Laboratorium Re... > Teatr faktu > Recenzje, omówi... > POKOLENIE PORNO TO MY?  

Recenzja dwóch antologii najnowszego dramatu polskiego w wyborze Romana Pawłowskiego

POKOLENIE PORNO TO MY?

Julitta Klama

Ostatnio coraz częściej mówi się o kryzysie dramatu współczesnego, niemal wszędzie można usłyszeć krytyczne głosy, lamentujące, że w polskim teatrze od dawna nic się nie dzieje, teatr umarł i nie ma przed sobą żadnych nowych perspektyw. Materiał już się wyczerpał, a reżyserom kończą się nawet pomysły na nowe interpretacje arcydzieł. Jak dotąd w Polsce każdy przełom wieków przynosił nowe prądy artystyczne, nowe idee i wybitnych twórców. Początek XXw. polską skarbnicę literatury wzbogacił o dzieła wspaniałych dramaturgów, m.in. Wyspiańskiego, Witkacego, Przybyszewskiego, Rittnera, Zapolskiej, Kisielewskiego. Wiek XXI nie przyniósł nic nowego a jedynie nieudane kopie sztuk zachodnich i amerykańskich.Mówi się o współczesnym pokoleniu jako o „generacji nic”. Czy rzeczywiście XXI wiek nie ukształtował żadnych nowych prądów i tendencji pokoleniowych?

Nie wszyscy są takiego zdania, w 2003 roku w polskich księgarniach pojawiła się antologia najnowszego dramatu polskiego w wyborze Romana Pawłowskiego – znanego krytyka i publicysty. W skład tego zbioru weszło 10 dramatów napisanych po 2000 roku: „Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne”. Antologia okazała się bestsellerem, dzięki czemu w 2006 roku pojawiło się drugie wydanie (już nie w wydawnictwie Zielona Sowa, ale w KORPORACJA HA!ART. & HORYZONT) obejmujące 9 sztuk teatralnych z Polski: ”Made in Poland”.
Według Pawłowskiego w polskiej literaturze dramatycznej coś ruszyło, coś się zmieniło, przeczytał tysiące nowych sztuk i zauważył w nich pewne wspólne punkty. Przede wszystkim fakt, że dramaturdzy zaczęli z większą odwagą pisać o sobie i otaczającym świecie. To pewien rodzaj ekshibicjonizmu – obnażanie rzeczywistości z całym jej wulgarnym brutalizmem i seksualizmem. „Pokolenie porno” to nie tylko tytuł sztuki Pawła Jurka ale także określenie grupy nowych dramaturgów, a w pewnym sensie również odbiorców. Dosłownie nie są oni pokoleniem, pośród autorów znajdziemy zarówno przedstawicieli młodego pokolenia, wychowanego w czasach kapitalizmu a także starszego, które dojrzewało w PRL-u. Artyści nie tworzą wspólnoty pokoleniowej ani artystycznej, różni ich nie tylko wiek, ale również poglądy. A jednak coś ich łączy: chęć obnażenia najgłębszej prawdy o polskiej rzeczywistości. Ich sztuki rozpętały żywą dyskusję nie tylko na temat nowego polskiego dramatu ale także obrazu Polski, jaki został w nie wpisany.
Z tych dramatów wynikałoby, że Polska to bardzo niebezpieczny kraj, gdzie na ulicach szerzy się przemoc, w domach mordują własne dzieci a dzieci mordują rodziców. Społeczeństwo jest znudzone i rozczarowane kapitalizmem, ci którzy dorobili się fortuny, dowiadują się starej prawdy, że pieniądze szczęścia nie dają. Szukają więc wyuzdanych przyjemności, które i tak nie są w stanie zapełnić ich wewnętrznej pustki. Nie wypełni jej też religia, bo prawie nikt już nie wierzy, choć niektórzy wierzą w „Radio Maryja”. Ukazany w antologiach obraz Polski jest przesadzony i jednostronny, ukazuje tylko ciemną stronę polskiej rzeczywistości, w dodatku karykaturalnie zmodyfikowaną.
Dariusz Nowacki na łamach tygodnika „Newsweek” słusznie zauważył, że rzeczywistość w antologiach jest odwrotnością przesłodzonego świata polskich telenoweli. Przy tym oba światy są nieprawdziwe, ale to ta czarna strona zgłasza pretensje do moralnej wyższości. Oba ujęcia polskiej rzeczywistości są biegunowe, daleko im do obiektywności. W pierwszej części antologii ten obraz jest dość realny, niejednokrotnie zaczerpnięty z autentycznych wydarzeń, w drugiej jest bardziej groteskowy, zmodyfikowany, co przejawia się nie tylko w treści ale również w formie. Autorzy działają na odbiorców sugestywnymi i silnymi środkami: kontrowersyjni bohaterowie, bulwersujące wydarzenia, gorszące zachowania i wulgarny język.
Te sztuki prowokują... niektórzy krytycy uznali to za chwyt marketingowy, sam tytuł „Pokolenie Porno” okazał się zachęcający nie tylko dla środowiska artystycznego: antologia sprzedawana była na straganach z bestsellerami i promowana przez magazyn „Playboy”. Podtytuł „i inne niesmaczne utwory teatralne” miał być rodzajem żartu, polemiki z konserwatywną krytyką artystyczną. Autor wyboru doskonale przewidział zdegustowane reakcje krytyków, więc ostrzegł już na okładce, czyli w menu...
„Dramat niesmaczny, to ten, który nie traktuje rzeczywistości jak luksusowej restauracji, w której wybredny klient wybiera sobie z karty ulubione dania, nad każdym wybrzydzając. Dramat niesmaczny pożera całą rzeczywistość, od świątyń konsumpcji po stołówki dla bezdomnych.”
Pawłowski sam przyznał się, że „nie szukał literackich perełek, sztuk skończonych i dobrze skrojonych”. Po pojawieniu się tomu „Pokolenie porno” posypały się surowe uwagi krytyków. Autorom i ich sztukom zarzucano „grafomańskie pustosłowie”, przerost treści nad formą, pretensjonalność, a także fakt, że nie nawiązują do tradycji i klasyki. Na ten ostatni zarzut Roman Pawłowski odpowiedział: „dobry teatr to taki, który prowadzi dialog ze swoją współczesnością, a nie z bibliotekami”. Pisano także o nowej modzie w teatrze: sezonie na przemoc, „seksrealizm” i „neobrutalizm”.
Autorami sztuk są zarówno debiutanci, jak i zasłużeni dramaturdzy m.in. – w pierwszym tomie: Ingmar Villqist, Marek Pruchniewski, Andrzej Saramonowicz, Michał Walczak, Krzysztof Bizio, w drugim: Maciej Kowalewski,Tomasz Kaczmarek. Większość z nichwykonuje zawody, które niewiele mają wspólnego z teatrem, autorzy to filmowcy, dziennikarze, twórcy mediów a nawet lekarze. Roman Pawłowski wyróżnił osobę Przemysława Wojcieszka (filmowca), którego dramaty znalazły się w obu tomach antologii. Także Andrzej Saramonowicz, Paweł Jurek i Paweł Sala na co dzień zajmują się filmem i serialem, niejednokrotnie ich scenariusze teatralne lepiej sprawdziłyby się na ekranie.
Wszystkie sztuki wybrane przez Pawłowskiego przeszły przez próbę sceny. Większość autorów z drugiej części antologii rozwijała swoje skrzydła w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka. Znajdziemy tam takie tytuły, jak: „Absynt” Magdaleny Fertacz, „Tiramisu” Joanny Owsianko, „Agata szuka pracy” Dany Łukasińskiej, „111” Tomasza Mana, „Matka cierpiąca” Tomasza Kaczmarka” i „O matko i córko!” Roberta Bolesto. Tak wysoka frekwencja dramatów powstałych pod okiem T. Słobodzianka jest być może efektem warsztatów na Wigrach, w których R. Pawłowski wziął udział. W„Made in Poland” możemy znaleźć ciekawsze formy dramatyczne np. w „Absyncie”, „111” lub „From Poland with love” P. Demirskiego. Zaobserwować można również niewielką ilość didaskaliów, co umożliwia reżyserom większą swobodę pracy, odwrotnie niż w „Bez tytułu” I. Villqista, który sugeruje nawet tempo oddechu oraz precyzyjny dobór światła.
Trudno mi ocenić, w której części antologii znajdują się lepsze sztuki, w obu tomach każdy może znaleźć coś dla siebie, nawet jeśli nie jest wielbicielem teatru. Mnie osobiście przekonały – z „Pokolenia porno”: „Podróż do wnętrza pokoju” Michała Walczaka, „Koronacja” Marka Modzelewskiego i „Bez tytułu” Ingmara Villqista. Z „Made in Poland”: “Absynt”, „Matka cierpiąca” i „From Poland with love”. Obecność niektórych tekstów w obu antologiach mnie dziwi, zamiast nich mogłyby się tam pojawić naprawdę wartościowe współczesne dramaty, o których istnieniu R. Pawłowski nawet nie wspomniał. Widać autor poszukiwał według własnego, dość kontrowersyjnego kryterium, w pewnym sensie wszystkie sztuki ze sobą korespondują, podejmują podobną tematykę: kryzys życia rodzinnego, autorytetu Kościoła, upadek wartości, nihilizm, przemoc. Natomiast znacznie oddaliły się od problematyki społecznej i politycznej, zwłaszcza w pierwszym tomie, tą jednostronność niektórzy krytycy poczytywali za duży brak.
Jednak niewątpliwym minusem w „Pokoleniu porno” był całkowity brak sztuk napisanych przez kobiety. Ten fakt nie został przemilczany przez krytykę, autor wyboru obiecał w drugiej części „nadrobićzaległości”. W tomie „Made in Poland” umieścił trzy sztuki napisane przez kobiety, wszystkie powstały w Laboratorium Dramatu. Ten wyraźny brak autor tłumaczył tym, że niestety mało kobiet pisze dramaty... W drugim tomie antologii kobiety mogły choć częściowo się wybronić, tworząc głębsze, bardziej realne portrety kobiece, gdyż mężczyźni najchętniej kreują swoje bohaterki na dziwki, lesbijki, dewotki lub morderczynie dzieci. Niewiele tu pozytywnych wizerunków kobiecych, a jeśli już są, to płaskie i niewyraźne. Im głębszy portret, tym ciemniejszy... Ale także kobiety widzą wady swojej płci: Joanna Owsianko w „Tiramisu” ukazała karykaturalny obraz pracowniczek dużej korporacji reklamowej, których główną pasją są markowe ciuchy i koloryzowanie własnego życia. Muszą wyglądać i grać tak, żeby nikt przypadkiem nie zauważył, że brak im szczęścia.
Sztuki wybrane przez Romana Pawłowskiego, to odważne, bezpośrednie reakcje na rzeczywistość, próby odreagowania brudu i groteski życia w Polsce, jednak wielu krytyków zarzucało antologii, że stanowi raczej rodzaj taniej publicystyki, która niewiele ma wspólnego z teatrem a nawet z samą rzeczywistością, gdyż przedstawia jej skrajny obraz z mediów. Rzeczywiście, wielu autorów tekstów na co dzień pracuje w mediach więc świat i bohaterowie jakich przedstawiają osadzone są w rzeczywistości mediów. W dużej mierze jest to teatr faktu, często inspiracją do stworzenia sztuki były autentyczne wydarzenia znane wszystkim z prasy i telewizji.
W przedmowie do drugiej części antologii Pawłowski odbija zarzuty krytyków, którzy uważają, że teatr jest powołany do wyższych spraw niż portretowanie rzeczywistości. Zapomnieli chyba, że od zawsze dramat żywił się rzeczywistością, na przykładzie„Dziadów cz. III” Adama Mickiewicza, która w pewnym sensie jest zbiorem poetyckich reportaży. Racje krytyków przyrównał do poglądów dworskich literatów z Salonu Warszawskiego, którzy czekają aż wypadki się „ucukrują” i „zmitologizują” gdyż dopiero wtedy pisanie o nich będzie oznaką „dobrego smaku”.
Dramaturdzy nowego pokolenia przekazują obraz na gorąco niczym dziennikarze i tak jak dziennikarze poszukują sensacji, skandalów, niejednokrotnie przejaskrawionych. Bohaterowie tych dramatów to samobójcy, mordercy, lesbijki, geje, dziwki, nosiciele HIV i AIDS, pracownicy mediów, lekarze, a czasem także zwykli zjadacze chleba. Autorzy sztuk ukazują w swoich małych dziełach różne społeczne patologie, niejednokrotnie wykrzywiając je, przejaskrawiając i demonizując za pomocą groteski. Ale jak inaczej ukazać groteskę życia w Polsce jak nie przy pomocy groteski?
Wszystkie historie składają się na bardzo krytyczny obraz polskiej rzeczywistości, obie części antologii zawierają dramaty polskie i o Polsce. Ten fakt został wyraźnie podkreślony w drugiej części, o czym przecież świadczy już sam tytuł „Made in Poland”. Sugestywny jest również obrazek na okładce autorstwa Macieja Maciejowskiego, zatytułowany „Granice głupoty”, który wartościuje tematykę sztuki a jednocześnie wskazuje na fakt, że ta głupota zasadza się na terytorium naszej ojczyzny. Tak jakby poza granicami już jej nie było... A przecież „111” Tomasza Mana została zaczerpnięta z dramatycznej historii amerykańskiego nastolatka, który zamordował swoich rodziców i kilkunastu uczniów ze swojej szkoły. Autor zaadoptował tę historię w polskich realiach, dzięki czemu mógł zmienić trochę fakty i pogłębić portrety psychologiczne swoich bohaterów. Z kolei „Miss Hiv” Macieja Kowalewskiego „dzieje się w Botswanie albo w Polsce, czyli nigdzie”.
Inne sztuki już samym tytułem nawiązują do polskiej rzeczywistości jak „From Poland with love” Pawła Demirskiego lub „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka. Nie jest to jednak Polska ale Poland, gdyż tak wolą dzisiaj widzieć swoją ojczyznę Polacy, jako integralną część Europy. Poland – to dla wielu młodych ludzi tylko adres na kopertach, które wysyłają z dalekiej Europy, gdzie większość emigruje, żeby zarobić na „chleb”. Bo w Poland ciężko o pracę, o czym przekonuje się Agata – bohaterka Dany Łukasińskiej. Boguś – bohater „Made in Poland”, w imię osobistej rewolucji zrobił sobie na czole tatuaż „Fuck off”, aby walczyć z kapitalizmem i kulturą masową, którymi Polska zaraziła się od Ameryki. Mógł więc swój manifest napisać po polsku, w końcu to co rodzime okazało się zbawienne: poezja Broniewskiego i muzyka Krawczyka.
Także w pierwszej części antologii („Pokoleniu porno”) mamy sztuki „zakażone Polską”, w dużej mierze oparte na tragicznych historiach, które zdarzyły się w Polsce. Przykładem jest historia kobiety spod Siedlec, która wraz z matką mordowała własne dzieci, uwieczniona w „Łucja i jej dzieci” Marka Pruchniewskiego. Faktem są także historie młodocianych przestępców w „Od dziś będziemy dobrzy” Pawła Sali oraz zamieszki w starciach z policją po przypadkowej śmierci nastoletniego kibica, do których nawiązuje Wojcieszek w „Zabij ich wszystkich”.
Jednak nowa sztuka polska coraz bardziej przypomina sztuki zachodnie, z całą ich krwistością, brutalnością i niezdrową seksualnością. Mimo pewnych podobieństw różnią się genezą, o czym wspomina Pawłowski: nasze sztuki „wyrastają z cywilizacji braku a nie cywilizacji przesytu”. Wulgarne i szokujące obrazki nie maja bawić znudzonej publiki, ale nią wstrząsnąć i przebudzić, wywołać odruch sprzeciwu i buntu. Tak zwany „nowy realizm” dramatu to inaczej dekonstrukcja świata, obnażenie jego wad, która ma na celu pozbawienie widza dobrego samopoczucia i błogiej nieświadomości.
Widz zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się za drzwiami jego domu, ale kiedy widzi potwierdzenie tego w teatrze, to jego emocje rosną, tak jakby obserwował te wydarzenia przez dziurkę od klucza. Ale pozycja bezpiecznie ukrytego podglądacza, czyni go współodpowiedzialnym za to co dzieje się za drzwiami, mógłby przecież je otworzyć i zareagować...
To jest właśnie ten „niemoralny niepokój”, rzeczywistość jest niemoralna, a ci którzy chcą z nią walczyć, sami stają się niemoralni... Jak tego uniknąć? Żaden z autorów nie udziela gotowych odpowiedzi, bo odpowiedzi nie ma... Nowe sztuki „niepokoją i zmuszają do myślenia” – tak je zareklamował Roman Pawłowski a za nim inni krytycy rozentuzjazmowani tym teatralnym wydarzeniem XXI wieku. A co na to autorzy? Dżonny - bohater „Pokolenia porno” Pawła Jurka odpowiada „...nie piszę dla ludzi, których trzeba zmuszać do myślenia, tylko dla tych, którzy myślą bez zmuszania”.
Uważam, że większość dramatów z „Pokolenia porno” i „Made in Poland”, to niearcydzieła, nad którymi można by długo rozmyślać. To raczej czytelny, dosadny ładunek emocjonalny, jak news z gazety lub telewizji, który wymaga ekspresowej reakcji.To raczej krzyk współczesnych Polaków, co doskonale wyraża Kurtyna z „Podróży do wnętrza pokoju” Michała Walczaka:

„Ale zastanawiacie się może, dlaczego ja, kurtyna, wygłaszam tu, przed wami, całe to przemówienie. Otóż dlatego, że uważam zdecydowanie, że za mało w ogóle mówi się. Dlatego, że uważam, że za mało istnień w ogóle się wypowiada. Znam, proszę państwa krzesła i kulisy, które całe życie pędzą cierpią milcząco, nie wyrażając swego bólu i rozpaczy... a tymczasem – mamy wolność, proszę państwa. Wolność! Każdy ma prawo do swojego krzyku. Każdy ma prawo kąsać. Każdy ma prawo prowadzić swoją własną, prywatną kampanię wyborczą.”

Komentarze

 Sorry, ale megabanał ten tekst

Autor: Teatrolog (Piątek 30-05-2008 03:33)

Hej czytałaś w ogóle te dramaty czy tylko wstep do Antologii Pawłowskiego? Gdzie Ty tam widzisz głęboką refleksję nad Polską? To jest tylko kupa stereotypów, etykietek, banałów, frazesów, dydaktyzmu, wszystko w archaicznej neonaturalistycznej poetyce. Większość tych tekstów to pretensjonalne gnioty i jesli poczytasz fachowe pisma teatralne (Didaskalia, Dialog, Teatr) a nie artykuły głównego apologety tych gniotów, to zobaczysz że jest to zdanie większości dramatologów. To, że są wystawiane nie swiadczy o ich wartości tylko o tym że sie dobrze sprzedają - są tanie w realizacji, łatwo ściągnąć młodych widzów, są "kontrowersyjne" wiec jest wokół wielkie halo. Nawet Pawłowski zaczał już mówić o klęsce urodzaju bo wysyp tych tekstów bierze sie z pragmatycznych względów - pachną pieniązki, konkursy, nagrody. Innego dramatu nie ma, wiec bierze sie to co jest. A ze tematy modne, korporacje, geje, lesbijki, ataki na kościół to wszystkich to kręci. I jeszcze jedna uwaga - Rittner nie pisał wybitnych tekstów tylko pieces bien faites, komercyjne sztuczki mieszczańskie. Doucz się słonko

 ;)

Autor: Słonko;) (Niedziela 30-11-2008 23:15)

Drogi Panie "Dramaturgu", szkoda, że nie zauważył Pan, że to portal studencki, więc nie musimy być ekspertami, to miejsce gdzie mogłam być powoli wschodzącym niedouczonym "słonkiem", które też ma prawo do tego, żeby wypowiedzieć swoje zdanie. "Słonko" czytało te dramaty i gdyby Pan uważniej przeczytał ten tekst, zauważyłby Pan że nie jestem ich wielką wielbicielką, ale też nie uważam ich za (jak to Pan określił) "gnioty". Starałam się przekazać różne spojrzenia na tego rodzaju twórczość teatralną, zarówno te krytyczne jak i entuzjastyczne. Co do Rittnera i "komercyjnych sztuczek mieszczańskich", to chyba mamy tu analogiczną sytuację do sztuczek pokolenia porno, które są o mieszczanach i dla mieszczan, co nie znaczy że są banalne i że nie ma w nich refleksji... Ja osobiście cieszę się, że teatr staje się coraz bardziej egalitarny, że każdy zjadacz chleba może tam znaleźć coś dla siebie. A co do pieniążków, to mam nadzieję, że twórcy teatru będą mieli ich więcej i że dobrzy aktorzy nie będą musieli grywać w reklamach i serialach Pozdrawiam

do góry



Wspierają nas:
    Media Regionalne    Agencja Fotograficzna Forum    Aster: jeden kabel - trzy korzyści   

statystyki www stat.pl