny ryzykant itp – to bardzo dobrze! jest to pozytywna selekcja naturalna, pozbywamy się nie tylko tego osobnika, ale i jego potomstwa (które najprawdopodobniej byłoby jeszcze bardziej niedbałe, głupie lub nadmiernie ryzykanckie). Robimy to nie metodą eutanazji (jak chciał socjalista Hitler) lecz po prostu nie krępując jego Wolności, szanując jego Wolną Wolę, i pozwalając działać Opatrzności Boskiej – czy Naturze, jak kto woli to nazwać.”
Wróćmy do zadań matematycznych związanych ze “111”.
Ilu rodziców w tym kraju wyładowuje swoje frustracje i niepowodzenia na swoich dzieciach? Ile dzieci w Polsce jest maltretowanych psychicznie? Nikt nie policzy, bo dzieje się to na “poziomie prywatnym”.
W rodzinie, opisanej przez Mana, rodzice łamali prawo, mimo że nie dopuszczali się najcięższych zbrodni, o których ostatnio częściej i głośno mówi się w Polsce. Sąd miałby prawo odebrać im prawa rodzicielskie.
Ale kto im zarzuci i udowodni winę? Mamy do czynienia z rodziną niby normalną, taką mogłaby się zdawać dla kogoś znajomego, sąsiada, listonosza. Natomiast socjolożka obecna w czasie spektaklu uznała, że jest to typowy przykład patologii.
Chciała z Korwinem Mikke rozmawiać o działaniach prewencyjnych, o tym co rząd może robić by edukować, przygotowywać ludzi do roli rodziców, by ratować dzieci przed niszczycielską siłą nieodpowiedzialnych rodziców. Także o badaniach nad poznaniem motywów morderców.
Pan Korwin Mikke nie podjął wątku. Nie uznał chyba problemu za odpowiednio ważki. Co chyba oznaczało, że nie widział ani błędów w postępowaniu Rodziców (mimo, że były jaskrawo podkreślone przez dramaturga), albo że to co my uznajemy za błędy jest dla niego w pełni naturalnym sposobem zachowania (stara szkoła – bicie pasem, zamykanie w piwnicy itp.). Bicie dziecka sznurem od żelazka – to dla Korwina Mikke drobiazg, nic o co warto robić szum, bicie nazywa “kontaktem emocjonalnym”, w odpowiedzi od reżysera usłyszał: “dosyć topornym”.
Przewijał się luźno temat winy rodziców, ale nie mówiono o zapobieganiu przemocy w rodzinie.
Ostatnio w Polsce głośno było o przestępstwach dorosłych wobec dzieci. Dzieci są słabsze, nie mogą się bronić, nie podają rodziców do sądu, często się wstydzą, że ktoś się nad nimi znęca. Czasem piszą listy do organizacji zajmujących się prawami dziecka ale reakcje są niezadowalające. To, że trochę głośniej jest w mediach o pedofilii, o biciu, znęcaniu się nad dziećmi może przynieść jakiś skutek, może wzmóc czujność ludzi – może więcej osób odczyta niepokojące sygnały zza ściany. Jak zwykle Korwin Mikke ma odmienne zdanie – absolutnie pewne kwestie powinny być przemilczane, np. problem pedofilii, “bo człowiek boi się wziąć własne dziecko na kolana. Żyliśmy w normalnym świecie w którym się o pewnych rzeczach nie mówiło. Mając 15 lat nie wiedziałem co to pederasta.” (a propos “pederasty”, przepraszam za wtrącenie innego, zaskakującego wątku, ale zanotowałam tę wypowiedź i postanowiłam podać w pełnej wersji).
Korwin Mikke na swoim blogu pisze o tym, by chronić nasze dzieci nawet przed wiedzą o tego typu zjawiskach: “To nie dzieci mają się strzec zboczeńców - to MY mamy obowiązek zapewnić im bezpieczeństwo”.
Dzieci powinny mieć szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo. A jeśli to się nie udaje? Jeśli dziecko ma nieszczęście urodzić się w rodzinie głupich, zimnych drani? Kto wtedy ma chronić takie dziecko? Teoretycznie państwo, jest wiele przypadków odbierania rodzicom praw wobec dzieci. Wtedy często całe rodzeństwo ląduje w domu dziecka.
Korwin Mikke w zachowaniu rodziców ze sztuki Mana nie dopatrzył się wielu “nieprawidłowośći”, po pierwsze uważa, że to dzieci przeważnie izolują się od rodziców, a nie na odwrót, po drugie uważa kary cielesne za coś naturalnego.
Winą za nieprzystosowanie Syna do życia wśród ludzi Korwin Mikke obarcza również szkołę. Twierdzi, że szkoły koedukacyjne nie są naturalnym środowiskiem dla chłopców – stąd różne patologie.
[Na blogu Janusza Korwina Mikke znalazłam analogiczną wypowiedź odnoszącą się do tragedii w gdańskiej szkole, gdzie dziewczynka upokorzona przez chłopców z klasy popełniła samobójstwo. Dla pana Janusza rozwiązanie, by do podobnych tragedii więcej nie doszło jest bardzo proste – szkoły dys-edukacyjne, czyli oddzielne dla chłopców oddzielne dla dziewczynek.]
Korwina Mikke nazywa Syna – rośliną. Roślina nie ma uczuć, nie myśli – żadne okoliczności łagodzące nie zaistniały. Cały problem psychicznego i fizycznego maltretowania dziecka przez rodziców został sprowadzony do zera. Zasługuje na najwyższą karę. Zastanawiam się tylko czy pan Korwin Mikke znalazłby chętnego zawodowego kata do wykonania wyroku (w USA w ostatnich latach wykonuje się mniej wyroków śmierci – jeden z powodów – brakuje chętnych do podania zastrzyku śmierci).
Według Korwina Mikke kara śmierci jest dla “Ludzi, którzy wiedzieli, że za morderstwo grozi kara śmierci – a mimo to zaplanowali i popełnili zbrodnię. Sami więc wydali na siebie wyrok.” Czy tym torem biegły myśli Syna? Czy zbrodnia była posunięciem samobójcy? Coś w tym jest...
Blog : “Niezbędnym warunkiem [bezpieczeństwa] jest przywrócenie kary śmierci za morderstwo. Czyli za zabójstwo z premedytacją. Tak, jak mówi Pismo Święte: "A gdyby ktoś bliźniego swego umyślnie zasadziwszy się podstępem zabił, i od ołtarza Mego weźmiesz go – i zabijesz!". (ks.Wyjścia, XXI, 14). To nakaz samego Boga, zamieszczony tuż po Dziesięciu Przykazaniach. Radzę przeczytać! Tu nie chodzi o "zabójców" – którzy zabili nieumyślnie, w afekcie, w pojedynku, na wojnie czy w roli kata – chodzi o morderców. Ludzi, którzy wiedzieli, że za morderstwo jest kara śmierci – a mimo to zaplanowali i popełnili zbrodnię. Sami więc wydali na siebie wyrok. Związek Sowiecki za Lenina dwukrotnie znosił karę śmierci – i dwukrotnie musiał ją przywracać. Stany Zjednoczone zakazały wykonywania wyroków śmierci - i musiały z tego zrezygnować. Państwa europejskie zniosły – i też ją przywrócą, bo nie może istnieć kraj cywilizowany bez kary śmierci – obywają się bez niej wyłącznie prymitywne plemiona w dżungli Amazonki. Państwa Europy przywrócą z całą pewnością – i ktoś musi być pierwszy. Ten, kto będzie pierwszy, zaoszczędzi życie kilkuset niewinnych ludzi kosztem powieszenia kilkudziesięciu morderców. Rachunek prosty.”
A czy Rodzice pozbawieni uczuć rodzicielskich, prymitywni i lodowaci, wyżywający się na Synu nie zasługują na miano oprawców? To może Syn wykonał jednak dobrą robotę eliminując takie podłe jednostki? A może, stosując terminologię Korwina Mikke - wykarczował rośliny (to chyba oznacza jednostkę niewiele wartą, zbędną, działającą na szkodę innych?) Syn jest ofiarą, która się odgrywa na oprawcy. Ponieważ rodzice systematycznie przez wiele lat pracują nad zniszczeniem jego psychiki i wrażliwości – sami wychowali sobie zabójcę.
Źródła:
1.“Made in Poland” dziewięć sztuk teatralnych z Polski w wyborze Romana Pawłowskiego, red. Henryk Sułek, Korporacja Ha!Art i Horyzont, Kraków 2006
2.Pinochet i mit Fidela, Artur Domosławski, Gazeta Wyborcza 16-17 grudnia 2006
3.http://korwin-mikke.blog.onet.pl/







