"111" w Teatrze Narodowym
Nie kupuję śmierci na sprzedaż
Ulotki spektaklu "111" zdradzają przed widzem finał historii, którą obejrzy. I ja tak zrobię już na początku - syn (Wojtek Solarz) zabija bronią palną swoich rodziców (Matka - Ewa Dałkowska, Ojciec - Zdzisław Wardejn), oszczędza jedynie siostrę (Monika Pikuła). Musi być ekstremalnie, od początku. By zwrócić naszą uwagę.
Do nie uciszonej jeszcze publiczności na nie-scenę przy włączonych światłach wchodzi czworo aktorów. Niosą ze sobą kubki z herbatą, kawą.
Siadają na czterech krzesłach rozstawionych w rzędzie przed publicznością. Za nimi na wydzielonym w ścianie prostokątnym ekranie seria zdjęć, takich które nazwiemy obrazkami z rzeczywistości - krzaki, zaniedbane parki, stare, wciąż zamieszkałe budynki.
Aktorzy spoglądają na nas, widownię, odwzajemniamy spojrzenia z niepokojem, zaskoczeni, że teatr zacznie się w mało teatralnej, jakby nie do teatru przystosowanej przestrzeni. Oczekujemy bardziej próby czytanej (asystentka reżysera już siedzi przy pulpicie z dyskretną lampką), niż spektaklu. A tu wszystko wolno - niepokojąco nieteatralnie rozpoczyna się to przedstawienie.
Po wyciemnieniu aktorzy rozpoczynają opowieść - matka i ojciec - o synu, siostra - o bracie. On też siedzi między nimi. Długo milczy. Jest wyraźnie rozbawiony słuchając historii o sobie, opowiadanej przez swoich najbliższych. Włącza się zdaniem o zabawach, które lubił - wojna i żołnierzyki. Jest w tej opowieści wiele wątków, które zdarzają się w każdej, a przynajmniej w wielu rodzinach - opowiadane z czułością historie o dorastaniu dziecka, wesołe wspominki o niepokornym dzieciaku. Są i aluzje do zbliżającego się tragicznego finału życia rodzinnego - zainteresowanie syna bronią realizowane w kole strzeleckim, samotność opuszczonego dziecka w sanatorium, w końcu samotność dorastającego mężczyzny, bez oparcia w rodzicach, którzy zajęci rozwiązywaniem jego problemów zapominają o najważniejszym - nim samym. Ale to nie jest spektakl o złych rodzicach, którzy nieodpowiednio wychowują syna i za to postanowił ich zabić.
To świat w ogóle jest zły. Nie znamy przyczyn. Syn prowadzi rozmowy z Bogiem, właściwie pisze do niego listy, które zawsze zaczyna niby dziecięcym zwrotem z pacierza "Panie Boże..." Postanawia sam zrobić porządek w świecie. Morderstwo, akt ostateczny ma pozwolić rodzicom "godnie umrzeć", zakończyć potulnie przecierpiane, nudne, czasem obudzone, życie.
Siostra ocalona przez brata ocala nadzieję - młody morderca nie zabija siostry, która w jego życiu była jedynym elementem po tej lepszej, choć nie wiemy nadal czy po dobrej, stronie.
Klynstra zdaje się nie reżyserować, co w wypadku tego spektaklu brzmi jak ogromna pochwała. Pyta siebie i publiczność o możliwości wystawiania współczesnego dramatu w ogóle (a laboratoryjna formuła przedstawienia tylko pomaga reżyserowi w tym zamyśle). Nie zobaczymy rodziców słaniających się na scenie po wystrzałach pistoletu, który syn kupił za tytułowe 111 złotych. Morderstwo przedstawione jest jako scenariusz, który się zdarzył, który zdarzyć się może.
Proste zdania wypowiadane przez aktorów z największym spokojem, bezpretensjonalnie, wywierają tym bardziej porażające wrażenie. Leniwy gest podnoszenia z podłogi kubka z herbatą, niecelny rzut zużytą chusteczką do kosza, poszukiwanie kluczy w marynarce, które - jak się domyślamy - nie będą potrzebne - to jedyne gwałtowniejsze czynności sceniczne, na jakie zdobędą się aktorzy.
W przerwach między scenami, oddzielanymi muzyką, właściwie w przerwach między tokiem narracji, matka wraca do Ewy Dałkowskiej, ojciec do Zdzisława Wardejna, syn do Wojciecha Solarza, a córka do Moniki Pikuły. Trudno nawet powiedzieć, czy później szczególnie ciężko im do ról wyznaczonych w spektaklu wrócić. To bardzo uniwersalizuje całą historię. Nie wiemy gdzie teatr, nawet więcej - mamy wrażenie manifestacyjnej nieteatralności. Opowieść się zdarza, opowieść się nie zdarza - w teatrze, w życiu.
Odczuwam ogromną nieodpowiedniość konwencji teatralnej - po rodzinnej, a wiemy już, że jednak uniwersalnej, tragedii aktorzy wstają, by ukłonić się widowni. I widownia bije brawa. Choć ogromne oklaski należą się autorowi tekstu, twórcom i aktorom, jakoś nie mam ochoty w tym uczestniczyć. Bo historia się jednak zdarzyła.








Komentarze
Autor: Marcin (Wtorek 11-01-2005 23:05)
cool!
Autor: Sekretny (Sobota 29-01-2005 13:18)
naprawdę się zdarzyła? a nie miałaś poczucia uczestniczenia w jednym wielkim kłamstwie? czy ten minimalizm formalny - w punkcie wyjścia część świadomej koncepcji reżysera - nie przemienił się w swoje przeciwieństwo: ubogą artystycznie, niedopracowaną rytmicznie serię pustych haseł? to, że zrywamy relacje między aktorami, że nie budujemy tradycyjnych sytuacji scenicznych, że odwracamy się od jałowego realizmu psychologicznego, nie musi oznaczać, że rezygnujemy z komponowania rytmów i napięć przedstawienia. negacja teatralności i próba wypreparowania samej "esencji" jakiejś historii czy zdarzenia, o ile zakłada po prostu maksymalną redukcję tradycyjnych środków wyrazu - bez poszukiwania nowych - skazana jest na klęskę. Zobacz, jaką olbrzymią siłę oddziaływania ma minimalizm Percevala, który "obcinając" aktorską sferę klisz gestycznych, ikonicznego zachowania, nie rezygnuje zarazem z procesu, który ujawnia się w mikrogestach, drobnych napięciach, mimice twarzy. Tutaj aktorzy zostali całkowicie zignorowani, dziwię się, że w ogóle zgodzili się wyjść na scenę. Poza tym, i to już będzie wszystko, nie przesadzaj z tymi brawami - teatr był, jest i będzie sztuczny - i w tym jego siła. Tylko poprzez sztuczność do prawdy, która nie jest pełzającą prawdą " życia" jako realistycznej bajki o przyczynach i skutkach!!! Nie udawajmy, że coś zdarzyło się naprawdę, bo to stokrotnie większy fałsz.